wtorek, 29 stycznia 2013

Złe miejsce


Niesamowite było zobaczyć w zbiorach Narodowego Archiwum Cyfrowego to zdjęcie. Musimy gdzieś tam być w tłumie we trzech, bo dokładnie pamiętam wypadek i ten cały przedziwny 20 marca, pierwszy dzień wiosny 1971 roku.

Staliśmy na rogu Żelaznej i Grzybowskiej gapiąc się bezmyślnie na wypadek. Właściwie to była banalna stłuczka, ale wszystko w tamtym czasie musiało mieć urzędową oprawę i stąd aż czterech milicjantów. Zupełnie niepotrzebnie, bo na pierwszy rzut oka wiadomo było, że winę ponosi kierowca warszawy. Nie przypuszczał, że jadący z Woli autobus linii 155 na tym odcinku nie skręca w Żelazną, lecz jedzie prosto Grzybowską. Zatrzymał auto pośrodku skrzyżowania, by przeczekać aż autobus skręci, a tamten wjechał na niego.

Zmarzliśmy trochę, ale tuż obok był bar. Dokładnie na parterze tego wieżowca, z którego ktoś wykonał zdjęcie. To najbardziej wysunięty na Dziki Zachód, pierwszy z kilkunastu mrowiskowców nowego osiedla "Za Żelazną Bramą”.

Jaki tam znów bar! Olbrzymia zaparowana garkuchnia z aluminiowymi kotłami, w których tężały mączne sosy i schła zbrylona kasza. Paskudny ten przybytek miał wszakże jedną zaletę: Tu było piwo. Zawsze! Zapewne z powodu bliskości Browarów Warszawskich. Żartowaliśmy, że w piwnicy, tuż za popękanymi kafelkami toalety, do której schodziło się ze środka sali, prowadzą podziemne korytarze składów przedwojennej firmy Haberbusch i Schiele. W naszych wyobrażeniach tymi korytarzami, na wagonetkach zwożono skrzynie ulubionego napoju. Bo nie było go nigdzie, a tu owszem. Jeszcze tylko na Dworcu Głównym oraz w Zjednoczonym Bufecie Kin "Przyjaźń" i "Młoda Gwardia". I nie żadne wodniste ani skwaśniałe, lecz z gęstymi pęcherzykami bielutkiej piany, jeszcze ciepłe.

Kiedy dzisiaj wspominam tamten dzień, wydaje mi się, że przyczyną niezwykłych wydarzeń mogło być szczególne nagromadzenie na niewielkim obszarze symboli ówczesnej kultury. Być może róg Żelaznej i Grzybowskiej to złe miejsce, magnetyczno – literackie pole, gdzie bierze w niewolę nieubłagana pani Fikcja. Pierwszą ofiarą mógł być ten kierowca warszawy, który zawierzył logice. Tego dnia miały być i następne ofiary.

Wyobraźmy sobie: osiem kondygnacji wyżej mieszkał filmowy Dzięcioł, erotycznie pobudzony Stefan Waldek. Tuż obok, na rogu Krochmalnej, postać z powieści "Zły", redaktor Edwin Kolanko widział w barze "Słodycz" (IV kategoria) uderzenie w oczy rozbitą szyjką od butelki. Pięćdziesiąt metrów w drugą stronę, przy Grzybowskiej 46 w obskurnej przedwojennej kamienicy, kręcono film „Poszukiwany, poszukiwana”, gdzie w mansardzie transwestyta Rechowicz spotykał się ze swoją żoną. Wszystko w najbliższej okolicy feralnego skrzyżowania i wszystko udziwnione.

Pierwsze trzy piwa postawił Staś. Ledwie przebiliśmy się przez gęsty kożuch, Łukasz odsunął butelkę i zdecydowanym truchtem zbiegł absurdalnymi schodami ze środka sali. Normalka, wiedzieliśmy, że ma szybkie nerki. Kiedy jednak wszedł na górę, nawet na nas nie spojrzał, lecz stanął w kolejce do baru. Wrócił radosny, przyciskając do piersi sześć pękatych butelek z białymi kapturkami gęstej piany. Postawił je obok trzech ledwo napoczętych.
- No a teraz, chłopaki, się n a p i j e m y.
Pociągnęliśmy w milczeniu parę łyków, a ten znów do toalety, schodami w dół, schodami w górę, ani spojrzenia w naszą stronę i prosto do kolejki. Wrócił radosny przytulając sześć butelek.
- No to się, chłopaki, n a p i j e m y.
Wydawał się mile zaskoczony, że na stole czeka już dziewięć krasnoludków, z czego sześć w przyklapniętych berecikach.
- Ty, Łukasz, tu już miejsca nie ma. Siadaj, pogadamy.
Był jakiś niespokojny, pewno dlatego, że musiał do WC. Schodził jeszcze raz czy dwa zahaczając o bar. Byliśmy bezradni. Zacięła, zacięła się ta płyta z nami.

Dopiero za dwadzieścia lat nakręcą „Dzień świstaka”, a my świętowaliśmy go dziś: oto na rogu Grzybowskiej i Żelaznej po raz piąty tego dnia zamiatają z ulicy szkło. Osiem pięter nad nami filmowy Dzięcioł, Stefan Waldek nie poszedł do pracy w Supersamie, lecz od rana obserwuje przez lunetę rozbieraną prywatkę w sąsiadującym mrowiskowcu. Opodal w mansardzie poszukiwany Rechowicz zdejmuje i zakłada sukienkę. Sto metrów w drugą stronę, w barze „Słodycz” Kubuś Wirus nie może oderwać wzroku od miejsca, gdzie rozchylał się fartuch barmanki nazywanej Hawajką, a Władkowi, który uderza tulipanem, zabrakło już butelek.

Wszyscy tkwią w dławiącej pętli czasu, póki Łukaszowi starczy pieniędzy.
Nie starczyło wreszcie.

niedziela, 27 stycznia 2013

Popielniczka


Jeszcze jeden z eksponatów muzeum rzeczy kiedyś użytecznych - kolejowa popielniczka. Lata temu kupiłem ją na Allegro. Sprzedawca starannie artefakt wytrawił i wyszlifował, aż całkowicie zatracił się niezapomniany zapach i znikła lepka patyna.

Zaliczała się do tych przedmiotów, które z powodu braku zaufania do społeczeństwa przytwierdzało się do podłoża (podobnie jak w automatach sprzedających wodę sodową szklanki na łańcuchach lub oprawione w stalowy grzbiet książki w budkach telefonicznych).

Oczyszczanie popielniczki polegało na uwolnieniu z uchwytów. Zawisała wtedy dnem do góry. Zdarzało się, że podczas długiej podróży trącona popielniczka wielokrotnie wypróżniała się na spodnie. Z tego powodu nigdy ich nie lubiłem. Ale to było kiedyś, a dziś wszystko jest mi drogie.

