piątek, 9 października 2009

Łoś




To obraz malowany w Królewcu podczas II wojny. Z powodu wojennej biedy ma bardzo cienką warstwę podkładu i pewnie długo nie przetrwa. Ta jego starość i kruchość powodują, że pozorny bohomaz - „jeleń na rykowisku”, a właściwie łoś na bałtyckiej plaży okazuje się czymś cennym.

Obraz nadaje się jako ilustracja do jesiennej przygody, jaka wydarzyła mi się zeszłej jesieni.

W prześmiesznym filmie "Lemur zwany Rollo" jest scena przemiany cynicznego dyrektora ogrodu zoologicznego (John Cleese) we wrażliwego obrońcę natury. W wyniku jakiegoś nieporozumienia dyrektor styka się bezpośrednio ze zwierzęciem. Wtedy właśnie następuje metamorfoza.

- Nawiązałeś kontakt? - pyta jedna z opiekunek zwierząt
- Tak - przyznaje zakłopotany i mocno wzruszony Cleese.

Wyszliśmy na spacer o wpół do piątej. Gdy znaleźliśmy się na osiedlowej uliczce, Buba zamarła. Coś się działo przed zamkniętą bramą. Poprzez ciemność i mgłę widać było jakieś wysokie sylwetki, jakby dreptało tam paru chudzielców.

Powoli zbliżyliśmy się, Buba (pies obronny, ufa, że obronię ją przed wszystkim) pół kroku za mną. I był wielki łoś, który jednym susem przeskoczył wysokie ogrodzenie.

Długo jeszcze dotykałem pogiętych prętów ogrodzenia, o które zwierzę zahaczyło kopytami. Buba dołem, z lubością wdychała zapach nieznanego.

Nie stało się wiele, ale też byłem wzruszony.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

 
blogi