Udał mi się ten portret Wilejki. Pokazuje jej zadziwienie światem, cienkie różowe ucho rozerwane w jakiejś młodzieńczej bójce, a dzięki odbiciom w podwójnej szybie, charakterystyczną dla niektórych dam dwulicowość. Dowiodła jej przemyślna bestyjka, bo Krzysztof twierdzi, że ostatniej nocy spała na nim, a ja, choć w drugim przecież pokoju, dobrze pamiętam jej mruczenie u mojego wezgłowia.
Z przyjemnością patrzę na te coroczne spotkania Buby z Wilejką. Pies wyskakuje z samochodu i radośnie podbiega do kotki, ale ta nie wykazuje wylewności. Nawet pewne obrzydzenie, bo gdy muska ją pyskiem, ona mruży oczy i lekko się wstrząsa. Nie ucieka, nie jeży się, lecz chwilę popatrzy tymi dziecięcymi oczyma i znów zajmuje się sobą: liże łapkę i tak nawilgoconą przeciera główkę zbrukaną dotknięciem psiego nosa lub w perwersyjny sposób obgryza (znaczy się ostrzy) pazury.
W wielu rzeczach naśladuje jednak Bubę, bo przecież od początku swojego pierwszego pobytu w ludzkim domu uczyła się od niej. Na przykład niczym pies chodzi za państwem po łące, na której stoi ich letni dom. Robi to jednak na swój niezależny sposób, bo ciągnie się z tyłu opłotkami, między krzakami, od drzewa do drzewa, jak szpieg z krainy Deszczowców. Tak jak Buba czeka przed łazienką na swojego pana, a ostatnio nauczyła się leżeć z melacholijnie wyciągniętą głową, jak czynią to psy długopyskie .
Gdy w trzy ciemne wieczory domagała się wyjścia na łąkę i nie wracała mimo nawoływań, wypuszczaliśmy Bubę z poleceniem odszukania kota. Naprawdę nie wiem, jak to robiła, ale po chwili zza drzwi tarasowych patrzyły na nas wyczekujaco dwie miłe mordki.
Wilejka znacznie utyła, wyrzucam sobie, że zasadniczo zmieniłem jej życie zabiegem sterylizacji. O ile Buba nie straciła po nim swej dziewczęcej żywotności, Wilejka, która była niezwykle zmysłowa i głodna wrażeń, teraz wydaje się ostrożna, jakby wewnętrznie wycofana.
Zdaje się, więcej mnie zajmuje myślenie o smutkach inwentarza niż o troskach ludzi, także tych bliskich. To zapewne eskapizm, ale też na wytłumaczenie mam, że każdy człowiek ma jakiś wpływ na swoje życie, a ja jedną i drugą zabrałem z ich środowiska i kazałem zooperować, by mogly dłużej i mniej kłopotliwie towarzyszyć ludziom. Zabawiłem się w Boga, to i mam za swoje.
Na pewno nie podlegam religijnym wzruszeniom, ale w tym miejscu czuję się szczególnie. To niewielkie pomieszczenie z obrazem i wiszące na ścianach małe, srebrne wota, złożone w podzięce lub w intencji, z naiwnymi nieraz, polskimi napisami, tworzą jakąś metafizyczną komorę, w której czuje się olbrzymie natężenie tego, co w polskości najlepsze. Ci, którzy mnie bliżej znają, wiedzą, żem nie moher, a jednak tutaj jakbym unosił się w powietrzu.
Byliśmy w Wilnie jesienią dwa lata temu, w ośmioosobowej grupie przyjaciół. Mieszkaliśmy opodal i kilka razy dziennie przechodziliśmy przez Ostrą Bramę. Z roztkliwieniem obserwowałem jak moi koledzy, na co dzień obojętni przecież wobec wiary, zdejmowali nakrycia głowy i skupieni szli z oczami utkwionymi w rozświetlonym obrazie, bo okna od kaplicy są tu niemal zawsze otwarte.
Wiem, ta nabożność wobec Ostrej Bramy bierze się u mnie z tego wspomnienia z dzieciństwa (pisałem o nim tu kiedyś). Chorowałem dość ciężko na szkarlatynę i Mama z małej żółtawej książeczki czytała mi „Pana Tadeusza”. Pamiętam Inwokację i podobieństwo sytuacji: mnie choremu, moja Matka czyta o Matce Poety, który jako dziecko odzyskuje zdrowie dzięki Pannie Ostrobramskiej. Kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że na swój mały wymiar, moja wrażliwość poetycka - jeśli jest - i ja sam pochodzimy stamtąd.
Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
Iść za wrócone życie podziękować Bogu)
To może nieładnie wobec braci Litwinów, ale w Wilnie nie miałem wrażenia, że jestem za granicą. Jak w jakimś innym Krakowie, albo dużym Cieszynie. Inny, niezrozumiały język, ale ani krztyny obcości. A już cmentarz na Rossie najbardziej polski z polskich. Malowniczo położony na wzgórkach tego dnia - o poranku 11 listopada - lekko spowity mgłą. U wejścia, mały cmentarzyk wojskowy, gdzie spoczywają "MATKA I SERCE SYNA". Dziś już tylko tam można w spokoju oddać cześć Marszałkowi. Kocham Wilno.
------------------------------
05.10.10, 8:40 - Niepokojący komunikat z Poznania: kochana Wilejka nie wróciła od wczorajszego wieczoru do domu.
05.10.10, 19:32 - Wróciła. Po 24 godzinach. Wszyscy byliśmy wzruszeni, ale chyba powinni z nią poważnie porozmawiać.
Kiedy zjechaliśmy z szosy na asfaltową drogę prowadzącą przez las, a potem miedzy polami, pokazała sie ta niezwykła mgła. Wiedziałem, że trzeba fotografować, bo mgła to dar.
Kiedyś kręciłem film reklamowy na łąkach nad Rzadzą. Nagle ukazał się podobny, niski przedwieczorny opar. Operator, powściągliwy, niemłody mężczyzna zaczął skakać do góry jak mały chłopiec i wrzeszczeć "Kurosawa".
Teraz ja zakrzyknąłem "Tess", bo z filmem Polańskiego skojarzył mi się ten pejzaż bukoliczny.
Krótkie trzy dni to nieustające rozmowy z Krzysztofem o polityce w miłym towarzystwie dwóch siostrzyczek.
Była jeszcze cudowna ważka. Zrobiłem jej chyba dwieście zdjęć nad Wartą. Rzeka była jeszcze mętna, a ślady na nabrzeżnych drzewach pokazywały, że niedawno woda płynęła kilka metrów nade mną. Wśród tej popowodziowej szarości ten opalizujący owad wydawał się przybyszem z lepszego świata i zapowiedzią dobrych czasów. Nadeszły.
Wczoraj padły wszystkie rekordy frekwencyjne na blogu. Nie mam wątpliwości, że to z powodu tekstu o genetycznych (tę stronę wyświetlono do dzisiaj ponad tysiąc razy). Wiem, że ludziom trzeba takiego wsparcia, ale ja jestem z drugiej strony lasu. Tu u mnie kos i sójka, pies Buba i Wilejka.
Ot, choćby ten kwiat tarniny. Godzinę temu, gdy robiłem zdjęcie w promieniach ukośnego słońca, ronił łzę i to było wydarzenie. Teraz niebo się zasnuło i kropel pada miliony. Tamto minie. Bądźmy czuli.
Czułość
Czułość bywa - jak pełny wojen krzyk,
I jak szemrzących źródeł prąd,
I jako wtór pogrzebny...
*
I jak plecionka długa z włosów blond,
Na której wdowiec nosić zwykł
Zegarek srebrny - - - Cyprian Norwid
Dziś niewesoła dla mnie wiadomość, że nie będzie dużego kontraktu, który dałby oddech na rok, więc szukam pocieszenia w ogrodzie. I jest, śliczna, zabawna i naiwna, choć uchodzi za najmądrzejszą z ptaków. Sójka.
Ukryła się na wysokości dwóch metrów i dwa metry od okna, w daglezji, co ją przywiozłem z Bieszczadów. To znaczy ukryła głowę. Brodzę w śniegu obok, żeby rzucić paszkotowi jabłko i udaję, że jej nie dostrzegam. Uśmiecham się, bo myślę, że udajemy oboje. Ona, że mi wierzy. Potem robię to zdjęcie z okna: tylko tyle widać. Oglądam w powiększeniu i wzruszają mnie delikatne i regularne włoski, niemal puch na piórkach. Co tam kontrakt!
Niektórzy pamiętają smutną wiosenną przygodę, kiedy napisałem:
Nic nie jest takie, jak się wydaje. Nieszczęśliwa Wilejka, bohaterka wczorajszego dnia przyniosła mi pół godziny temu upolowaną na polu sójkę. Miał być „Doktor Dolittle”, a jest „Park Jurajski.”
Potem zawiozłem ją do ptasiego azylu, a po drodze nadałem imię: Kirke. Okazało się, że w zoo pracuje jedna z Czytelniczek, Joanna. Pomagała nam potem, ale wkrótce okazało się, że mimo początkowo dobrych rokowań, ptaka nie dało się uratować.
Mimo tego smutku było coś ładnego w tamtej historii. Poruszyła ona Czytelników. Nie wszystko jest bezduszne i świat nie jest taki zły.
