poniedziałek, 11 listopada 2013

Podwójna tęcza

Ta tęcza jest podwójna i jeśli nam jedną spalą, mamy drugą.
Myślę, że nie przejdą.

sobota, 9 listopada 2013

Uratuj

Bencke & Scott, Wierny stróż [1871], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych
Kiedy odchodzili Rodzice nie rozkleiłem się, a teraz zamknąłem się w łazience i długo ”Uratuj ją, uratuj!”. Pies jest jak dziecko.

No to poszliśmy ciemną doliną. Ten, który ją uratował miał spokojną, mądrą twarz profesora weterynarii.

Potem trzy dni, gdy nie wiadomo jak to będzie (jeszcze długo nie będzie wiadomo do końca), ale dziś po raz pierwszy na spacer i jak za dawnych lat. Poczułem taką wdzięczność, że zagadałem poufale do jutrzenki, że różanopalca.

Gotów byłbym się nawrócić i może nawet założyć jakiś beret, ale chyba za stary jestem. Pozostanę już przy swoim libertyńskim racjonalizmie, zwłaszcza, że nie widzę sprzeczności pomiędzy nim, a głębokim szacunkiem do Przedwiecznego. Skoro jest Miłością.

środa, 30 października 2013

Miseczka


Miseczka do rozrabiania piany przy goleniu. Właściciel umarł 20 lat temu. To jedyna pamiątka osobista jaką mam po Ojcu. Była jeszcze raportówka i rogatywka z orzełkiem bez korony, ale dałem je Synowi.

Znów to samo długie pożegnanie. Buba odchodzi. Niby w poniedziałek ma być jeszcze operacja, ale wyniki histopatologiczne nie dają wielkiej nadziei. 

Co jakiś czas chce mnie rozbawić - biega i skacze jak szalona (nadal jest sprawna) - nagle zastyga i patrzy głęboko w oczy, czy się udało. Nie udało się, wtedy jest najgorzej. 


czwartek, 3 października 2013

Non omnis

The progress of the century, Currier&Ives [1876]
Chwieje się moja wiara w postęp i nieograniczone możliwości techniki. To znaczy one dalej się będą rozwijać, ale konkretny człowiek coraz mniej będzie dla nich znaczył.

Na przykład nic nie znaczę dla wielkiej firmy Google. Oto kończy się czas opłaconej domeny slowobraz.net i z powodu jakiegoś defektu oprogramowania nie jestem w stanie jej przedłużyć. Na próby kontaktu firma Google nie odpowiada - gigant zdaje się nie ma w zwyczaju korespondować z pojedynczym konsumentem. Jeśli nie znajduję instrukcji w katalogu pomocy, to znaczy, że moje kłopoty są fanaberią, a ja niezdrową mutacją, która musi uschnąć. Zgasnę zatem w ciągu najbliższych 2-3 dni.

Nie wszystek jednak. Być może uda się blog reaktywować w niezmienionym kształcie i z dotychczasową zawartością, a jeśli nawet nie, to nastąpi jego powolna rekonstrukcja. Jakkolwiek będzie, to pod adresem slowobraz.pl. I tam mnie szukaj Droga Czytelniczko i Ty, Czytelniczku.
Ochocki ujął zimną już rękę Rzeckiego i pochylił się, jakby chcąc mu coś szepnąć do ucha. Nagle w bocznej kieszeni zmarłego spostrzegł wysunięty do połowy list Węgiełka i machinalnie przeczytał nakreślone wielkimi literami wyrazy: Non omnis moriar...
- Masz rację... - rzekł jakby do siebie.
- Ja mam rację?... - zapytał doktór. - Wiem o tym od dawna.
Ochocki milczał.
B. Prus, Lalka, Rozdział XIX

czwartek, 19 września 2013

Z zapałkami

plakat, Français, économisez le gaz [1916]
Trudno się wraca, a ja jestem chorobliwie nieśmiały i nie potrafię ładnie. Jako dziecko po powrocie z długich wakacji przez parę dni wstydziłem się rówieśników, z którymi przecież przed wyjazdem byłem w beztroskiej zażyłości. A teraz jak się mam wytłumaczyć, że tak długo milczałem? Każde usprawiedliwienie zabrzmi mało wiarygodnie.

Powiedzmy krótko: wyszedłem po zapałki, a że dni coraz krótsze, trzeba zapalić lampę gazową, więc jestem. 

Pomógł mi Kowarski i pisali inni. Od tego właśnie są Przyjaciele. Nie, on nie ciągłym nagabywaniem i tymi sztucznie przyszywanymi komentarzami do dworcowego posta. Swój wiersz mi przysłał przed chwilą, a niżej komentarz z wymówką, którą tak dobrze znam. Wiersz - koło ratunkowe. Kowarski wie, że za dobrą poezją wszędzie pójdę. 

I chociaż znałem (drukowaliśmy w Rękopisie), znów urzekł mnie szekspirowski sztafaż i autoironiczny uśmiech przemijania. To dobry wiersz na koniec lata.
***
w popołudniowej
najdłuższej bitwie
tej wojny
ty i ja
walczyliśmy dzielnie
oparci o siebie
plecami

przez rubinową mgłę
nie rozróżniałem już
ani wrogów
ani sprzymierzeńców

nie wiedziałem
czy zbliża się klęska
czy zwycięstwo
i modliłem się tylko
aby herold emerytury
zdążył przed zmrokiem
Janusz Kostynowicz
"Z Tobą, jest tak, że jak masz robotę, albo zamówienie na tekst, to potrafisz zostawić mnie na polu bitwy."
No tak. Tymczasem zapalam lampę. Zobaczymy...

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Dworzec czołowy - storyboard

Dworzec - niby komunikacyjny węzeł, a w istocie pogranicze świata zewnętrznego i emocji - rzeczywisty węzeł, ale fizyczno-metafizyczny. Z siecią żelaznych dróg krzyżują się tajemne drogi, na których mijają się rezygnacja z nadzieją i tęsknota z ucieczką. Także modlitwa płynie i niezmiennie w jedną stronę (pod względem liczby wykonywanych znaków krzyża dworce statystycznie mają przewagę nad kościołami).

W większości są przelotowe. Pociąg przyjedzie, chwilę odsapnie i zaraz rusza. Takie dworce robią straszny przeciąg emocjonalny. Co innego dworce czołowe, te są stabilne jak port morski. Lokomotywa dostojnie zbliża się do nabrzeża i - choćby to był dworzec w górach - cumuje.

Warszawa Główna Osobowa. Pierwszy port mojego dzieciństwa. Zbudowana naprędce i tymczasowa, towarzyszyła mi od pierwszych lat, aż po niespokojny wiek młodzieńczy. To stąd dwulatek wyjeżdżałem z rodzicami nad morze lub w Karkonosze, a dwadzieścia parę lat później też w tamtą stronę, ale już w romantycznych misjach.

To zdjęcie (koniecznie w nie kliknij) zobaczyłem w książce “Powojenna Ochota” zaprzyjaźnionego wydawnictwa Veda. Przedstawia Warszawę Główną na początku jej istnienia. Jest rok 1946 - od zakończenia wojny minął ponad rok, ale raczej nie czuje się jej. No może tylko więcej wojskowych. Oto w furażerce i z walizką w brezentowym pokrowcu polski oficer. Przed nim w oficerkach i bryczesach skrywający chudą twarz leutnant armii radzieckiej. W rogatywce, odwrócony tyłem jeszcze jeden polski żołnierz i dla równowagi kolejny w niepolskim mundurze. Ten stoi na schodach paląc papierosa i obserwuje tłum podróżnych. Obok baczny cywil z jasnym prochowcem przerzuconym przez lewe ramię. Nie ma co się dziwić - za tydzień ważne referendum.

Dziwne, że nikt nie zwraca uwagi na postać, która jedyna pochodzi z innej epoki. Młoda kobieta w kwiecistej chuście i w białej zapasce. W ręku trzyma szkatułkę z papierosami na sztuki. Niech zazdroszczą szpicle, bo Cyganka wie wszystko. Na przykład, że elegancka dama w białym kapeluszu i w kostiumie z wywatowanymi ramionami to żona rządowego dygnitarza, który za rok znajdzie się w więzieniu, że - pierwsza z lewej - czarno ubrana niewiasta, przed dwoma laty straciła w tym mieście wszystkich bliskich, że obok rozkładu jazdy dwaj wojenni wykolejeńcy w kaszkietach też nie mają po co żyć, że facet w kapeluszu to spekulant, a ten z odkrytą głową patrzący w obiektyw jest szabrownikem. Na schodach ktoś z gitarą ...

