Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mickiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mickiewicz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 marca 2013

Ormiaszce


Zdjęcie zrobił jego syn, Kuba. Kowarski siedzi w swojej – jak powiada – kozie. Kto pamięta anegdotę Telimeny "z Peterburku"?
Skończyło się, że charty poszły na powrozy,
A czynownik na cztery tygodnie do kozy.
A. Mickiewicz, Pan Tadeusz 
Naprawdę czynownik – Kowarski to ważna figura w stołecznym magistracie, ale założę się, że nie pisze tu sprawozdania ani preliminarza, lecz monit pilny w sprawie Euterpe lub czyta opowiadanie przyjaciela. Albo dziennik zmarłego poety.

Pisuję efemeryczną powieść pornograficzno-psychologiczną pod mylącym tytułem "Przenikliwość". Kowarski czyli Pszczelarz to jeden z bohaterów:
Zje coś czasem, ale tylko żeby nie upaść albo żeby wiatr go nie porwał. Tak naprawdę żywi się słowem. Najlepiej, jeśli to mowa wiązana, czyli wiersz. To arystokrata ducha, co najbardziej kocha jesienny szelest kartek i romantyczną łunę lampki nocnej.
Hmm.. co za dziwna konstrukcja, co za odmieniec - jak z amerykańskiego komiksu heros przejęty swoją misją organizowania dobra i odporny na pokusy. "Cywilny ksiądz" powiada o nim Boucher. Tamte postaci, ci ludzie-pająki i supermeny nadzwyczajność zyskali wskutek szczególnej fizycznej traumy, trafienia piorunem lub ukąszenia. Z Pszczelarzem było podobnie. Zrozumiałem, kiedy zobaczyłem jego dziecięce zdjęcie z ochockiego podwórka. Szedł z młodą i piękną matką, ze stateczną babcią i malutką siostrą. Długie, miękko zaczesane włosy - jak u Gogola lub Wieniawskiego. I taki dziwny gest, jakaś niepohamowana fantazja była i cały świat przed nim był.
A potem stało się i wszystko zmieniło. Uderzenie piorunem. Powinno go załamać, wytłuc  idealizm, kazać się stoczyć. I co? Wzmocniło jak komiksowego mutanta. Ale świata już nie rozświetliło. Nie zdobył go, lecz tylko opiekował się i służył. Wciąż to robi, "stary, naiwny pająk".
Te słowa właśnie wyszeptał Przewalski, kiedy po raz drugi tego dnia wszedł do Amatorskiej.
Dziś jest dzień dla nas obu szczególny. Każdy z nas, niezależnie, uznaje 8 marca 1968 za datę symboliczną w kalendarzu życiowym. Nie dlatego, że byliśmy jakoś zaangażowani w tamte wydarzenia. Ja zupełnie przypadkiem i na 48 godzin. On więcej. W jednym z komentarzy napisał, że „Marzec był przebudzeniem z długiego, przetrwałego dzieciństwa. Na dziedzińcu Uniwersytetu drgnął stary młyn dziejów, efektownie zazgrzytał i już się nie zatrzymał”.

W jakimś sensie nieustannie molestuje mnie literacko, bo bierze poważnie moje wietrzne próby poetyckie, spaja w jeden plik i co jakiś czas podsyła. Tak było wczoraj, a kiedy nie odpowiedziałem, dzisiaj przyszedł ten sam pakiet. Mimo pozornej poczciwości, Kowarski to człowiek przewrotny, bo podstępnie podtyka do legalizacji moje słowobrazowe żarty literackie oraz soczyste e-maile (dzieli tekst na strofy  i to ma być wiersz). Dziś udając zniecierpliwienie odpowiedziałem mu trochę w stylu powieści pornograficzno-psychologicznej:
Jeśli chcesz mnie sprowadzić, na drogę tandety i obniżenia kryteriów, jeśli chcesz ściągnąć do grona nieudaczników literackich (za takich miał nas Michał), to wysiłki Twoje daremne. Zbyt długo przypatrywałem się pięknej pannie Poezji nieśmiało i z ukrycia, żeby na starość brać ją w zaułku od tyłu.
A jednak wyjmuję stamtąd jeden wierszyk, poprawiam i z okazji ważnego dnia dedykuję Januszowi. Nie wiem, czy właściwy to wybór, bo jeden z naszych patriotycznych purystów delikatnie wypomina Kowarskiemu 1/8 krwi ormiańskiej. Co tam, niech ma wreszcie ojczyznę Ormiaszka.
Ojczyzna
  Januszowi K.
na Hali Kondratowej
siedzę na przyzbie
i plecy pociskają
na Giewont
po kręgosłupie
tłum mi drepcze
wzdłuż Krupówek
Piotrkowskiej
Monciaka
„oparłem się
na Ojczyźnie”
i w oku
łza

czwartek, 7 lutego 2013

Romantyczna trauma


Ciemny pokój, w rogu niewielki stół, na nim radio. Ja pod tym stołem, zamknięty w podwójnej ciemności.

