środa, 23 grudnia 2009

Na początku

Na początku było słowo. Czytane. Rodzice codziennie mi czytali. Nie było tych książek wiele, ale mi to nie przeszkadzało, bo dzieci lubią ustalony rytuał i miłe powtórzenia: siadasz na kanapie i czujesz przyjemny dziecięcy dreszcz. Obok tata lub mama otwiera książkę i zaczynają to samo co wczoraj:
Opowieści różne znacie:
Więc opowieść o piracie,
O magiku-mechaniku,
O zaklętym koguciku,
O północnym, groźnym wietrze
I o chorym termometrze.
O uczonym kocie w butach
I o wyspach Bergamutach.
Niedługo trwało, a znałem "Opowiedział dzięcioł sowie" Jana Brzechwy na pamięć. Jeszcze dziś mógłbym powtórzyć niektóre wiersze Brzechwy i Tuwima.

Czytano też mi klasyków (wspominałem o Inwokacji ), Mickiewicza i Słowackiego. Pamiętam "Panią Twardowską" i "Trzech Budrysów". Największe jednak wrażenie sprawił na mnie "Ojciec zadżumionych". Odtąd już zawsze pamiętałem smutny początek:
Trzy razy księżyc odmienił się złoty,
Jak na tym piasku rozbiłem namioty.
Maleńkie dziecko karmiła mi żona,
Prócz tego dziecka, trzech synów, trzy córki,
Cała rodzina, dzisiaj pogrzebiona
Rzeczą nie mniej ważną niż słowa były ilustracje. W dzieciństwie była przede wszystkim bajeczna kreska Jana Marcina Szancera. Pamiętam ją z "Ballad" Mickiewicza, z baśni Andersena i z "Akademii Pana Kleksa".

Obraz dziewczynki z zapałkami stojącej pod oknem, za którym widać roziskrzona choinkę mam zawsze przed oczyma w dzień Wigilii.

Kiedy zacząłem czytać samodzielnie, rozpoczęło się prawdziwe szaleństwo, ale o tym innym razem.
-------------------------
Ilustracja pochodzi z wydania "Ballad" Mickiewicza (1955) z ilustracjami Jana Marcina Szancera. Ta dotyczy "Trzech Budrysów".

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

 
blogi