No i jak tu nie pisać? Jak nie pokazywać? Każą mi żuć celulozę, a dobrze wiem, że żaden wiersz nie odda piękna i tajemnicy tej czapli.
Szukałem ja szczęścia daleko, a ono było tuż, tuż. Pan Włodek, co pomaga rozkładać gazety na stacji benzynowej, zaprowadził mnie przedwczoraj nad to jeziorko; tu łowi ryby. W linii prostej niespełna dwieście metrów od mojego domu, ale przy sąsiedniej ulicy, skąd trzeba skręcić w ścieżkę, a potem jeszcze wzdłuż muru, koło domu pani Wandy, co ma 92 lata, i wśród wysokich traw prosto na cypel. Z drugiej strony brzeg jest wyższy i gęsto porośnięty.
Dziś tam właśnie stała, ale zapomniałem okularów i nie dostrzegłem, lecz ona przestraszyła się i wzbiła nisko nad wodę. Zdążyłem zrobić parę niewyraźnych zdjęć, a to jest najlepsze (powiększ), bo widać jak ląduje: od niechcenia, lekko jak duch wśród starych drzew po tamtej stronie lustra.
Podobno łączą się w związki stałe i gdy jedno odejdzie, drugie pozostaje samo.
Pani Wanda mówiła, że całą ciężką zimę stała samotna nad brzegiem, a ona nie widziała jak jej pomoc. Powiedziała, że budkę może trzeba, a pan Włodek roześmiał się i powiada, że przecież do budki czapla nie wejdzie.
Jak tu nie pisać o wiernej, zmarzniętej czapli po tamtej stronie lustra?
-----------------------------------------------------------
Dopisane następnego dnia.
Właśnie przeczytałem, że zmarł Edward Żentara. "Siekierezada" i ta scena z Nim ...
Witold Leszczyński "Siekierezada", Edward Żentara w roli Janka Pradery
wtorek, 24 maja 2011
poniedziałek, 23 maja 2011
W każdej postaci i szczególe
Zje coś czasem, ale tylko żeby nie upaść albo żeby wiatr go nie porwał. Tak naprawdę żywi się słowem. Najlepiej, jeśli to mowa wiązana czyli wiersz. Pisze w miłym komentarzu do “Piecuszka” pan Kowarski:
Arystokracja ducha i słowa najbardziej lubi jesienny szelest kartek i romantyczną łunę lampki nocnej.
Chodziłoby o to, żeby nie odrywać zachwytu od świata i kochać go w każdej postaci i szczególe.
Ten wiersz Blaise Cendrars napisał 87 lat temu, a wygląda jakby był napisany wczoraj. Przedstawiają go jako wiersz o miłości, a znaczy wiele więcej.
Bez przekonania wszedłem w Słowobraz, bo ledwie co zmienił się post i niczego nie obiecywał. Jęknąłem tylko gdy zobaczyłem nowy - O kurna, znowu ptaszek.
Kilka pierwszych zdań przekonało mnie jednak, że to nie będzie ornitologia. Powoli otwierała się liryczna furtka!“Poetyckość” czy szerzej - “literackość” - stały się wartościami samymi w sobie. Ptak i jego niebieski żywot jest ważny o tyle, o ile pozwoli się lirycznie opisać. Jeśli się nie da, niech spada, nic nie obchodzą nas jego zwyczaje.
Arystokracja ducha i słowa najbardziej lubi jesienny szelest kartek i romantyczną łunę lampki nocnej.
Chodziłoby o to, żeby nie odrywać zachwytu od świata i kochać go w każdej postaci i szczególe.
Ten wiersz Blaise Cendrars napisał 87 lat temu, a wygląda jakby był napisany wczoraj. Przedstawiają go jako wiersz o miłości, a znaczy wiele więcej.
JESTEŚ PIĘKNIEJSZA NIŻ NIEBO I MORZE
Kiedy się kocha trzeba odjechać
Rzuć swoją żonę rzuć swoje dziecko
Rzuć przyjaciela rzuć przyjaciółkę
Porzuć kochankę porzuć kochanka
Kiedy się kocha trzeba odjechać
Świat pełen jest Murzynów i Murzynek
Kobiet mężczyzn mężczyzn kobiet
Spójrz na te piękne sklepy
Na tego dorożkarza tego mężczyznę
Na tę kobietę tego dorożkarza
I wszystkie piękne towary do sprzedania
Jest powietrze jest wiatr
Góry woda niebo ziemia
Dzieci zwierzęta
Rośliny i węgiel ziemny
Naucz się sprzedawać kupować odsprzedawać
Naucz się dawać brać i dawać
Kiedy się kocha musi się umieć
Śpiewać biegać jeść gwizdać
I trzeba nauczyć się pracować
Kiedy się kocha trzeba odjechać
Nie popłakuj gdy się uśmiechasz
Nie kryj się wśród dwojga piersi
Odetchnij ruszaj wyjedź odejdź
Kąpię się i patrzę
Widzę znajome usta
Rękę nogę oko
Kąpię się i patrzę
Jest jeszcze z nami cały świat
Życie pełne zdumiewających rzeczy
Wychodzę z apteki
Zszedłem prosto z wagi
Ważę moich 80 kilo
Kocham cię
tłum. Julia Hartwig
Etykiety:
poezja
2 komentarze
piątek, 20 maja 2011
Piecuszek
Z nazwy leniwy, z usposobienia w żadnym razie, bo wyśpiewuje od wczesnego ranka do wieczora. Fraza bliższa jest muzyce współczesnej niż Beethovenowi: niełatwa i nieforemna. Trwa niespełna dwie sekundy, potem pięć przerwy i znów. Bierze ją wysoko, bo siada na najwyższej gałązce i niczym trębacz mariacki, albo raczej przemawiający premier Blair, ze swadą za każdym razem zwraca się w inną stronę i do innego słuchacza.
Od dwóch dni tak śpiewa z przejęciem i jest w tym tyle nadziei, że ja - głupi - znów się martwię: może śpiewa daremnie? może tej radości, którą tak słodko i żarliwie obiecuje, nie podzieli z nikim, bo może nie znajdzie? może tu nie ma Jej?
Przypomniał mi wiersz, jedno z zauroczeń mojej młodości. Byłem wtedy jak on, bo tyle miałem wiary w przyszłe życie:
Nie było lata. Wprost z ogrodów wiosny,
Zarówno wątłych, jak już jędrnych pychą,
Tyle nadziei niosących, co ptak
Śliny miłosnej w gardziołku uniesie -
Wprost z tych ogrodów, ledwo tkniętych szpadlem
Obcasem dziewki po przelotnym deszczu,
Paluszkiem chłopca, który kładł ten odcisk
Dla zaznaczenia swojej przyszłej ścieżki -
Wprost z tych ogrodów, gdzie stawiałem kosze,
Wynoszę wiadra ściętych szronem liści...
Stanisław Grochowiak *** (Nie było lata...), fragment
Etykiety:
Grochowiak,
ptaki
2 komentarze
czwartek, 19 maja 2011
Quinquina
plakat, Jules Chéret, Quinquina Dubonnet apéritif dans tous les cafés [1895]
Byłoby prościej, gdybym opisał ją oczami kobiety, ale jestem mężczyzną i dlatego opiszę ją oczami mężczyzny.
Pragnąc przedstawić jej obraz zacznę od faktu, że była to dziewczyna prostoliniowa. Pojąłem to, gdy Giuliana w rozmowie z nią dała do zrozumienia, że się puszcza. W zasadzie można było wybaczyć jej te słowa, bo przecież dla niej stanowiła kobietę, która wymiernie przyczyniła się do destrukcji zaręczyn z Paolo.
Sam, jako mężczyzna uganiający się za motylami i wróblami, rozumiem postępowanie Quinquiny, ale przecież muszę przyznać, że dla Paolo konsekwencje były okropne, ponieważ stracił Giulianę oraz wszelkie ważne wartości męskie. Zauważono to również w pracy, bo chociaż Paolo jako prezydent dwoił się i troił, to robotnicy mimo wszystko manifestowali.
Na tym zakończę tę smutną historię. Życzę sukcesów w poprawianiu wypracowań.
--------------------------------------------------
To zlepek sformułowań, zwrotów, a nieraz całych zdań, których użyli na egzaminie pisemnym tegoroczni maturzyści (życzenia w poprawianiu też są autentyczne, chociaż pochodzą z innych czasów). Źródło jest pewne, ale poufne i dlatego zmieniłem imiona bohaterów “Granicy” Z. Nałkowskiej.
Dodam na stronie, że kiedy przeczytałem parę razy jej charakterystykę, niczym Pygmalion zakochałem się w Quinquinie. Gorzka jest, ale interesująca.
Byłoby prościej, gdybym opisał ją oczami kobiety, ale jestem mężczyzną i dlatego opiszę ją oczami mężczyzny.
Pragnąc przedstawić jej obraz zacznę od faktu, że była to dziewczyna prostoliniowa. Pojąłem to, gdy Giuliana w rozmowie z nią dała do zrozumienia, że się puszcza. W zasadzie można było wybaczyć jej te słowa, bo przecież dla niej stanowiła kobietę, która wymiernie przyczyniła się do destrukcji zaręczyn z Paolo.