Nie uwierzycie, z jakim wzruszeniem przyjąłem ten radioodbiornik (Pionier U2), dar dla muzeum od Krzysztofa z Poznania. Tak jak w dzieciństwie gładziłem bakelitową skrzynkę, niespotykany dziś kształt - grę kantów i zaokrągleń. Zapamiętały palce, bo takie radio mieli moi Rodzice. Ach, ileż to razy podróżowałem samolotem wskaźnika po całej Europie, ostro wychylając skrzydła od Kaunas po Athinai (nie wiedziałem, że to Kowno i Ateny) i wsłuchiwałem się w dziwną mowę.

Telewizor pojawił się w domu dopiero około roku 1962, wcześnie królowało radio. Myli się ten, kto myśli, że Polskie Radio w tamtych czasach było propagandową szczekaczką. Oczywiście były nudne wiadomości i transmisje z manifestacji oraz nieznośny dla mnie surowy folklor. Przede wszystkim jednak było radio ostoją kultury wysokiej. Lata 50. - więc głównie w jej tradycyjnym wydaniu, zatem muzyka poważna i literatura romantyczna, w tym bardzo radiowy, bo świetnie zrytmizowany, Mickiewicz.

Więc siedziałem w tym ciemnym pokoju pod stołem i byłem przerażony, bo chór mocno zatroskanych kobiet zapowiadał rzeczy straszne. Potem starzec o chrapliwym i bardzo ponurym głosie kazał zamknąć drzwi, pogasić świece i stanąć wokół trumny. To było jeszcze gorsze od niedawnej audycji o kobiecie, która zabiła męża i zakopała ciało i nad nim posadziła lilie. I mało jej było, więc zwiodła na pokuszenie oraz zatratę braci denata.

Myślę, że moje jąkanie się i nieśmiałość wobec kobiet bierze swe źródło w romantycznej radiowej traumie. I wrażliwość pewnie stamtąd. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdybym zamiast mistrza Adama, słuchał hip-hopu albo disco polo. Na nieszczęście – szczęście urodziłem się odpowiednio wcześnie.

Trzy dni temu odnalazłem tamte „Dziady”. Okazały się poczciwą ramotą dość nudno i bardzo tradycyjnie zrealizowaną, ale z perełkami aktorstwa. Kto wie, czy nie najlepszego Guślarza gra mało dziś pamiętany Józef Maliszewski. Udostępniam ten 5-minutowy kapliczny kawałek. Posłuchajcie, ale, na miłość boską, chrońcie dzieci!
https://www.dropbox.com/s/g114ivs5klnxaam/dziady.ogv?dl=0


Jeśli ktoś nie widzi odtwarzacza powyżej, lub on nie działa (zwłaszcza w przeglądarkach Explorer), proszę odtworzyć plik na swoim komputerze, naciskając tutaj.

środa, 7 listopada 2012

Zaduszki poetyckie

Pamiętam go doskonale. Był postacią bardzo wyrazistą, człowiekiem energicznym, ale lirycznym zarazem. Najbardziej liryczny miał chód. Zapewne z tego powodu, że był bardzo chudy, szedł tak lekko, jakby unosił się w powietrzu.

Rok 1967, razem z Jurkiem Tomaszkiewiczem i Michałem spacerowaliśmy wokół Pałacu Kultury i rozmawialiśmy o poezji. Nigdy się nie dowiem, czy ona rzeczywiście była tak ważna wtedy, czy tylko dla nas najważniejsza. Chyba jednak musiała być ważna, jeżeli spore dość wiersze ukazywały się na pierwszych stronach tygodników kulturalnych i wszyscy je czytali.