Na przykład ówczesne tekturowe bilety kolejowe. Na małych stacjach przechowywano je w szafie zamykanej drewnianą żaluzją. Stały na sztorc w metalowych przegródkach, a każda dla innej miejscowości. Kartoniki były zielone (1 klasa) i bure, a te na pociągi pośpieszne miały podłużny, chyba czerwony pasek. Zawsze było dla mnie tajemnicą, dlaczego po opuszczeniu stacji należało bilet zwrócić kolejarzowi siedzącemu w budce przy wąskim przejściu.

Teraz zastanawiam się, jakie rzeczy nieużyteczne za lat sześćdziesiąt będzie wspominał, za czym będzie tęsknił, Jasio (raczej nie Zizzi, bo zapatrzenie się w czas przeszły to męska sprawa). Może zatęskni za bilonem, który jego dziadkowi ciągle wysypywał się z kieszeni, albo za zapachem benzyny? A może wspomni papierowe książki, zwłaszcza te cienkie, z paroma linijkami tekstu na niemal pustej stronie?

Po zmroku przytulasz policzek do chłodnej szyby i widzisz swoją kometę -  w kłębach pary snop iskier z parowozu. Ten ekspres nazywa się Nostalgia, a pędzący w przeciwną stronę – Marzenie.

Mam pomysł:  jeśli po ostatecznym zakończeniu podróży staruszek w budce zażąda zwrotu burego kartonika, skłam, że go zgubiłeś. Może święty biurokrata każe ci zawrócić i będziesz mógł podróżować dalej. W którą stronę zechcesz.

środa, 23 stycznia 2013

Wędrowny kramarz

W 108 rocznicę urodzin Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

wtorek, 22 stycznia 2013

Nadskakujący snom manowiec


W 135 rocznicę urodzin Bolesława Leśmiana.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Kos Kusy

Sypie z nieba, to i ja ptakom podsypuje. Już i ponad kilogram dziennie słonecznika. A że łuskany jest, na krzywy dziób wprosiło się tu mnóstwo towarzystwa. Kiedyś tylko sikorki, mazurki i dzwońce. Teraz to samo w obfitości (poza kochanymi mazurkami), a jeszcze grubodzioby, sójki, nawet sroki i kilkanaście drozdowatych, które gardzą jabłkami i zażarcie dziobią śnieg w poszukiwaniu jasnych ziaren. Paszkoty, kwiczoły, a przede wszystkim kosy otoczyły mnie tej zimy

Czasem, gdy bliżej podejdę do okna, wzbija się w górę kilkadziesiąt ptaków. Kiedy nadleci siwoskrzydły krogulec, zapewne Wasyl, nagle robi się pusto, lecz po kwadransie żałobnej ciszy, znów ptasie radio nadaje.

Drozdowate lubią kryć się pod iglakami, więc udeptuję śnieg i sypię im pomiędzy daglezją a świerkiem. Kiedy robią sobie przerwę, siadają wyżej i wpatrują się we mnie zimno i nieruchomo. Nie jest to zbyt sprawiedliwe.
Jeden z nich, nazywam go Kusy, nie boi się wcale. Ma powyrywane pióra z ogona i dlatego inne ptaki go przeganiają. A jednak nie je mniej, bo, gdy towarzystwo pierzcha na byle gwałtowniejszy mój ruch, on sobie mnie lekceważy i je ile wlezie.

Zapewne te wyrwane pióra i zaufanie do człowieka łączą się. Może poturbowany przez kota, pielęgnowany był przez ludzi? A może to sam Hektor? Sprawiedliwie byłoby.

środa, 2 stycznia 2013

W stronę Jowisza

Halo księżyca i świecący krzyż obserwowane podczas lotu balonem Zenith pomiędzy Paryżem a Arcachon, w marcu 1875, Opublikowano: [między 1875 i 1880], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych

Ktoś przyziemny mógłby dziś o mnie napisać:
“Było ciemno. Z trudem podniósł się i usiadł na brzegu łóżka. Jego prawa stopa błądziła w poszukiwaniu pantofla.”
Przysięgam, że było inaczej:
„Obudził się za piętnaście szósta i postąpił w stronę Jowisza”.

Astralny sens mojemu życiu nadała aplikacja w smartphonie, która nazywa się Google Sky Map. W zależności od ułożenia telefonu pokazuje ona aktualne miejsce ciał niebieskich. Nie tylko tych na półkuli północnej, ale również południowej. Także linię horyzontu i to co poniżej

Sięgnąłem po telefon, odłączyłem ładowarkę i dotknąłem ikonki. Na ciemnogranatowym tle zabłysły jasne punkciki i linie. Upewniłem się, że dom i uliczka nadal leżą dokładnie na krzyżu kompasu. Ulica na linii północ - południe, dom: wschód - zachód. Obróciłem ekran i zadrżałem. W nadirze przeciągał się nieznany niebu północnemu Wąż wodny. “Więc spałem na gadzie!”

Poniżej wyciągniętych idealnie na wschód nóg, jeszcze pod horyzontem czaiły się Pluton wraz Merkurym, a niżej leciutko smaliło mi pięty Słońce. Miało wzejść dopiero za dwie godziny, ale ja już wstawać miałem.

Postąpiłem więc na północ i na linii horyzontu natrafiłem na kapeć. Był tuż nad Jowiszem (dużym palcem rozpoznałem jego charakterystyczną spłaszczoną elipsoidę).

Kiedy schodziłem w dół, spostrzegłem, że idealnie na linii skosu schodów – zapewne okiem nie uzbrojonym widziałbym go nad północnym Pacyfikiem - ze swoim absurdalnym pierścieniem kręcił się Saturn.
 - Tuś mi bąku. Kiedy żona znów wypomni, że nie odkurzyłem schodów, odpowiem uczenie: ” A czy wiesz, niewykształcona kobieto, że Saturn nie rządzi znakiem Ryb, lecz Wodnika? Schody to twoje przeznaczenie!”
Potem dwa kroki na wschód, trzy na południe i byłem w łazience.”Szczęśliwa planeta, gdzie wód nie więzią skorupy lodów ani tysiąckilometrowe powłoki gazów.”

Na ulicy wiatr rozwiewał leciutko różę wiatrów, a ja szedłem z Bubą nucąc z epicka “Tako rzecze Zaratustra” Richarda Straussa. Z “Odysei kosmicznej”, ma się rozumieć. Nie, nie wybierałem się daleko. Ot, paręset metrów na południe.

piątek, 21 grudnia 2012

Szczęśliwy


Edward Penfield, okładka Harper's Christmas [1897]

To już czwarty obrazek wigilijny (1, 2, 3):

Pociąg „Polonia” to był nasz socjalistyczny „Orient Express”. Mozolnie zbierał po Bałkanach wagony znad Adriatyku, znad Morza Czarnego i od Budapesztu w pełnym składzie gnał do Warszawy.

