Kurka wodna, no przecież wiem, nie nazywam się Konrad Lorenz, ale tak jak on, w te późniejsze lata rozmawiałbym tylko z bydlątkami, ptakami i rybami. Dwa razy dziennie przychodzę na tę groblę i staje nad brzegiem stawu po lewej, tam gdzie czai się Buba.
Łyski (zwane tez kurką wodną) są znacznie bardziej nieufne i płochliwe niż na przykład poczciwe krzyżówki. W ogóle w przeciwieństwie do tamtych nie są specjalnie piękne, a im młodsze tym brzydsze. Musiałem je jednak czymś przekonać, zwłaszcza nieufność matki, bo gdy wołam, wypływają nagle z szuwarów, nieraz z drugiego końca stawu, i pędzą te brzydactwa po wodzie z bijącym niespokojnie serduszkiem czy starczy.
Nie daję tego zbyt wiele, żeby nie odzwyczaić od normalnego pokarmu i nie mogę sobie odmówić fotografowania. Małe się robią coraz bardziej samodzielne, a te najdzielniejsze nurkują w poszukiwaniu opadłych okruchów.
Po jakimś czasie podpływa matka, która obserwuje wszystko z boku i ostrym głosem ostrzega, gdy któreś zbliży się za bardzo do mnie. Teraz ona ściga się z co silniejszym potomstwem, żeby złowione okruszki dać też swoim niedorajdom.
Jest jeszcze staw prawy, prawie zupełnie cichy. To smutna sprawa i napisze o niej niedługo.
niedziela, 15 sierpnia 2010
niedziela, 8 sierpnia 2010
Księżniczka von Hovawart
Księżniczkę zobaczyłem pięć lat temu w nieistniejącym już serwisie ogłoszeniowym Aaaby.pl "Gazety Wyborczej". Czytałem wiadomości i nagle w rogu ekranu wyskoczyło okienko, a w okienku ona, malutka wprawdzie i puchata, lecz dystyngowana, melancholijnie wpatrzona w oddalony punkt.
Telefon kierunkowy zaczynał się na 74, a właśnie nazajutrz jechałem służbowo do Wałbrzycha. Zadzwoniłem, okazało się, że to 100 km na południe, pod Śnieżnikiem i opodal Międzygórza. Ucieszyłem się, bo znałem i lubiłem te okolice.
"Głośny potok" - niewielkie gospodarstwo agroturystyczne z jazdą konną, prowadzone przez dwoje ludzi z Warszawy. Gospodyni była malarką. Stylowy salon z pianinem; pasowała do niego ta gromadka psów wytwornych ras. Rozmawialiśmy przy stole, a malutka Evita (to jej metrykalne imię) podeszła do mnie i przytuliła się z tyłu pleców. Powiedziałem to, co zawsze mówię zagubionym istotkom:
Dałem jej dziecięcą tabletkę Aviomarinu na koniec języka, przytrzymałem arystokratyczną mordkę, żeby przełknęła i ruszyliśmy w długą drogę.
Nie uzgadniałem tego z żoną. Od roku mieliśmy dom z ogrodem, ale jakiś pusty, bo Miki kończył studia i przychodził tylko nocować. Czegoś brakowało pod ręką, co można by pielęgnować i najczulej kochać.
Nie będę pisał o szczegółach, ale na początku nie było łatwo. Żona nigdy nie miała psa. W zasadzie bała się ich i one o tym wiedziały. Wspomnę tylko że po kłótni, siedziałem z maleńką w łazience i naprawdę nie wiedziałem, dokąd pójdziemy.
Ułożyło się jednak szybko i dziś żona jest dla niej najczulszą panią. Na przykład całuje ją często, a ona znosi to z książęcą godnością.
Kiedy dwa lata temu Mikołaj się ożenił i odwiedził nas dopiero po tygodniu, Buba poukładała jakoś pyskiem w kosteczkę swój ulubiony kocyk i położyła mu na kolana. Taka psia wyprawka.
Oboje z Natalią mieszkają po drugiej stronie Lasu Kabackiego. Najczęściej przyjeżdżają na rowerze, ale zdarza się, że przychodzą pieszo. Wtedy jadę z Bubą pod las samochodem i idziemy im na spotkanie. Trudno mi jej to wytłumaczyć i księżniczka myśli, że Miki jest leśniczym.
Z nikim nie byłem tak bez przerwy. Bardzo lubi ze mną pracować. Po śniadaniu zastyga w pozie wyczekiwania, wstępując przednimi łapami na stopień schodów, a kiedy wreszcie idę, z ulgą wbiega na górę i kładzie się trzy metry od biurka z pyskiem przy ziemi. Ja pracuje, a ona śpi, budzi się, patrzy brązowymi, dobrymi ślepiami, chwilę tak popracuje i potem śpi dalej. Zupełnie nie rozumie, kiedy Mikołaj mówi jej, że jest darmozjadem.
Na śniadanie zjada między innymi jogurt, często z ryżem. To nieprawdopodobne, że coś tak czarnego może żywić się czymś tak białym. Dziś, kiedy przyszła mi podziękować, zobaczyłem, że to jaśniejące pod brodą to wcale nie pozostałości jedzenia. W końcu minęło pięć lat.
Usiadłem na podłodze i przytuliłem siwą głowę do posrebrzonego, kochanego pyska.
Telefon kierunkowy zaczynał się na 74, a właśnie nazajutrz jechałem służbowo do Wałbrzycha. Zadzwoniłem, okazało się, że to 100 km na południe, pod Śnieżnikiem i opodal Międzygórza. Ucieszyłem się, bo znałem i lubiłem te okolice.
"Głośny potok" - niewielkie gospodarstwo agroturystyczne z jazdą konną, prowadzone przez dwoje ludzi z Warszawy. Gospodyni była malarką. Stylowy salon z pianinem; pasowała do niego ta gromadka psów wytwornych ras. Rozmawialiśmy przy stole, a malutka Evita (to jej metrykalne imię) podeszła do mnie i przytuliła się z tyłu pleców. Powiedziałem to, co zawsze mówię zagubionym istotkom:
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze.Potem załatwiliśmy formalności i okazało się, że mała jest pół-Czeszką, w dodatku księżniczką, bo w jej żyłach płynie krew championów Czech, Niemiec i Polski.