Sam, jako mężczyzna uganiający się za motylami i wróblami, rozumiem postępowanie Quinquiny, ale przecież muszę przyznać, że dla Paolo konsekwencje były okropne, ponieważ stracił Giulianę oraz wszelkie ważne wartości męskie. Zauważono to również w pracy, bo chociaż Paolo jako prezydent dwoił się i troił, to robotnicy mimo wszystko manifestowali.
Na tym zakończę tę smutną historię. Życzę sukcesów w poprawianiu wypracowań.
--------------------------------------------------
To zlepek sformułowań, zwrotów, a nieraz całych zdań, których użyli na egzaminie pisemnym tegoroczni maturzyści (życzenia w poprawianiu też są autentyczne, chociaż pochodzą z innych czasów). Źródło jest pewne, ale poufne i dlatego zmieniłem imiona bohaterów “Granicy” Z. Nałkowskiej.
Dodam na stronie, że kiedy przeczytałem parę razy jej charakterystykę, niczym Pygmalion zakochałem się w Quinquinie. Gorzka jest, ale interesująca.
Etykiety:
żart liryczny
środa, 18 maja 2011
Układ z Gienią
Mam z Gienią układ. O zachodzie słońca pozuje mi w powietrzu, potem ja wabię ryby i ona sprytnie je wybiera, gdy skubią rzucone przeze mnie okruchy.
Gienia zadrosna jest bardzo, bo odgania inne śmieszki, chętne też do pozowania. Wrzeszczy wtedy okropnie, wzbija się w powietrze i atakuje z góry.

W czasie lotu jest piękna i tajemnicza, ale gdy siądzie na wodzie, wygląda jak naiwna gąska. Najzabawniejsza, kiedy przyczai się i skuli patrząc w wodę bystrymi oczyma.
Dobrze nam z Gienią, ale słońce szybko zachodzi i zdjęcia stają się nieostre, więc odjeżdżam i zostawiam ją na stawie. Podąża za mną spojrzeniem zadziwionej kolombiny.
-------------------------------------------------------------------
Przypominam miłym Czytelnikom o wernisażu ostatniego numeru “Rękopisu” i wystawie fotografii (także Gieni). Serdecznie zapraszam na to spotkanie na Saską Kępę w Warszawie, 4 czerwca, o godzinie 19. Szczegóły podam odpisując na e-mail ze zgłoszeniem wysłany tutaj. Namawiam, myślę, że na pewno będzie miło. Mają przybyć: pan Kowarski, artysta Fruczek oraz pies Buba.
Gienia zadrosna jest bardzo, bo odgania inne śmieszki, chętne też do pozowania. Wrzeszczy wtedy okropnie, wzbija się w powietrze i atakuje z góry.
W czasie lotu jest piękna i tajemnicza, ale gdy siądzie na wodzie, wygląda jak naiwna gąska. Najzabawniejsza, kiedy przyczai się i skuli patrząc w wodę bystrymi oczyma.
Dobrze nam z Gienią, ale słońce szybko zachodzi i zdjęcia stają się nieostre, więc odjeżdżam i zostawiam ją na stawie. Podąża za mną spojrzeniem zadziwionej kolombiny.
-------------------------------------------------------------------
Przypominam miłym Czytelnikom o wernisażu ostatniego numeru “Rękopisu” i wystawie fotografii (także Gieni). Serdecznie zapraszam na to spotkanie na Saską Kępę w Warszawie, 4 czerwca, o godzinie 19. Szczegóły podam odpisując na e-mail ze zgłoszeniem wysłany tutaj. Namawiam, myślę, że na pewno będzie miło. Mają przybyć: pan Kowarski, artysta Fruczek oraz pies Buba.
Etykiety:
ptaki,
staw
0 komentarze
wtorek, 10 maja 2011
Monte Cassino
Taki to polski maj: pamięć pochodów, trzeciomajowy błogi raj, nabożeństwa, zapach bzu, a na koniec tamte maki.
Na motocyklu frontowy łącznik II Korpusu, Konstanty Łukaszewicz, ojciec Michała (ci z Muranowa może pamiętają starszego pana z wąsem, kierownika księgarni im. Stefana Żeromskiego, mieszczącej się na rogu ówczesnych ulic Świerczewskiego i Marchlewskiego).
W swoim dzienniku wojennym pan Konstanty zapisał (pisownia niezmieniona):
Najlepiej filmik oglądać na całym ekranie: trzeba kliknąć na cztery strzałki w dolnym prawym rogu. Powrót: klawisz escape.
Na motocyklu frontowy łącznik II Korpusu, Konstanty Łukaszewicz, ojciec Michała (ci z Muranowa może pamiętają starszego pana z wąsem, kierownika księgarni im. Stefana Żeromskiego, mieszczącej się na rogu ówczesnych ulic Świerczewskiego i Marchlewskiego).
W swoim dzienniku wojennym pan Konstanty zapisał (pisownia niezmieniona):
12/V 44 - rano Bitwa się toczy - jakie rezultaty osiągnięto trudno jest w tej chwili wiedzieć.
Jedno jest pewne nasi idą naprzód choć ofiary są duże. (...)
16/V 44 - Ofensywa trwa, choć powoli, ale ciągle idziemy do przodu. Pierwsze linje obrony niemieckiej są już w naszym posiadaniu. Do drugich już się solidnie dobieramy. Artylerja tak grzeje, że aż góry podskakują, a błyska tak jak w burzę.
Jutro znowóż jadę tam, gdzie strzelają, ale już bez tego wrażenia jak pierwszy raz.
17/V 44 godz. 12,00 - Przełamano niemców! Nasi idą gwałtownie do przodu. Przed chwilą przyszły zarządzenia alarmowe. Część nas ruszy do pościgu.
18/V 44 - Dziś rano nasi zatknęli polską chorągiew na murach klasztoru twierdzy Cassino zdobywając to, czego w ciągu 7 miesięcy kosztem 12 tys. ludzi nie zdobyli amerykanie, a potem anglicy. Straty nasze są duże i dotkliwe, cel jednak osiągnięto. Z moich znajomych poległ śp. Ppor Michał Wysocki, partner od bridga i dobry kumpel. Nasi prą jak szatany i bija do tego stopnia, że anglicy orzekli "Polacy się wściekli". (...).Nie mogłem opanować wzruszenia, kiedy na własne oczy widziałem to strome zbocze.
Najlepiej filmik oglądać na całym ekranie: trzeba kliknąć na cztery strzałki w dolnym prawym rogu. Powrót: klawisz escape.
Etykiety:
historia
6 komentarze
niedziela, 8 maja 2011
Polowanie
Zwykle opisuję tu mewę śmieszkę, ale na stawie bywa też szlachetna mewa białogłowa, znacznie większa od tamtej i mniej chętna do kontaktu z człowiekiem. Scena, którą opisuje odbywała się po drugiej stronie stawu, stąd zdjęcia nie są doskonale, ale warto w nie kliknąć, żeby zobaczyć szczegóły.
Jest 8 maja, jedenasta sekunda czerdziestej czwartej minuty po południu. Od kilkunastu sekund fotografuję jej majestatyczny lot . Najwyraźniej coś zobaczyła w wodzie, bo robi gwałtowny zwrot na południe.
Trzy sekundy później spada lotem koszącym w kierunku północnym. Jest piękna i groźna, z sylwetki przypomina orła z lotniczych aplikacji.
Ta sama sekunda, jej korpus nurkuje, lewe skrzydło utrzymuje ją na powierzchni, prawe już wzbija w powietrze.
Sekundę później wydobywa się ponad wodę unosząc coś w dziobie.
Ta sama sekunda, jest w powietrzu. Widać, że ryba jest dość spora.
Już trzy sekundy lata metr nad wodą i chyba układa sobie zdobycz do połknięcia.
Sześć sekund później. Pływa po wodzie jak poczciwa kaczka. Nie musi już dziś polować.
----------------------------------------------------------------------
Mam zdjęć mew bardzo dużo. Postanowiłem z okazji wernisażu ostatniego numeru “Rękopisu” pokazać niewielką wystawę tych fotografii. Serdecznie zapraszam na to spotkanie wszystkie Czytelniczki i Czytelników: 4 czerwca, godzina 19. Szczegóły podam odpisując na e-mail ze zgłoszeniem wysłany tutaj. Namawiam, myślę, że może być dosyć miło. Będzie pan Kowarski i Buba.
---------------------------------------------------------------------------------
kod do wklejania w komentarzach linków aktywnych:
Jest 8 maja, jedenasta sekunda czerdziestej czwartej minuty po południu. Od kilkunastu sekund fotografuję jej majestatyczny lot . Najwyraźniej coś zobaczyła w wodzie, bo robi gwałtowny zwrot na południe.
Trzy sekundy później spada lotem koszącym w kierunku północnym. Jest piękna i groźna, z sylwetki przypomina orła z lotniczych aplikacji.