Pierwsza większa stacja w Polsce to Katowice. Tu wsiadałem. Był 24 grudnia i na ekspresy brakło już miejsc, ale ja i tak wolałem Polonię, bo mimo że brudniejsza niż Chemik lub Górnik, miała jakiś międzynarodowy szyk. Pasażerowie też różnili się od inżynierów w krawatach. Na ogół byli to barwni ludzie przygody, ni to turyści, ni pracownicy sezonowi, a z całą pewnością handlarze.

To nie byli klienci wagonów restauracyjnych i na wielogodzinną podróż zaopatrywali się w suchy prowiant znad południowych mórz. Właśnie z powodu egzotycznych pozostałości po podróżnych była „Polonia” wdzięcznym obiektem eksploracji dla dworcowych szperaczy. Wsiadali już podczas minutowego postoju na Zachodniej, by natychmiast po opróżnieniu pociągu na Centralnym (niemal wszyscy podróżni tam wysiadali) rozpocząć łowy. Jako jeden z niewielu jeździłem do Wschodniej i w czasie tych kilkunastu minut słyszałem jak poszukiwacze biegali po niemal pustych wagonach, nawoływali się głośno i trzaskali drzwiami.

Stałem w oknie i patrzyłem na peron. To był drobny mężczyzna, mocno ogorzały jak na tę porę roku i nieogolony. Pod rozpiętą kurtką widziałem buraczkowy garnitur, wydawało się satynowy, ale po chwili byłem już pewny, że tkanina musiała wziąć w siebie niemało i błyszczała z powodu spracowania. Szperacz mój przysiadł  i wykładał co znalazł na granitowy blat stolika.

Nie pamiętam jak to było, ale wtedy właśnie powinny zatrzymać się pociągi, a na pewno z głośników popłynąć anielska muzyka. Twarz mu się zmieniła, pojaśniała błogim uśmiechem. Siedział, ale nabożnie,  jakby klęczał przed swą wieczerzą: butelką Mirindy, pudełkiem papierosów BT i zupełnie nie otwartą cudowną konserwą. Pociąg szarpnął, dostrzegłem jak wydobywa czerwony scyzoryk z białym krzyżem.

Wchodziliśmy w mrok tunelu średnicowego, a z oddali długo jaśniał mi w Wigilię 1985 najszczęśliwszy z ludzi.
--------------------------------------------

Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom Życzę Szczęśliwych Polskich Świąt.

PS. Jestem winien sprawozdanie z Wieczoru Jednego Wiersza. Było kameralnie i miło. Napiszę o tym zaraz po Świętach, jak również podsumuję Fotografa (niech trwa jeszcze parę dni).

niedziela, 9 grudnia 2012

Wilk z bajki


O wilku mówiono w izbie,
A wilk tu siedział na przyzbie
A.Mickiewicz, Koza, kózka i wilk
Wyobrażam sobie jak widzą ją Dzieci. Pewno wydaje im się olbrzymim czarnym koniem. Cóż, konia znają tylko z książeczek. Taki jest los miejskich dzieci, że długi czas jedynym stworzeniem innym niż człowiek bywa pies.

Widzą ją wielką, kudłatą i opiekuńczą. Jaś ma dla niej więcej afektu, bo podchodzi blisko i przytula się, podczas gdy Zizzi tylko z daleka gładzi jedwabistą czarną sierść.

Czarna Buba przepada za białą zimą. Wciąż mam przed oczyma najczarowniejszy obraz, gdy bardzo młodziutka skacze i łapie klapiącą mordką skrzące się w świetle ulicznej latarni płatki śniegu.

Teraz też, gdy spadnie pierwszy śnieg, cieszy się jak dziecko. Podbiega, nabiera jak w szuflę śnieżnego puchu, pędem z powrotem, zatrzymuje się metr przede mną i uderza radosnym cielskiem w okolice moich biednych kolan.

Zdjęcie wykonałem dzisiaj (zobacz w powiększeniu): grimmowski wilk wychynął z lasu, gdyż właśnie zobaczył Czerwonego Kapturka (kto pamięta tę bajkę ze Słowobrazu?). Lecz nie bój się Czytelniczko i Ty nie drżyj, Czytelniczku - to tylko pośród badyli poczciwa Buba się skrada. Nieśmiało, bo nie może uwierzyć, że jej pan położył na śniegu kawałek słodkiego rogalika.

-----------------------------------------
Przypominam o kończącej się akcji "Fotografa przy tym nie było".

Przypominam też o Wieczorze Jednego Wiersza, który odbędzie się w najbliższą sobotę.

niedziela, 2 grudnia 2012

Szron

Powiedzmy, że to prawda i rzeczywiście 21 grudnia wszystko rymsnie. Nie, nie ma co od razu wywracać sobie życia, bo wiele wskazuje, że sprawa polega na nieporozumieniu. Niemniej, nie zaszkodzi w ciągu tych kilkunastu dni porozglądać się i docenić ten najlepszy ze światów.

Na przykład dziś rano rozglądałem się po ugorze. Za bażantem, który awanturował się wśród wysokich łanów nawłoci. Chciałem go sfotografować, kiedy podrywa się i ciężko leci miotając najgorsze z ptasich przekleństw (żyje tylko w pobliżu ludzkich siedlisk, więc zna niejedno obelżywe słowo).

Nie udało się, przycupnął gdzieś - przechera, a mnie tymczasem zachwycił szron. Skrzył się i marcepanił, nucąc jakąś świąteczną piosenkę.

Naprawdę, nie było źle w ten grudniowy poranek na ugorze.

piątek, 30 listopada 2012

Flirt

Leonetto Cappiello, plakat Absinthe extra-supérieure J. Édouard Pernot (1900 – 1905)
Chciałem ten wiersz zacytować i – nie mogłem uwierzyć - nie było go w internecie. Pomyślałem, że powinien się znaleźć, bo - chcemy tego czy nie - tu przenosi się wszystko.
Flirt
Kiedy Tomaszowi –
Spętanemu na wieży z powodu świętobliwości –
Bracia wprowadzili kobietę z dekoltem i pokusą,
Akwinata
Ujął głownię płonącą
I wymachiwał.
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .
Nie był to przecież stearynowy Stasio Kostka,
Którego nawet po śmierci można wąchać ufnie jak cynamon;
Ani też Wawrzyniec,
Ani inny dzieciuch.
Skoro więc chłop jak dzwon, z sercem jak niebieska artyleria,
Dopadł ognia i użył swych dwustu funtów wagi,
Musiało to być
Głęboko
Wysnute z rozumu.
Tak więc nie korzystaj, pani,
z ciemności w kinie.
Wyplącz rękę z mej dłoni,
Rozpamiętuj głownię.
Stanislaw Grochowiak, z tomu Nie było lata
Jak fraszka misterny jest i wdzięczny. Poeta nie cofa się przed, taktowną wprawdzie, ale kpiną ze świętych (w czasach zniewolenia luzu bywało więcej niż dziś). Mało tego, wprzęga ich we własną intrygę miłosną. (Właśnie przypomniałem sobie, dlaczego w młodości znałem ten wiersz na pamięć.) Stefan Melkowski napisał, że „niemal perwersyjnie splątana jest tu tematyka dobra, zła, ciała i ducha”*. Prawdę powiada: nikt jak Grochowiak nie potrafił z mozartowską lekkością grać na tej czterostrunnej lutni.