Ten wiersz był doskonały, od razu znałem go na pamięć. Jurek też. Rozgarnialiśmy nogami suche liście i zaczął Tomaszkiewicz:
Nie było lata. Jesień szła od wiosny
Jak ziąb - od wody, jak od dzwonu kręgi.
Ja:
Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła,
Zaszedł nad morze, Zawrócił do karczmy. 
W karczmie odnalazł płomień, knot i łoju
Wysoką wieżę - u szczytu szczerbioną...
Stanisław Grochowiak, Nie było lata...
---------------------------------------------------
To fragment wspomnienia o Jerzym Tomaszkiewiczu, jednym ze zmarłych poetów, którym poświęcone będą „Zaduszki poetyckie”. Organizujemy je wspólnie z Januszem Kostynowiczem vel Kowarskim w nowo powstałym Stowarzyszeniu Umarłych Poetów „Warszawska Atlantyda”  w Warszawie, przy ul. Walecznych 61 (dawna „Literka”) w najbliższy piątek, 9 listopada o godzinie 19.

Serdecznie zapraszam stałych Czytelników (proszę o zapowiedź przybycia e-mailem pod adresem: slowobraz@gmail.com).
----------------------------------------
Zdjęcie pochodzi sprzed siedemnastu lat. Podczas wieczoru fizycznie obecni będą tylko: Kowarski (z gitarą, pierwszy od prawej) i ja (trzeci od prawej). Postaramy się jednak (w poetycki - nie spirytystyczny - sposób) przywołać pozostałych: Jerzego Tomaszkiewicza (pomiędzy nami w czarnej koszuli), Michała Łukaszewicza (przysiadł na poręczy fotela i opiera się moje ramię), Tomasza Wacha (w okularach, najbardziej z lewej), Krzysztofa Zaleskiego (najbliżej obiektywu, ale odwrócony). Jak ich znamy, przybędą na pewno.
----------------------------------------------------------------------

Zgasło światło i Wasz Guślarz odczytał fragment „Dziadów”, jakby specjalnie stworzony dla zmarłych poetów:
Naprzód wy z lekkimi duchy,
Coście śród tego padołu
Ciemnoty i zawieruchy,
Nędzy, płaczu i mozołu
Zabłysnęli i spłonęli
Jako ta garstka kądzieli.
Kto z was wietrznym błądzi szlakiem,
W niebieskie nie wzleciał bramy,
Tego lekkim, jasnym znakiem
Przyzywamy, zaklinamy.
Ten lekki, jasny znak to było zapalenie świecy przez Kowarskiego. Nie udało mu się za pierwszym razem, ale po chwili zrobiło się jaśniej. Najpierw był Ten, o którego śmierci dowiedzieliśmy się niedawno, i z którym nie mieliśmy kontaktu przez dziesięciolecia – Andrzej Pawlina. Potem już w kolejności odchodzenia: Jerzy Tomaszkiewicz, Michał Łukaszewicz, Tomasz Wach i Krzysztof Zaleski. Na początku jakiś fragment wspomnienia o każdym, potem krótkie credo literackie, a na koniec po trzy wiersze.

Niestosowne jest powiedzieć o Zaduszkach, że było miło, lecz przecież nie było podniośle. Nie próbowaliśmy wywołać Ich duchów, ale pewno przywołaliśmy nastrój tamtej przyjaźni i szacunku dla twórczości.

Nie przyszło zbyt wiele osób, ale może za rok...

sobota, 29 września 2012

Złoty sitarz


Przed dwoma laty gmina niebotycznie podniosła cenę za odprowadzanie ścieków (liczy je po ilości zużytej wody i nie pozwala na drugi licznik do ogrodu). Dlatego całkowicie zrezygnowaliśmy z podlewania trawy. Co dwa tygodnie tylko ją koszę i pozwalam, żeby rosło wszystko, byle nisko.

I co? Zielono mi i puszysto. Wśród trawy dywany płożącej się koniczyny drobnolistnej, gdzieniegdzie mech lub babka. Z rzadka wypalone niewielkie kręgi (to z powodu Buby - za rok będą to najbujniejsze kępy trawy). Czasem jakiś kwiat łąkowy.

A dziś zobaczyłem pod krzakiem berberysu dwa kapelusze maślaków złote. To sitarze. Owszem zdarzały się w ogrodzie psiaki, ale nigdy grzyb jadalny. Traktuję je jako nagrodę od natury za ekologiczny trawnik. Jutro zrobię z nich zupę*.

Mickiewicz opisując pośledniejsze gatunki grzybów w „Panu Tadeuszu” najpierw wspomniał o sitarzu, ale potem skreślił te dwa wersy, bo jakoś mu nie pasowały (tu powinienem dać nawias i kreseczki, czy jakoś tak, że to niby żart, ale nie lubię pisma klinowego).
Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku
Dla szkodliwości albo niedobrego smaku;
lecz nie są bez użytku, one zwierza pasą
I gniazdem są owadów i gajów okrasą.
Na zielonym obrusie łąk, jako szeregi
Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi
Surojadki srebrzyste, żółte i czerwone,
Niby czareczki różnym winem napełnione;
Koźlak, jak przewrócone kubka dno wypukłe,
Lejki, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,
Bielaki krągłe, białe, szerokie i płaskie,
Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,
Ówdzie błyszczący sitarz jako maselniczka
(Mówią, że w nich rusałka przegląda swe liczko)
I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona
Purchawka, jak pieprzniczka - zaś innych imiona...