Nie, to nie musi prawda. Tyle tu torów i ludzi, że splątały się tajemne drogi bolesnych wspomnień.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Zauroczenie

Lekko zgłuszył nas imperialny finał V symfonii Czajkowskiego. Mimo, że tempo miał niezłe, musiała  minąć chwila, żeby po wyjściu z Filharmonii na nowo zrozumieć uliczny pośpiech.

Zmierzchało. Tak to jest, że po koncercie stoi się na ulicy, trochę bez sensu, coś tam rozmawia i powoli, powoli przyzwyczaja do prawdziwego świata, który wcale nie jest naturalny.

Chyba z niego była, bo szła zbyt szybko. Całkiem ciemna, choć od Jasnej. Piękna, wysoka, smukła, śniada, lekko i bez zniecierpliwienia wymijała grupki ślamazarnych melomanów. Jak kometa, albo raczej ciemna gwiazda pochłonęła całą moją uwagę. Ktoś ze znajomych zagadnął, odpowiedziałem zdawkowo, a potem odwróciłem głowę, by ją pożegnać.

Nie zdążyłem, zakochałem się w kim innym. Z lewej zobaczyłem lekko zanurzoną w chmurach iglicę Pałacu Kultury, a na wprost, też we mgle, niesymetryczną kanciastą maczugę Libeskinda. “To Warszawa? Jaka piękna i niezwykła.” Zacząłem robić zdjęcia i już zupełnie zapomniałem dlaczego spojrzałem w tę stronę.
---------------
dopisane 4.06.2013
Skończył się konkurs NAC-u i Gazety Stołecznej. Wyniki tutaj.

wtorek, 21 maja 2013

Człowiek analogowy

Andrew J Russell, Reperujący linię telegraficzną [ca. 1863]
W tych cyfrowych czasach analogowy człowiek jestem. Wprawdzie radzę sobie jakoś ze sprzętem i pracuję „w chmurze”, ale bliżej mi do dźwigni prostej, pogawędek i parasola.

Nawet to pisanie teraz. Moje palce na zawsze zapamiętały łucznika z Radomia. Niby robili tam maszyny do szycia, ale głównie kałachy i pewno dlatego z ich maszyn do pisania wystrzeliwało się pociski liter. Teraz trzeba inaczej, ale co z tego, że umysł pojął, skoro ciężka ręka polubiła przywalić w klawiaturę?

Bo to za duży skok był jak na życie jednego człowieka. Stalówki mi się rozczepiały i zamulały włóknami celulozy, a ja maczałem je w kałamarzu i pisałem, pisałem. Wiersze. Naprawdę. Mama uczyła mnie w ten sposób ortografii i kaligrafii, że przepisywałem je z grubej, różowej antologii wierszy dziecięcych. Z kaligrafią nie dało rady, ale została w mózgu ścieżka analogowa i kiedy inni mają szumy uszne, mnie dudni w głowie metafora. Czasem aż łeb odskakuje.

Teraz już nie ma atramentu, teraz pisze się na gładkim ekranie smartfona albo tabletu. Niedawno wywołałem chichot aż ośmiu nastolatek w autobusie, bo żeby szybciej przesunąć stronę w telefonie, pośliniłem palec.

Gdyż ja analogowy jestem. Nic mi się nie dywersyfikuje i nie pozycjonuje, a jeżeli nawet, to połowicznie. Tak jest z reklamami kojarzącymi produkt z pięknem kobiecego ciała. Mówią, że seksizm, że „atak cycem”, a mnie to wcale nie przeszkadza. Tyle, że trochę głupio, bo nie kupię. Ani mi potrzebne te rajstopy, ani nie mam pieniędzy na ten samochód i tylko napatrzę się, na krzywy ryj. Zachwycony.

Człowiek analogowy milczał, bo redagował kolejny numer „Rękopisu”. Ten ci dopiero jest wczorajszy. Zagubiony w czasie, w dawnym mieście, wśród nieistniejących budowli, w kolejce po wizę i w umarłej księgarni. Reklamy też są. Na przykład telewizora „Szmaragd” – (Ciężar 27 kg – Pobór mocy 150 Va, Cena 9.000 zł) albo „Zawsze eleganckich i modnych” kapeluszy i krawatów. Jest trochę tekstów z blogu - ryba wyciągnięta z wody łapczywie łapie powietrze. Jest dobry tekst Kowarskiego (współredagował numer) o dzieciństwie, nędzy i prawości oraz jego wiersz. Niby do Rimbauda tam pisze:
(...) zazdroszczę ci może
tylko tęczowych
lotów wyobraźni
gdy ja ślęczę
nad każdym
wersem liścia
zawsze jednak
staram się trwać
w środku miasta
możesz mnie zastać
na Nowym Świecie
Jerozolimskich
Marszałkowskiej
i Świętokrzyskiej

kiedy zapada zmrok
nad Warszawą
znów widzą ludzie
mój siwy łeb
jak napieram
na szklane drzwi
Poczty Głównej
wdzieram się
do Empiku
z wrzaskiem ulicy (...)
J. Kostynowicz, Pieśń grafomana (fragment) 
Gdybyś chciał/a Czytelniku, Czytelniczko przeczytać, chętnie egzemplarz wyślę. Za darmo ot tak, z długoletniej przyjaźni (podaj adres: slowobraz@gmail.com).

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Pasowanie


Biegali oboje z Jasiem szczęśliwi, bo moja niedokladna opieka gwarantuje dostęp do błota, dotykanie pordzewiałego pieca i nieheblowanych desek.
Już od rana na podwórzu
wśród patyków i wśród liści
przycupnęli nad kałużą
pracowici kałużyści.
Wygrzebują brud z kałuży,
niech kałuża będzie czysta !
Pełne ręce ma roboty
każdy dobry kałużysta !
Rękawiczką i chusteczką
dwóch błocistów chodnik czyści.
Obrzucają się szyszkami
bardzo dzielni szyszkowiści.
Danuta Wawiłow, Kałużyści (fragment)
Potem na chwilę zrobiło się jaśniej. Wprawdzie słońce nie przebiło się, ale mocny krąg prześwitywał przez pergamin chmur. Posadziłem dzieci przy psie i pstrykałem.

Dotąd obie strony były wobec siebie przyjazne, ale w sposób zdawkowy: Buba radośnie oblizywała usmarowane jedzeniem gębusie, a oni ostentacyjnie popiskiwali gładząc jedwabistą sierść.

I oto dziś Buba, być może zmęczona pozowaniem, położyła swój melancholijny, długi pysk na tłustej nóżce. Jakby chciała powiedzieć dziewczynce, że nie jest jedynie malutką istotką pachnącą mlekiem i sikami, ale osobą, której ona, wielki kosmaty czworonóg, ślubuje wierność i oddanie. Zizzi z początku chciała cofnąć nogę, ale powoli docierało do niej (warto zobaczyć to spojrzenie), że stało się coś ważnego, że pies potraktował ją jak człowieka.

Kolejne zdjęcia to już czułe obejmowanie się i w ogóle XII księga Pana Tadeusza.

piątek, 19 kwietnia 2013

Baking powder

G.H. Dunston, litografia, International baking powder [1885]
Ostatnio było dużo pracy. Na ogół nie ma jej za wiele, więc kiedy jest, to wszystkie ręce na pokład. Wszystkie dwie. I nic innego nie robić.

A codziennie tęsknię za blogiem, za lirycznym komunikatem, za listem w butelce, który może kiedyś trafi w czyjeś ręce. 

Trzeba próbować, bo czasu coraz mniej. Oto zauważyłem, że neurologicznie cofam się w okres dzieciństwa, kiedy często doznawałem deja vu.  Stosownie do wieku asynchron wygląda teraz inaczej: budzę się i wtedy dzwoni telefon lub budzik. Oczywista iluzja, śpię jak zabity i budzę się na skutek bodźca dźwiękowego, lecz zawodzi wewnętrzna komunikacja: następuje psychiczna cofka, wrażenie antycypacji. Coś tam nie sztymuje. Podejrzewam, że synapsy rozciągnęły mi się jak guma w starych majtkach.

Jak dobrze, że nie mam skłonności do mistycyzmu, bo przy takich efektach wbiłbym się, jak moi sławni rówieśnicy, w duchową i polityczną megalomanię. Na przykład na pewno usłyszałbym wybuch, a nawet dwa oraz zobaczył, że trzech uciekło...

Nic z tych rzeczy. Tak bardzo jestem wdzięczny mojej oświeceniowej szkole, podstawowej i liceum. Mimo ponad czterdziestoosobowych klas, potrafiła wyrobić w nas szacunek do ustaleń nauki, ale przecież także rozkochać w rzeczach ulotnych. Szkiełko i oko oraz czucie. Dziękuję. 