Ta sama sekunda, jej korpus nurkuje, lewe skrzydło utrzymuje ją na powierzchni, prawe już wzbija w powietrze.
Sekundę później wydobywa się ponad wodę unosząc coś w dziobie.
Ta sama sekunda, jest w powietrzu. Widać, że ryba jest dość spora.
Już trzy sekundy lata metr nad wodą i chyba układa sobie zdobycz do połknięcia.
Sześć sekund później. Pływa po wodzie jak poczciwa kaczka. Nie musi już dziś polować.
----------------------------------------------------------------------
Mam zdjęć mew bardzo dużo. Postanowiłem z okazji wernisażu ostatniego numeru “Rękopisu” pokazać niewielką wystawę tych fotografii. Serdecznie zapraszam na to spotkanie wszystkie Czytelniczki i Czytelników: 4 czerwca, godzina 19. Szczegóły podam odpisując na e-mail ze zgłoszeniem wysłany tutaj. Namawiam, myślę, że może być dosyć miło. Będzie pan Kowarski i Buba.
---------------------------------------------------------------------------------
kod do wklejania w komentarzach linków aktywnych:
Etykiety:
blog,
ptaki
3 komentarze
wtorek, 3 maja 2011
Jej portret
Udał mi się ten portret Wilejki. Pokazuje jej zadziwienie światem, cienkie różowe ucho rozerwane w jakiejś młodzieńczej bójce, a dzięki odbiciom w podwójnej szybie, charakterystyczną dla niektórych dam dwulicowość. Dowiodła jej przemyślna bestyjka, bo Krzysztof twierdzi, że ostatniej nocy spała na nim, a ja, choć w drugim przecież pokoju, dobrze pamiętam jej mruczenie u mojego wezgłowia.
Z przyjemnością patrzę na te coroczne spotkania Buby z Wilejką. Pies wyskakuje z samochodu i radośnie podbiega do kotki, ale ta nie wykazuje wylewności. Nawet pewne obrzydzenie, bo gdy muska ją pyskiem, ona mruży oczy i lekko się wstrząsa. Nie ucieka, nie jeży się, lecz chwilę popatrzy tymi dziecięcymi oczyma i znów zajmuje się sobą: liże łapkę i tak nawilgoconą przeciera główkę zbrukaną dotknięciem psiego nosa lub w perwersyjny sposób obgryza (znaczy się ostrzy) pazury.
W wielu rzeczach naśladuje jednak Bubę, bo przecież od początku swojego pierwszego pobytu w ludzkim domu uczyła się od niej. Na przykład niczym pies chodzi za państwem po łące, na której stoi ich letni dom. Robi to jednak na swój niezależny sposób, bo ciągnie się z tyłu opłotkami, między krzakami, od drzewa do drzewa, jak szpieg z krainy Deszczowców. Tak jak Buba czeka przed łazienką na swojego pana, a ostatnio nauczyła się leżeć z melacholijnie wyciągniętą głową, jak czynią to psy długopyskie .
Gdy w trzy ciemne wieczory domagała się wyjścia na łąkę i nie wracała mimo nawoływań, wypuszczaliśmy Bubę z poleceniem odszukania kota. Naprawdę nie wiem, jak to robiła, ale po chwili zza drzwi tarasowych patrzyły na nas wyczekujaco dwie miłe mordki.
Wilejka znacznie utyła, wyrzucam sobie, że zasadniczo zmieniłem jej życie zabiegem sterylizacji. O ile Buba nie straciła po nim swej dziewczęcej żywotności, Wilejka, która była niezwykle zmysłowa i głodna wrażeń, teraz wydaje się ostrożna, jakby wewnętrznie wycofana.
Zdaje się, więcej mnie zajmuje myślenie o smutkach inwentarza niż o troskach ludzi, także tych bliskich. To zapewne eskapizm, ale też na wytłumaczenie mam, że każdy człowiek ma jakiś wpływ na swoje życie, a ja jedną i drugą zabrałem z ich środowiska i kazałem zooperować, by mogly dłużej i mniej kłopotliwie towarzyszyć ludziom. Zabawiłem się w Boga, to i mam za swoje.
Etykiety:
Buba,
Wilejka
6 komentarze
piątek, 29 kwietnia 2011
Pierwszomajowe
Otrzymałem miły e-mail, a w nim cudowną przesyłkę - zeskanowane wierszyki pierwszomajowe z “Płomyka” (dwutygodnik dla dzieci, ten chyba z 1965 roku). W liście słowa:
Był towarzyszem mojego dzieciństwa. Miał mi kształtować kręgosłup, ale okazał się zupełnie niegroźny.
No właśnie, kiedy patrzę na mistrzowską ilustrację Janusza Stannego, kiedy wczytuję się w proste słowa wierszyka Jerzego Kiersta, uświadamiam sobie, że choć u źródeł była ideologia, to szlachetna ręka artysty ukazała wcale nie zakłamany i czysty sens życia wielu Polaków w tamtych czasach. Nawet słowo "pokój", dziś może anachroniczne, prawdziwiej brzmiało dwadzieścia lat po wojnie.
Pisałem kiedyś (Koromysło) o jedenastotomowym "Słowniku języka polskiego":
Pisałem kiedyś (Koromysło) o jedenastotomowym "Słowniku języka polskiego":
W uczciwym muzeum PRL-u, obok kartek na cukier i fotografii z manifestacji powinny też stać te grube tomy, jako jeden z wielu przykładów wspaniałej pracy porządnych ludzi.
Może z biegiem lat, może niedługo, opadnie pył wzbijany tupaniem krótkich nóżek i spojrzymy sprawiedliwie i z miłością na naszą historię.
Takie tam, pierwszomajowe marzenie.
Takie tam, pierwszomajowe marzenie.
Wiersz o pracy
Żeby nam było lepiej
żyć na tym pięknym świecie
musimy wszyscy pracować.
To jasne przecież.
Jeżeli ma być krótsza
podróż przez góry i lasy,
trzeba przekopać tunel,
trzeba umocnić nasyp.
Jeżeli zboża za mało,
to trzeba obsiać ugory,
jeżeli miasto zbudować,
to wspólny potrzebny poryw.
Jeżeli ciągle przybywa
szkół dookoła i fabryk,
to trzeba, trzeba budować,
pomnażać cegły i skarby.
Jeśli masz kiedyś się włączyć
w tę wielką, wezbraną rzekę,
to musisz pracować nad sobą,
by stać się prawdziwym człowiekiem.
To wszystko, wszystko się spełnia
na świecie i w naszym kraju
przez pracę - dzięki tym, którzy
pokój kochają.
Jerzy Kierst
Etykiety:
historia
16 komentarze
wtorek, 26 kwietnia 2011
Malaika
Bez grudki ziemi między korzeniami przywieźli robotnicy tę chudzinę - brzozę wykopaną w odległym lesie. Jednak przyjęła się i po sześciu latach po raz pierwszy kwitnie. To moja drabina Jakubowa. Za mało we mnie pokory, zbyt daleko odszedłem od powszechnej drogi i już tylko tak mogę się wspinać do nieba.
Niektórzy teologowie powiadają, że drabina Jakuba nie dla człowieka jest, lecz dla aniołów, którzy schodzą do nas.
W takim razie mój pochodzi z Tanzanii i ma na imię Malaika (anioł w języku suahili). Jestem pewien, że tej wiosny schodzi do mnie powoli, powoli i śpiewa o miłości. Ta piękna ballada (1965) w wykonaniu Harry’ego Belafonte i Miriam Makeba, ozdobiona akwarelami Musy Khali wzrusza mnie i upewnia, że to stamtąd, z Afryki, pochodzimy i tam 200 tys. lat temu żyła nasza pramatka.
Żeby oddać cześć googluję pramatkę Ewę i w portalu katolik.pl znajduję gotową modlitwę:
Święta Ewo, ty na początku uległaś pokusie złego i namowom do grzesznego czynu sprzeciwiającego się miłości bożej i przez to przyszło na świat zło które i mnie obecnie trapi. Widzisz że ja teraz jestem w podobnym stanie, módl się za mną i wstawiaj u Boga abym nie popełniła twego błędu i nie popełniła grzechu do którego mnie kusi i abym nie wprowadziła nowego zła w ten świat.
Czytam i trudno mi zrozumieć, więc z pogańska przytulam się do mojej brzozy i szepczę: niczym nie zgrzeszyłaś Malaika.*
* Film jest chroniony prawami autorskimi i dlatego można go obejrzeć tylko w Youtubie.