* Gdybym wszakże był w błędzie i źle rozpoznał gatunek, będę pisał do Ciebie, Czytelniku z Czarnego Lasu.

piątek, 7 września 2012

Jakoś dziwnie wyszlachetniał

Szedłem do szkoły wzdłuż ulicy Karmelickiej. Wtedy, w roku 1956, podobnie jak dziś była to senna uliczka z monumentalnym akcentem, bo ponad zamykającym ją trzypiętrowym mieszkalnym galeriowcem, dokładnie w osi ulicy, górowała sylwetka Pałacu Kultury. Tyle, że tego dnia go nie było. W miejscu iglicy i najwyższych kondygnacji zalegała mglista chmura, a z niej przez wiele pięter zwisały poruszane słabym wiatrem dwie szarfy: biało-czerwona i owijająca się wokół niej czarna.
Kiedy wbiegliśmy rozbawieni do klasy, na biurku nauczycielki stało krzesło, a nim obrazek. Wcześniej portret wisiał nad tablicą obok godła, a teraz opasany czarną krepą Bolesław Bierut spoglądał nas z wysokości nauczycielskiej. Dobrze zapamiętałem ten moment, choć przecież nie mogłem wtedy wiedzieć, że to był koniec pewnej epoki, że tam gdzie umarł, a także u nas, puściły właśnie lody i rozpoczął się powolny, wieloletni dryf ku wolności. Pałac Kultury i Nauki od początku był symbolem tego, co właśnie mijało.

Niezapomniane były te powroty z paromiesięcznych wakacji do wciąż zmieniającej się Warszawy. Tu jakaś nowy dom, tam całe osiedle, tyle że wszystko osobne, bo stolicę odbudowywano wyspowo. Ta wyspa była największa: olbrzymi plac pośrodku miasta, a na nim powstaje solidny budynek. Z początku mylił mi się z nieodległą PAST-ą, ale wnet przybrał na wadze i rósł z dnia na dzień. Moją uwagę przyciągały dźwigi. Były dziwnie garbate i stawiano je nie obok budynku, ale na kolejnych stopniach wznoszonej piramidy.

Kiedy już go zbudowano, zaskoczył jasnością: ceramiczne wielkie pustaki, z których jest wykonana elewacja, imitowały jasny piaskowiec. Surrealistycznie wyglądał podświetlony „pajac” (tak się poufale o nim mówiło w szkolnym slangu, „sen pijanego cukiernika”, „mały, ale gustowny” – to inne słowne żarty na temat budowli).

Rzeczywistą jasną stroną pałacu była instytucjonalna zawartość: placówki naukowe, kulturalne i edukacyjne. Od mojej, północnej strony mieścił się Pałac Młodzieży. Chodziłem tam na pływalnię (trener miał stosowne nazwisko: Kaczor), uczęszczałem na jakieś zajęcia techniczne oraz korzystałem z czytelni. Znajdowała się w niej masa książek i roczników czasopism. Książki pachniały jak nigdzie, może dlatego, że wszystkie przeszły obróbkę introligatorską. Kolejny obrazek surrealny: czytam opowiadania Edgara Allana Poe i zaznaczam przeczytaną partię zakładką - zieloną wstążką ze złotym napisem, gdzie widnieje, dyskretnie przemilczywane już wtedy, nazwisko Stalina. A obok tajemniczy ogród zimowy, a wyżej salka kinowa z bardzo dobrym, zachodnim repertuarem.

W pałacu były różne, wydawało się tajemne, przejścia. Wchodzisz od południa, do kina Przyjaźń (łamane przez Młoda Gwardia), schodami idziesz do Kina Dobrych Filmów „Wiedza”, potem, jeśli nikt Cię nie zatrzyma, przejdziesz szybko przez kilka sal i schodów i korytarzy. Niespodziewanie trafiasz do gigantycznego holu wyłożonego białymi kafelkami. Pachnie chlorem, słychać dziecięcy gwar, widzisz dziesięciometrową wieżę - jesteś na widowni pływalni. Niby nic wielkiego, ale musiał działać na wyobraźnię ten pałacowy labirynt, skoro nie raz śnił mi się. Nie tylko mnie jednemu. Tadeusz Konwicki, w którego twórczości pałac odgrywa szczególną rolę (podobno widział jego sylwetkę leżąc na swoim tapczanie), pisze w onirycznej powieści „Wniebowstąpienie’ (1967) o tajemnych korytarzach pałacowych podziemi, które łączą średnicowy tunel kolejowy z legendarną restauracją „Kongresowa”.