Tymczasem niektórzy dali się nabrać, że istnieje „powieść pornograficzno-psychologiczna o mylącym tytule Przenikliwość". To oczywisty blef i chwyt stylistyczny – rodzaj wyskakującego okienka w blogu. Bierze się z chęci opowiedzenia o czymś bez blogowego koturnu, bez identyfikacji i z zanikiem artystycznej odpowiedzialności. Ta niby-powieść niby powstaje w sposób strzępiasty i asynchroniczny, przede wszystkim z fragmentów korespondencji (przeważnie z Kowarskim) i ze starych wpisów na blogu. Niestety, wynikiem nieszczęsnej genezy jest całkowity brak akcji. Bohaterowie to gadające głowy. Jeśli któryś wstanie, to tylko, żeby się pożegnać, albo podejść do bufetu, celem zakupu dwóch kieliszków wódki. O pornografii nawet nie ma co marzyć. Zamieszajmy jednak trochę. Rusz dupę bohaterze!
Po raz pierwszy od trzech lat spotykali się w mieście  Nie musieli się ukrywać i od dawna niepotrzebne były jakieś szczególne starania i miłosne podchody. Tym razem zaproponował spotkanie, bo chociaż miał ją całą, to brakowało mu jej przyjaźni i rozmowy.
Kiedy wszedł, była wściekła. Dobrze znał to kobiece rozdrażnienie, ten mur złości i pretensji, który przecież w jednej chwili potrafił runąć.
Przewalski na co dzień wyśmiewał się i gardził teoriami ezoterycznymi, ale prywatnie i na własny użytek, z pełną świadomością używał tanich sztuczek. Że potrafi, zrozumiał na samym początku podczas jakiejś studenckiej imprezy. Tamta dziewczyna, młoda, ładna blondynka była wdową. Taka wdowa inaczej patrzy, bo jest doświadczona i ma dystans. Nie musiała mu tego mówić, bo niczego nie chciała i nie spotkali się już nigdy, ale wtedy była jak wróżka. Niektóre kobiety są wróżkami.
- Powiem ci, tańczysz średnio, ale wiesz jak dotykać kobietę. To jest dar.
cdn

sobota, 6 kwietnia 2013

Trzepak


Mimo że bardzo starzy oboje, razem z kruszącym się śmietnikiem już nie byli stąd. Nie pasowali do odnowionych elewacji, plastikowych okien i drogi wyłożonej kostką Bauma. I ten śmieszny bluszcz.
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty
B. Leśmian, (W malinowym chruśniaku
Żuk to ja, może nie tak już kosmaty, ale wstecz szedłem, do tyłu się cofałem, w przeszłość.

Tych parę metrów kwadratowych to było najważniejsze miejsce na podwórku. Agora, rynek, klub czy jak to nazwać. W każdym razie miejsce spotkań, ćwiczeń i kontemplacji. Jakże miło było zawisnąć jak nietoperz i na skutek wzmożonego ukrwienia po raz pierwszy doznać przypływu samoświadomości: „Więc mam pięć lat, pięć lat! Co to będzie?"
Na trzepaku się siedziało, na trzepaku się gadało, na trzepaku się wisiało, na trzepaku się robilo fikołki, koło trzepaka się robiło "widoczki" i "sekrety" (zakopywane w ziemi obrazki przykryte kawałkiem szkiełka).
To dziewczęta, ale i mój sekret musiał znać trzepak, kiedy przyszło mu wykonywać właściwą pracę i brać na grzbiet przetarty czarodziejski dywanik. W domu siadałem na nim (koniecznie po turecku), zamykałem oczy i unosił mnie w górę. Naprawdę! Wystarczyło zamknąć oczy.

Jakby zamieszkał tu inny gatunek ludzi. Nikt nie trzepie dywanów i nie widać dzieci. Niepotrzebny trzepak bezpowrotnie linieje i pochyla się.
- Żegnaj, Spierzchły. Już cię nie zobaczę.
- Żegnaj, Jureczku. Powinieneś poprawić wymyk.
- Wiesz, daruję już sobie.

niedziela, 31 marca 2013

Chmurnooka i Ten-który-biegnie


Dobra jest to do życia propedeutyka - zabawa w bańki mydlane. „Nic nie jest wieczne i ważna jest chwila.”
Nie jestem pewien, czy pogodzi się z tym Chmurnooka.
I znajdzie chwilę, żeby pomyśleć Ten-który-biegnie.

Czas najwyższy, bo oboje mają już po 15 miesięcy.

Zdjęcia można powiększać.

czwartek, 28 marca 2013

Syn Człowieczy

Dekoracja Wielkanocna [1883], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych

Ciągnie wilka do lasu. Coroczna, naturalna potrzeba oczyszczenia, refleksji nad sobą, nad ojczyzną miłą i światem. Chciałoby się z kimś pogadać i posłuchać, ale mowy współczesnej, zwyczajnej. Bez wielosłowia i pouczania, bez triumfalizmu i fałszu...
Co tam! Będziemy się przedzierać samopas.
Zachwycający ten wiersz Różewicza.

Widziałem Go
spał na ławce
z głową złożoną
na plastykowej torbie

płaszcz na nim był purpurowy
podobny do starej wycieraczki

na głowie miał czapkę uszatkę
na dłoniach fioletowe rękawiczki
z których wychodził palec wskazujący i ten drugi
(zapomniałem jak się nazywa)

zobaczyłem go w parku

między nagim drzewkiem
przywiązanym do palika
blaszaną puszką po piwie
i podpaską zawieszoną
na krzaku dzikiej róży

ubrany w trzy swetry
czarny biały i zielony
(a wszystkie straciły kolor)
spał spokojnie jak dziecko

poczułem w sercu swoim
(nie pomyślałem lecz poczułem)
że to jest Namiestnik
Jezusa na ziemi

a może sam Syn Człowieczy

chciałem go dotknąć
i zapytać
czy ty jesteś Piotr?

ale ogarnęło mnie
wielkie onieśmielenie
i oniemiałem

twarz miał zanurzoną
w kłakach rudej brody

chciałem go obudzić
i spytać raz jeszcze
co to jest prawda

pochyliłem się nad nim
i poczułem zepsuty oddech
z jamy
ustnej

a jednak coś mi mówiło
że to jest Syn Człowieczy

otworzył oczy
i spojrzał na mnie

zrozumiałem że wie wszystko

odchodziłem pomieszany
oddalałem się
uciekałem

w domu umyłem ręce
Tadeusz Różewicz

niedziela, 24 marca 2013

Prawo podstawowe


Prawicowe media podały, że zgromadziło się ich ponad 10 tysięcy, policja podała, że przyszły dwie osoby.

Byłem na Rynku Starego Miasta i widziałem na własne oczy: mały, ale zwarty tłumek obywateli domagał się niezaprzeczalnego prawa do wiosny. Całym sercem byłem z nimi. Dość już wycierpieliśmy i należy nam się!

niedziela, 17 marca 2013

Alegoria


To fragment plafonu w Pokoju Marmurowym na I piętrze Zamku Królewskiego w Warszawie. Wiele w tym dostojnym pomieszczeniu portretów najwybitniejszych królów Polski autorstwa tego samego malarza - Marcello Bacciarellego. A na samym sklepieniu ona. Kiedy tylko oddałem hołd posępnemu obliczu Stefana Batorego, natychmiast skierowałem obiektyw w górę.

W prawej ręce z wdziękiem trzymała okrąg z gwiazd, a w lewej, jakby od niechcenia, złoty róg obfitości, z którego wysypały się złote korony władców, laurowe wieńce oraz talary (jeden z towarzyszących jej puttów na bieżąco księgował rozchody w kronice królów).


Klasyczne regularne rysy, niemal fantazyjne usta z lekko wydętą dolną wargą, co mogło być oznaką znudzenia, a kto wie - może nawet zepsucia. Ciemnozielone oczy, lecz dziwnie podkrążone przy samej obwódce i zmęczone. Delikatny zarys drugiego podbródka wykluczający ascezę.

Nie wydawała się zbyt przejęta swoją pracą ani szczęśliwa. Może wiedziała, że wkrótce zaczną spadać królewskie głowy i kto inny będzie decydował o laurach.  Zrobiło mi się jej żal i gotów byłem pospieszyć na pomoc.