Dałem jej dziecięcą tabletkę Aviomarinu na koniec języka, przytrzymałem arystokratyczną mordkę, żeby przełknęła i ruszyliśmy w długą drogę.
Nie uzgadniałem tego z żoną. Od roku mieliśmy dom z ogrodem, ale jakiś pusty, bo Miki kończył studia i przychodził tylko nocować. Czegoś brakowało pod ręką, co można by pielęgnować i najczulej kochać.
Nie będę pisał o szczegółach, ale na początku nie było łatwo. Żona nigdy nie miała psa. W zasadzie bała się ich i one o tym wiedziały. Wspomnę tylko że po kłótni, siedziałem z maleńką w łazience i naprawdę nie wiedziałem, dokąd pójdziemy.
Ułożyło się jednak szybko i dziś żona jest dla niej najczulszą panią. Na przykład całuje ją często, a ona znosi to z książęcą godnością.
Kiedy dwa lata temu Mikołaj się ożenił i odwiedził nas dopiero po tygodniu, Buba poukładała jakoś pyskiem w kosteczkę swój ulubiony kocyk i położyła mu na kolana. Taka psia wyprawka.
Oboje z Natalią mieszkają po drugiej stronie Lasu Kabackiego. Najczęściej przyjeżdżają na rowerze, ale zdarza się, że przychodzą pieszo. Wtedy jadę z Bubą pod las samochodem i idziemy im na spotkanie. Trudno mi jej to wytłumaczyć i księżniczka myśli, że Miki jest leśniczym.
Z nikim nie byłem tak bez przerwy. Bardzo lubi ze mną pracować. Po śniadaniu zastyga w pozie wyczekiwania, wstępując przednimi łapami na stopień schodów, a kiedy wreszcie idę, z ulgą wbiega na górę i kładzie się trzy metry od biurka z pyskiem przy ziemi. Ja pracuje, a ona śpi, budzi się, patrzy brązowymi, dobrymi ślepiami, chwilę tak popracuje i potem śpi dalej. Zupełnie nie rozumie, kiedy Mikołaj mówi jej, że jest darmozjadem.
Na śniadanie zjada między innymi jogurt, często z ryżem. To nieprawdopodobne, że coś tak czarnego może żywić się czymś tak białym. Dziś, kiedy przyszła mi podziękować, zobaczyłem, że to jaśniejące pod brodą to wcale nie pozostałości jedzenia. W końcu minęło pięć lat.
Usiadłem na podłodze i przytuliłem siwą głowę do posrebrzonego, kochanego pyska.
Etykiety:
Buba
7 komentarze
wtorek, 3 sierpnia 2010
Wykluczony
Edward Penfield, Harper's, okładka z sierpnia 1898 r.
To było 15 miesięcy przed końcem. Od dłuższego czasu Michał nigdzie już nie drukował, zresztą specjalnie o to nie zabiegał. Jedynie może te teksty, jakie wyciągał od niego Janusz do naszego fanzinowego "Rękopisu", ale on, jako profesjonalista, nie traktował tego poważnie.
Wobec wcześniejszego zgiełku wrażeń i przygód, teraz w jego życiu nie działo się nic. Pewnie dlatego przestał prowadzić dziennik. Nawyk codziennego pisania jednak pozostał. Jeszcze nie było u nas mody na blogi, ale on zaczął coś takiego. To były rozwinięte e-maile, które wysyłał do dwóch, trzech osób, z którymi pozostawał w przyjaźni. Zastanawiał się jak je nazwać. Pamiętałem "Strzępy meldunków" Sławoja Składkowskiego i powiedziałem "meldunki". Spodobało się. Oto meldunek kierowany do mnie 10 stycznia 2005.
To było 15 miesięcy przed końcem. Od dłuższego czasu Michał nigdzie już nie drukował, zresztą specjalnie o to nie zabiegał. Jedynie może te teksty, jakie wyciągał od niego Janusz do naszego fanzinowego "Rękopisu", ale on, jako profesjonalista, nie traktował tego poważnie.
Wobec wcześniejszego zgiełku wrażeń i przygód, teraz w jego życiu nie działo się nic. Pewnie dlatego przestał prowadzić dziennik. Nawyk codziennego pisania jednak pozostał. Jeszcze nie było u nas mody na blogi, ale on zaczął coś takiego. To były rozwinięte e-maile, które wysyłał do dwóch, trzech osób, z którymi pozostawał w przyjaźni. Zastanawiał się jak je nazwać. Pamiętałem "Strzępy meldunków" Sławoja Składkowskiego i powiedziałem "meldunki". Spodobało się. Oto meldunek kierowany do mnie 10 stycznia 2005.
Odkąd mam internet przestałem pisać w dzienniku. Początkowo jeszcze coś tam skrobałem ale w końcu przestałem. Od czasu do czasu pojawia się potrzeba pisania, zapisania, przedstawienia myśli na kartce papieru. Najpierw pojawiają się myśli o wszystkim co nas otacza, potem o sobie na tle tego krajobrazu. Zwłaszcza podczas porannych wizyt w wannie. W ogóle w wannie myśli się dość intensywnie i wcale nie jest tak, że świat odpływa za granicę horyzontu jak twierdził Gałczyński. Metoda doktora Kneippa polegająca na leczeniu histerycznych pacjentek przez namaczanie może mieć także inne zastosowania. Drugą zmianą jest to, że pisze się teraz bez długopisu, używając od razu pulpitu.
W wannie czytałem wydrukowaną w sobotnio – niedzielnym dodatku do Gazety Wyborczej rozmowę z Ignacio Ramonetem na temat radykalnego islamizmu. Tytuł „Koran - Kapitał naszych czasów". Początek wydrukowany dużą czcionką brzmi tak:
Radykalny islamizm dociera tam, gdzie nie dociera nikt inny – do ludzi wykluczonych, żyjących poza cywilizacją. Oferuje im odpowiedź monstrualną, bo odwołującą się do terroryzmu i śmierci. Tylko on jednak nadaje tym zapomnianym ludziom jakąś tożsamość.
Zupełnie jak w moim przypadku. Tylko trzeba zamiast islamizm napisać alkoholizm. Ja też jestem człowiekiem wykluczonym, bezrobotnym, z kryzysem tożsamości, bo jeszcze nie znam tej roli społecznej i nie wiem jak w takim świecie żyć.
