środa, 2 grudnia 2009

U Hopfera


Czas łagodzi kontury, a delikatna mgiełka sentymentu maskuje liszaje. Tamta rzeczywistość była brzydka jak ta sfotografowana fasada, a my byliśmy młodymi głupcami, ale kto dziś może o tym pamiętać?

Kiedy piszę o tamtych czasach, pomijam rzeczy podłe i niegodne, których było mnóstwo. Miała jednak wraża rzeczywistość jedną wspaniałą zaletę, dla której wybaczam jej wszystko: to był czas mojej młodości.

Socjalizm miewał swoje cudowne nisze niepraktyczności. Dziś, kiedy zarabia się na wszystkim, trudno jest zrozumieć, że na przykład były winiarnie, gdzie wino sprzedawano w cenach takich jak w sklepie. To był szlachetny gest "Centralnych Piwnic Win Importowanych", które prowadziły dużego Fukiera i malutkiego Hopfera.

Mirek Sznajder napisał w Rękopisorium o Hopferze:
Ktoś, kto dzisiaj zajrzy w cichutki i skromniutki zaułek między Dziekanką a posępną prokaterdrą, w żaden sposób nie zdoła odnaleźć tamtego klimatu. Już z dala widać było, ale jeszcze lepiej słychać, kiwające się sylwetki dyskutujących klientów zacnego lokalu. Im bliżej, tym bardziej gwar narastał i wreszcie zza roku wychodząc miałeś całą sytuację jak na dłoni. Przez otwarte okno z lewej dochodził chóralny śpiew:
Siedzę na dupie i ciągle wyglądam przez window*
co stanowiło słowiańską parafrazę ówczesnego światowego przeboju Delilah** Toma Jonesa, a śpiewowi towarzyszyło niezbyt rytmiczne ale za to głośne walenie pięścią. Do tego pomieszane głosy niewieście i męskie, śmiech, krzyki, brzęk szkła, a ponad tym wszystkim co jakiś czas wybitny głos pani Stasi:
- Panie docencie, pan już jest zmęczony, zapraszam do baru Marcinek na Podwale.
Dobrze pamiętam tę panią Stasię. Kobieta w nieokreślonym wieku, z załzawionymi od dymu papierosowego niebieskimi oczyma i wydatnym, zaczerwienionym nosem. Wcześniej była jedyną barmanką w maleńkiej dziupli na Mariensztacie, gdzie wyłącznie było kwaśne piwo i papierosy "Sport" oraz "Mazur". Potem lokal przerobiono na placówkę ORMO, a pani Stasia w drodze awansu powędrowała Bednarską w górę, do Hopfera.

Być może to był ten dzień, o którym napisał w dzienniku Michał:
1 IX 66
Długo dziś siedzieliśmy "U Hopfera”. Ja siedziałem, ponieważ jestem nieszczęśliwy, Jacek bez powodu, J[erzy] Bogu na chwałę, a Wojtek, nowo poznany, z powodu jakiejś miłości. Deszcz cały czas padał i gdy po kolei biegaliśmy do babci, tj. do ubikacji albo pod mur, chłodził przyjemnie. Zacząłem więc rok szkolny 1966/67. U „Hopfera” mówi się o budowie wszechświata, o dziewczynach, o tragicznym życiu.
I na pewno tego dnia w środku panował jak zwykle rembrandtowski mrok. Jedyne odsłonięte okno to widoczne na zdjęciu po lewej. Snop światła padał na kontuar, oświetlał butelki, załzawioną Stasię, a tego dnia jeszcze senatorską głowę i piękny profil aktora Stanisława Jasiukiewicza. Pewno wracał ze szkoły teatralnej do Teatru Polskiego. Zwyczajni goście mogli szampana tylko zamawiać na butelki, ale on, Mickiewiczowski Gustaw - Konrad zwrócony w stronę światła, pił w kryształowym kielichu. Wypił jeden i wyszedł.
-----------------------------------------------
* - W oryginale piosenki jest: I saw the light on the night that I passed by her window.
** - piosenkę śpiewano na cześć wina Gellala, które pieszczotliwie nazywaliśmy Delilah. Niedawno Dorota M. opublikowała w galerii N-K zdjęcie swojego dziadka, który zaprojektował etykietę do tego wina (35 zł, Algieria, słony smak Morza Śródziemnego). Tę niezwykle udaną etykietę można obejrzeć w portalu winka.
Na zdjęciu po lewej jest Michał i chyba jego krewny z Wilna. Aparat prawdopodobnie w ręku Waszego korespondenta.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

 
blogi