Alegoria Sławy i Wieczności w jednej osobie. Cóż, nic mi do niej. Wprawdzie w niekrótkim życiu nie zabiegałem o względy i profity: o zaszczyty i brzęczące talary, ale i one – Wieczność i Sława - nie postąpiły w moją stronę ani pół kroku. Chyba nawet jestem z tego powodu trochę urażony i dlatego nie mogłem zrozumieć, czemu tak uporczywie wpatruję się w jasną postać.

Póki nie pojąłem, że właśnie owo szczególne zapamiętanie stanowi przyczynę przyszłego zapomnienia.

W filmie Woodego Allena „Miłość i śmierć” (1975) Sonja (Diane Keaton) idzie po poradę do prawosławnego mnicha Andrieja „najświętszego ze świętych, starego i mądrego, najbardziej pomarszczonego starca w całym kraju”, ponieważ jej przyjaciel Boris Dimitrovich Grushenko (Allen) chce popełnić samobójstwo (już raz próbował: "tydzień temu wdychał powietrze stojąc obok Ormianina"). Ojciec Andriej odpowiada:
Powiedz Borysowi tak: przeżyłem wiele lat i po wielu cierpieniach oraz zgryzotach doszedłem do wniosku, że najlepszą rzeczą [w życiu] jest młoda blondynka. A jeszcze lepiej dwie. 

poniedziałek, 11 marca 2013

Laszka - storyboard


Sergiej Michajłowicz Prokudin-Gorski, Stancja Chrustalnaja Perm–Kungurskoj Żeleznoj Dorogi [1912], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych.
Wrzesień lub październik 1912 r. Dobrze widać tęskną jesień rosyjską i nieuleczalny romantyzm bardzo szerokotorowej kolei. Nie byle kto wykonał to zdjęcie, bo Siergiej Prokudin – Gorski.  Rano odstawiono na bocznicę jego wagon z laboratorium i ciemnią. Dzięki listowi wydanemu przez cara Mikołaja II ma dostęp do każdego miejsca w imperium i wszyscy są zobowiązani do udzielania mu pomocy.

Akurat okazja jest wyjątkowa. Cała obsada stacji Chandra Unyńska w galowych uniformach i uroczystych strojach wraca peronem z cmentarza, który jest za wzgórzem. Prokudin – Gorski poprosił, żeby się zatrzymali i chwilę trwali bez ruchu.

Ten najwyższy to - ma się rozumieć - naczelnik Prokofij Rubleńko. Pierwszy od lewej i uroczysty to Paragrafow, obok naczelnika przywarł Ilja Słomośkin, dalej zapłakana Warwara Pawłówna. Z podłużną walizeczką Włas Fomycz Zapojkin.

Fotograf cofnął się aż do zwrotnicy. Stąd obiektyw obejmie i załogę i stację. Widać zasłonięte ciemnym tiulem okno po prawej stronie wejścia służbowego.
Jest smutne okno na stacji,
Skąd widać pola dalekie,
Skąd widać szyny, pociągi
I trzy drzewiny kalekie.
Obraz na moment zastyga w fotografii. Zmysłowy timbre klarnetu i jakiś motyw z Wertyńskiego. Następnie długie przenikanie (znaczy retrospektywa) i jesteśmy w stacyjnym bufecie. Tłumnie tu, bo przed chwilą przyjechał pociąg z Jekaterynburga. Technik Zapojkin gra na klarnecie skoczną piosenkę o Tule. Co jakiś czas błyska okiem w stronę szynkwasu i podkręca wąsa.

Nie widzieliśmy jej wcześniej. Ach, jaka jest śliczna. Długa szyja, jasne włosy upięte wysoko, na czubku główki wąski wachlarz bielutkiej koronki, na prostej granatowej sukience biały  fartuszek. Właśnie z mętnej butelki nalewa wódkę do szklanki. Uśmiecha się do grajka i widać jej piękne zęby. To Polka, „Laszka” lub "pani", jak mówią o niej zazdrosne kobiety.
A pannie Jadzi z bufetu
Serce z wzruszenia aż mięknie,
Szeptał często: "Włas Fomycz,
Pan gra tak cudnie... tak pięknie..."
Już widzimy wesołą salkę zza okna, zaglądamy do innego, tego koło wejścia służbowego. Piotra Płaksina też nie było na zdjęciu. Przesuwa miedzy palcami wąska taśmę papieru, po chwili odrzuca ją, patrzy w okno, zagryza wargę, macza pióro w kałamarzu i pisze.
Pisze, że kocha ją dawno,
Jeno powiedzieć jej nie śmiał,
O tajemnicę ją prosi,
Aby Włas Fomycz się nie śmiał.
Pisze serdecznie, miłośnie,
Że kocha, marzy, wspomina!
I łzy spadają na papier
Telegrafisty Płaksina.
Bez winy ta tragedia, co się wydarzy, bo przecież nie można zmusić do miłości miłością, choćby i największą.

Stop! W tym miejscu scenarzysta odkłada pióro. Widzi, że w filmie nie da się pogodzić, jak się udało w poezji, delikatnego klimatu parodii z opowieścią o miłości. Szkoda wiersza, szkoda zdjęcia, a poza tym on bardzo polubił tych dwoje.

Musi coś wymyślić. Ten pogrzeb kogo innego był. Powiedzmy zamordowanego dróżnika Szaposznikowa albo lepiej zastępcy naczelnika. Motyw? Szpiegostwo na rzecz Japonii, np. chcą wykraść tajemnice Prokudinowi-Gorskiemu, który jest pionierem fotografii kolorowej. Może uda się wrobić w tę sprawę Zapojkina?

Jedno jest pewne. W ostatniej scenie Piotr i Jadwiga wyjeżdżają pociągiem do Permu, a potem dalej, gdzie tory są węższe. Za dwa lata wybuchnie wojna. Musi ich chronić przed wielką kilkudziesięcioletnią zawieruchą.

Cały poemat sentymentalny Juliana Tuwima „Piotr Płaksin” jest tutaj.

piątek, 8 marca 2013

Ormiaszce


Zdjęcie zrobił jego syn, Kuba. Kowarski siedzi w swojej – jak powiada – kozie. Kto pamięta anegdotę Telimeny "z Peterburku"?
Skończyło się, że charty poszły na powrozy,
A czynownik na cztery tygodnie do kozy.
A. Mickiewicz, Pan Tadeusz 
Naprawdę czynownik – Kowarski to ważna figura w stołecznym magistracie, ale założę się, że nie pisze tu sprawozdania ani preliminarza, lecz monit pilny w sprawie Euterpe lub czyta opowiadanie przyjaciela. Albo dziennik zmarłego poety.

Pisuję efemeryczną powieść pornograficzno-psychologiczną pod mylącym tytułem "Przenikliwość". Kowarski czyli Pszczelarz to jeden z bohaterów:
Zje coś czasem, ale tylko żeby nie upaść albo żeby wiatr go nie porwał. Tak naprawdę żywi się słowem. Najlepiej, jeśli to mowa wiązana, czyli wiersz. To arystokrata ducha, co najbardziej kocha jesienny szelest kartek i romantyczną łunę lampki nocnej.
Hmm.. co za dziwna konstrukcja, co za odmieniec - jak z amerykańskiego komiksu heros przejęty swoją misją organizowania dobra i odporny na pokusy. "Cywilny ksiądz" powiada o nim Boucher. Tamte postaci, ci ludzie-pająki i supermeny nadzwyczajność zyskali wskutek szczególnej fizycznej traumy, trafienia piorunem lub ukąszenia. Z Pszczelarzem było podobnie. Zrozumiałem, kiedy zobaczyłem jego dziecięce zdjęcie z ochockiego podwórka. Szedł z młodą i piękną matką, ze stateczną babcią i malutką siostrą. Długie, miękko zaczesane włosy - jak u Gogola lub Wieniawskiego. I taki dziwny gest, jakaś niepohamowana fantazja była i cały świat przed nim był.
A potem stało się i wszystko zmieniło. Uderzenie piorunem. Powinno go załamać, wytłuc  idealizm, kazać się stoczyć. I co? Wzmocniło jak komiksowego mutanta. Ale świata już nie rozświetliło. Nie zdobył go, lecz tylko opiekował się i służył. Wciąż to robi, "stary, naiwny pająk".
Te słowa właśnie wyszeptał Przewalski, kiedy po raz drugi tego dnia wszedł do Amatorskiej.
Dziś jest dzień dla nas obu szczególny. Każdy z nas, niezależnie, uznaje 8 marca 1968 za datę symboliczną w kalendarzu życiowym. Nie dlatego, że byliśmy jakoś zaangażowani w tamte wydarzenia. Ja zupełnie przypadkiem i na 48 godzin. On więcej. W jednym z komentarzy napisał, że „Marzec był przebudzeniem z długiego, przetrwałego dzieciństwa. Na dziedzińcu Uniwersytetu drgnął stary młyn dziejów, efektownie zazgrzytał i już się nie zatrzymał”.