Porozmawiamy o tym, bo Stowarzyszenie Umarłych Poetów „Warszawska Atlantyda” organizuje kolejny wieczór – tym razem jednego wiersza  (Grochowiaka „Sen II”).
Szczegóły w afiszu poniżej.

Czym jest Stowarzyszenie? Kto je powołał? Nic formalnego. Jest żartobliwym konceptem jak ten ”Flirt”. Spłynęło na nas tuż przed Zaduszkami, poprowadziło je dość sprawnie, a teraz idzie dalej. Wczoraj przejęło zasnutą pajęczyną redakcję „Rękopisu” i zamyśla wydać nowy numer. Kto jest jego członkiem? Wszyscy, którzy uczestniczą. Co ich skłania do uczestnictwa? Umiłowanie słowa.
Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
Że według bożego rozkazu,
Kto raz słowem trafił w sen ułudny,
Ten nie zazna szczęścia ni razu!
Julian Tuwim, Bagdad, czyli o przyszłym poecie
--------------------------------------------------------
Porządkując zaniedbane pomieszczenie „Rękopisu” natknęliśmy na korespondencję, na którą nie odpowiedział leniwy redaktor. Postanowiliśmy załatwić to za jednym zamachem (złe słowo!).

Odpowiedzi redakcji "Rękopisu".

Jarosław R.
Pański wiersz zaczynający się od słów
Spróchniałe zęby ruskiej piły
Zdradziecko się w relikwię wpiły...
wydaje nam się zbyt ekspresyjny. Gdyby jednak ogólna konwencja poetycka nagle się zmieniła, jak najbardziej sięgniemy po żarliwą lirykę patriotyczną.

Liza
Poemat „Głęboka zmiana” wstrząsający, ale w naszym odczuciu za bardzo naturalistyczny.
Nie, o ile nam wiadomo, dermatolog przyjmuje bez skierowania.

Wisia i Misia
Niestety, red. K jest przykładnym mężem, ponadto skromna redaktorska pensja nie daje mu możliwości pokrycia kosztów sylwestrowego wyjazdu z obiema Paniami oraz Ich znajomego Zenona K. „do przytulnego pensjonatu w Wiśle Malince”.

Patryk C.
Tak, mimo surowej oceny, co do istoty ma Pan rację: jesteśmy pismem polskojęzycznym. Niezbitym dowodem jest fakt, że nikt z redakcyjnego kolegium nie posiada biegłej znajomości obcych języków (z wyjątkiem red. W. – jidysz oraz red. K., który grypsuje w męskiej toalecie).

Ernestyna W.
W świetle poetyki, narzeczony nazywając Panią Synekdochą Kobiecości nie chciał Jej ubliżyć i natychmiastowa zdrada wydaje się odruchem przesadnie impulsywnym. Kolejne listy proszę pisać na „poste restante” pod adresem Urząd Pocztowy Warszawa 12.

Cierpliwy
Nadal nie mamy dla Pana dobrej wiadomości. Z kaligrafią wprawdzie lepiej, ale rymy typu: „odnóże Tuska – przedmurze muska” wciąż nie są paszportem do poetyckiego Parnasu. Prosimy próbować dalej.

---------------------------------------------------
* - Stefan Melkowski, Rówieśnicy i bracia starsi (szkice, 1980)

niedziela, 25 listopada 2012

Slapstick

Niespełna miesiąc temu Leśniczątka skończyły rok. Mówi się, że dzieci zasadniczo zmieniają życie człowieka. Poświadczam, moje życie to czas przed i po dziecku. Teraz przyszły wnuki i po roku mogę powiedzieć, że to też olbrzymia zmiana, chyba lepsza niż tamta – bo wyprana ze zmartwień najczystsza wartość dodana. Spija się samą słodycz płynącą z kontaktów, troski pozostawiając rodzicom.

Oto przykład tej nie mojej troski: syn nocował u nas z dziećmi z piątku na sobotę, bo synowa na jeden dzień wyjechała służbowo.

Wraca wczesnym popołudniem w sobotę. Czekamy w głębi przedpokoju trzymając dzieci za rączki. Podobną scenę każdy rodzic nosi w sercu: Natalia otwiera drzwi, postępuje dwa kroki, przykuca i wyciąga ramiona, a dzieci ruszają w jej stronę.

Od niedawna chodzą samodzielnie i każde robi to w innym stylu. Zizzi z uniesionymi rękoma przetacza się z nogi na nogę, jak marynarz, co zszedł na ląd po miesięcznym sztormie. Jaś idzie z rękoma wyprostowanymi wzdłuż nieruchomego tułowia. Nogi sztywne w kolanach przebierają jednak bardzo szybko. Stawiający drobniutkie kroki Jaś, to postać z filmów slapstickowych.
Uszli jeden metr, a spieszą się bardzo. Tereska nuci jednostajną, niską altową nutę, Jaś tupta głośno i uparcie zmierza do celu.

Zbliżają się. Marynarz nabrał wprawy i Zizzi o pół metra wyprzedziła brata. Wzruszona mama przytula ją prawym ramieniem, lewa ręka czeka na synka. Ten jednak unikiem torreadora wymija matczyną dłoń, wydłuża kroku i pokonuje próg domu, za którym czeka upragniona przygoda.

Śmiechu było co nie miara, jak mawiał Miś Uszatek. No właśnie, dla nas śmiech i temat do anegdot, a dla rodziców zmartwienie. Bo wprawdzie "matka jest tylko jedna", ale umiłowanie wolności to potężne uczucie.

środa, 7 listopada 2012

Zaduszki poetyckie

Pamiętam go doskonale. Był postacią bardzo wyrazistą, człowiekiem energicznym, ale lirycznym zarazem. Najbardziej liryczny miał chód. Zapewne z tego powodu, że był bardzo chudy, szedł tak lekko, jakby unosił się w powietrzu.

Rok 1967, razem z Jurkiem Tomaszkiewiczem i Michałem spacerowaliśmy wokół Pałacu Kultury i rozmawialiśmy o poezji. Nigdy się nie dowiem, czy ona rzeczywiście była tak ważna wtedy, czy tylko dla nas najważniejsza. Chyba jednak musiała być ważna, jeżeli spore dość wiersze ukazywały się na pierwszych stronach tygodników kulturalnych i wszyscy je czytali.