Etykiety:
duchowość,
flora
4 komentarze
wtorek, 19 kwietnia 2011
Zanikający ślad
Wczoraj minęło pięć lat od śmierci Michała. Mam poczucie, że jego ślad zanika. Także dosłownie. To była ostatnia chwila, żeby na grobie napisać, że tam leży. Z udziałem rodziny i paru przyjaciół udało się. Jeden z nich, znany tu Kowarski, napisał parę dni temu:
Jerzy,kilka godzin straciłem, żeglując po Internecie i niewiele znalazłem. Tylko tytuły jego recenzji z Nowych Książek, nazwisko na liście absolwentów dawnej szkoły, powieść "Małecki" na Allegro za pięć złotych, wzmianka Masłonia o "Warszawskiej Atlantydzie".Ktoś wspomina, że zawdzięcza Michałowi Łukaszewiczowi początek kariery, ale tak tęskni za dawnym światem, że pisze niewesoło:„zdałem sobie sprawę, że w zasadzie pism, w których regularnie publikowałem już prawie nie ma. Tak samo jak ludzi pióra, którym zawdzięczam, że pomogli mi zaistnieć w literaturze. Dosłownie apel poległych pisarzy i periodyków literackich, w których bywałem obecny (…) Michał Łukaszewicz, który mnie odkrywał najpierw dla Nowych Książek, a potem Literatury, nie żyje od roku 2006. Podobnie cała redakcja już nie istnieje. Tak samo jak nie ma Poezji, Miesięcznika Literackiego, warszawskiej Kultury, czy starej Res Publiki, gdzie jeszcze pod koniec lat 80-tych udało mi się zamieszczać swoje utwory (…). Ten świat już coraz mniej do mnie należy. Tęsknie za światem, który odchodzi na moich oczach”.Ryszard Częstochowski „Świat który odchodzi czyli list do wszystkich” Bydgoszcz, luty 2009Czy ktoś tu słyszał o poecie Michale Łukaszewiczu? Poeta?, nie znają żadnego. Są inni Michałowie Łukaszewiczowie, prawdziwe paniska: jest żeglarz morski, notariusz, protetyk, aptekarz i nawet psychiatra. Artysta, artysta? Był tu jeden taki - metaloplastyk z Orzesza.
Słyszano o dzielnym Michale Łukaszewiczu z Warszawy. Uczył się w Szkole Podchorążych w Modlinie. We wrześniu 1939 roku dowodził plutonem czołgów Vickers 121 Kompani Czołgów Lekkich. Zanim poległ 6 września pod Trzcianą zdążył przejść szlak bojowy, walcząc pod Naprawą, Kasiną Wielką i Wiśniową. Awansowany pośmiertnie na podporucznika. Czy to ten, na cześć którego rodzice nadali przyszłemu poecie imię Michał?
Oczywiście jest Michał Łukaszewicz na Facebooku. Miejmy nadzieję, że to ktoś inny, że nasz poeta nie otrzymuje ponagleń: "Witaj Michale, od pięciu lat nie zaglądałeś na nasze strony, w tym czasie, kiedy nie żyłeś, Twoi znajomi byli aktywni i wielu z nich czeka teraz na Twoją odpowiedź..."
W tym błędnym rejsie bez przychylnych wiatrów Słowobraz jest jedynym przyjaznym portem, gdzie na targu pełnym kwiatów i owoców wspominają jeszcze poetę Michała.
Etykiety:
Michał
4 komentarze
czwartek, 14 kwietnia 2011
Złota trąbka serca
Plakat, Henryk Tomaszewski Jazz Jamboree 71
Dziś nie do pomyślenia jest tak żyć tylko jedną sprawą. To znaczy żyć normalnie, jeść i spać (niewiele), czytać, jeździć w zatłoczonym autobusie na zajęcia, raz w tygodniu na wojsko, ale w chwilach wolnych tylko o niej. O poezji.
Przy czym żadne tam rozpoetyzowane wertery. Każdy chłop na schwał, co i napić się potrafi i w ogóle. Bo lubiliśmy życie. Przez to nieraz brakowało pieniędzy. Kiedyś w chwili przepychu wyrzuciliśmy na parapet okienny zeschniętą bułkę. Jakoś nie zjadły jej ptaki, a nam po paru dniach zajrzała w oczy bieda i wróciła bułka na stół.
Innym razem po kieszeniach zimowych płaszczy i starych spodni uzbieraliśmy cudowne 4 złote 60 groszy. Dokładnie tyle kosztowała porcja pierogów w barze mlecznym na Ligocie. Ta porcja stała się nagrodą w zamkniętym konkursie poetyckim na jej właśnie temat. Zwyciężył epigramat:
Pierogi ruskie piękniejsze nad śmierć.
Siadaliśmy ze Stasiem naprzeciw siebie, każdy na swoim tapczanie, a tam w skrzyni na pościel były książki. Gadaliśmy godzinami, co chwila któryś wstawał, otwierał skrzynię, wydobywał tomik i czytał.
Co nas łączyło, dlaczego się tak rozumieliśmy? Język. Nie musiał być wytworny, lecz taki, gdzie słowo i drugie słowo daje słowo inne. I zrozumie je ten, którego nie znałeś wcześniej. On się z tym urodził i tak jak ty umie nazywać.
Przepłynęły przeze mnie lata. Już nie jestem tak głodny życia ani ludzi. Nie trzeba już mi wywąchiwania jak pies tych, którzy są z mojego świata. I tylko ta tęsknota, ta złota trąbka serca...
To było dokładnie 40 lat temu. Pamiętam tę noc kiedy Staś uniósł wieko tapczanowej biblioteki, sięgnął po Grochowiaka i przeczytał wiersz. On nazwał wszystkie nasze pryszczate pragnienia, żeby zmysły poczuły to mocne zawianie suknią na udręczony poezją pysk.
Tęsknota za świeżością
I bywa taka także - taka także historia
Ona w chwilach zwątpienia,
W porę grzmotu wyobraźni...
Ja sam
Sam w tej norze, gdzie wszystko przepoczwarzone
Serca w małe motocykle,
Uszy w małe aerodromy,
Domy w maszyny pełne śpiewającego mięsa.
I wówczas ta tęsknota -
Ta złota trąbka serca:
Żeby ktoś wszedł, kwiaty rzucił,
Żeby ktoś wpadł, wodę podał,
Żeby ktoś wniósł pachnące potem ciało
Z małym deszczem na włoskach pod pachami.
Żeby ktoś tak suknią mocno zawiał
Na udręczony poezją
Aksamitny pysk.
Stanisław Grochowiak, z tomiku Menuet z pogrzebaczem (1958)
Etykiety:
Grochowiak,
poezja
14 komentarze
wtorek, 12 kwietnia 2011
Być jak Edgar
Choć Robal wyrządzi dużo zła i w okrutny sposób zgładzi wiele osób (ale tylko te, które mu stają na drodze), pierwszy jego uczynek na Ziemi wydaje się słuszny. Jego statek kosmiczny ląduje na samochodzie farmera Edgara.
To podły człowiek, który okrutnie traktuje (prawdopodobnie bije) swoją żonę Beatrice. Słyszymy go, gdy wrzeszczy, że ciężko pracuje cały dzień i jedyną rzeczą, której pragnie to powrót do czystego domu, gdzie na stole czeka dobry tłusty stek. Ten wygląda jak trucizna. Niech go nie zabiera, bo on go je, ale to trucizna.
Są aktorzy, którzy mają magnetyczny dar przyciągania całej uwagi. Gdy są na scenie lub w kadrze, nie zauważa się innych. Tak było ze Zbyszkiem Cybulskim lub Włodzimierzem Wysockim. Podobnie jest w “Facetach w czerni” z Vincentem D'Onofrio. Jego siła nie polega jednak na wewnętrznej koncentracji, lecz na wspaniałym luzie. Dosłownym, bo owad źle się czuje w ciasnym ciele farmera i wyprawia ono wygibasy, nieskoordynowane, zabawne trochę dziecięce gesty. Najcudowniejszy jest chód Edgara: balans na sztywnych nogach.
Skąd ta moja fascynacja Edgarem? Po pierwsze “Facetów w czerni” oglądałbym prawie tak często jak kobiety oglądają “Notting Hill” lub “To właśnie miłość”, a po drugie w środowisku nacechowanym odpowiednią chemią całkiem swobodnie wyglądam, mówię i chodzę Edgarem.
Zapraszam do obejrzenia zgrabnego miksu scen z “Facetów w czerni” z towarzyszeniem mrocznej ballady Nicka Cave i The Bad Sedes: Red Right Hand.
“Faceci w czerni” reż. Barry Sonnefeld, USA, 1997.
To podły człowiek, który okrutnie traktuje (prawdopodobnie bije) swoją żonę Beatrice. Słyszymy go, gdy wrzeszczy, że ciężko pracuje cały dzień i jedyną rzeczą, której pragnie to powrót do czystego domu, gdzie na stole czeka dobry tłusty stek. Ten wygląda jak trucizna. Niech go nie zabiera, bo on go je, ale to trucizna.
Kulisz się tam, jak pies, którego zbito za mocno lub za słabo. Jesteś do niczego Beatrice. Już tylko mogę polegać na moim aucie.Tego już było dosyć Opatrzności i spodek trafia właśnie w ten szykowny pickup. Edgar bierze strzelbę, posyła ostatnie miłe słowa do zahukanej Beatrice, żeby zabierała swój gruby tyłek, podchodzi do rowu, gdzie następuje krótka wymiana zdań z obcym, zakończona wyssaniem zawartości Edgara i wejściem Robala w jego skórę.