W czasie naszych sobotnich biesiad i tańców myślałem, że ja tu jestem bez żony czy choćby dziewczyny, no, niechby czterdziestoletniej dziewczyny. Czy się z żoną sypia, czy nie, czy się ma jej dość, czy nie, ja byłem nieparzysty. I tak jest od zawsze, wyłączając krótkie (kiedyś) pobyty Ewy w Polsce. Ewa rzuciła mnie z powodu mojego alkoholizmu, ale też wystarczy pomyśleć, żeby stwierdzić – wcale mnie nie rzucała, bo mieszka w Holandii i bywa w Polsce kilka razy do roku. Teraz gdy mój wrodzony alkoholizm pozostanie, ale pijaństwo będę plenić, myślę, że sens prawdziwy miały twoje słowa: „Łukasz, baby ci potrzeba!” choć wolałbym nie babę, a atrakcyjną przyjaciółkę. Ale jak tu bezrobotnemu taką znaleźć?
Pamiętam, spotkałem się z G. w piwiarence „Pod papugami” i cały czas drżałem, żeby nie poprosiła o jeszcze jedno piwo, bo miałem wszystkiego dwadzieścia złotych na dwa piwa po siedem. Brak pracy, a więc zwykłej pensji, eliminuje ze świata ludzi zwykłych, dla których siedem złotych nie jest problemem. Rodzi problemy kiedyś nieznane. Za co kupić pastę do zębów albo co jeść jutro będę jeśli nie pójdę na obiad do ciotki. W takiej sytuacji rzeczywiście tylko baba zbierająca puszki po piwie może być moją partnerką.
Jak wariat czekam na jakąś okazję, czyli na szansę, że z marginesu trafię „do pracy”. Śni mi się wciąż, że wyrzucamy z Nowych Książek Lidię Wójcik i mogę tam wrócić, zająć się tym, co umiem. Szkoła to tylko przechowalnia i właściwie od zawsze mnie tam przechowywano na pół etacie nie dając zginąć. Ja ich nie lubię, a oni całkiem są mi przyjaźni i robią to z łaski.
Wykluczenie rodzi agresję. Albo autoagresję. Pijaństwo jest autoagresją i to znakomitą, bo nie boli, a tylko ogłupia. Oferuje „odpowiedź monstrualną”, bo odwołuje się do śmierci i za życia jeszcze nią hojnie obdarza. Prosty lud się zwyczajnie i uczciwie zapija. Na terapii słyszałem wyznania ludzi, którzy szczerze popadli w alkoholizm i pili tak zajadle, jak ja nigdy nie miałem odwagi. Ja dna jakiegoś wyrazistego nigdy nie osiągnę. Za to – uświadamiam to sobie wyraźnie – mogę być już do końca w dryfie. Niczego już nowego wtedy nie zaznam i niczego naprawdę ciekawego nie napiszę, nie zrobię, nie wymyślę.
Alkohol jak każdy narkotyk prowadzi do samozakłamania. Alkohol może najbardziej, bo nie działa szybko i można żyć z nim jak z jakimś mniej groźnym rakiem całe dziesięciolecia. To jest poddanie się i rezygnacja z hasła – pamiętasz druhu „Dżuma”, powtarzaliśmy je często jak byliśmy u Walterowców – „czeławiek eto gordo stoit!”. Ja z tego wielopiętrowego samozakłamania wyniosłem tylko tę korzysć, że chociaż własnego kłamstwa się nie pozbyłem, to wyraźnie widzę cudze. Wyobraź sobie: wszyscy nie tylko kradną, ale i kłamią! Wcale mi z tego powodu nie jest lżej. Raczej tak samo ciężko. Mógłbym niejednemu i niejednej prostować drogę. Ale do tego trzeba mieć powołanie.
Jakby szykując się do jakiejś nowej roli czekałem na samotnego Sylwestra, żeby leżąc jeszcze nieotrzeźwiały myśleć: Nie ma nikogo (tutaj i teraz) do kogo mógłbym przycisnąć moje stęsknione ciało i przed kim mógłbym otworzyć obolałą duszę. To właśnie myślałem także podczas naszego sobotniego karnawału.
Masz rację: po pierwsze nie pić, a potem się zobaczy. Niepicie to jednak nie kwestia wstydu czy bezwstydu, postanowień i męskiej siły. Tutaj męska siła na nic i jeszcze sama przeciw sobie się obraca. Tu potrzebna jest kupiecka trzeźwość: Co wolisz pijaku: wegetację roślinną nieomal, czy uczestnictwo?
Niektórzy właśnie uczestnictwa się boją. Ja się tyle lat bałem, że już się nie boję. Z fizycznego uzależnienia wychodzi się łatwo. Nigdy nie miałem z tym problemu i nie ciągnie mnie do alkoholu w tym sensie, że nie muszę wypić, żeby mi się ręce nie trzęsły albo żeby wstać z łóżka. To może na kacu tak jest, ale nie po parunastu dniach bez kropli piwa. W ostatnich czasach piłem rozważnie dając sobie wytrzeźwieć, żeby znów mieć siłę na picie i żeby nie zabazgrać do końca tej jedynej ćwierć pracy – szkoły. (Pomimo tego miałem takie dni trzeźwienia, gdy mogłem tylko leżeć i oglądać w kółko telewizję, bez odrobiny snu i bez kontaktu z samym sobą). Gorsze jest uzależnienie psychiczne. Przecież rzec mogę: ja to alkohol! Towarzyszy mi od kołyski, czyli od liceum im. Traugutta. Był mi pisany, bo się bałem społecznych związków, jak np. boi się ich teraz Paweł. Coś mi dał, coś wziął – nie, nie on, alkohol – raczej ten Łukaszewicz, co go pił.
Etykiety:
Michał
20 komentarze
sobota, 31 lipca 2010
Doniesienie o jesieni
Donoszę Drogi Czytelniku, że nieznaczne, ale już są. Zaczęło się wczoraj. To było na stałym szlaku moich spacerów. Zawsze brałem tę kępę drzew za brzozy podfruwajki. Tymczasem, gdy pod wieczór schroniłem się w tym zagajniku przed ulewą, zobaczyłem, że kora drzewek wcale nie jest biała, lecz ciemnozielona i gładka. Liście wprawdzie sercowate, ale krawędzie lekko postrzępione. To były buki. Kiedy to zrozumiałem, dopadła mnie jesienna tęsknota za górami. Bo tam buczyna jest najpiękniejsza.