Ten wiersz był doskonały, od razu znałem go na pamięć. Jurek też. Rozgarnialiśmy nogami suche liście i zaczął Tomaszkiewicz:
Nie było lata. Jesień szła od wiosny
Jak ziąb - od wody, jak od dzwonu kręgi.
Ja:
Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła,
Zaszedł nad morze, Zawrócił do karczmy. 
W karczmie odnalazł płomień, knot i łoju
Wysoką wieżę - u szczytu szczerbioną...
Stanisław Grochowiak, Nie było lata...
---------------------------------------------------
To fragment wspomnienia o Jerzym Tomaszkiewiczu, jednym ze zmarłych poetów, którym poświęcone będą „Zaduszki poetyckie”. Organizujemy je wspólnie z Januszem Kostynowiczem vel Kowarskim w nowo powstałym Stowarzyszeniu Umarłych Poetów „Warszawska Atlantyda”  w Warszawie, przy ul. Walecznych 61 (dawna „Literka”) w najbliższy piątek, 9 listopada o godzinie 19.

Serdecznie zapraszam stałych Czytelników (proszę o zapowiedź przybycia e-mailem pod adresem: slowobraz@gmail.com).
----------------------------------------
Zdjęcie pochodzi sprzed siedemnastu lat. Podczas wieczoru fizycznie obecni będą tylko: Kowarski (z gitarą, pierwszy od prawej) i ja (trzeci od prawej). Postaramy się jednak (w poetycki - nie spirytystyczny - sposób) przywołać pozostałych: Jerzego Tomaszkiewicza (pomiędzy nami w czarnej koszuli), Michała Łukaszewicza (przysiadł na poręczy fotela i opiera się moje ramię), Tomasza Wacha (w okularach, najbardziej z lewej), Krzysztofa Zaleskiego (najbliżej obiektywu, ale odwrócony). Jak ich znamy, przybędą na pewno.
----------------------------------------------------------------------

Zgasło światło i Wasz Guślarz odczytał fragment „Dziadów”, jakby specjalnie stworzony dla zmarłych poetów:
Naprzód wy z lekkimi duchy,
Coście śród tego padołu
Ciemnoty i zawieruchy,
Nędzy, płaczu i mozołu
Zabłysnęli i spłonęli
Jako ta garstka kądzieli.
Kto z was wietrznym błądzi szlakiem,
W niebieskie nie wzleciał bramy,
Tego lekkim, jasnym znakiem
Przyzywamy, zaklinamy.
Ten lekki, jasny znak to było zapalenie świecy przez Kowarskiego. Nie udało mu się za pierwszym razem, ale po chwili zrobiło się jaśniej. Najpierw był Ten, o którego śmierci dowiedzieliśmy się niedawno, i z którym nie mieliśmy kontaktu przez dziesięciolecia – Andrzej Pawlina. Potem już w kolejności odchodzenia: Jerzy Tomaszkiewicz, Michał Łukaszewicz, Tomasz Wach i Krzysztof Zaleski. Na początku jakiś fragment wspomnienia o każdym, potem krótkie credo literackie, a na koniec po trzy wiersze.

Niestosowne jest powiedzieć o Zaduszkach, że było miło, lecz przecież nie było podniośle. Nie próbowaliśmy wywołać Ich duchów, ale pewno przywołaliśmy nastrój tamtej przyjaźni i szacunku dla twórczości.

Nie przyszło zbyt wiele osób, ale może za rok...

niedziela, 14 października 2012

Fotografa przy tym nie było


fot. autor nieznany, członkowie White House News Photographers' Association, [pomiędzy 1922 a 1926], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych.

Dziś wystarczy wyciągnąć telefon komórkowy i pstryk, a kiedyś zrobienie fotografii to był poważny problem. Dziś kwadryliony bitów ze zdjęciami zamulają dyski i karty pamięci. Daremnie, bo nigdy nie nabiorą wartości unikatu i jeżeli nie pokazują tzw. momentu decydującego, są bezwartościowe.

Opiszmy ów niesfotografowany moment szczególny, może Jej/Jego pierwsze spojrzenie, może, kiedy pierwszy raz zobaczyłeś/łaś swoje dziecko, może tamto „adieu” i czyjeś (Twoje?) zamglone oczy. Nie, to zbyt intymne.

Proponuję żebyśmy wzorem ubiegłorocznej zabawy Midsummer Holiday Number krótko opisali jakiś obraz, zdarzenie, którego byliśmy świadkiem i zapamiętaliśmy z powodu niezwykłości lub nieprawdopodobieństwa, lub piękna i w poczuciu żalu, że nie mieliśmy ze sobą aparatu fotograficznego.

Nie musimy się spieszyć, możemy pisać do połowy grudnia, póki miniaturka ze zdjęciem będzie ukazywała się z prawej strony wpisów. Piszemy oczywiście w komentarzach i ja napiszę pierwszy.

poniedziałek, 1 października 2012

Zdá se mi poněkud nešťastným...


Trzy lata mijają od pierwszego wpisu. Nazbierało się ich 294, ale najważniejsze było wokół. Wspaniale tu bywało. Bardzo brak mi tamtych rozmów, żartów, uwag, ale co robić? Takie rzeczy są kruche. Czas mija.
Tento způsob léta zdá se mi poněkud nešťastným...
To zdanie pochodzi z filmu Menzla „Kapryśne lato”, który miał premierę w najważniejszym dla mnie roku, 1968. Oglądałem w Cieszynie i nie wiem, dlaczego tak podobał się młodemu chłopakowi, skoro dopiero po dziesięcioleciach może identyfikować się z bohaterami i zrozumieć cały gorzkawy komizm wieku powiedzmydojrzałego.
Ten rodzaj lata wydaje mi się poniekąd niefortunny...
Nie opuszczaj mnie Czytelniku, Czytelniczko. Jeszcze będzie dobrze.

sobota, 29 września 2012

Złoty sitarz


Przed dwoma laty gmina niebotycznie podniosła cenę za odprowadzanie ścieków (liczy je po ilości zużytej wody i nie pozwala na drugi licznik do ogrodu). Dlatego całkowicie zrezygnowaliśmy z podlewania trawy. Co dwa tygodnie tylko ją koszę i pozwalam, żeby rosło wszystko, byle nisko.

I co? Zielono mi i puszysto. Wśród trawy dywany płożącej się koniczyny drobnolistnej, gdzieniegdzie mech lub babka. Z rzadka wypalone niewielkie kręgi (to z powodu Buby - za rok będą to najbujniejsze kępy trawy). Czasem jakiś kwiat łąkowy.

A dziś zobaczyłem pod krzakiem berberysu dwa kapelusze maślaków złote. To sitarze. Owszem zdarzały się w ogrodzie psiaki, ale nigdy grzyb jadalny. Traktuję je jako nagrodę od natury za ekologiczny trawnik. Jutro zrobię z nich zupę*.