Są aktorzy, którzy mają magnetyczny dar przyciągania całej uwagi. Gdy są na scenie lub w kadrze, nie zauważa się innych. Tak było ze Zbyszkiem Cybulskim lub Włodzimierzem Wysockim. Podobnie jest w “Facetach w czerni” z Vincentem D'Onofrio. Jego siła nie polega jednak na wewnętrznej koncentracji, lecz na wspaniałym luzie. Dosłownym, bo owad źle się czuje w ciasnym ciele farmera i wyprawia ono wygibasy, nieskoordynowane, zabawne trochę dziecięce gesty. Najcudowniejszy jest chód Edgara: balans na sztywnych nogach.
Skąd ta moja fascynacja Edgarem? Po pierwsze “Facetów w czerni” oglądałbym prawie tak często jak kobiety oglądają “Notting Hill” lub “To właśnie miłość”, a po drugie w środowisku nacechowanym odpowiednią chemią całkiem swobodnie wyglądam, mówię i chodzę Edgarem.
Zapraszam do obejrzenia zgrabnego miksu scen z “Facetów w czerni” z towarzyszeniem mrocznej ballady Nicka Cave i The Bad Sedes: Red Right Hand.
“Faceci w czerni” reż. Barry Sonnefeld, USA, 1997.
Etykiety:
film
2 komentarze
środa, 6 kwietnia 2011
Włóczące się słowa
Pastime for little fingers. Pastime Publishing Co./1881/.
A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą -
I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!..
B. Leśmian, Poeta
Googlowanie to dziś podstawowe narzędzie - powiedzmy - intelektualnej logistyki, a im wyższa pozycja w rezultatach wyszukiwań, tym wartość źródła cenniejsza (niekoniecznie pod względem merytorycznym, ale na pewno marketingowym). Jeżeli Google wymienią Cię wysoko w poszukiwaniu jakiegoś słowa bądź frazy, liczysz się w danej dziedzinie.
Mechanizm pozycjonowania nie jest dla mnie jasny, ale zaskakująco przyjazny, bo odnoszę wrażenie, że Słowobraz jako źródło stoi znacznie wyżej, niż wskazywałoby jego miejsce w rankingu poczytności (na pewno odległe). Nie wiem jakie mógłbym mieć korzyści z tej wysokiej pozycji. Może przypadkowy przechodzeń przeczyta i zostanie? Tak chciałbym.
Blog jest zawieszony na platformie Googla, więc chyba stąd to dodatkowe wsparcie. Nie wykluczam, że googlowski algorytm bierze również pod uwagę bogactwo leksykalne. Przyznam się, że świadomie - unikając sztuczności - sięgam do słów rzadszych. Z wyrachowanej miłości, żeby trwały, bo boleję, że umierają. Mam swoją spiskową teorię, że ich usychanie to efekt wrednej unifikacji i ograniczenia zasobu słownictwa używanego w listach dialologowych filmów. Tłumaczenia są tam mocno uproszczone wobec oryginału. To słownictwo podświadomie przyjmuje się za kanon i tak język nam się zubaża.
Widać to w bieda-dziennikarstwie, np. w portalach gazetowych używa się słów, których w danym znaczeniu nigdy by nie zastosowano w wersji papierowej. Ostatnio w portalu Gazeta.pl redaktor najwyraźniej uznał słowo “zagraża” za sztuczne i nieinternetowe, więc artykuł o możliwej katastrofie kosmicznej zatytułował “Ogromna asteroida grozi Ziemi”.
Statystyka blogu pokazuje jakie są źródła odwiedzin, jakie słowa kluczowe przywiodły niektórych czytelników i które miejsce w rankingu źródeł danego słowa/frazy zajmuje blog. Rezultaty są nieraz zaskakujące, często śmieszą, a niekiedy wzruszają.
Oto na przykład zawitał ktoś, komu Google zaproponowały mój blog jako źródło pierwsze dla frazy “Jak tu ciemno powiedz jemu mamo a kysz”. To dzięki milej DM, która w komentarzach do Złotego dzióbka zamieściła wiersz Danuty Wawiłow.
Dzięki niezłomnej GM, fraza “Starą panną zostać wolę lub utopić się w rosole” daje mi w tej konkurencji siódme miejsce. Sędziwy Kowarski natomiast opisał tu kiedyś mamine panaceum sprzed lat - kalcypirynę. To on spowodował, że w kalcypirynie jestem na zaszczytnym czwartym miejscu!
W “płaczącej żyrafie” biję za to wszystkich na głowę, podobnie w “Ludzie śpią i ptaszki” ale też - to wizyta najświeższa - we frazie “opisz ręce kobiety”. A jakże! Ponadto “Andrew Marvell >To his coy mistress< interpretacja po angielsku i po polsku” - też numer jeden, jak również libertyński tekst piosenki z filmu "Do widzenia do jutra": czerwone róże nabrzmiałe duże dam memu dziecku niech mu zapach ślą. Zdziwił mnie natomiast (także numer 1) “fotograf rozdający ulotki przed naukami przedmałżeńskimi”. Naprawdę nie przypominam sobie gościa. Najpewniej jest to zlepek słów z wielu tekstów, niemniej lider!
Na pozycji drugiej jesteśmy w proustowskich “ciasteczkach madlen + psychologia” (to zasługa ABB, choć ona pisze prawidłowo: madeleine), w “kulikoskim chlibie” oraz w “zdjęciu drapaka na świąd”. Powiedziałbym, że to ostatnie bardzo miłe i na wyrost, bo jeszcze nie posiadam.
Na koniec najmilsza dla mnie wiadomość, bo kto szuka “panno święta co jasnej bronisz częstochowy i w ostrej świecisz bramie” znajdzie Słowobraz na czwartym miejscu, a jeszcze niedawno był na drugim i wyprzedza wiele parafii, a także zgromadzeń zakonnych. Ot co!
------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------
Etykiety:
o blogu
15 komentarze
niedziela, 3 kwietnia 2011
Wiem kim zostać chcę
Sprawiedliwości nie ma, bo choć sam byłem synem marnotrawnym, zamiast być pokaranym, dziecko mam pełne cnót i talentów. W dodatku kochane.
Były, były życia zakręty, drogim Rodzicom niejedną łzę i siwy włos przysporzyłem, bo w tamtych czasach ludzie bywali konkretni i prostolinijni. Młodsze rodzeństwo szło prostą drogą: brat jest lekarzem, siostra bankowcem. Ja rozpoczynałem studia na cybernetyce i po 10 latach skończyłem polonistykę. W dodatku niby artysta, a długi czas tzw. prywatna inicjatywa i teraz na swoim. Zawsze w rozkroku, na pograniczu świata konkretu i krainy marzeń. W żadnym nie zadomowiony i niczego pewny. “Właściwie to nie wiem, czym ty się naprawdę zajmujesz” - mawiała Mama. Rzeczywiście, jakaś reklama, jakieś usługi wydawnicze i graficzne, niby agencja reklamowa, ale bez tych wszystkich accountów i copywriterów, niepoważne jakieś.
Rano kiedy chodzę z psem i tropimy słońce: miedzy drzewami, w kielichach kwiatów, na lądzie, w powietrzu i na wodzie, mam nastawienie absolutnie poważne. Robię to wszystko z pieczołowitością, której coraz bardziej mi brak w życiu zawodowym. Już chyba nie stoję w rozkroku. Chyba leżę. Jak chociażby dzisiaj w ogrodzie. Takiego zobaczyli mnie sąsiedzi spacerujący osiedlową uliczką. Zaintrygował ich odgłos aparatu, spojrzeli za płot, a tam ja polegiwałem pod niepozornym żółtym szafrankiem.
Wcześniej byłem nad stawem i starałem się zrobić zdjęcie ponad latającą mewą. Jak? Nie powiem, bo profesjonalistów obowiązuje tajemnica zawodowa. Podziwiajcie tylko jak cichym i doskonałym schodzi lotem.
Pomyślałem, że właśnie od tego jestem, to jest mój zawód prawdziwy, choć bezpłatny i bezinteresowny: tropić słońce, ptaki i rośliny. Pisać o tym i cieszyć się razem z tymi, którzy przychodzą to oglądać i czytać.
Późno, bo późno, ale już wiem, kim zostać chcę. Gdybym umiał śpiewać, zaśpiewałbym o tym Rodzicom. Zaśpiewajcie, proszę, za mnie. Razem z Georgesem Brassensem i Patachou (piosenka z roku 1953). Śpiewać proszę dopiero jak skończy Brassens, w drugim wejściu Madame P. - gdzieś około 1:29.
Mamo, Tato, nie, już nie martwcie się
Mamo, Tato ja wiem kim zostać chcę
patrzyłbym jak jak rośnie kwiat
słońca złoty klin
patrzyłbym, jak lata ptak
ja razem z nim
Mamo, Tato wiem, wiem, że późno już
Mamo, Tato, koniec życiowych burz
to poważne bardzo jest
tym razem żadna gra
Maman, Papa, Maman, Papa.