To były biedne czasy, a Pałac przyciągał ludzi solidną wykwintnością wnętrz. Naprawdę robily wrażenie te żyrandole, złocenia, kandelabry, ale także toalety. Spełnił się socrealistyczny postulat Ważyka - "lud wszedł do śródmieścia". No może nie cały. Oto znakomity opis cieplnego szalbierstwa bohemy, pióra Mirosława Sznajdera:
Ważne jest, by do Pałacu wchodzić krokiem zdecydowanym; jakoś wymusić i narzucić sprężystość zdrętwiałym nogom, całemu drżącemu ciału. W sinym, nieprzyjemnym holu sterczą nieprzyjemnie patrzący mundurowi i raczej na pewno ktoś niemundurowy. Schodzi się do tych szatni, staje, niby, że w ogonku, ściąga kapotę (chodzi o to, że wtedy człowiek szybciej łapie ciepło z pomieszczenia), trochę się postoi z tą kapotą przewieszoną przez ramię (koniecznie przy kaloryferach!), a potem, niby, że coś ci się nagle przypomniało, powoli, nie od razu, powoli i z uczelnianym namysłem zakładasz ją z powrotem. Od razu czuć różnicę.
Ale pamiętam też związane z pałacem wydarzenia niemiłe, których istota tkwi w totalitarnej genezie budowli. To było dokładnie dwanaście lat po tamtej żałobnej szarfie, 13 marca 1968. Tego dnia poszliśmy we trzech do kina „Wiedza” i w szatni na dole zatrzymało nas kilku tajniaków. Momentalnie otoczyli nas i bez żadnych wstępów, groźnie i chamsko: „Gdzie macie ulotki!”. Jackowi kazali zdejmować kalosze i wytrząsać ich zawartość, a mnie, zapewne z powodu brody, pytali jakie było moje poprzednie nazwisko. Oni już wyruszyli na polowanie z nagonką, chociaż oficjalnie miano je odtrąbić dopiero za parę dni w sąsiedniej Sali Kongresowej.

Dzisiejszy pałac, coraz gęściej otaczany wieżowcami od zachodu i północy nie jest już wyniosły i dawno przestał być groźny. Dobrotliwy, ratuszowy niemal wygląd nadał mu wielki cyferblat zegara, a ostateczne egzorcyzmy odprawiono w pamiętne kwietniowe dni 2005, znów za sprawą żałobnych uroczystości, kiedy oświetlenie okien ułożono w kształt krzyża.

Chociaż duchowo pałac się dźwignął, sama elewacja jednak poszarzała. Powiedziałbyś słowami z „Dziadów”:
Sczerniał, schudł, ale jakoś dziwnie wyszlachetniał.

piątek, 27 lipca 2012

Szczęśliwy dzień

Za każdym razem, kiedy na nich patrzę, myślę, że to cud podwójny.

Ileż dziś było śmiechu, radosnego pisku i szczęśliwego poszczekiwania Buby. Na koniec żegluga po akermańskim stepie.
Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi;
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.

wtorek, 10 lipca 2012

Obstalunek

zdj. Natalia lub Mikołaj, Szlinokiemie
Wiem, że stamtąd ten widok. Z arkadyjskiej krainy, o której marzył na paryskim bruku. Nie jestem tylko pewien, czy chodzi o to pole przepasane miedzą (na niej z rzadka ciche grusze siedzą), czy raczej o ten sad, co był, gdzie drzewa owocne, zasadzone w rzędy, ocieniały szerokie pole, spodem grzędy.... 
W tej części sadu rosły tu i ówdzie wiśnie,
Śród nich zboże, w gatunkach zmieszanych umyślnie:
Pszenica, kukuruza, bob, jęczmień wąsaty,
Proso, groszek, a nawet krzewiny i kwiaty.
Dzieci z dziećmi wyjechały na Suwalszczyznę, a właściwie na polską Litwę. Przesyłają stamtąd zdjęcia lub filmiki. Raduje się serce, kiedy w każdej codziennej migawce widać, jak Maleństwa rosną (Zizzi nawet już wstaje). A w tle obraz kraju. Też słodki.