Korkowiec, który ledwo co wypuścił liście, powoli je zaczyna zrzucać dezerter
i winorośl upojna pokątnie się czerwieni.
Wieczorem kaczki krzyżówki spływają w zarośla melancholijnie,
a z kaliny wypełza północnica, co w długie jesienne noce nie daje spać chłopakom.
Dobranoc
W górach jest wszystko co kochamDziś od rana tropiłem z nosem przy ziemi i znalazłem. Jeden z cisów skrywał przede mną mięsistą osnówkę, która zwykle dojrzewa we wrześniu lub w październiku.
Wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą mnie klony za wnuka
Jerzy Harasymowicz
Korkowiec, który ledwo co wypuścił liście, powoli je zaczyna zrzucać dezerter
i winorośl upojna pokątnie się czerwieni.
Wieczorem kaczki krzyżówki spływają w zarośla melancholijnie,
a z kaliny wypełza północnica, co w długie jesienne noce nie daje spać chłopakom.
Dobranoc
Etykiety:
flora,
Harasymowicz,
żart liryczny
5 komentarze
poniedziałek, 26 lipca 2010
W poszukiwaniu
Całą noc deszcz. Rusałka pawik, o której pisałem 11 kwietnia, nocowała dziś w pokoju. Przekładałem leżące na parapecie książki, a ona wyleciała zza którejś. Otworzyłem okno, ale nie chciała iść w niepogodę i przysiadła na kartce z recenzją książki Avery Gilberta Nauka o tym, co nam pachnie.
Jej mroczna sylwetka kontrastowała z bielą kartki, a w tle spływały krople deszczu. Patrzę na zdjęcie i na kartkę, szukam tekstu, gdzie siedziała.
Oczywiście miejsce swoje znam. Proust budował kolejne piętra psychologii, ja z piwnicy na parter nawet nie wychynę. Tam są piękne zdania, których rozmiar nieraz przekracza mój najdłuższy wpis (internet wymusza lakoniczność). Za zasłoną fikcji mógł pisać o wszystkim, ja tylko o tym co było, a o wielu zdarzeniach - choć bardzo chcę - nie mogę. No i te moje punkty pamięci nie połączy jak u niego ręka geniusza.
Każdy z nas nosi ze sobą te siedem tomów straconego czasu. Moja zasługa jedynie, że się nie wstydzę.
Jest u Prousta w drugim tomie (W cieniu zakwitających dziewcząt) opis jazdy pociągiem do Balbec i spotkanie o świcie z mleczarką.
Jej mroczna sylwetka kontrastowała z bielą kartki, a w tle spływały krople deszczu. Patrzę na zdjęcie i na kartkę, szukam tekstu, gdzie siedziała.
Na wątku wspomnienia aromatu zamoczonej w herbacie magdalenki Marcel Proust osnuł ponad 3000 stron siedmiotomowej powieści W poszukiwaniu straconego czasu.Tak - myślę sobie - nadobna rusałka łaskawa. Bo przecież i ja snuję tę postrzępioną opowieść z tęsknoty i w poszukiwaniu tego, co nie wróci.
Oczywiście miejsce swoje znam. Proust budował kolejne piętra psychologii, ja z piwnicy na parter nawet nie wychynę. Tam są piękne zdania, których rozmiar nieraz przekracza mój najdłuższy wpis (internet wymusza lakoniczność). Za zasłoną fikcji mógł pisać o wszystkim, ja tylko o tym co było, a o wielu zdarzeniach - choć bardzo chcę - nie mogę. No i te moje punkty pamięci nie połączy jak u niego ręka geniusza.
Każdy z nas nosi ze sobą te siedem tomów straconego czasu. Moja zasługa jedynie, że się nie wstydzę.
Jest u Prousta w drugim tomie (W cieniu zakwitających dziewcząt) opis jazdy pociągiem do Balbec i spotkanie o świcie z mleczarką.
Szła wzdłuż wagonów, częstując kawą z mlekiem paru zbudzonych podróżnych. Zaczerwieniona blaskiem poranku twarz jej była różowsza niż niebo. Uczułem wobec niej ową żądzę życia, jaka odradza się w nas za każdym razem, kiedy na nowo uświadamiamy sobie piękno i szczęście.Wszystkim zakwitającym Annom (wiem, że jest ich sporo pośród Czytelniczek) i każdej z osobna Ani życzę, by każdego ranka odradzała się w Nich ta piękna żądza życia. A potem to już będzie dobrze.
Etykiety:
lektury,
nostalgia
8 komentarze
sobota, 24 lipca 2010
Łagodne przeczyszczenie
Ta stojąca reklama apteczna jest sprzed wojny. Dostałem ją przed laty od córki producenta pigułek "z Zakonnikiem".
W Dwudziestoleciu, ale i wcześniej aptekami zawładnęły dwa popularne specyfiki: "Reformackie pigułki z Zakonnikiem" oraz "Proszki i tabletki z Kogutkiem". W zasadzie nie trzeba było innych, bo te miały leczyć najważniejsze dolegliwości.
Tabletki "Z Kogutkiem" polecano na przeziębienie, bóle zębów, ból głowy, a pigułki "Reformackie" na regulację żołądka, cierpienia wątroby, otyłość, artretyzm, uderzenie krwi do głowy, hemoroidy, ale przede wszystkim przy skłonnościach do obstrukcji i na przeczyszczenie.
To były czasy eleganckie, naturalne i całkiem nieplastikowe. Standy wykonane były z solidnej sklejki z metalowymi zawiasami, a postać ojca reformaty to osobna wystająca deseczka. U wejścia do apteki przybijano wypukłe emaliowane tabliczki reklamowe. Na kogutkowej była dodatkowo tajemniczo brzmiąca pierwotna nazwa produktu: "Migreno Nervosin". Tabliczka "Reformackich" opatrzona była sylwetką zakonnika oraz sloganem: "Łagodnie przeczyszczają".
Znani przedwojenni żartownisie, Tuwim i Słonimski, rozwinęli to hasło:"Łagodnie przeczyszczają, nie przerywając snu".