Etykiety:
flora,
fotografia,
staw,
żart liryczny
3 komentarze
piątek, 1 kwietnia 2011
Tajemnica Kopciuszka
Okładka, Cinderella / /W.B. Conkey Company, Chicago-New York. /1897/
Ziarnko pieprzu, ziarenko soli, ziarenko ryżu. Tak mozolnie od paru godzin, a wcześniej worek pszenicy z plewami i dwie beczki miodu z dziegciem. Tyle pracy zadała macocha, zanim z córkami pojechała na ten bal w pałacu.
Przez lufcik zagląda księżycowy promień i omiata ubogą izbę. Stara wyszczerzona dynia, dziurka w nieheblowanej podłodze, skąd pobłyskują szpileczki mysich oczu, wychudły szczur, który przysiadł przy świecy na trójnogim zydlu.
Po księżycowym promieniu przez lufcik, powoli i uroczyście snuje się srebrna gwiazdka, co każdemu raz w życiu zaświeci. Umiesz przyjąć ją w otwartą dłoń, spełni się marzenie.
Spełniło się! Stanęła wysoka i smukła. W muślinowej sukni do ziemi, przetykanej złotą nitką. W pantofelkach uszytych jak na miarę i ze złotym diademem na jasnej główce.
Szczerbata dynia potoczyła się i rosła, rosła aż zakolebała się jak książeca kareta. Z przodu stanęła trojka myszy, a melancholijny szczur siadł na koźle. Zadął w dziurawą trąbkę raz, zadął drugi i trzeci. Pojechali...
Wcale nie cieszył się na ten bal. Właściwie już od dawna niewiele go radowało. To z powodu książęcych obowiązków, a zwłaszcza barbarzyńskiego ius primae noctis. Nie chciał korzystać z tego prawa, ale tak kazał prastary obyczaj. Naprawdę dość już miał tego bardzo złego dotyku, dwuznacznego chichotu i dopominania się o pocałunki. Z jaką radością poczytałby do późna, a potem spał jak dziecko. Rano wylegiwałby się, a z łazienki nie dochodziłoby śpiewanie przy goleniu i poufałe pogwizdywanie, że sedes jest złoty.
Wcale nie cieszył się, ale teraz był szczęśliwy. Kiedy trzymał ją w ramionach podczas tego walca angielskiego, to jakby płynęli: raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy... Jak ona to robi? I ten zapach, który uwodził tajemniczością. Była w nim jesienna tęsknota dyni, swojski oddech drewna, bezpieczny smak pszenicy przemieszany z obietnicą miodu oraz dosłownością pieprzu. Na koniec zaś delikatna nutka zwierzęcego piżma, która budziła w nim, wydawało się do cna zagonioną, zmysłowość.
Była szczęśliwa i wszystko działo się jak we śnie. Ledwie weszła, książę zwrócił na nią uwagę. Teraz tańczyli już dziewiąty taniec z rzędu, a trzewiki nie uwierały nic a nic. Nawet dało się wyczuć delikatny luz i swobodę.
I gdyby nie… O Boże, jak mogła zapomnieć. Zegar właśnie wybił pierwsze uderzenie. Musi zdążyć... zaraz czar pryśnie. Zbiega co drugi stopień... potknęła się, spadł pantofelek, spadł drugi, po chwili spadł trzeci...
Siedział na ostatnim stopniu i przyciskał trzewiki do piersi (numer jedenaście). Oczy płonęły mu tym niezwykłym blaskiem, który pcha mężczyzn do rzeczy wielkich. To taki musiał widzieć Homer u oblegających Troję.
Rano ogłosi ważne edykty: o likwidacji prawa pierwszej nocy, o zniesieniu niewolnictwa oraz o zaprzestaniu dostaw obowiązkowych. A potem? Potem rozpocznie poszukiwania Jej. To nie powinno być takie trudne.
Ziarnko pieprzu, ziarenko soli, ziarenko ryżu. Tak mozolnie od paru godzin, a wcześniej worek pszenicy z plewami i dwie beczki miodu z dziegciem. Tyle pracy zadała macocha, zanim z córkami pojechała na ten bal w pałacu.
Przez lufcik zagląda księżycowy promień i omiata ubogą izbę. Stara wyszczerzona dynia, dziurka w nieheblowanej podłodze, skąd pobłyskują szpileczki mysich oczu, wychudły szczur, który przysiadł przy świecy na trójnogim zydlu.
Po księżycowym promieniu przez lufcik, powoli i uroczyście snuje się srebrna gwiazdka, co każdemu raz w życiu zaświeci. Umiesz przyjąć ją w otwartą dłoń, spełni się marzenie.
Spełniło się! Stanęła wysoka i smukła. W muślinowej sukni do ziemi, przetykanej złotą nitką. W pantofelkach uszytych jak na miarę i ze złotym diademem na jasnej główce.
Szczerbata dynia potoczyła się i rosła, rosła aż zakolebała się jak książeca kareta. Z przodu stanęła trojka myszy, a melancholijny szczur siadł na koźle. Zadął w dziurawą trąbkę raz, zadął drugi i trzeci. Pojechali...
Wcale nie cieszył się na ten bal. Właściwie już od dawna niewiele go radowało. To z powodu książęcych obowiązków, a zwłaszcza barbarzyńskiego ius primae noctis. Nie chciał korzystać z tego prawa, ale tak kazał prastary obyczaj. Naprawdę dość już miał tego bardzo złego dotyku, dwuznacznego chichotu i dopominania się o pocałunki. Z jaką radością poczytałby do późna, a potem spał jak dziecko. Rano wylegiwałby się, a z łazienki nie dochodziłoby śpiewanie przy goleniu i poufałe pogwizdywanie, że sedes jest złoty.
Wcale nie cieszył się, ale teraz był szczęśliwy. Kiedy trzymał ją w ramionach podczas tego walca angielskiego, to jakby płynęli: raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy... Jak ona to robi? I ten zapach, który uwodził tajemniczością. Była w nim jesienna tęsknota dyni, swojski oddech drewna, bezpieczny smak pszenicy przemieszany z obietnicą miodu oraz dosłownością pieprzu. Na koniec zaś delikatna nutka zwierzęcego piżma, która budziła w nim, wydawało się do cna zagonioną, zmysłowość.
Była szczęśliwa i wszystko działo się jak we śnie. Ledwie weszła, książę zwrócił na nią uwagę. Teraz tańczyli już dziewiąty taniec z rzędu, a trzewiki nie uwierały nic a nic. Nawet dało się wyczuć delikatny luz i swobodę.
I gdyby nie… O Boże, jak mogła zapomnieć. Zegar właśnie wybił pierwsze uderzenie. Musi zdążyć... zaraz czar pryśnie. Zbiega co drugi stopień... potknęła się, spadł pantofelek, spadł drugi, po chwili spadł trzeci...
Siedział na ostatnim stopniu i przyciskał trzewiki do piersi (numer jedenaście). Oczy płonęły mu tym niezwykłym blaskiem, który pcha mężczyzn do rzeczy wielkich. To taki musiał widzieć Homer u oblegających Troję.
Rano ogłosi ważne edykty: o likwidacji prawa pierwszej nocy, o zniesieniu niewolnictwa oraz o zaprzestaniu dostaw obowiązkowych. A potem? Potem rozpocznie poszukiwania Jej. To nie powinno być takie trudne.
Etykiety:
żart liryczny
4 komentarze
poniedziałek, 21 marca 2011
Dzień pierwszy pani W.
Coś tam muszą gadać o mnie w lesie, bo ostatnio przylatują ptaki wcześniej tu niewidziane. Dziś po piątej słychać było gile. Jak natarczywy stary klakson, nie, raczej pobrzękujące bańki z mlekiem: po kocich łbach Karmelickiej, dokładnie w miejscu gdzie parę lat wcześniej stała Dziewczyna, turkocze kryty drewniany wóz malowany na jasnożółto i szaro. Za chwilę wtoczą je do sklepu, ekspedienta rozbije kwaterką białą taflę i będzie rozlewała do emaliowanych baniek.
Wystarczyło, żebym przywołał ten miły obraz i zanurzyłem się w niezmiennie dziwną, bo pierwszą, krainę dzieciństwa. Usnąłem jak dziecko.
Szybka jazda na rowerze do Słowiczej Grobli. Tam mróz recydywista w nocy zeszklił staw na nowo, ale daremnie, bo ledwie wyszło marcowe słońce, cieniutka tafla tajała w oczach.
Podsypałem wodnym: dwóm krzyżówkom oraz łysce i nadleciała śmieszka. Chyba ta, której nie nazwałem kiedyś. Chciała przysiąść ale zapadła w wodę. Na zdjęciu wokół mewy widać ostatni zimowy lód.
Pan Krzyżówek pojadł, a potem przy brzegu przeglądał się czy wystarczająco jest piękny. Chyba jest.
Wróciliśmy do ogrodu. Podszedłem, żeby podsypać lądowym i stado czyżyków wzbiło się wysoko. W tarninie zostało parę niestrachliwych sikorek i znajomy czyż. On chyba jest jednak chory, bo wciąż nastroszony nie boi się i patrzy, jakbym mógł mu pomóc.
Idę na górę i widzę, że naprzeciw siedzi gil. Robię mu zdjęcie, a potem w błyszczącym dziobie dostrzegam odbicie błękitnego nieba i domu. Takie tam, czarodziejskie zwierciadło.