W jakimś sensie nieustannie molestuje mnie literacko, bo bierze poważnie moje wietrzne próby poetyckie, spaja w jeden plik i co jakiś czas podsyła. Tak było wczoraj, a kiedy nie odpowiedziałem, dzisiaj przyszedł ten sam pakiet. Mimo pozornej poczciwości, Kowarski to człowiek przewrotny, bo podstępnie podtyka do legalizacji moje słowobrazowe żarty literackie oraz soczyste e-maile (dzieli tekst na strofy  i to ma być wiersz). Dziś udając zniecierpliwienie odpowiedziałem mu trochę w stylu powieści pornograficzno-psychologicznej:
Jeśli chcesz mnie sprowadzić, na drogę tandety i obniżenia kryteriów, jeśli chcesz ściągnąć do grona nieudaczników literackich (za takich miał nas Michał), to wysiłki Twoje daremne. Zbyt długo przypatrywałem się pięknej pannie Poezji nieśmiało i z ukrycia, żeby na starość brać ją w zaułku od tyłu.
A jednak wyjmuję stamtąd jeden wierszyk, poprawiam i z okazji ważnego dnia dedykuję Januszowi. Nie wiem, czy właściwy to wybór, bo jeden z naszych patriotycznych purystów delikatnie wypomina Kowarskiemu 1/8 krwi ormiańskiej. Co tam, niech ma wreszcie ojczyznę Ormiaszka.
Ojczyzna
  Januszowi K.
na Hali Kondratowej
siedzę na przyzbie
i plecy pociskają
na Giewont
po kręgosłupie
tłum mi drepcze
wzdłuż Krupówek
Piotrkowskiej
Monciaka
„oparłem się
na Ojczyźnie”
i w oku
łza

środa, 6 marca 2013

Doświadczenie

Niby wszystko było jak wtedy. Ziemia zatoczyła olbrzymi krąg i znów był mroźny poranek 6 marca. Dokładnie jak przed rokiem niskie słońce zapowiadało, że dzień będzie wiosenny. Założyłem ten sam obiektyw, wyszedłem z tym samym psem i stanąłem w tym samym miejscu.

Wykonałem ponad dwieście zdjęć i mimo astronomicznej dokładności czasu, w żadnym nie dało się odtworzyć tamtego światła i klimatu. Dosłowny dowód, że nic nie pozostaje w miejscu.

W sobie też nie odnalazłem tamtego skupienia. Jedyne, co mogłem, to wirtualnymi nożyczkami odciąć stary kupon i na cześć Heraklita z Efezu wykroić koślawy wiersz.
***
zupełnie nieznane są powody
dla których wybrał
to właśnie zdjęcie
wszak zdjął tego poranka
obrazy doskonalsze
z niebem błękitnym
i drzewami wyraźnie
odbitymi w wodzie

dziś nikt się nie dowie
dlaczego
z powagą
wpatrywał się wtedy
w martwy
brzeg północny
oczekujący
marcowego słońca

czwartek, 28 lutego 2013

Żarłoczny makaron

Hokusai Katsushika (1760-1849), kolorowany drzeworyt, Mitsuke [1804]
Bardzo dawno przeczytałem i zapadł mi mocno w pamięć ten tkliwy obraz beznadziei, z parą kochanków łkających nad ranem w jakimś marnym hotelu. Zapomniałem skąd pochodzi i kilkadziesiąt lat anonimowo tkwiła we mnie ta metafora, jak wiele innych, które pozwalały szeptem nazywać świat.

Aż wczoraj otworzyłem na chybił trafił stary wybór poezji Herberta i spojrzałem na ostatnią strofę po prawej stronie, a tam:
to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków
w małym brudnym hotelu
kiedy świtają tapety
Tak, to nadal wzrusza, lecz zdziwiony stwierdzam, że czterdzieści parę lat temu poeta użył metafory jako przykładu negatywnego, dla zobrazowania daremności i banału sztuki: użalającej się nad sobą „duszy rozbitej”. Temu bebecharstwu przeciwstawia rzeczowość Starożytnych (wiersz ma tytuł „Dlaczego klasycy”), a konkretnie, pełną godności lakoniczną relację Tukidydesa z nieudanej wyprawy na odsiecz ateńskiej kolonii Amfipolis.
Tucydydes mówi tylko
że miał siedem okrętów
była zima
i płynął szybko
Jeszcze raz czytam cały wiersz i w zasadzie się zgadzam, zapewne podobnie myślałem wtedy. Tylko dlaczego tak bardzo zapomniałem o szlachetnym Ateńczyku, a moja podświadomość upodobała sobie ową dekadencką strofę?

Czy jedynie dlatego, że bezbożna dusza generalnie sprzyja nastrojom upadłym, spowitym dymem duchowego regresu i tajemniczą mgłą pokątnej miłości?

A może genialna metafora żyje własnym i samolubnym życiem, niezależnym od intencji autora? Już nie służy tezie, lecz staje się suwerennym tworem poetyckim (w tym wypadku mimowolnym haiku).

Skoro tak, dodam moje haiku:
Czytam stary wiersz
spamiętałem ostatnie słowa
makaron zjadł mistrzowi zupę

Cały wiersz Zbigniewa Herberta „Dlaczego klasycy” jest tutaj.

sobota, 23 lutego 2013

Imperatorka


Wydaje się, że imperatorka zawładnęła wszystkim: pokornie chylą grzbiet dumne kiedyś cisy, a stoliczek usłużnie nakrył się bezowym tortem. 

Jednak i w takiej chwili triumfu da się dostrzec zapowiedź klęski. Słynne „tiku – tuku” sikorki w tarninie i nieśmiały promień powiadają, że nadejdzie - nadejdzie na pewno - inna pani i jej zapanują tu bezwzględne rządy.

Myślę sobie smutno: co będzie to będzie, jak ma zniewolić, niech niewoli! Trudno, pójdziemy i w ten jasyr.

środa, 20 lutego 2013

Śnieżynka

Nauczyciele to wiedzą. Tego dnia ostatnie lekcje są daremne. Uczniowie dziwnie pobudzeni spoglądają w okno. Zwłaszcza chłopaki, bo pierwszy śnieg wyzwala w młodej płci męskiej niezrozumiałą euforię. Demonstrują ją w sposób niegodny, atakując swoje szkolne koleżanki. Oto stoi ich przed szkołą kilkudziesięciu i obrzuca wychodzące ze szkoły dziewczęta śnieżnymi kulami (nie „śnieżkami”, lecz „pigułami”). Być może biorą grupowy odwet za ich pilność, lepsze wyniki w nauce i dojrzałość. Pogranicze przemocy, ale wybaczcie im – to jedyny dzień w roku - obietnica radości.

Klimat był sroższy i miasto chłodniejsze (kilkadziesiąt razy mniej samochodów), więc naprawdę w mieście bywała zima. Na Muranowie, z powodu sztucznego ukształtowania terenu, tych skarp, górek i pagórków, były szczególne warunki do małej zimy małych dzieci – ubożuchnych łyżew i sanek i ślizgania się na butach.

Bo zimą także ciągnęliśmy korzyści z minionej wojny. Muranowskie podwórka są położone po parę metrów wyżej niż ulica, ponieważ przy odbudowie nie wywożono gruzów po zburzonym getcie. Rozepchano je tylko z ulic. Nieświadomi mrocznego pochodzenia górek, beztrosko zjeżdżaliśmy "na śledzia", "na koguta" i jeszcze jakoś, w zależności od ułożenia ciała. Wydawało się, że się jedzie i jedzie...

Byłem niedawno koło mojej pierwszej górki. Nie mogłem pojąć, że ta mikroskopijna skarpa wydawała mi się tak wielka. (Coraz bardziej upewniam się, że z biegiem czasu przestrzeń kurczy się jak winogrono w rodzynek i jak on staje się słodka.)

Ślizgawka? Najdziwniejszą widziałem koło kościoła ewangelickiego, którego podziemia wynajmowały Centralne Piwnice Win Importowanych. To było chyba w grudniu. Od strony Nowolipia podjechała pod kościół olbrzymia cysterna i coś się popsuło przy przetaczaniu wina, bo wzdłuż całego spadku, aż do okrągłego placyku z olbrzymią, socrealistyczną bramą, wyciekła i zamarzła wermutowa struga. Zdawaliśmy sobie sprawę z jedyności tej okazji i chichocząc jak złośliwe duszki zjeżdżaliśmy na złamanie karku pośród delikatnego zapachu piołunu i goździków.