Mickiewicz opisując pośledniejsze gatunki grzybów w „Panu Tadeuszu” najpierw wspomniał o sitarzu, ale potem skreślił te dwa wersy, bo jakoś mu nie pasowały (tu powinienem dać nawias i kreseczki, czy jakoś tak, że to niby żart, ale nie lubię pisma klinowego).
Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku
Dla szkodliwości albo niedobrego smaku;
lecz nie są bez użytku, one zwierza pasą
I gniazdem są owadów i gajów okrasą.
Na zielonym obrusie łąk, jako szeregi
Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi
Surojadki srebrzyste, żółte i czerwone,
Niby czareczki różnym winem napełnione;
Koźlak, jak przewrócone kubka dno wypukłe,
Lejki, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,
Bielaki krągłe, białe, szerokie i płaskie,
Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,
Ówdzie błyszczący sitarz jako maselniczka
(Mówią, że w nich rusałka przegląda swe liczko)
I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona
Purchawka, jak pieprzniczka - zaś innych imiona...

* Gdybym wszakże był w błędzie i źle rozpoznał gatunek, będę pisał do Ciebie, Czytelniku z Czarnego Lasu.

czwartek, 27 września 2012

Deska prawdy

Niektóre stare narzędzia potrafiły się tak zżyć z użytkownikiem, że przez spracowany dotyk nabrały z biegiem lat cech człowieczych. Oto drewniana wasserwaga, zwana też poetycko deską prawdy, a najpoprawniej poziomicą. Urzeczony jestem jej staroświecką naturalnością i prostotą. Wyobrażam sobie, że jest taka, bo chropowatą powierzchnię codziennie wygładzały dłonie rzetelnego przedwojennego stolarza, o którym w dziecięcym wierszyku napisał Julian Tuwim:
Na tym tartaku warczące piły
Tak drzewo cięły, że się stępiły.
Kupił te szorstkie listwy i deski
Stolarz warszawski, Adam Wiśniewski.
Adam Wiśniewski, nie lada majster.
Wziął piłę, młotek, hebel i klajster
Mierzył, heblował, kleił, sposobił,
Zbijał, malował, wreszcie stół zrobił.
Dziś prawnuk Wiśniewskiego używa poziomicy laserowej. Jest precyzyjniejsza, ale nigdy nie będzie między nimi bliskości.

Drewniana natomiast, w uznaniu zasług i najpiękniejszych cech ludzkich, sprawiedliwie bada poziom mojej muzealnej półki.
------------------------------------------

Poziomica tak naprawdę pochodzi ze spolegliwej Wielkopolski i jest darem dla Muzeum od Krzysztofa (tego, który zaopiekował się Wilejką).

Cały wiersz Tuwima „Stół” jest tutaj.


piątek, 7 września 2012

Jakoś dziwnie wyszlachetniał

Szedłem do szkoły wzdłuż ulicy Karmelickiej. Wtedy, w roku 1956, podobnie jak dziś była to senna uliczka z monumentalnym akcentem, bo ponad zamykającym ją trzypiętrowym mieszkalnym galeriowcem, dokładnie w osi ulicy, górowała sylwetka Pałacu Kultury. Tyle, że tego dnia go nie było. W miejscu iglicy i najwyższych kondygnacji zalegała mglista chmura, a z niej przez wiele pięter zwisały poruszane słabym wiatrem dwie szarfy: biało-czerwona i owijająca się wokół niej czarna.
Kiedy wbiegliśmy rozbawieni do klasy, na biurku nauczycielki stało krzesło, a nim obrazek. Wcześniej portret wisiał nad tablicą obok godła, a teraz opasany czarną krepą Bolesław Bierut spoglądał nas z wysokości nauczycielskiej. Dobrze zapamiętałem ten moment, choć przecież nie mogłem wtedy wiedzieć, że to był koniec pewnej epoki, że tam gdzie umarł, a także u nas, puściły właśnie lody i rozpoczął się powolny, wieloletni dryf ku wolności. Pałac Kultury i Nauki od początku był symbolem tego, co właśnie mijało.

Niezapomniane były te powroty z paromiesięcznych wakacji do wciąż zmieniającej się Warszawy. Tu jakaś nowy dom, tam całe osiedle, tyle że wszystko osobne, bo stolicę odbudowywano wyspowo. Ta wyspa była największa: olbrzymi plac pośrodku miasta, a na nim powstaje solidny budynek. Z początku mylił mi się z nieodległą PAST-ą, ale wnet przybrał na wadze i rósł z dnia na dzień. Moją uwagę przyciągały dźwigi. Były dziwnie garbate i stawiano je nie obok budynku, ale na kolejnych stopniach wznoszonej piramidy.

Kiedy już go zbudowano, zaskoczył jasnością: ceramiczne wielkie pustaki, z których jest wykonana elewacja, imitowały jasny piaskowiec. Surrealistycznie wyglądał podświetlony „pajac” (tak się poufale o nim mówiło w szkolnym slangu, „sen pijanego cukiernika”, „mały, ale gustowny” – to inne słowne żarty na temat budowli).

Rzeczywistą jasną stroną pałacu była instytucjonalna zawartość: placówki naukowe, kulturalne i edukacyjne. Od mojej, północnej strony mieścił się Pałac Młodzieży. Chodziłem tam na pływalnię (trener miał stosowne nazwisko: Kaczor), uczęszczałem na jakieś zajęcia techniczne oraz korzystałem z czytelni. Znajdowała się w niej masa książek i roczników czasopism. Książki pachniały jak nigdzie, może dlatego, że wszystkie przeszły obróbkę introligatorską. Kolejny obrazek surrealny: czytam opowiadania Edgara Allana Poe i zaznaczam przeczytaną partię zakładką - zieloną wstążką ze złotym napisem, gdzie widnieje, dyskretnie przemilczywane już wtedy, nazwisko Stalina. A obok tajemniczy ogród zimowy, a wyżej salka kinowa z bardzo dobrym, zachodnim repertuarem.

W pałacu były różne, wydawało się tajemne, przejścia. Wchodzisz od południa, do kina Przyjaźń (łamane przez Młoda Gwardia), schodami idziesz do Kina Dobrych Filmów „Wiedza”, potem, jeśli nikt Cię nie zatrzyma, przejdziesz szybko przez kilka sal i schodów i korytarzy. Niespodziewanie trafiasz do gigantycznego holu wyłożonego białymi kafelkami. Pachnie chlorem, słychać dziecięcy gwar, widzisz dziesięciometrową wieżę - jesteś na widowni pływalni. Niby nic wielkiego, ale musiał działać na wyobraźnię ten pałacowy labirynt, skoro nie raz śnił mi się. Nie tylko mnie jednemu. Tadeusz Konwicki, w którego twórczości pałac odgrywa szczególną rolę (podobno widział jego sylwetkę leżąc na swoim tapczanie), pisze w onirycznej powieści „Wniebowstąpienie’ (1967) o tajemnych korytarzach pałacowych podziemi, które łączą średnicowy tunel kolejowy z legendarną restauracją „Kongresowa”.