-----------------------
Czytam, słucham, kiwam głową, wzdycham i cały jestem migreno nervosin. Naprawdę nie wiem co zażyć.
Dlaczego? Już wielokrotnie pisałem: jestem niecierpliwy, bo wierzę, że spotkał nas cud, o którym marzyły i za który ginęły pokolenia. Bo kraj jest wolny i bezpieczny. I już nie najbiedniejszy. A tu ta ponura groteska z odwracaniem kota ogonem w sprawie smoleńskiej katastrofy. Teraz ci, którzy odegrali dwuznaczną rolę, przeczą oczywistym faktom, krzyczą "łapaj zbrodniarza" i buntują ludzi.
A krzyż sprzed pałacu? To od jakiegoś czasu nie jest Krzyż chrześcijański, bo nie jest znakiem męki i przebaczenia. To jest wyrób krzyżopodobny, złoty cielec, fetysz wyznawców św. Nienawiści.
Teraz tym wyznawcom zorganizują trzydniową narodową celebrację, zapewne żeby odczarować ten przedmiot (przypominam: mamy dziesiąty rok trzeciego tysiąclecia). A ja nie jestem pewien, czy wszystko się odczyni. Nie byłoby taniej i bezpieczniej zamówić u dobrego stolarza nowy chrześcijański krzyż i go zwyczajnie poświęcić?
Powinienem się z tego śmiać, ale nie umiem, bo nie jestem młody i nie mam czasu.
A może jednak Reformackie? Jakiś długi, łagodnie zakończony sen? I wszystko już za mną. To znaczy za Polską.
Co mi Reformackie, co mi Kogutek. Muza! Muzie nóżki całować, jak uczy Gałczyński! W tym wierszu jest o Kogutku i o endecji.
W Dwudziestoleciu, ale i wcześniej aptekami zawładnęły dwa popularne specyfiki: "Reformackie pigułki z Zakonnikiem" oraz "Proszki i tabletki z Kogutkiem". W zasadzie nie trzeba było innych, bo te miały leczyć najważniejsze dolegliwości.
Tabletki "Z Kogutkiem" polecano na przeziębienie, bóle zębów, ból głowy, a pigułki "Reformackie" na regulację żołądka, cierpienia wątroby, otyłość, artretyzm, uderzenie krwi do głowy, hemoroidy, ale przede wszystkim przy skłonnościach do obstrukcji i na przeczyszczenie.
To były czasy eleganckie, naturalne i całkiem nieplastikowe. Standy wykonane były z solidnej sklejki z metalowymi zawiasami, a postać ojca reformaty to osobna wystająca deseczka. U wejścia do apteki przybijano wypukłe emaliowane tabliczki reklamowe. Na kogutkowej była dodatkowo tajemniczo brzmiąca pierwotna nazwa produktu: "Migreno Nervosin". Tabliczka "Reformackich" opatrzona była sylwetką zakonnika oraz sloganem: "Łagodnie przeczyszczają".
Znani przedwojenni żartownisie, Tuwim i Słonimski, rozwinęli to hasło:"Łagodnie przeczyszczają, nie przerywając snu".
-----------------------
Czytam, słucham, kiwam głową, wzdycham i cały jestem migreno nervosin. Naprawdę nie wiem co zażyć.
Dlaczego? Już wielokrotnie pisałem: jestem niecierpliwy, bo wierzę, że spotkał nas cud, o którym marzyły i za który ginęły pokolenia. Bo kraj jest wolny i bezpieczny. I już nie najbiedniejszy. A tu ta ponura groteska z odwracaniem kota ogonem w sprawie smoleńskiej katastrofy. Teraz ci, którzy odegrali dwuznaczną rolę, przeczą oczywistym faktom, krzyczą "łapaj zbrodniarza" i buntują ludzi.
A krzyż sprzed pałacu? To od jakiegoś czasu nie jest Krzyż chrześcijański, bo nie jest znakiem męki i przebaczenia. To jest wyrób krzyżopodobny, złoty cielec, fetysz wyznawców św. Nienawiści.
Teraz tym wyznawcom zorganizują trzydniową narodową celebrację, zapewne żeby odczarować ten przedmiot (przypominam: mamy dziesiąty rok trzeciego tysiąclecia). A ja nie jestem pewien, czy wszystko się odczyni. Nie byłoby taniej i bezpieczniej zamówić u dobrego stolarza nowy chrześcijański krzyż i go zwyczajnie poświęcić?
Powinienem się z tego śmiać, ale nie umiem, bo nie jestem młody i nie mam czasu.
A może jednak Reformackie? Jakiś długi, łagodnie zakończony sen? I wszystko już za mną. To znaczy za Polską.
Co mi Reformackie, co mi Kogutek. Muza! Muzie nóżki całować, jak uczy Gałczyński! W tym wierszu jest o Kogutku i o endecji.
... "Kogutek" nie uleczy.
Przyjaciel nie pocieszy.
Uwierz mi.
Co pomoże? A ja wiem:
tu pomoże stary sen,
stara bajda;
Jeśliś jak garnek pęknął, ona cię sklei,
jeśliś nadzieję utracił, wpłyniesz na morze nadziei
na wszystkich żaglach.
"Nastawienia" społeczne? Dla karzełków,
Recenzje niedorzeczne? Dla zgiełku.
Poeto, pluń gdzie komuna, sanacja i endecja.
Tylko ona cię zbawi, przeklęta i jedyna -
i na gwiazdy wyprawi, rytm święty, mowa inna -
poezja.
Konstanty Ildefons Gałczyński, Muzie nóżki całuję (1936)
Etykiety:
Gałczyński,
historia,
poezja,
Tuwim
5 komentarze
czwartek, 15 lipca 2010
Na szezlongu
Nie mam czasu dla ogrodu, bo siedzę na górze i pracuję. Widzę z okna jak trawa gdzieniegdzie zrudziała albo porosła perzem. Widzę, że odbiły nieproszone odrośla tarniny.
Najgorzej jest z pająkami, bo gdy się zagląda rzadziej, biorą ogród we władanie i bezlitośnie wiążą go sznurami. Ten siedział pośrodku sieci, która dziwnie wydęta wyglądała jak hamak albo słoneczny żagiel. Odwłok i liczne odnóża skanował niedyskretny promień, ale mu to nie wadziło, bo ten pan właśnie lubił być bursztynowy.
