Fot. The Work of Charles and Ray Eames.
Tyle w tych ludziach niekłamanego żaru i niezachwianej pewności, że nie mogę tylko wzruszyć ramionami. Muszę się poważnie zastanowić: jestem patriotą czy nie?
W młodości nie myślałem o tym nigdy. To słowo należało do rzewnych, ale jednak słów języka propagandy. Nie musieliśmy go używać, żeby co roku chodzić 1 sierpnia na Powązki. Nawet w żartach, gdy chciało się dodać odwagi, ot choćby żeby skoczyć do zimnej wody, krzyczeliśmy: "A honor Polaków, to co?" I, żeby nie wiem co, skakało się.
Z biegiem lat przybywało chwil, w których nie czułem się dumny. Na przykład w 1968 r. O
Marcu już pisałem, ale jeszcze była ta sierpniowa noc, kiedy długo nie mogłem usnąć, bo nad Warszawą słychać było pomruk przelatujących samolotów. Nad ranem obudził mnie Ojciec i powiedział, że z całym Układem Warszawskim wojsko polskie wkroczyło do Czechosłowacji.
Mocno zachwiała moimi uczuciami sprawa Jedwabnego. Może inni wiedzieli, ale dla mnie to był wstrząs. Byliśmy tam z Michałem, każdy z synem, w 2001 roku, w 60. rocznicę mordu. Byłem tam, bo skoro wcześniej się pyszniłem, to teraz powinienem wziąć na siebie część tej hańby. Z kraju przyjechało zaskakująco mało osób. Kościół był zamknięty na cztery spusty, a miejscowa ludność świeciła srebrnym uśmiechem wisząc na ogrodzeniach posesji. Myśmy szli w milczącym pochodzie, oni puszczali muzykę disco-polo.
Po powrocie jeszcze podłe rozmowy z mądralami, których miałem za ludzi przyzwoitych. Mają dość precyzyjny kalkulator moralny, gdzie stopień potępienia zależy od liczby zer przy liczbie tych, których spalono w stodole.
Całkiem niedawno, pięć lat temu, liczący się polityk wysoce moralnej partii rekomendował:
Jeśli rodzina kandydata walczyła o Polskę, o niepodległość, dziadek był w AK, a pradziad uczestniczył w powstaniu styczniowym, to taki ktoś daje nam gwarancję genetycznego patriotyzmu.
Odtąd na trwałe do języka weszło określenie "patriota genetyczny".
To prawie jak nowe ustawy norymberskie. Martwię się, bo według nich moje pochodzenie nie jest pewne.
Zaczyna się prawidłowo: prapradziadek po kądzieli był powstańcem styczniowym, zesłanym na Syberię, skąd z żoną nigdy nie wrócili (dzieci, w tym moją prababkę Natalię, zostawili pod opieką w kraju). Moja Matka w czasie wojny przekazywała z magistratu, gdzie pracowała, poufne informacje Armii Krajowej, ale z drugiej strony wyrażała się o szefie, Niemcu Muellerze, jako o człowieku porządnym. To oczywisty błąd. Gorzej jest z Ojcem. Nie tłumaczy go, że w początkach lat 80. chodził na kazania księdza Popiełuszki i o przyszłość Polski martwił się prawie tak samo jak o swoje dzieci (to znaczy bardzo). Wcześniej był przecież czynnym pułkownikiem Wojska Polskiego. Nadszarpniętą reputację poprawia mi trochę dziadek Konstanty, który w pełni władz umysłowych z uporem twierdził, że sputniki to bolszewicka propaganda, nie kwestionując w najmniejszym stopniu istnienia satelitów amerykańskich.
Nie, w żadnym wypadku nie spełniam wysoko rasowych kryteriów posła Suskiego. Patriotycznie to ja kundel jestem.
Parę dni temu opadły mi uszy, gdy prymas Polski powiedział podczas żałobnej homilii:
Zastałeś ojczyznę zniewoloną, pozostawiasz ją wolną i niepodległą.
A ja jak durne bydlę cieszyłem się po wyborach w 89 i potem jeszcze wiele razy byłem dumny i szczęśliwy, choćby po referendum europejskim. Okazuje się były to kolejne etapy niewoli i upodlenia, a prawdziwa wolność przyszła z genetycznymi w 2005 roku.
To i parę innych zdarzeń mogą zapowiadać, że idą dla mnie ciężkie czasy. Co zrobię, gdy genetyczni podejdą blisko i spojrzą z wysoka?
Cóż, jeśli szlachectwo zobowiązuje, to pospolitość zwalnia. Stojąc na trzech kończynach podniosę czwartą i najdokładniej obsikam im te błyszczące postakowskie oficerki.
Może być jednak inaczej. Genetyczni będą szli gromadnie ulicą, tak jak lubią, gdzieś ku czci i pomachają mi wesoło. Ja, obwąchujący właśnie dolne części płotu, pomerdam im radośnie. Tak wolałbym. Taki kraj będę kochał.