Posłałem, jak obstalunek do rzemieślnika, fragment Inwokacji, z prośbą o zdjęcie krajobrazu do obrazu Słowa. 

Dostałem z dziesięć, a każde piękniejsze. Wybrałem esencję polskiej sielanki. Ileż cytatów, od Kochanowskiego po Miłosza, można by się tu przytoczyć, ale zostawmy literaturę, skoro mamy własne oczy.

Dodam: jest wtorek 3 lipca 2012, godz. 21. Słońce już skryło się z tyłu za domem, dlatego nie ma cienia, za to różowa poświata opada na Ojczyznę miłą.

Powiększ ten obraz i przyklej pod powieką. W stosownej chwili będziesz mógł/mogła powiedzieć najspokojniej: 
I ja w Arkadii.

niedziela, 11 września 2011

Klątwa motyla

Dzisiejszy ranek był motyli. Nie wiedziałem, że tyle ich w ogrodzie. Rusałki jak sikorki, a każda to pawik. 

Urosła mi do rangi symbolu, bo tamtej niedzieli, kiedy wszyscy byliśmy porażeni tragedią, swoimi nieżałobnymi kolorami i zaradnością przypomniała, że życie musi trwać.

Zasłużyła na wiersz. Dla niej ten wyciąg z Mickiewicza (Pan Tadeusz, ks. IV. Dyplomatyka i łowy) z niewielką pomocą wdzięcznego korespondenta (wybacz Adamie). Rzecz jest o puszczach litewskich. Trochę straszna, więc nie czytaj przed snem.
Wieść tylko albo bajka wie, co się w nich dzieje.
Bo gdybyś przeszedł bory i podszyte knieje,
Trafisz w głębi na wielki wał pniów, kłód, korzeni,
Obronny trzęsawicą, tysiącem strumieni
I siecią zielsk zarosłych, i kopcami mrowisk,
Gniazdami os, szerszeniów, kłębami wężowisk,
Gdybyś i te zapory zmógł nadludzkim męstwem,
Dalej spotkać się z większym masz niebezpieczeństwem; 
Oto stanie przed tobą stwór, co z piekła rodem
Wychynął. By cię w gęstwie podejść popod spodem,
Lekko zawisł na liściu i ponuro wlepia
Poczwórne hypnotyczne, lazurowe ślépia.
Myślisz, że śnisz go tylko, że jest nieprawdziwy,
Ale to ty przepadłeś, już jesteś nieżywy:
Spotkanie to na zawsze życie twe odmieni,
Bo ty w niewoli jesteś oczu tych promieni
I nie zaznasz spokoju od zmroku do świtu,
Wszędzie szukając jeno owego błękitu
Odtąd nachodzić będziesz panny, białogłowy,
Najgłębiej chcąc utonąć w oczach lazurowych.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Pożyteczny oprawca


Bliżej zaś, niedoperzów siostrzyczki, ćmy, rojem
Wiją się, przywabione białym kobiet strojem,
Mianowicie przykrzą się Zosi, bijąc w lice
I w jasne oczki, które biorą za dwie świéce.
Na powietrzu owadów wielki krąg się zbiera,
Kręci się grając jako harmoniki sfera;
Ucho Zosi rozróżnia wśród tysiąca gwarów
Akord muszek i półton fałszywy komarów.
A. Mickiewicz, Pan Tadeusz. Ks.VIII, Zajazd
Jam nie Zosia, ale poczułem go boleśnie na karku, a potem lewym uchem usłyszałem ten fałszywy półton. Wiedział komar, że z tej strony słyszę gorzej, chciał oblecieć i uderzyć prosto w czoło. Nie przypuszczał, że przyglądam się z bliska koronkowej robocie rozpiętej ponad płotem, między winoroślą a cherlawą akacją.

Pająk w ciągu sekundy przebiegł ze środka na obrzeże sieci, skrępował ofierze odnóża, a potem już metodycznie owijał ją obracając pod sobą czterema przednimi nogami.

Tak szybko - w latach 60. gdzieś na Mazurach - pakowała (i to nie używając nóg) Janina Przygoda, kierowniczka miejscowego GS-u. Ale to były śledzie z wdziękiem chluśnięte z beczki na gazetowy papier. Tu bądź co bądź istota żywa, opita gorącą krwią korespondenta.