Młody paszkot natomiast (a może kwiczoł, a może po prostu kos?) wcale nie przyleciał mnie pocieszać, lecz dziobie swoje kolejne jabłko.
Tak to jest. Ptaszkowie niebiescy nie sieją, nie orzą, a żyją. Nam się męczyć trzeba.
Przeglądając dziś prasę spostrzegłem pierwsze reklamy świąteczne. Skoro tak, to pierwsza wigilijna opowieść. Przepraszam, trochę długa, ale takie są te opowieści:
Zdjęcie ma walor prawdziwie dokumentalny. Wykonała je moja Żona w ostatnią wigilię. Siedzieliśmy w parę osób przy stole. Marysia, teściowa Mikego, krzyknęła: patrzcie, kot! I wtedy zobaczyliśmy ją.
Była jak z kołysanki: szarobura i nieduża. Siedziała na parapecie i wpatrywała się w nas zielonymi oczami. Wynieśliśmy jej przed dom gotowaną rybę. Zjadła grzecznie, a potem jeszcze jedną. Wtedy chyba postanowiła, że pobędzie tu trochę.
Dziwne, że z siedemnastu domów na osiedlu wybrała jedyny, gdzie jest duży pies, w dodatku zachęcany do gonienia w lesie polujących na ptaki kotów. Nie mogliśmy jej wziąć do domu, ale nie opuszczała nas. Koło drzwi wejściowych postawiliśmy wymoszczony ręcznikiem Buby karton, a na dnie umieściliśmy słabą energooszczędną żarówkę, która nie parzyła, a dawała ciepło.
Po trzech dniach trzeba ją było zaprosić, bo robiło się coraz chłodniej, a sąsiad zwrócił nam uwagę, że kot załatwia się mu w ogródku. Buba okazała się niespodziewanie uprzejma, a Wilejka (od Wigilii, Wilii i czułości do Kresów) oswojona już z zapachem psa nie bała się.
Potem pojechaliśmy na Sylwestra pod Warszawę i zabraliśmy je obie. Bałem się, że się zgubi w lesie i trzymałem ją zamkniętą w małym drewnianym domku, gdzie nocowaliśmy. W dużym domu przyjaciół było nas ośmioro. Siadywaliśmy przy kominku, popijaliśmy wódeczkę, ale ja pod byle pozorem wymykałem się do domku, brałem spod poduszki tę małą znajdę na kolana i śpiewałem (a nie umiem śpiewać) piosenkę o szaroburych kotkach dwóch.
Pomyślałem: Kiedyś Papkin, Lew Północy, a dziś... szkoda gadać.
Potem było kilka długich tygodni z jej rują. Upokarzające tańce na nodze krzesła, zaloty do puszystego ogona Buby, wreszcie sterylizacja.
Nadeszła wiosna. Chyba jest we mnie archetyp jakiegoś pasterza, bo kiedy kiedy rano wychodziłem z oboma bydlątkami do ogrodu, czułem się szczęśliwy jak nigdy.
Pisałem:
Teraz mam poważny kłopot, bo wczoraj ostatecznie okazało się, że Syn jest uczulony na kota, do tego stopnia, że lekarz odradza mu nas odwiedzać. Muszę ją oddać i serce mi krwawi, a biedactwo nie wie i w środku nocy przychodzi się przytulać.
Ranem jest najpiękniej, bo to obietnica spokoju i harmonii. Jeszcze przede mną telefony, pisma, codzienna walka o byt. Jeszcze siódma, mogę szepnąć słówko pięknej kalinie i obiecać oliwnikowi, że jeżeli zakwitnie, już tak bardzo go nie przytnę jesienią. Jeszcze westchnę, jak dobrze i jak niedługo jest tu Wilejce. Potem nakarmię zwierzęta, zjem śniadanie i gazetę. Potem praca.
Pewna znajoma z daleka obiecała ją wziąć, ale to delikatna sprawa, bo czekają aż się wypełnią dni starego i wiernego psa. Takie to kocie i psie ludzkie smutki.
W czwartek było na tzw. śledziu parę osób. Nie ma małych dzieci, więc tkliwość gości koncentruje się na zwierzętach. Dotąd w roli głównej występowała Buba, ale tym razem show skradła jej Wilejka.
Nic nie jest takie, jak się wydaje. Nieszczęśliwa Wilejka, bohaterka wczorajszego dnia przyniosła mi pół godziny temu upolowaną na polu sójkę. Miał być „Doktor Dolittle”, a jest „Park Jurajski.”
Właśnie zechciała przez chwilę popozować do portretu Kota. Niedługo już będzie z nami i bardzo się martwię, bo pokochałem bardzo tę niesforną istotkę.