Mały, ulotny światek ogrodowej dziatwy: ślimaków dziwnie skupionych na murze, kwiatów, co kwitną albo nie, drzew i drzewek, których dorosłości nie doczekam. Myślę czasem, po co mi wielki?
W świat całkiem duży zapędził się pasikonik. Ostrożnie stąpał po ramie michałowego fotela, zszedł miedzy płyty z włoskimi przebojami i chyba coś tam znalazł, bo wieczorem grał w pęcherznicy rolę toskańskiej cykady.
Zakradłem się z fleszem i jeszcze raz zdjąłem maestro w zielonym fraku. Posłuchajcie, on naprawdę gra.
W poniedziałek miałem położyć się do szpitala, ale skończyło się na doraźnym zabiegu. Czekałem tam trochę, ale czekaniem zaplanowanym, spokojnym. Czytałem wydaną w przed 30 laty książkę o haiku. Dotąd nie lubiłem tego rodzaju poezji, bo wydawała mi się daremna. Chyba z tego filozoficznego szpitalnego czekania coś mi zajaśniało w głowie. Zrozumiałem, że naiwność metafory to jej naturalność, że oczekując europejskiego suspensu i ironii, zachowuję się niestosownie. Bo haiku to jak kropla deszczu. Maleńka, ale widać w niej cały świat (coś kiedyś o tym pisał pan Paetero).
Mimo że zrozumiałem, nie zachwycały mnie te hermetyczne obrazki. Może jeden lub dwa. Ten, który przytaczam poniżej, wzruszył jednak. Wracałem do niego kilkakrotnie. Widziałem, że wiele lat wcześniej wzruszył też Michała, bo strona zaznaczona była pożółkłą zakładką. To obrazek japońskiego poety Busona z 1784 roku.
Najgorzej jest z pająkami, bo gdy się zagląda rzadziej, biorą ogród we władanie i bezlitośnie wiążą go sznurami. Ten siedział pośrodku sieci, która dziwnie wydęta wyglądała jak hamak albo słoneczny żagiel. Odwłok i liczne odnóża skanował niedyskretny promień, ale mu to nie wadziło, bo ten pan właśnie lubił być bursztynowy.
Mały, ulotny światek ogrodowej dziatwy: ślimaków dziwnie skupionych na murze, kwiatów, co kwitną albo nie, drzew i drzewek, których dorosłości nie doczekam. Myślę czasem, po co mi wielki?
W świat całkiem duży zapędził się pasikonik. Ostrożnie stąpał po ramie michałowego fotela, zszedł miedzy płyty z włoskimi przebojami i chyba coś tam znalazł, bo wieczorem grał w pęcherznicy rolę toskańskiej cykady.
Zakradłem się z fleszem i jeszcze raz zdjąłem maestro w zielonym fraku. Posłuchajcie, on naprawdę gra.
W poniedziałek miałem położyć się do szpitala, ale skończyło się na doraźnym zabiegu. Czekałem tam trochę, ale czekaniem zaplanowanym, spokojnym. Czytałem wydaną w przed 30 laty książkę o haiku. Dotąd nie lubiłem tego rodzaju poezji, bo wydawała mi się daremna. Chyba z tego filozoficznego szpitalnego czekania coś mi zajaśniało w głowie. Zrozumiałem, że naiwność metafory to jej naturalność, że oczekując europejskiego suspensu i ironii, zachowuję się niestosownie. Bo haiku to jak kropla deszczu. Maleńka, ale widać w niej cały świat (coś kiedyś o tym pisał pan Paetero).
Mimo że zrozumiałem, nie zachwycały mnie te hermetyczne obrazki. Może jeden lub dwa. Ten, który przytaczam poniżej, wzruszył jednak. Wracałem do niego kilkakrotnie. Widziałem, że wiele lat wcześniej wzruszył też Michała, bo strona zaznaczona była pożółkłą zakładką. To obrazek japońskiego poety Busona z 1784 roku.
Chłód mnie przenikaOperacja nazywała się tylko groźnie, a w dodatku operował mnie lekarz podobny do Eugeniusza Bodo. Leżałem dość wygodnie, prawie jak na szezlongu i przypomniało mi się, że ponad czterdzieści lat temu Michał przysłał mi do Cieszyna teksty, które miałem wykorzystać w kabarecie. Wśród nich jeden, który od biedy uszedłby za haiku.
żona umarła - w sypialni
nadepnąłem grzebień
Lubię spoglądaćByłem kiedyś w Sorrento. Naprawdę też lubiłbym.
- utrudzona śniadaniem
śpisz na szezlongu
Sorrento, kwiecień, maj, czerwiec 1969
Etykiety:
fauna,
poezja
15 komentarze
poniedziałek, 5 lipca 2010
Zapowiedź lepszych czasów
Kiedy zjechaliśmy z szosy na asfaltową drogę prowadzącą przez las, a potem miedzy polami, pokazała sie ta niezwykła mgła. Wiedziałem, że trzeba fotografować, bo mgła to dar.
Kiedyś kręciłem film reklamowy na łąkach nad Rzadzą. Nagle ukazał się podobny, niski przedwieczorny opar. Operator, powściągliwy, niemłody mężczyzna zaczął skakać do góry jak mały chłopiec i wrzeszczeć "Kurosawa".
Teraz ja zakrzyknąłem "Tess", bo z filmem Polańskiego skojarzył mi się ten pejzaż bukoliczny.
Krótkie trzy dni to nieustające rozmowy z Krzysztofem o polityce w miłym towarzystwie dwóch siostrzyczek.
Wilejka preferuje secesyjne klimaty,
podczas gdy jej siostra Buba impresjonizm.
Była jeszcze cudowna ważka. Zrobiłem jej chyba dwieście zdjęć nad Wartą. Rzeka była jeszcze mętna, a ślady na nabrzeżnych drzewach pokazywały, że niedawno woda płynęła kilka metrów nade mną. Wśród tej popowodziowej szarości ten opalizujący owad wydawał się przybyszem z lepszego świata i zapowiedzią dobrych czasów. Nadeszły.
Kiedyś kręciłem film reklamowy na łąkach nad Rzadzą. Nagle ukazał się podobny, niski przedwieczorny opar. Operator, powściągliwy, niemłody mężczyzna zaczął skakać do góry jak mały chłopiec i wrzeszczeć "Kurosawa".