-------------------------------------------------------------------------
Chciałem z poniższych komentarzy usunąć furmańską fraszkę pana Bouszka z Libni, a przez pomyłkę bezpowrotnie usunąłem wpis HA:
Wystarczyło, żebym przywołał ten miły obraz i zanurzyłem się w niezmiennie dziwną, bo pierwszą, krainę dzieciństwa. Usnąłem jak dziecko.
Szybka jazda na rowerze do Słowiczej Grobli. Tam mróz recydywista w nocy zeszklił staw na nowo, ale daremnie, bo ledwie wyszło marcowe słońce, cieniutka tafla tajała w oczach.
Podsypałem wodnym: dwóm krzyżówkom oraz łysce i nadleciała śmieszka. Chyba ta, której nie nazwałem kiedyś. Chciała przysiąść ale zapadła w wodę. Na zdjęciu wokół mewy widać ostatni zimowy lód.
Pan Krzyżówek pojadł, a potem przy brzegu przeglądał się czy wystarczająco jest piękny. Chyba jest.
Wróciliśmy do ogrodu. Podszedłem, żeby podsypać lądowym i stado czyżyków wzbiło się wysoko. W tarninie zostało parę niestrachliwych sikorek i znajomy czyż. On chyba jest jednak chory, bo wciąż nastroszony nie boi się i patrzy, jakbym mógł mu pomóc.
Idę na górę i widzę, że naprzeciw siedzi gil. Robię mu zdjęcie, a potem w błyszczącym dziobie dostrzegam odbicie błękitnego nieba i domu. Takie tam, czarodziejskie zwierciadło.
-------------------------------------------------------------------------
Chciałem z poniższych komentarzy usunąć furmańską fraszkę pana Bouszka z Libni, a przez pomyłkę bezpowrotnie usunąłem wpis HA:
...i Starsi Panowie Dwaj z piosenką -Kaziu,Kaziu,Kaziu-zakochaj się!Przepraszam i niech się stanie!
Etykiety:
ptaki,
staw
12 komentarze
środa, 16 marca 2011
Nic nie jest jak było
Była rzeczywistą “panną madonną, legendą tych lat”. Dawała niezwykłe poczucie wspólnoty, wiodła na niemożliwe dziś manowce i pozwalała na przygody, na wspomnienie których plecy się pocą na samym dole.
Zabrała wielu, w tym dwóch najbliższych przyjaciół, ale mnie oszczędziła. Może dlatego, że nigdy sam, nigdy z byle kim, zawsze z kimś bliskim. Po to, żeby zrozumieć, ogarnąć, unieść i odrzucić. Omówić, postanowić i zapomnieć.
Właściwie podła była, bo ośmieszała. Odbierała samokrytycyzm i pozwalała wypływać na ocean megalomanii. Szeptała, że jesteś najmądrzejszy i najprzystojniejszy i tak na pewno myśli ta kobieta i tamta pod oknem co milczy też.
Strasznie się trzeba było wstydzić następnego dnia. Słychać krew co w uszach szumi i dudnią słowa niemądre.
Na wytłumaczenie mam, że ciężkie warunki do życia były. Ten brak mieszkań. Ten rząd, co się sam wybierał. Ta partia wiecznie walcząca o dalszy postęp. Te gęste od dymu i zaparowane knajpy. Wilgotne ławki w parku i wystające płyty chodnikowe. Te dziewczyny z gęstym makijażem i w bezczelnie białych kozaczkach. Naprawdę, fatalnie było.
Teraz to nawet jest lepsza. Tak mocno nie wstrząsa i daje tego kopa, ale jakoś nie lecisz, nie płyniesz. Tylko się męczysz. Może przez to powietrze, że ma mniej tlenu, a może jedzenie inne? Nic już nie jest jak było.
Zabrała wielu, w tym dwóch najbliższych przyjaciół, ale mnie oszczędziła. Może dlatego, że nigdy sam, nigdy z byle kim, zawsze z kimś bliskim. Po to, żeby zrozumieć, ogarnąć, unieść i odrzucić. Omówić, postanowić i zapomnieć.
Właściwie podła była, bo ośmieszała. Odbierała samokrytycyzm i pozwalała wypływać na ocean megalomanii. Szeptała, że jesteś najmądrzejszy i najprzystojniejszy i tak na pewno myśli ta kobieta i tamta pod oknem co milczy też.
Strasznie się trzeba było wstydzić następnego dnia. Słychać krew co w uszach szumi i dudnią słowa niemądre.
Na wytłumaczenie mam, że ciężkie warunki do życia były. Ten brak mieszkań. Ten rząd, co się sam wybierał. Ta partia wiecznie walcząca o dalszy postęp. Te gęste od dymu i zaparowane knajpy. Wilgotne ławki w parku i wystające płyty chodnikowe. Te dziewczyny z gęstym makijażem i w bezczelnie białych kozaczkach. Naprawdę, fatalnie było.
Teraz to nawet jest lepsza. Tak mocno nie wstrząsa i daje tego kopa, ale jakoś nie lecisz, nie płyniesz. Tylko się męczysz. Może przez to powietrze, że ma mniej tlenu, a może jedzenie inne? Nic już nie jest jak było.
Etykiety:
nostalgia,
żart liryczny
18 komentarze
poniedziałek, 7 marca 2011
Jemu i na
Dwa dni temu minęła któraś tam rocznica. Chyba własnie 5 marca 1953 r. zaczęła się moja pamięć historyczna. Dzień był dość ciepły jak na marzec. Łaziłem po szerokim parapecie okiennym i zrzuciłem radio (dokładnie to, o którym pisałem listopadzie 2009). Rodzice byli na mnie źli, ale głównym wydarzeniem nie wydawali się przygnębieni. Mama opowiadała, że pani Wajnryb z czwartego piętra bardzo płakała.
A oto co pisze o tym dniu Michał Łukaszewicz w niepublikowanej powieści "Kustosz":
Sprowadziliśmy się do Warszawy w roku 1953. Późnym latem. Mniej więcej pół roku po śmierci Stalina. Tak się złożyło, że dobrze zapamiętałem dzień, kiedy ten historyczny moment całemu światu obwieszczono. Był to wietrzny, marcowy poranek. Słońce błyskało czasem przez chmury i po rozmiękłej ziemi przesuwały się jasne promienie.
Mieszkaliśmy wówczas w Izabelinie, podwarszawskiej miejscowości, odkąd moja rodzina porzuciła repatriancki Szczecin. W Izabelinie było duża drewniana weranda, jałowce aż po horyzont, a na ścianie jednego z pokojów wisiała "szczekaczka" - radio przewodowe, właściwie sam tylko radiowy głośnik. Pamiętam, że koniecznie chciałem wyjść tego dnia z domu, a babcia na to nie pozwalała. Nie wiem co mnie kusiło, bezlistne akacje czy może widok niekończącego się pola jałowców, przypominających tłum posępnych mnichów tuż za oknem. Szarozielone kaptury. Smętne postacie. W dzień niegroźne, nocą straszne. Rodzice, umęczeni ciasnotą autobusu byli już w Warszawie, w pracy. Ojciec księgarz we wspaniałej, niedawno oddanej księgarni na MDM-ie, matka w spółdzielni "Spólnota Pracy". Babcia skubała kurę w kuchni. Wszystko tu przypominało wieś. Gdyby nie dojazdy, Izabelin byłby rajem na ziemi.
Babcia zamarła. Stalin był taką potęgą, że nawet rodzice milkli, kiedy wymieniałem przy nich jego imię. Już myślałem, że zapłacze, jak się to jej często zdarzało, gdy oto babcia całkiem niespodziewanie odłożyła kurę, uderzyła ściśniętą pięścią o dłoń i unosząc oczy do góry, zawołała:
O Stalinie szybko zapomniałem, radio powtarzało jego imię coraz rzadziej, a o reakcji babci zapomnieć nie mogłem. Tego roku, kiedy umarł Stalin, sprowadziliśmy się do Warszawy.
A oto co pisze o tym dniu Michał Łukaszewicz w niepublikowanej powieści "Kustosz":
Sprowadziliśmy się do Warszawy w roku 1953. Późnym latem. Mniej więcej pół roku po śmierci Stalina. Tak się złożyło, że dobrze zapamiętałem dzień, kiedy ten historyczny moment całemu światu obwieszczono. Był to wietrzny, marcowy poranek. Słońce błyskało czasem przez chmury i po rozmiękłej ziemi przesuwały się jasne promienie.