To już ostatnie ze zdjęć malutkiej. Dogadałem się już z jej nowymi opiekunami i wywożę ją za tydzień. Oczywiście zauważyła jakąś smutną zmianę, bo chodzi za mną jak pies i jak on patrzy pytająco w oczy.
Wilejka już od piątku ma nowy dom. Duży i z ogrodem. Na początku musiała zostać trochę sama i się ukryła w kominku. Jednak jeszcze tej samej nocy wskoczyła do łóżka pani, która specjalnie przyszła się nią opiekować i spała w nogach. Następnego dnia bawiła się końskim ogonem dwudziestoletniej córki gospodarzy. Jednym słowem jest jej dobrze.
Gorzej ze mną, bo bardzo brak mi jej niefrasobliwego wdzięku i uroczego egocentryzmu. I tej wyciągniętej łapki, kiedy leżała mi na piersi i wymruczywała swoje opowieści kocie. Tylko wtedy pozwalała tę łapkę głaskać.
Kilka tygodni potem pojechaliśmy do przyjaciół ją odwiedzić. Napisałem:
Kiedy przyjechaliśmy, była mocno zdezorientowana, bo przecież ułożyła już sobie życie, a tu nagle zjawiam się z całym jej dawnym stadem, z Żoną i z Bubą. Na pewno nie była skłonna do tej zażyłości co kiedyś, ale musiało w niej coś tkwić, bo kiedy pierwszego wieczoru zmęczony padłem na posłanie i obudziłem się rano, Buba spała u moich nóg a do pleców przytulona Wilejka. Zmieszana uciekła, ja wyszedłem na taras. Tam z głową opartą na kolanach siedziała jej nowa pani, Krystyna, z którą przyjaźnimy się od ponad trzydziestu lat.
- Teraz między nami już wszystko będzie inaczej - powiedziała smutno.
- To nie jest tak jak myślisz - odpowiedziałem po męsku.
Potem z całą stanowczością przyjmowała jedzenie od nowych państwa, a chodziła spać do starych, przy czym częściej sypiała na łóżku Żony.
Kiedy odjeżdżaliśmy nie przyszła się pożegnać, bo bardzo zajęta była w pobliżu łapaniem jakiejś muchy.
A mnie już minęła ta rzewna tęsknota, kiedy na własne oczy zobaczyłem ją w nowym, kochającym otoczeniu. Skończyło się jak w prawdziwszym książkowym, a nie filmowym finale „Śniadania u Tiffany'ego”. Wigilijna Holly ma swój stały dom.
----------------------------------
Z miłości powstają niekiedy wielkie dzieła. Z mojej małej tkliwości zmontowałem ze zdjęć Wilejki i Buby mały film. Przedwojenny, a jakże!
Bez tej miłości można żyć,
mieć serce suche jak orzeszek,
malutki los naparstkiem pić
To wiersz Szymborskiej o miłości do ziemi ojczystej, ale mógłby być o każdej. Bo żyć bez miłości można. Tylko po co?
Dziś o takiej, co atakuje z wiekiem. Niespodziewanie dopada cię ta późna tkliwość. Dla drzew, kwiatów i zwierząt. To wszystko było zawsze, ale tylko jako sceneria. Teraz chciałoby się spojrzeć na pojedynczy listek, dotknąć ptaka, przytulić do serca psa, wziąć na kolana kota.
Nie wiem skąd, ale Wilejka wiedziała, że to kocie święto. Tamtej nocy usiadła obok mojej głowy i mruczała jak nigdy. Wydawało się, że opowiada o czymś pełnymi zdaniami złożonym, bo było słychać modulację oraz przecinki i kropki.
W półśnie wyobrażałem sobie, co może mi mówić:
Muszę Ci powiedzieć, że jest mi dość dobrze, bo pozwalasz, żebym wchodziła do łóżka i mogę tu spać póki nie wstaniesz, żeby pójść z tą czarną, kudłatą na spacer. Kiedy wracacie, czekam na was pod drzwiami i wreszcie mogę ci powiedzieć, że naprawdę kotu też się coś należy od życia. Gdy wycierasz te jej wielkie łapy (co za mieszczaństwo), przeciskam się pod nimi i wyraźnie ci mówię, że może już byłby czas pomyśleć o kocie. Potem, kiedy rozgryzam te twarde małe serduszka to już może być.
Mruczenie przypominało jakieś odgłosy z dzieciństwa. Wiem, to w lekkim aluminiowym garnku perkotały ziemniaki i delikatnie drgała pokrywka. A może tajemniczy poszum perkusji w teatrze? Oni mieli takie wachlarzowe druciane pędzle, którymi lekko trącali talerze.
Nie wiem, kiedy orkiestra ucichła. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że perkusista osunął się ze stołka. Zwinięty jak embrion spał na poduszce mały, szarobury kotek.