To były biedne czasy, a Pałac przyciągał ludzi solidną wykwintnością wnętrz. Naprawdę robily wrażenie te żyrandole, złocenia, kandelabry, ale także toalety. Spełnił się socrealistyczny postulat Ważyka - "lud wszedł do śródmieścia". No może nie cały. Oto znakomity opis cieplnego szalbierstwa bohemy, pióra Mirosława Sznajdera:
Ważne jest, by do Pałacu wchodzić krokiem zdecydowanym; jakoś wymusić i narzucić sprężystość zdrętwiałym nogom, całemu drżącemu ciału. W sinym, nieprzyjemnym holu sterczą nieprzyjemnie patrzący mundurowi i raczej na pewno ktoś niemundurowy. Schodzi się do tych szatni, staje, niby, że w ogonku, ściąga kapotę (chodzi o to, że wtedy człowiek szybciej łapie ciepło z pomieszczenia), trochę się postoi z tą kapotą przewieszoną przez ramię (koniecznie przy kaloryferach!), a potem, niby, że coś ci się nagle przypomniało, powoli, nie od razu, powoli i z uczelnianym namysłem zakładasz ją z powrotem. Od razu czuć różnicę.
Ale pamiętam też związane z pałacem wydarzenia niemiłe, których istota tkwi w totalitarnej genezie budowli. To było dokładnie dwanaście lat po tamtej żałobnej szarfie, 13 marca 1968. Tego dnia poszliśmy we trzech do kina „Wiedza” i w szatni na dole zatrzymało nas kilku tajniaków. Momentalnie otoczyli nas i bez żadnych wstępów, groźnie i chamsko: „Gdzie macie ulotki!”. Jackowi kazali zdejmować kalosze i wytrząsać ich zawartość, a mnie, zapewne z powodu brody, pytali jakie było moje poprzednie nazwisko. Oni już wyruszyli na polowanie z nagonką, chociaż oficjalnie miano je odtrąbić dopiero za parę dni w sąsiedniej Sali Kongresowej.

Dzisiejszy pałac, coraz gęściej otaczany wieżowcami od zachodu i północy nie jest już wyniosły i dawno przestał być groźny. Dobrotliwy, ratuszowy niemal wygląd nadał mu wielki cyferblat zegara, a ostateczne egzorcyzmy odprawiono w pamiętne kwietniowe dni 2005, znów za sprawą żałobnych uroczystości, kiedy oświetlenie okien ułożono w kształt krzyża.

Chociaż duchowo pałac się dźwignął, sama elewacja jednak poszarzała. Powiedziałbyś słowami z „Dziadów”:
Sczerniał, schudł, ale jakoś dziwnie wyszlachetniał.

wtorek, 4 września 2012

Szklarz czyli istota młodości


Stary tekst, ale przeredagowany. Ze wspominkowych mój ulubiony, ponieważ ma w sobie nie tylko nostalgię, ale i filozoficzną zagadkę okraszoną libertyńskim humorem.

Nie tyle upływ czasu, co słuszna przemiana socjalizmu w kapitalizm spowodowała, że liczne pokolenia wydziedziczono z miejsc ich młodości. Nie ma już tamtych kawiarni, sklepów ani kiosków. Nowe, które powstały w ich miejsce, są na pewno ładniejsze i oferują znacznie więcej. Mają jednak dyskryminującą wadę: są obce.

Tak jest na przykład z punktami usługowymi. Znikli gdzieś zegarmistrze, szewcy, ślusarze, punkty repasacji pończoch i pracownie gorseciarskie. Jeden tylko, jedyny rzemieślnik, opiera się postępowi technologicznemu: szklarz. Przezroczysty i kruchy, a jednak niezłomny.

Tak przynajmniej wygląda to w okolicach budynku XLV Liceum im Romualda Traugutta w Warszawie, do którego uczęszczałem. Wspominaliśmy w gronie absolwentów ten zaginiony świat. Nie ma już sklepu papierniczego na rogu Smoczej i Nowolipek, znikł bar „Smocza jama”, wyprowadził się zakład zegarmistrzowski, gdzie napełnialiśmy długopisy, zlikwidowano budkę telefoniczną przy Nowolipiu (ustanowiliśmy w niej rekord świata - weszło nas tam dwudziestu). Najgorsze, że nie ma nawet dawnej szkoły, bo została przeniesiona, a szlachetne mury przejęło liceum plastyczne.

Od przeszło pół wieku trwa natomiast niezmiennie na Smoczej w bezpośrednim sąsiedztwie budynku szkoły warsztat szklarski. Jego ocalenie można wytłumaczyć banalnie: szyby i lustra są tak samo potrzebne jak kiedyś. Z biegiem lat człowiek nabiera jednak skłonności do mistycyzmu i dlatego doszukiwaliśmy się działania jakiejś siły wyższej. Konkluzja dociekań okazała się sensacyjna: odkryliśmy słowny ekwiwalent fenomenu młodości.

Zaczęła Ela:
- Do dziś przy Smoczej istnieje warsztat szklarski. Na jego dach chodziło się na wagary. Kiedy wagarowicze dawali upust młodości, z dołu nieodmiennie męski głos wołał "Kuuurwa mać!".
Uzupełniłem.
- O ile pamiętam, to na wystawie tego warsztatu było wielkie lustro. Ten głos wołał nie tyle z dołu, co z drugiej strony lustra.
Na to Borys:
- Kochani - lustro lustrem. Ale o co chodzi z tym "dawaniem upustu młodości"? Naprawdę mnie zaintrygowaliście...
Ja:
- Myślę, że było to zwyczajne rżenie, głośny śmiech, łomot upadającego ciała i brzęk szkła. Naprawdę nic wielkiego. Natomiast, jeśli przyjmiemy, że istnieje symetria światów, to ten głos z drugiej strony lustra w sposób syntetyczny równoważył owe dźwięki młodości. W esencjonalnych dwóch słowach oddawał jej istotę.

Kiedy przytoczyłem tę dyskusję w moim blogu, anonimowy czytelnik skomentował poetycko i celnie:
Stare zwierciadło szklarza
pokryła szara szadź
a w uszach ciągle dźwięczy
soczyste "kurwa mać!”

czwartek, 30 sierpnia 2012

Berżenicki idzie

Słońce zachodzi, a ja idę z Bubą ulicą Indyczą. Napływa przedwieczorne powietrze i niesie miły zapach kopru. Skręcamy w Karmazynową. Tu już inna, ostrzejsza, ale pokrewna woń. Znam ją ze szkolnych czasów: wino „patykiem pisane” – wielka legenda PRL. Nazywano je też „winem marki wino” „jabolem” albo „pepe”. Najchętniej spożywane w temperaturze otoczenia i w romantycznej scenerii Parku Saskiego lub na murach Barbakanu.

Na opuszczonej działce (tu ratowałem kiedyś jednookiego Hektora) fermentują jabłka spadłe z olbrzymich, sześćdziesięcioletnich jabłoni. Od miesiąca, kiedy przechodzę tędy rano i wieczorem, uderza w ziemię przynajmniej jeden owoc. Po tygodniu pomyślałem, że za często, musiałyby ich spaść tysiące. „Spadają akurat przy mnie. Jakiś znak – na pewno wypomnienie tych grzechów młodości?”