Kiedy kokonik nadawał się do transportu, przeciągnął go (patrz bliżej) do środka sieci, żeby w razie czego biec w inne miejsce. Teraz owinął grubiej i przybliżył straszliwą paszczę…

Nie idzie mi z krajobrazem, architekturą i ludźmi, ale udają mi się zdjęcia makro, bo kocham ten mały światek i włażę, gdzie nikomu nie chciałoby się. Jak nigdzie widać tu fantazję, ale też staranność natury, niezwykłe zestawy barw i czystą poezję.

To świat w pigułce i tak jak wielki wstrząsający, bo przepełniony seksem oraz przemocą.

niedziela, 9 stycznia 2011

Wiersz słodko-gorzki

To pierwsza, wewnętrzna strona eleganckiego tomiku poezji z roku 1897. Jest tam dwadzieścia parę wierszy napisanych przez różnych poetów w latach 1840-1897.*

Po drugiej stronie okładki drukowana grażdanką inskrypcja o pozwoleniu carskiej cenzury, a potem starannie wykaligrafowana dedykacja:
Szanownej Pannie
Jadwidze M.
w dniu Jej imienin
ofiaruje Waleryan K.
15/X 97 r.
Ciekawe czy lektura wzruszyła Jadwigę do tego stopnia, że została żoną Waleriana? Może było tak, jak w jednym z wierszy?
Kocham - rzekła w głos,
Płonąc jako świt. -
z ócz jej krople ros -
Biegły gasić wstyd.
"El...y" (Adam Asnyk)
Wydaje mi się, że niepotrzebnie płakała po męsku, o wiele bardziej przekonujący byłby płacz żeński (chodzi o rymy: męski jednosylabowy, typowy dla poezji anglosaskiej, w polskim śpiewnym języku brzmi sztucznie).

Choć w tamtym czasie poezja znaczyła bardzo wiele, jak nigdy przedtem i potem, to dziś nie byłoby z nią łatwo. Za dużo tam duszy, wód, słońca, promieni, kwiatów łez i mar. Ponadto katuszy, kryształów, rosy, pieśni, chat, uścisków i tchnień. No i oczywiście mgnień. Ufff!

Jeden, jedyny wiersz, choć starszy od pozostałych, nie pachnie naftaliną i brzmi szlachetnie. To ten na stronie tytułowej, Mistrza Adama liryk lozański. Dzięki lakonicznej formie jego słodko-gorzkie przesłanie trwać będzie zawsze.
Polały się łzy me czyste, rzęsiste
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość górną i durną,
Na mój wiek męski, wiek klęski;
Polały się łzy me czyste, rzęsiste...

* Lećcie Pieśni! POEZYE wybrane przez Or-Ota z 26 ilustracjami, Nakładem Michała Arcta w Warszawie.

piątek, 7 stycznia 2011

Interpretator

To olbrzymia strata dla poezji. Zmarł Krzysztof Kolberger, niezrównany Interpretator.

Aktorzy często niedobrze czytają wiersze. Udają namysł, stawiają fałszywe akcenty logiczne i epatują głosem. Kolbergera słuchałbym zawsze. Jako jedyny potrafił czytać jakby wiersz napisał. Naturalnie, bez emfazy, mądrze.

Andrzej Wajda docenił Jego kunszt, powierzając Mu narrację i rolę Mickiewicza w "Panu Tadeuszu". Zobaczmy ostatni, bodaj najlepszy, akt filmu i posłuchajmy Aktora: koncertu Jankiela, poloneza (muzyka Kilara to najdoskonalszy polonez w dziejach) i fragmentu Inwokacji, która tu jest smutnym wygnańczym epilogiem.

poniedziałek, 8 listopada 2010

I po drodze drzemie

Nieznacznie z wilgotnego wykradał się mroku
Świt bez rumieńca, wiodąc dzień bez światła w oku.
Dawno wszedł dzień, a jeszcze ledwie jest widomy.
Mgła wisiała nad ziemią, jak strzecha ze słomy
Nad ubogą Litwina chatką; w stronie wschodu
Widać z bielszego nieco na niebie obwodu,
Że słońce wstało, tędy ma zstąpić na ziemię,
Lecz idzie niewesoło i po drodze drzemie.
A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga Szósta,Zaścianek

wtorek, 5 października 2010

I w Ostrej świecisz Bramie

Na pewno nie podlegam religijnym wzruszeniom, ale w tym miejscu czuję się szczególnie. To niewielkie pomieszczenie z obrazem i wiszące na ścianach małe, srebrne wota, złożone w podzięce lub w intencji, z naiwnymi nieraz, polskimi napisami, tworzą jakąś metafizyczną komorę, w której czuje się olbrzymie natężenie tego, co w polskości najlepsze. Ci, którzy mnie bliżej znają, wiedzą, żem nie moher, a jednak tutaj jakbym unosił się w powietrzu.