Teraz ja zakrzyknąłem "Tess", bo z filmem Polańskiego skojarzył mi się ten pejzaż bukoliczny.
Krótkie trzy dni to nieustające rozmowy z Krzysztofem o polityce w miłym towarzystwie dwóch siostrzyczek.
Wilejka preferuje secesyjne klimaty,
podczas gdy jej siostra Buba impresjonizm.
Była jeszcze cudowna ważka. Zrobiłem jej chyba dwieście zdjęć nad Wartą. Rzeka była jeszcze mętna, a ślady na nabrzeżnych drzewach pokazywały, że niedawno woda płynęła kilka metrów nade mną. Wśród tej popowodziowej szarości ten opalizujący owad wydawał się przybyszem z lepszego świata i zapowiedzią dobrych czasów. Nadeszły.
czwartek, 1 lipca 2010
Jakoś się ułoży
Kupiłbyś używany samochód od tego człowieka?
To plakat z lat 60. Przedstawia późniejszego prezydenta Richarda Nixona, a autorem powiedzenia jest znany komik amerykański Mort Sahl.
Chyba bym nie kupił, ale boję się, że będę musiał i pióro mi z ręki wypada od tej trwogi. Byle do niedzieli. Niech już będzie wiadomo.
Tymczasem jadę na trzy dni w wielkopolskie lasy, gdzie znów podejmiemy daremną próbę odkopania pozostałości po leśnej karczmie. Tam, gdzie pan Twardowski:
Tym, którzy się martwią, że będą musieli kupować, albo wręcz przeciwnie, powiem tylko (bo mam swoje lata i wiem to dobrze): Wszystko się jakoś ułoży.
To plakat z lat 60. Przedstawia późniejszego prezydenta Richarda Nixona, a autorem powiedzenia jest znany komik amerykański Mort Sahl.
Chyba bym nie kupił, ale boję się, że będę musiał i pióro mi z ręki wypada od tej trwogi. Byle do niedzieli. Niech już będzie wiadomo.
Tymczasem jadę na trzy dni w wielkopolskie lasy, gdzie znów podejmiemy daremną próbę odkopania pozostałości po leśnej karczmie. Tam, gdzie pan Twardowski:
Za wsią Neklą tuż pod lasemI zobaczę też magiczną kotkę Wilejkę. Obiecuję, że tak czy owak w poniedziałek wracam do blogu.
Zobaczył chatę ubogą
Tam każe stanąć popasem
Była to karczma Wygoda
Tym, którzy się martwią, że będą musieli kupować, albo wręcz przeciwnie, powiem tylko (bo mam swoje lata i wiem to dobrze): Wszystko się jakoś ułoży.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Nieustające uwielbienie
A lato przyszło pieszo -Nie przyszło, lecz przyszła. Dzisiaj, dokładnie o 13.28. Bo słusznie Alfons Mucha przedstawia je jako damę. Ona u niego trwa, poniekąd w leniwym oczekiwaniu.
Już łąki nim się cieszą
I stoją całe w kwiatach
Na powitanie lata.
Ja jestem z dobrej szkoły Greka Zorby, który uważał, że kobietom należy dawać wszystko co chcą. Nie można więc latu odmówić pocałunków, skoro ich oczekuje. Kto nie lubi, niech przynajmniej przytuli ją serdecznie. Choćby brzozę.
Pomyślałem dziś o innej kobiecie. Widziałem ich oboje z dziesięć lat temu u fryzjera. On mężczyzna sędziwy, wysoki i trzymający się prosto, ona w podobnym wieku, drobna. Wpatrzona w jeden punkt i jak dziecko trzymająca go za rękę.
Dowiedziałem się, że przyprowadza ją co tydzień. To był chyba Alzheimer. Nie mogło to czesanie jej uzdrowić, ale pozwalało zachować kobiecą godność. Kiedy wychodzili, troskliwie pochylał się nad nią, a ona drobiła nieobecna. Zrozumiałem, że oboje są ponad chorobę.
Moje poetyckie doświadczenia pochodzą jeszcze sprzed epoki poezji śpiewanej. Poznawałem "na sucho" wiersze, które dziś brzmią tylko muzyką. Nie zawsze dobrze im zrobiła, bo może szlachetniej wzruszać się bez wspomagania. Bywa jednak, że muzyka i interpretacja dorównują poezji i powstaje dzieło genialne. Tak jest z "Pieśniami" Gałczyńskiego z muzyką i w wykonaniu Marka Grechuty.
Z trzech dostępnych w Youtubie wykonań, wybieram najpóźniejsze, z recitalu w Teatrze STU w 1990 r. Nie śpiewa już doskonale. Widać po nim, że jest chory i musi włożyć w śpiew wiele wysiłku. On zawsze był autentyczny aż do bólu (dosłownie) i tu to widać. Tym bardziej to wykonanie pasuje do obrazu, który widziałem u fryzjera. Bo jest o nieustającym uwielbieniu.
Poniżej cały tekst pieśni pierwszej. Grechuta śpiewa z niej tylko dwie ostatnie strofy. Najpiękniejsze.
Gdy próg domu przestępujesz,
to tak jakby noc sierpniowa
zaszumiała wśród listowia,
a ty przodem postępujesz.
A za tobą cienie ptasie,
szczygieł, gil i inne ptaki.
Świecisz światłem wielorakim
od sierpniowej nocy jaśniej.
Bo ty jesteś ornamentem
w gmachu nocy, jej księżycem.
Przesypujesz światła w ręku
z namaszczeniem jak pszenicę.
U twych ramion płaszcz powisa
krzykliwy, z leśnego ptactwa
długi przez cały korytarz
przez podwórze, aż gdzie gwiazda
Venus. A tyś lot i górność
chmur, blask wody i kamienia.
Chciałbym oczu twoich chmurność
ocalić od zapomnienia.
Etykiety:
Gałczyński,
poezja,
sztuka
10 komentarze
piątek, 18 czerwca 2010
Koromysło
plakat teatralny, Shober i Carqueville (Chicago, 1890)
Dlaczego milczę? Bo to jest milczenie zmysłowe. Głodzę się specjalnie, żeby nabrać większej chęci. Każdego dnia odkładam na dzień następny, żeby pisać czulej.