Oświeceniowe sumienie nakazuje mi jednak sprawdzić. Szacuję jabłkowy dywan, wyznaczam wzrokiem metr kwadratowy i liczę. Wychodzi mi około 30. Wielka korona ma w zasięgu około 70 metrów. Cztery jabłonie to około 300 metrów kw., więc jest tu 9 tys. owoców! Przechodzę 2 minuty, czyli na dobę powinno spaść około 700 jabłek. 700 szt. x 30 dni = 21 tys. jabłek. Może nie spadają w nocy? Tak czy owak przesadziłem. Niemożliwe, żeby tyle rodziły, ale przyjmuję, że się zgadza, bo chcę grzeszyć dalej.

Nie są piękne, nie za duże i każde z jakąś skazą – pieprzykiem, ale nie robaczywe i z delikatnym rumieńcem. Wyciągam z torby aparat i wybieram owoc oświetlony ukośnym słońcem, wykonuję kilkanaście zdjęć, rozglądam się i szybko zrywam.

Tak, dziś nikt ich nie kupi. W supermarketach jabłka są standaryzowane: wszystkie tego samego kształtu, gładsze i słodsze. To jednak smakuje mi młodością, nawet dzieciństwem. Jakiś sad, jakaś furka, gdzie leżą wyłożone na słomie. Na końcu delikatna cierpkość narodowa. „Po polsku smakują” – mówię sobie i od razu się wzruszam – sentymentalny złodziej jabłek.

Idę już Kogucią, pogryzam, wspominam. Pół kroku za mną drepcze Buba, która czeka na swoją dolę. Leżącego na ziemi jabłka nie tknie, ale nadgryzione przez pana, choćby i cieniutki ogryzek, jest przysmakiem.

Po prawej stronie Papuziej jest pole, na którym znów zaorano mizerny rzepak i Buba wbiega między świeże bruzdy. Odprawia swoje pogańskie obrzędy – świadectwo zapisanej w genach tęsknoty za stepem. Coraz wcześniej zachodzi słońce – mrużę oczy. Jesień idzie, nie ma na to rady.

Zgrana szajka wraca szczęśliwa. Jakby obrobili jakiś bank, a oni tylko skradli jabłko
--------------------------------------------------------

Szukam w internecie starych polskich odmian jabłoni i znajduję podobne owoce. Opis też się zgadza. Ananas Berżenicki - letnia odmiana wyhodowana na Wileńszczyźnie (w Berżenikach) i rozpowszechniona w całej Polsce międzywojennej. Więc nie pomyliłem się z tym chłopskim wozem i łzą.

Chciałem dać tamtą piosenkę o jesieni, ale żeby nie przesłodzić, wybieram jej wariację, autorstwa Artura Andrusa. Odpowiada mi ten styl: liryka w delikatnych oparach autoironii i groteski.

Skoro Kopernik była kobietą, to jesień może być mężczyzną. Powiedzmy, że tego roku nazywa się Wiesław Berżenicki.

środa, 22 sierpnia 2012

Fryzjer zdrajca


Stary tekst o fryzjerze poprawiony i uaktualniony (np. miejsce zegarmistrza zajął kebab):

Kamienica przy Grzybowskiej. Między Waliców, gdzie mieszkał Michał, a ulicą Żelazną. Znana jest z filmu "Poszukiwany, poszukiwana". Na dole zawsze były sklepiki i punkty usługowe, a niedawno nawet salony gier. Dziś są tam dwa punkty całodobowe: kebab i sklep z alkoholami. Ponadto lombard i szyld ostatniej ze starych usług – warsztatu szewskiego (przez burą szybę widać, że pajęczyna splątała kopyto). Tam, gdzie teraz jest kebab, był przed wieloma laty fryzjer, lecz go zabili. Michał zapisał w dzienniku:
17 VI 66
O Irence nie myślę. Zarżnęli na ulicy Grzybowskiej fryzjera - to jest wydarzenie.
W latach pięćdziesiątych fryzjerami byli wyłącznie mężczyźni. Zapewne zdemobilizowani, bo fryzjer podczas wojny to postać kluczowa (i dziś krótki włos ma we wszystkich armiach zasadnicze znaczenie bojowe). Mówi się, że wojna hartuje i znieczula. To prawda - nasi powojenni fryzjerzy nie słuchali żadnych próśb ani życzeń: strzygli krótko i wysoko.

Być może decydowały jednak względy bezpieczeństwa publicznego? Oczywiste, że zagrożenie szło od bikiniarzy z bujnymi plerezami. Ministerstwo Bezpieczeństwa wysyłało iskrówkę z VII wydziału (ochrona handlu i spółdzielczości) do Centralnego Związku Spółdzielczości Pracy, a stamtąd już telefonicznie, na przykład do Spółdzielni Pracy Usług Pralniczo - Fryzjerskich "Czystość": O WLOS NIE USTEPOWAC STOP STRZYC KROTKO STOP.

Aż do szóstego roku życia miałem długie loki. Postrzyżyny odbyły się w „Okrąglaku” na Zamenhofa. Ten gryzący kontakt z maszynką był dla mnie pierwszym zetknięciem z regułami socjalistycznej estetyki. Pamiętam łzy Ojca i swoje zdziwienie, gdy ujrzałem własną czaszkę. Potem prowadzali mnie na Nowolipie. Tam oprawiał dzieci łysawy człowiek z wąsikiem. Niski, z wadą postawy, nieładnie nazywaną wtedy garbem. Musiał być bardzo zgorzkniały, bo strzygł przy skórze.

Z nastaniem lat sześćdziesiątych dobiegał czas frontowych cyrulików. Ustrój liberalizował się, a do zawodu trafiało coraz więcej kobiet. Z nimi można było negocjować, a niektóre zupełnie przeszły na naszą stronę. Zwłaszcza na stronę modsów, z ich perfekcyjną niedbałością. Koledzy z liceum, naiwne forpoczty angielskiej subkultury, znali adresy zakładów, gdzie panie strzygły dokładnie, jak się chciało.

Fryzjer - mężczyzna stracił bezpowrotnie nasze zaufanie. Gdy zmuszeni okolicznościami: na wakacjach lub zgwałceni przez szkołę, musieliśmy skorzystać z usług przypadkowego faceta w kitlu, nieodmiennie kończyło się to estetyczną klęską. Tak jak w ówczesnej nowomowie demokracja była tylko socjalistyczna, rozwój dynamiczny, a trudności przejściowe, tak w naszym języku epitetem stałym przy wyrazie „fryzjer” było krótkie i złe słowo „zdrajca”.

Strzyżenie przez kobietę, to całkiem inna sprawa. Przede wszystkim nie ma tego atawistycznego napięcia wobec gościa, który stoi za tobą z brzytwą. Są delikatne, ładnie pachną i zależy im na pięknie. Można przy nich ufnie zamknąć oczy i myśleć o jakichś miłych sprawach.

Aż dużo, dużo później ocknąłem się, bo upuściła nożyczki. Po chwili raz jeszcze.
- Wie pan...
 
blogi