Mieszkaliśmy wówczas w Izabelinie, podwarszawskiej miejscowości, odkąd moja rodzina porzuciła repatriancki Szczecin. W Izabelinie było duża drewniana weranda, jałowce aż po horyzont, a na ścianie jednego z pokojów wisiała "szczekaczka" - radio przewodowe, właściwie sam tylko radiowy głośnik. Pamiętam, że koniecznie chciałem wyjść tego dnia z domu, a babcia na to nie pozwalała. Nie wiem co mnie kusiło, bezlistne akacje czy może widok niekończącego się pola jałowców, przypominających tłum posępnych mnichów tuż za oknem. Szarozielone kaptury. Smętne postacie. W dzień niegroźne, nocą straszne. Rodzice, umęczeni ciasnotą autobusu byli już w Warszawie, w pracy. Ojciec księgarz we wspaniałej, niedawno oddanej księgarni na MDM-ie, matka w spółdzielni "Spólnota Pracy". Babcia skubała kurę w kuchni. Wszystko tu przypominało wieś. Gdyby nie dojazdy, Izabelin byłby rajem na ziemi.
- Nie pójdzisz, nie pójdzisz - zaciągała z wileńska babcia - nie pójdzisz, bo buciki wybrudzisz...A w radiu, wiszącym na ścianie kołchoźniku, wciąż dziwna, pełna powolnych taktów muzyka. Ciężko mi było. Choćby na chwilę na dwór. Tam też nudy, ale można przy drwalce pobawić się z psami. Wielka wilczyca - Finka - jest zawsze przyjazna, to też się liczy. A w domu nic, tylko ta smutna muzyka, nie nadają nawet żadnej zabawnej audycji o bumelantach albo szkodnikach ani skocznych oberków spod Opoczna. Jakby tknięty przeczuciem, że coś to musi znaczyć, przysiadłem na kanapie i słuchałem żałobnych marszów, gdy oto nagle rozległ się głos tak pełen smutku i powagi, że zamarłem wpuszczając z rąk uszyte z ceraty i wypchane watą żyrafy i wielbłądy. Ten głos przeraził mnie wieścią sensacyjną, niemożliwą, trudną do wyobrażenia. Przestało bić serce wielkiego Stalina. Przez chwilę zastanawiałem się co robić, po czym pobiegłem do kuchni. Przestało bić serce wielkiego Stalina - powtórzyłem z powagą.
Babcia zamarła. Stalin był taką potęgą, że nawet rodzice milkli, kiedy wymieniałem przy nich jego imię. Już myślałem, że zapłacze, jak się to jej często zdarzało, gdy oto babcia całkiem niespodziewanie odłożyła kurę, uderzyła ściśniętą pięścią o dłoń i unosząc oczy do góry, zawołała:
- Ot, jemu i na!Nareszcie dostał za swoje. Osłupiałem. W oczach babci błyszczała nienawiść.
- Idzi, idzi do pokoju, pobawi sia zabawkami - szarpała pierze ze zdwojoną energią.Oni, dorośli, matka z ojcem, bez końca ukrywali jakieś swoje sprawki. Zamykali się w swoim pokoju, nie chcieli mówić o Stalinie, wpadali nieoczekiwanie w zły humor; wydawało mi się więc, że jeszcze jako tako rozumiem babcię, a tu taka niespodzianka! Jakaś szatańska reakcja. Owszem, ona również milkła, gdy sąsiedzi zaczynali mówić o Stalinie, ale przecież czegoś takiego się nie spodziewałem.
O Stalinie szybko zapomniałem, radio powtarzało jego imię coraz rzadziej, a o reakcji babci zapomnieć nie mogłem. Tego roku, kiedy umarł Stalin, sprowadziliśmy się do Warszawy.
Etykiety:
historia,
Michał
12 komentarze
wtorek, 1 marca 2011
Spacer Guliwera
Rano, zanim wyjdę spoglądam na termometr. Właściwie zawsze ubieram się tak samo, ale wiedza, czego mam się spodziewać, jakoś jest potrzebna organizmowi. Dziś było 13 stopni mrozu.
Tylko kilkadziesiąt metrów drogą, gdzie nie bacząc na znaki ograniczenia szybkości, buraczani właściciele nowej Polski pędzą co koń wyskoczy w swych terenówkach, ale zaraz potem błoga i olbrzymia równina Mysiadła. To, że taki obszar - u wrót Warszawy, przylegający do ul. Puławskiej - uchował się, jest prawnym fenomenem o mrocznej dość historii. Dla mnie niech trwa jak najdłużej.
Co jakiś czas karczują tu samosiejki, ale tu i ówdzie przy drogach zachował się młody orzech, osika, sosna lub brzoza. I mnóstwo traw, niekiedy bardzo wysokich, dzikie, trzymetrowe żółte kwiaty i niemal wszędzie nawłoć.
To tu spotkałem dwa lata temu starszego pana, co śpiewał godzinki i tu zdawało mi się zeszłej zimy, że widzę klęczącego serafina. Dziś zobaczyłem tę gwiazdę zaranną, która już całkiem po pogańsku oddawała cześć słońcu.
Ja przyklęknąłem przed nim dalej, bo wszedłem na staw i chciałem sfotografować skry na śniegu.
Po powrocie pierwsze kroki kierujemy zawsze do ogródka. Niełatwo jest psu ptasznika i Buba zimą pobyt w ogrodzie ma reglamentowany. Przemyka się tylko bokiem i kładzie w rogu pod młodą sosenką. Patrzy smutno. Już dawno pogodziła się z tym, że słowa „malutka” i „kochana” nie są skierowane tylko do niej. Dziesięć dni temu, w największe mrozy tak właśnie mówiłem do tego czyżyka. Wszystkie poderwały się znad rozsypanych ziaren, a on jeden został nastroszony i nieruchomy. Pomyślałem, że jest chory i będzie trzeba jechać „o prędzej, prędzej”. Szedłem i pstrykałem, a on przekręcał głowę. Gdy się prawie nad nim pochyliłem, odfrunął. Potem na ekranie zobaczyłem, że huncwot cały czas jadł.
U Kruszewicza wyczytałem, że te zimowe czyżyki przylatują z Północy i są mało płochliwe, bo wiele z nich nigdy nie widziało człowieka.
Dziś – miło jest wierzyć – zobaczyłem go w tarninie w pełnym słońcu. To samo charakterystyczne spojrzenie i przechylenie głowy, jakby mówił: aleś paskudny, Guliwerze.
A sikorki zaczynają swoje tiku – tiku. Tak, tak, niby mróz, ale już marzec. Czas pomyśleć o tych sprawach.
-----------------------------------------------------------------
Tylko kilkadziesiąt metrów drogą, gdzie nie bacząc na znaki ograniczenia szybkości, buraczani właściciele nowej Polski pędzą co koń wyskoczy w swych terenówkach, ale zaraz potem błoga i olbrzymia równina Mysiadła. To, że taki obszar - u wrót Warszawy, przylegający do ul. Puławskiej - uchował się, jest prawnym fenomenem o mrocznej dość historii. Dla mnie niech trwa jak najdłużej.
Co jakiś czas karczują tu samosiejki, ale tu i ówdzie przy drogach zachował się młody orzech, osika, sosna lub brzoza. I mnóstwo traw, niekiedy bardzo wysokich, dzikie, trzymetrowe żółte kwiaty i niemal wszędzie nawłoć.
To tu spotkałem dwa lata temu starszego pana, co śpiewał godzinki i tu zdawało mi się zeszłej zimy, że widzę klęczącego serafina. Dziś zobaczyłem tę gwiazdę zaranną, która już całkiem po pogańsku oddawała cześć słońcu.
Ja przyklęknąłem przed nim dalej, bo wszedłem na staw i chciałem sfotografować skry na śniegu.
Po powrocie pierwsze kroki kierujemy zawsze do ogródka. Niełatwo jest psu ptasznika i Buba zimą pobyt w ogrodzie ma reglamentowany. Przemyka się tylko bokiem i kładzie w rogu pod młodą sosenką. Patrzy smutno. Już dawno pogodziła się z tym, że słowa „malutka” i „kochana” nie są skierowane tylko do niej. Dziesięć dni temu, w największe mrozy tak właśnie mówiłem do tego czyżyka. Wszystkie poderwały się znad rozsypanych ziaren, a on jeden został nastroszony i nieruchomy. Pomyślałem, że jest chory i będzie trzeba jechać „o prędzej, prędzej”. Szedłem i pstrykałem, a on przekręcał głowę. Gdy się prawie nad nim pochyliłem, odfrunął. Potem na ekranie zobaczyłem, że huncwot cały czas jadł.
U Kruszewicza wyczytałem, że te zimowe czyżyki przylatują z Północy i są mało płochliwe, bo wiele z nich nigdy nie widziało człowieka.
Dziś – miło jest wierzyć – zobaczyłem go w tarninie w pełnym słońcu. To samo charakterystyczne spojrzenie i przechylenie głowy, jakby mówił: aleś paskudny, Guliwerze.
A sikorki zaczynają swoje tiku – tiku. Tak, tak, niby mróz, ale już marzec. Czas pomyśleć o tych sprawach.
-----------------------------------------------------------------
A to zdjęcie wykonane znad śniadania następnego dnia (warto powiększyć i zobaczyć to ciepłe spojrzenie). Gdyby kiedyś zostały po mnie nadgryziona grzanka i niedopita kawa, pytajcie się Wasyla.
Etykiety:
Buba,
ptaki,
staw
17 komentarze
Subskrybuj:
Posty (Atom)







Subskrybuj RSS