Byliśmy w Wilnie jesienią dwa lata temu, w ośmioosobowej grupie przyjaciół. Mieszkaliśmy opodal i kilka razy dziennie przechodziliśmy przez Ostrą Bramę. Z roztkliwieniem obserwowałem jak moi koledzy, na co dzień obojętni przecież wobec wiary, zdejmowali nakrycia głowy i skupieni szli z oczami utkwionymi w rozświetlonym obrazie, bo okna od kaplicy są tu niemal zawsze otwarte.

Wiem, ta nabożność wobec Ostrej Bramy bierze się u mnie z tego wspomnienia z dzieciństwa (pisałem o nim tu kiedyś). Chorowałem dość ciężko na szkarlatynę i Mama z małej żółtawej książeczki czytała mi „Pana Tadeusza”. Pamiętam Inwokację i podobieństwo sytuacji: mnie choremu, moja Matka czyta o Matce Poety, który jako dziecko odzyskuje zdrowie dzięki Pannie Ostrobramskiej. Kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że na swój mały wymiar, moja wrażliwość poetycka - jeśli jest - i ja sam pochodzimy stamtąd.
Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
Iść za wrócone życie podziękować Bogu)
To może nieładnie wobec braci Litwinów, ale w Wilnie nie miałem wrażenia, że jestem za granicą. Jak w jakimś innym Krakowie, albo dużym Cieszynie. Inny, niezrozumiały język, ale ani krztyny obcości. A już cmentarz na Rossie najbardziej polski z polskich. Malowniczo położony na wzgórkach tego dnia - o poranku 11 listopada - lekko spowity mgłą. U wejścia, mały cmentarzyk wojskowy, gdzie spoczywają "MATKA I SERCE SYNA". Dziś już tylko tam można w spokoju oddać cześć Marszałkowi. Kocham Wilno.
------------------------------
05.10.10, 8:40 - Niepokojący komunikat z Poznania: kochana Wilejka nie wróciła od wczorajszego wieczoru do domu.
05.10.10, 19:32 - Wróciła. Po 24 godzinach. Wszyscy byliśmy wzruszeni, ale chyba powinni z nią poważnie porozmawiać.

środa, 23 grudnia 2009

Na początku

Na początku było słowo. Czytane. Rodzice codziennie mi czytali. Nie było tych książek wiele, ale mi to nie przeszkadzało, bo dzieci lubią ustalony rytuał i miłe powtórzenia: siadasz na kanapie i czujesz przyjemny dziecięcy dreszcz. Obok tata lub mama otwiera książkę i zaczynają to samo co wczoraj:
Opowieści różne znacie:
Więc opowieść o piracie,
O magiku-mechaniku,
O zaklętym koguciku,
O północnym, groźnym wietrze
I o chorym termometrze.
O uczonym kocie w butach
I o wyspach Bergamutach.
Niedługo trwało, a znałem "Opowiedział dzięcioł sowie" Jana Brzechwy na pamięć. Jeszcze dziś mógłbym powtórzyć niektóre wiersze Brzechwy i Tuwima.

Czytano też mi klasyków (wspominałem o Inwokacji ), Mickiewicza i Słowackiego. Pamiętam "Panią Twardowską" i "Trzech Budrysów". Największe jednak wrażenie sprawił na mnie "Ojciec zadżumionych". Odtąd już zawsze pamiętałem smutny początek:
Trzy razy księżyc odmienił się złoty,
Jak na tym piasku rozbiłem namioty.
Maleńkie dziecko karmiła mi żona,
Prócz tego dziecka, trzech synów, trzy córki,
Cała rodzina, dzisiaj pogrzebiona
Rzeczą nie mniej ważną niż słowa były ilustracje. W dzieciństwie była przede wszystkim bajeczna kreska Jana Marcina Szancera. Pamiętam ją z "Ballad" Mickiewicza, z baśni Andersena i z "Akademii Pana Kleksa".

Obraz dziewczynki z zapałkami stojącej pod oknem, za którym widać roziskrzona choinkę mam zawsze przed oczyma w dzień Wigilii.

Kiedy zacząłem czytać samodzielnie, rozpoczęło się prawdziwe szaleństwo, ale o tym innym razem.
-------------------------
Ilustracja pochodzi z wydania "Ballad" Mickiewicza (1955) z ilustracjami Jana Marcina Szancera. Ta dotyczy "Trzech Budrysów".
 
blogi