Nieprawdopodobne, jak szybko można było współdziałaniem dziesiątków małych podeszew wypolerować ślizgawkę na zwyczajnym śniegu. Potem rozpędzałeś się i jechałeś kilkanaście metrów. Dziś to niemożliwe, bo dzieci nie chodzą już w butach na skórzanych zelówkach, ale wtedy nie była to żadna elegancja, lecz zwyczajność. Za to buty kupowało się rzadziej i często naprawiało („dawało się do podzelowania”).

Do dzisiejszych podeszew z tworzyw sztucznych lub gumowych nie dałoby się przymocować łyżew. Jak chociażby tej na zdjęciu – to łyżwa mojego brata, Снегурочка, czyli Śnieżynka, wyprodukowana przez moskiewski Артель „Мехштамп” (первый сорт) w drugiej połowie lat 50. Prawda, że ma w sobie XIX wieczny bajeczny, ale i imperialny urok?

W tego typu łyżwach tył mocowało się za pomocą trzpienia, osadzanego w bucie (szewc wydrążał w obcasie otwór i przybijał blaszkę). Przód łyżwy miał szczęki, które przykręcane specjalnym kluczykiem lub korbką ściskały zelówkę. Z butem wiązał też łyżwę rzemienny pasek. Łyżwy z butami (figurowe i hokejowe) były bardzo drogie.

Lodowiska? Na naszym podwórku dozorca wylewał szlauchem wodę, lecz były też w ogródkach jordanowskich przy Nowolipkach – jedno koło kościoła św. Augustyna, a drugie w bezpośrednim sąsiedztwie Pałacu Mostowskich (ten ogródek w roku 1981 bohatersko i na zawsze odebrały muranowskim dzieciom milicja oraz SB). W ogródkach organizowano zawody. Mimo, że w innych sportach całkiem dobry, nie miałem wielkiego talentu do łyżwiarstwa, bo do dziś pamiętam hańbiąca klęskę, jaką poniosłem podczas takiego wyścigu z młodszym bratem, który biegł w tych śnieżynkach. Dużo później rodzice kupili Tadeuszowi tzw. hokeje i spod Pałacu Krasińskich jeździł z nimi trolejbusem nr 53 zadawać szyku na Torwarze, jedynym sztucznym lodowisku w Warszawie.

Najbardziej malowniczo było w Ogrodzie Saskim. Stoję na górce, gdzie świątynia Westy, u stóp pagórka ośnieżony ogród i łza zmarzłego stawu. Bliżej brzegu otoczona drewnianymi kozłami przerębel, a po środku ślizgają się szczęśliwi. Wiele lat później zobaczyłem taki pejzaż u Bruegela i zapłakałem za dzieciństwem, które nie wróci.

czwartek, 14 lutego 2013

Uczennica w białej bluzce


Władysław Teodor Benda, akwarela, węgiel i kredka [1923?]
Akademia ku czci trwała w najlepsze, chór śpiewał patriotycznego poloneza, a my staliśmy z Michałem możliwie najdalej od sceny i kpiliśmy. Ten czarny licealny dowcip powtórzył czterdzieści lat później w te dni przedostatnie, w szpitalu. Dla podtrzymania upadającego ducha zanuciliśmy „Ukochany kraj”, a on gestem zilustrował słowa "kiedy lotnik triumf nad przestrzenią", pikując wyprostowaną dłonią w dół.

Kiedy chór szkolny odśpiewał, na scenie pojawiła się drobna, piegowata dziewczynka. Rude włosy zaczesane w koński ogon, granatowa spódnica, biała bluzka. A więc znowu miały się zacząć te pseudo-poetyckie obrzędy, to rozdzieranie szat, ten bój ostatni i „do pracy rodacy!”.

Rzeczywiście, wiersz był o pracy, ale jakiś inny. Przekaz spokojny, prosty i logiczny o potrzebie wysiłku i nauki:
Jeżeli ciągle przybywa
szkół dookoła i fabryk,
to trzeba, trzeba budować,
pomnażać cegły i skarby.
Jeśli masz kiedyś się włączyć
w tę wielką, wezbraną rzekę,
to musisz pracować nad sobą,
by stać się prawdziwym człowiekiem.
Jerzy Kierst, Wiersz o pracy (fragment)
Niby racja, ale mieliśmy tego dość.
Niby mieliśmy tego dość, ale ona, Ona, ONA!
Mówiła cicho i im ciszej, tym ciszej się robiło wkoło. Bo niespotykany był, nieznany wśród szkolnych aktorów, sposób interpretacji. Naturalność, powściągliwość, ale wewnętrzna uroczystość. W jednej chwili poezja i dziewczyna w białej bluzce przebiły pancerz cynizmu i ironii. Jawnie, wobec całej szkoły Irenka przywróciła godność i cześć słowu „praca”. Ponadto zrehabilitowała białą bluzkę oraz granatową spódnicę, a nas trafiła w samo serce.

Od tej chwili chodziliśmy we trzech patrzeć na nią na przerwach. W niczym nie przypominała tych młodych wampów, naszych koleżanek, które mając naturalną przewagę biologiczną, budziły w nas pożądanie z niemałą domieszką trwogi. Była tak krucha, że Dariusz Biegalski, który miał lekko sardoniczne poczucie humoru, nazywał ją "rudym pajączkiem". Ponadto nie chichotała, lecz się uśmiechała i nie kroczyła jak modelka na wybiegu, ale spacerowała w fartuszku szkolnym (ach, jak pięknie!) z otwartą książką lub pod pachę z wyrośniętą koleżanką.

Michał zanotował w dzienniku:
12 III 66
Kochamy się w Irence wspólnie. Jest nas trzech. Rodzi się idea wspólnoty i kształtowania szlachetnego ducha.
U Marka Goneta, który miał enerdowski aparat Beirette i powiększalnik, zamówiliśmy jej zdjęcie. Zrobił je na boisku szkolnym podczas lekcji przysposobienia wojskowego. To oznaczona kółkiem po lewej drobna dziewczyna z końskim ogonem pochylająca się nad noszami. Jak opiekuńcza i piękna siostra - sanitariuszka z Powstania, na które nie mogliśmy odżałować naszego spóźnienia.

Złudzenie, że możliwa jest platoniczna miłosna wspólnota, nie przetrwało niestety nawet dwóch tygodni. Michał:
22 III 66
Biegalski zdrajca, podrzuca bez naszej wiedzy Irence liściki. Rozmawiał z nią - zdrajca. Rozważaliśmy tę sprawę z Jerzym chodząc po Warszawie, wiatr unosił wciąż w górę jakieś pyły i piaski, chrzęściło w zębach.
27 III 66
Byłem w kościele, do którego ma zwyczaj chodzić Irenka. Rozejrzałem się. Niedaleko znajome postacie Jerzego i Biegalskiego. Biegalskiemu pogroziłem pięścią. Irenka stała bliżej ołtarza. Piękne chwile. Potem znikła, my obrażeni na siebie rozeszliśmy się każdy w inną stronę.
Sam też przeszedł do czynu. Jednak niefortunnie, bo się upił i zapukał do jej drzwi. Ja nie odważyłem się ujawnić. Jedynie podrzucałem do kasety w jej ławce anonimowe wierszyki. Jak to było?
a ty nigdy nie jesteś sama
nawet o tym nie wiesz
nawet nie pomyślałaś
Uff! Całe szczęście wkrótce były wakacje. W tamtym wieku one potrafiły przemeblować całe życie uczuciowe, a my w dodatku opuszczaliśmy szkołę. Żaden z nas nigdy już jej nie zobaczył.

Minęły lata. W komentarzach do dziennika Michał ocenił tę naszą szkolną miłość jako "wykreowany  spektakl, historię z pogranicza happeningu, teatru i eposu rycerskiego".

A ja? Jak latarnia morska przyświecały mi przez dziesięciolecia tamto zauroczenie i niewinność uczuć.

-------------------------------------------
W poscie tym wykorzystałem motywy z postu Irenka sprzed ponad trzech lat. Treść tamtego likwiduję, lecz żal mi było komentarzy. Są tutaj.

niedziela, 10 lutego 2013

Dama w tycjanowym prochowcu

Edward Penfield, okładka Colliers. Automobile Number [1903]
Jaś wije się piskorz, ale w końcu udaje mi się włożyć mu buty. Nie mogę go wypuścić, bo ucieknie urwipołeć, więc proszę żonę:
- Podaj skafander.
- Skafander? Ale wymyśliłeś.
- A jak to się nazywa?
- Kurtka przecież!
Jasiowe okrycie solidne i ocieplone (kiedyś powiedziałbym „watoliną”) nie wisi w mojej umysłowej szafie pod etykietą „kurtka”. Osobno skafander, osobno kurtka i wiatrówka. Jest nawet zapinana na patki z kołkami poczciwa budrysówka. Tam gdzie wnęka wyższa, pachną naftaliną jesionka, palto oraz wojskowy szynel, w którym maszerowałem na poligon Mnisztwo.

Współczesny język z jednej strony tworzy nowe słowa, a z drugiej zawęża zasób leksykalny. Już nie dzieli włosa na czworo, więc zanikają nazwy specyficzne i zostaje ogólna. Być może za dużo byłoby tych nazw jednostkowych, a być może dlatego, że język dziś jest mocno wspomagany obrazem. Po co wymyślać nazwy, wystarczy spojrzeć.

Zatęsknijmy na chwilę, za światem, który miał czas i opowiadał. Za damą w tycjanowym prochowcu.

czwartek, 7 lutego 2013

Romantyczna trauma


Ciemny pokój, w rogu niewielki stół, na nim radio. Ja pod tym stołem, zamknięty w podwójnej ciemności.

Nie uwierzycie, z jakim wzruszeniem przyjąłem ten radioodbiornik (Pionier U2), dar dla muzeum od Krzysztofa z Poznania. Tak jak w dzieciństwie gładziłem bakelitową skrzynkę, niespotykany dziś kształt - grę kantów i zaokrągleń. Zapamiętały palce, bo takie radio mieli moi Rodzice. Ach, ileż to razy podróżowałem samolotem wskaźnika po całej Europie, ostro wychylając skrzydła od Kaunas po Athinai (nie wiedziałem, że to Kowno i Ateny) i wsłuchiwałem się w dziwną mowę.

Telewizor pojawił się w domu dopiero około roku 1962, wcześnie królowało radio. Myli się ten, kto myśli, że Polskie Radio w tamtych czasach było propagandową szczekaczką. Oczywiście były nudne wiadomości i transmisje z manifestacji oraz nieznośny dla mnie surowy folklor. Przede wszystkim jednak było radio ostoją kultury wysokiej. Lata 50. - więc głównie w jej tradycyjnym wydaniu, zatem muzyka poważna i literatura romantyczna, w tym bardzo radiowy, bo świetnie zrytmizowany, Mickiewicz.

Więc siedziałem w tym ciemnym pokoju pod stołem i byłem przerażony, bo chór mocno zatroskanych kobiet zapowiadał rzeczy straszne. Potem starzec o chrapliwym i bardzo ponurym głosie kazał zamknąć drzwi, pogasić świece i stanąć wokół trumny. To było jeszcze gorsze od niedawnej audycji o kobiecie, która zabiła męża i zakopała ciało i nad nim posadziła lilie. I mało jej było, więc zwiodła na pokuszenie oraz zatratę braci denata.

Myślę, że moje jąkanie się i nieśmiałość wobec kobiet bierze swe źródło w romantycznej radiowej traumie. I wrażliwość pewnie stamtąd. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdybym zamiast mistrza Adama, słuchał hip-hopu albo disco polo. Na nieszczęście – szczęście urodziłem się odpowiednio wcześnie.

Trzy dni temu odnalazłem tamte „Dziady”. Okazały się poczciwą ramotą dość nudno i bardzo tradycyjnie zrealizowaną, ale z perełkami aktorstwa. Kto wie, czy nie najlepszego Guślarza gra mało dziś pamiętany Józef Maliszewski. Udostępniam ten 5-minutowy kapliczny kawałek. Posłuchajcie, ale, na miłość boską, chrońcie dzieci!



Jeśli ktoś nie widzi odtwarzacza powyżej, lub on nie działa (zwłaszcza w przeglądarkach Explorer), proszę odtworzyć plik na swoim komputerze, naciskając tutaj.

wtorek, 29 stycznia 2013

Złe miejsce


Niesamowite było zobaczyć w zbiorach Narodowego Archiwum Cyfrowego to zdjęcie. Musimy gdzieś tam być w tłumie we trzech, bo dokładnie pamiętam wypadek i ten cały przedziwny 20 marca, pierwszy dzień wiosny 1971 roku.

Staliśmy na rogu Żelaznej i Grzybowskiej gapiąc się bezmyślnie na wypadek. Właściwie to była banalna stłuczka, ale wszystko w tamtym czasie musiało mieć urzędową oprawę i stąd aż czterech milicjantów. Zupełnie niepotrzebnie, bo na pierwszy rzut oka wiadomo było, że winę ponosi kierowca warszawy. Nie przypuszczał, że jadący z Woli autobus linii 155 na tym odcinku nie skręca w Żelazną, lecz jedzie prosto Grzybowską. Zatrzymał auto pośrodku skrzyżowania, by przeczekać aż autobus skręci, a tamten wjechał na niego.

Zmarzliśmy trochę, ale tuż obok był bar. Dokładnie na parterze tego wieżowca, z którego ktoś wykonał zdjęcie. To najbardziej wysunięty na Dziki Zachód, pierwszy z kilkunastu mrowiskowców nowego osiedla "Za Żelazną Bramą”.

Jaki tam znów bar! Olbrzymia zaparowana garkuchnia z aluminiowymi kotłami, w których tężały mączne sosy i schła zbrylona kasza. Paskudny ten przybytek miał wszakże jedną zaletę: Tu było piwo. Zawsze! Zapewne z powodu bliskości Browarów Warszawskich. Żartowaliśmy, że w piwnicy, tuż za popękanymi kafelkami toalety, do której schodziło się ze środka sali, prowadzą podziemne korytarze składów przedwojennej firmy Haberbusch i Schiele. W naszych wyobrażeniach tymi korytarzami, na wagonetkach zwożono skrzynie ulubionego napoju. Bo nie było go nigdzie, a tu owszem. Jeszcze tylko na Dworcu Głównym oraz w Zjednoczonym Bufecie Kin "Przyjaźń" i "Młoda Gwardia". I nie żadne wodniste ani skwaśniałe, lecz z gęstymi pęcherzykami bielutkiej piany, jeszcze ciepłe.

Kiedy dzisiaj wspominam tamten dzień, wydaje mi się, że przyczyną niezwykłych wydarzeń mogło być szczególne nagromadzenie na niewielkim obszarze symboli ówczesnej kultury. Być może róg Żelaznej i Grzybowskiej to złe miejsce, magnetyczno – literackie pole, gdzie bierze w niewolę nieubłagana pani Fikcja. Pierwszą ofiarą mógł być ten kierowca warszawy, który zawierzył logice. Tego dnia miały być i następne ofiary.

Wyobraźmy sobie: osiem kondygnacji wyżej mieszkał filmowy Dzięcioł, erotycznie pobudzony Stefan Waldek. Tuż obok, na rogu Krochmalnej, postać z powieści "Zły", redaktor Edwin Kolanko widział w barze "Słodycz" (IV kategoria) uderzenie w oczy rozbitą szyjką od butelki. Pięćdziesiąt metrów w drugą stronę, przy Grzybowskiej 46 w obskurnej przedwojennej kamienicy, kręcono film „Poszukiwany, poszukiwana”, gdzie w mansardzie transwestyta Rechowicz spotykał się ze swoją żoną. Wszystko w najbliższej okolicy feralnego skrzyżowania i wszystko udziwnione.

Pierwsze trzy piwa postawił Staś. Ledwie przebiliśmy się przez gęsty kożuch, Łukasz odsunął butelkę i zdecydowanym truchtem zbiegł absurdalnymi schodami ze środka sali. Normalka, wiedzieliśmy, że ma szybkie nerki. Kiedy jednak wszedł na górę, nawet na nas nie spojrzał, lecz stanął w kolejce do baru. Wrócił radosny, przyciskając do piersi sześć pękatych butelek z białymi kapturkami gęstej piany. Postawił je obok trzech ledwo napoczętych.
- No a teraz, chłopaki, się n a p i j e m y.
Pociągnęliśmy w milczeniu parę łyków, a ten znów do toalety, schodami w dół, schodami w górę, ani spojrzenia w naszą stronę i prosto do kolejki. Wrócił radosny przytulając sześć butelek.
- No to się, chłopaki, n a p i j e m y.
Wydawał się mile zaskoczony, że na stole czeka już dziewięć krasnoludków, z czego sześć w przyklapniętych berecikach.
- Ty, Łukasz, tu już miejsca nie ma. Siadaj, pogadamy.
Był jakiś niespokojny, pewno dlatego, że musiał do WC. Schodził jeszcze raz czy dwa zahaczając o bar. Byliśmy bezradni. Zacięła, zacięła się ta płyta z nami.

Dopiero za dwadzieścia lat nakręcą „Dzień świstaka”, a my świętowaliśmy go dziś: oto na rogu Grzybowskiej i Żelaznej po raz piąty tego dnia zamiatają z ulicy szkło. Osiem pięter nad nami filmowy Dzięcioł, Stefan Waldek nie poszedł do pracy w Supersamie, lecz od rana obserwuje przez lunetę rozbieraną prywatkę w sąsiadującym mrowiskowcu. Opodal w mansardzie poszukiwany Rechowicz zdejmuje i zakłada sukienkę. Sto metrów w drugą stronę, w barze „Słodycz” Kubuś Wirus nie może oderwać wzroku od miejsca, gdzie rozchylał się fartuch barmanki nazywanej Hawajką, a Władkowi, który uderza tulipanem, zabrakło już butelek.

Wszyscy tkwią w dławiącej pętli czasu, póki Łukaszowi starczy pieniędzy.
Nie starczyło wreszcie.

niedziela, 27 stycznia 2013

Popielniczka


Jeszcze jeden z eksponatów muzeum rzeczy kiedyś użytecznych - kolejowa popielniczka. Lata temu kupiłem ją na Allegro. Sprzedawca starannie artefakt wytrawił i wyszlifował, aż całkowicie zatracił się niezapomniany zapach i znikła lepka patyna.

Zaliczała się do tych przedmiotów, które z powodu braku zaufania do społeczeństwa przytwierdzało się do podłoża (podobnie jak w automatach sprzedających wodę sodową szklanki na łańcuchach lub oprawione w stalowy grzbiet książki w budkach telefonicznych).

Oczyszczanie popielniczki polegało na uwolnieniu z uchwytów. Zawisała wtedy dnem do góry. Zdarzało się, że podczas długiej podróży trącona popielniczka wielokrotnie wypróżniała się na spodnie. Z tego powodu nigdy ich nie lubiłem. Ale to było kiedyś, a dziś wszystko jest mi drogie.

Na przykład ówczesne tekturowe bilety kolejowe. Na małych stacjach przechowywano je w szafie zamykanej drewnianą żaluzją. Stały na sztorc w metalowych przegródkach, a każda dla innej miejscowości. Kartoniki były zielone (1 klasa) i bure, a te na pociągi pośpieszne miały podłużny, chyba czerwony pasek. Zawsze było dla mnie tajemnicą, dlaczego po opuszczeniu stacji należało bilet zwrócić kolejarzowi siedzącemu w budce przy wąskim przejściu.

Teraz zastanawiam się, jakie rzeczy nieużyteczne za lat sześćdziesiąt będzie wspominał, za czym będzie tęsknił, Jasio (raczej nie Zizzi, bo zapatrzenie się w czas przeszły to męska sprawa). Może zatęskni za bilonem, który jego dziadkowi ciągle wysypywał się z kieszeni, albo za zapachem benzyny? A może wspomni papierowe książki, zwłaszcza te cienkie, z paroma linijkami tekstu na niemal pustej stronie?

Po zmroku przytulasz policzek do chłodnej szyby i widzisz swoją kometę -  w kłębach pary snop iskier z parowozu. Ten ekspres nazywa się Nostalgia, a pędzący w przeciwną stronę – Marzenie.

Mam pomysł:  jeśli po ostatecznym zakończeniu podróży staruszek w budce zażąda zwrotu burego kartonika, skłam, że go zgubiłeś. Może święty biurokrata każe ci zawrócić i będziesz mógł podróżować dalej. W którą stronę zechcesz.

środa, 23 stycznia 2013

Wędrowny kramarz

W 108 rocznicę urodzin Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

wtorek, 22 stycznia 2013

Nadskakujący snom manowiec


W 135 rocznicę urodzin Bolesława Leśmiana.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Kos Kusy

Sypie z nieba, to i ja ptakom podsypuje. Już i ponad kilogram dziennie słonecznika. A że łuskany jest, na krzywy dziób wprosiło się tu mnóstwo towarzystwa. Kiedyś tylko sikorki, mazurki i dzwońce. Teraz to samo w obfitości (poza kochanymi mazurkami), a jeszcze grubodzioby, sójki, nawet sroki i kilkanaście drozdowatych, które gardzą jabłkami i zażarcie dziobią śnieg w poszukiwaniu jasnych ziaren. Paszkoty, kwiczoły, a przede wszystkim kosy otoczyły mnie tej zimy

Czasem, gdy bliżej podejdę do okna, wzbija się w górę kilkadziesiąt ptaków. Kiedy nadleci siwoskrzydły krogulec, zapewne Wasyl, nagle robi się pusto, lecz po kwadransie żałobnej ciszy, znów ptasie radio nadaje.

Drozdowate lubią kryć się pod iglakami, więc udeptuję śnieg i sypię im pomiędzy daglezją a świerkiem. Kiedy robią sobie przerwę, siadają wyżej i wpatrują się we mnie zimno i nieruchomo. Nie jest to zbyt sprawiedliwe.
Jeden z nich, nazywam go Kusy, nie boi się wcale. Ma powyrywane pióra z ogona i dlatego inne ptaki go przeganiają. A jednak nie je mniej, bo, gdy towarzystwo pierzcha na byle gwałtowniejszy mój ruch, on sobie mnie lekceważy i je ile wlezie.

Zapewne te wyrwane pióra i zaufanie do człowieka łączą się. Może poturbowany przez kota, pielęgnowany był przez ludzi? A może to sam Hektor? Sprawiedliwie byłoby.

środa, 2 stycznia 2013

W stronę Jowisza

Halo księżyca i świecący krzyż obserwowane podczas lotu balonem Zenith pomiędzy Paryżem a Arcachon, w marcu 1875, Opublikowano: [między 1875 i 1880], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych

Ktoś przyziemny mógłby dziś o mnie napisać:
“Było ciemno. Z trudem podniósł się i usiadł na brzegu łóżka. Jego prawa stopa błądziła w poszukiwaniu pantofla.”
Przysięgam, że było inaczej:
„Obudził się za piętnaście szósta i postąpił w stronę Jowisza”.

Astralny sens mojemu życiu nadała aplikacja w smartphonie, która nazywa się Google Sky Map. W zależności od ułożenia telefonu pokazuje ona aktualne miejsce ciał niebieskich. Nie tylko tych na półkuli północnej, ale również południowej. Także linię horyzontu i to co poniżej

Sięgnąłem po telefon, odłączyłem ładowarkę i dotknąłem ikonki. Na ciemnogranatowym tle zabłysły jasne punkciki i linie. Upewniłem się, że dom i uliczka nadal leżą dokładnie na krzyżu kompasu. Ulica na linii północ - południe, dom: wschód - zachód. Obróciłem ekran i zadrżałem. W nadirze przeciągał się nieznany niebu północnemu Wąż wodny. “Więc spałem na gadzie!”

Poniżej wyciągniętych idealnie na wschód nóg, jeszcze pod horyzontem czaiły się Pluton wraz Merkurym, a niżej leciutko smaliło mi pięty Słońce. Miało wzejść dopiero za dwie godziny, ale ja już wstawać miałem.

Postąpiłem więc na północ i na linii horyzontu natrafiłem na kapeć. Był tuż nad Jowiszem (dużym palcem rozpoznałem jego charakterystyczną spłaszczoną elipsoidę).

Kiedy schodziłem w dół, spostrzegłem, że idealnie na linii skosu schodów – zapewne okiem nie uzbrojonym widziałbym go nad północnym Pacyfikiem - ze swoim absurdalnym pierścieniem kręcił się Saturn.
 - Tuś mi bąku. Kiedy żona znów wypomni, że nie odkurzyłem schodów, odpowiem uczenie: ” A czy wiesz, niewykształcona kobieto, że Saturn nie rządzi znakiem Ryb, lecz Wodnika? Schody to twoje przeznaczenie!”
Potem dwa kroki na wschód, trzy na południe i byłem w łazience.”Szczęśliwa planeta, gdzie wód nie więzią skorupy lodów ani tysiąckilometrowe powłoki gazów.”

Na ulicy wiatr rozwiewał leciutko różę wiatrów, a ja szedłem z Bubą nucąc z epicka “Tako rzecze Zaratustra” Richarda Straussa. Z “Odysei kosmicznej”, ma się rozumieć. Nie, nie wybierałem się daleko. Ot, paręset metrów na południe.

 
blogi