Nieprawda, to smutek, o którym wspominałem, a przede wszystkim niepokój wywołany polityką. Będzie lepiej: na pierwsze muszę machnąć ręką, a drugie niedługo się wyjaśni.
Wiem, gdyby nawet nastąpił ten komiczny wybór, nie będzie tragedii, ale ja jestem niecierpliwy i szkoda mi czasu, który zmarnuje Polska. Boję się też, że gdzieś zgubimy złoty róg.
----------------------------
Leżałem na kanapie, zachodzące słońce prześwitywało przez liście tarniny. Żeby usnąć czytam czasem coś bez akcji. Na przykład słowniki.
To był trzeci z XI tomów "Słownika języka polskiego" pod redakcją Doroszewskiego. Prace nad nim rozpoczęto, w roku moich urodzin, a ostatni tom - Suplement - ukazał się, kiedy miałem dwadzieścia lat. Gigantyczne dzieło, które rekonstruowało zasób leksykalny języka w bardzo dynamicznej, historycznej fazie (w Słowniku jest dwadzieścia parę tysięcy neologizmów).
W uczciwym muzeum PRL-u, obok kartek na cukier i fotografii z manifestacji powinny też stać te grube tomy, jako jeden z wielu przykładów wspaniałej pracy porządnych ludzi.
Ja szukam tam, tego co zapomniane. Słów, które wyszły z użycia, zastosowanych w nieznanych mi utworach (każde ze znaczeń hasła jest jest ilustrowane literackim przykładem).
Czytam: koromysło - inaczej sądy, jarzemka, kluki. Przyrząd do noszenia wiader z wodą: rodzaj deski z wycięciem na szyję, kładzionej na ramiona, o dwu bocznych prostopadłych prętach z hakami, na które wiesza się wiadra; nosidła.
Poczułem miły zapach. To nie były kwiaty ani perfumy. Coś bardzo odległego, ale dobrze znanego. Słońce przestało pieścić zmartwiony łeb i przeniosło się na otwarty gruby tom, który jak dusiołek przygniatał pierś. To z ogrzanego słownika parowało.
Znałem to kadzidło z wczesnych szkolnych lat, kiedy myszkowałem w szkolnej bibliotece. Wybierałem wtedy książki według grubości, tytułu i zapachu. Na autora wcale nie patrzyłem.
Dziś kleje introligatorskie to chemia - najczęściej ostry zapach nitro, ale wtedy najczystsza natura. Zdaje się, że robiono je z gotowanych kości czy kazeiny. Świeży klej bywał nieprzyjemny, ale wyschnięty, połączony z zapachem starego papieru zapachniał mi po ponad pół wieku wszystkimi tamtymi literackimi przygodami.
A może była to sandałowa woń koromysła?
Dlaczego milczę? Bo to jest milczenie zmysłowe. Głodzę się specjalnie, żeby nabrać większej chęci. Każdego dnia odkładam na dzień następny, żeby pisać czulej.
Nieprawda, to smutek, o którym wspominałem, a przede wszystkim niepokój wywołany polityką. Będzie lepiej: na pierwsze muszę machnąć ręką, a drugie niedługo się wyjaśni.
Wiem, gdyby nawet nastąpił ten komiczny wybór, nie będzie tragedii, ale ja jestem niecierpliwy i szkoda mi czasu, który zmarnuje Polska. Boję się też, że gdzieś zgubimy złoty róg.
----------------------------
Leżałem na kanapie, zachodzące słońce prześwitywało przez liście tarniny. Żeby usnąć czytam czasem coś bez akcji. Na przykład słowniki.
To był trzeci z XI tomów "Słownika języka polskiego" pod redakcją Doroszewskiego. Prace nad nim rozpoczęto, w roku moich urodzin, a ostatni tom - Suplement - ukazał się, kiedy miałem dwadzieścia lat. Gigantyczne dzieło, które rekonstruowało zasób leksykalny języka w bardzo dynamicznej, historycznej fazie (w Słowniku jest dwadzieścia parę tysięcy neologizmów).
W uczciwym muzeum PRL-u, obok kartek na cukier i fotografii z manifestacji powinny też stać te grube tomy, jako jeden z wielu przykładów wspaniałej pracy porządnych ludzi.
Ja szukam tam, tego co zapomniane. Słów, które wyszły z użycia, zastosowanych w nieznanych mi utworach (każde ze znaczeń hasła jest jest ilustrowane literackim przykładem).
Czytam: koromysło - inaczej sądy, jarzemka, kluki. Przyrząd do noszenia wiader z wodą: rodzaj deski z wycięciem na szyję, kładzionej na ramiona, o dwu bocznych prostopadłych prętach z hakami, na które wiesza się wiadra; nosidła.
Powoli zarzuciła koromysło na plecy, pobrała wiadra i powiedziała: - Chodźcie no ze mną do chatyPołożyłem ciężki tom na piersi i zamknąłem oczy. Wyobraziłem sobie, jak mogła wyglądać. Z warkoczami? Nie, one się nazywają kosy, są płowe i zaplecione w wieniec jak u pięknej Julki T. Tylko po co chciała do tej chaty?
(Kraszewski, Latarnia czarnoksięska. Obrazy naszych czasów, Lwów 1872.)
Poczułem miły zapach. To nie były kwiaty ani perfumy. Coś bardzo odległego, ale dobrze znanego. Słońce przestało pieścić zmartwiony łeb i przeniosło się na otwarty gruby tom, który jak dusiołek przygniatał pierś. To z ogrzanego słownika parowało.
Znałem to kadzidło z wczesnych szkolnych lat, kiedy myszkowałem w szkolnej bibliotece. Wybierałem wtedy książki według grubości, tytułu i zapachu. Na autora wcale nie patrzyłem.
Dziś kleje introligatorskie to chemia - najczęściej ostry zapach nitro, ale wtedy najczystsza natura. Zdaje się, że robiono je z gotowanych kości czy kazeiny. Świeży klej bywał nieprzyjemny, ale wyschnięty, połączony z zapachem starego papieru zapachniał mi po ponad pół wieku wszystkimi tamtymi literackimi przygodami.
A może była to sandałowa woń koromysła?
Etykiety:
lektury,
nostalgia,
żart liryczny
6 komentarze
wtorek, 8 czerwca 2010
Dziennik Robinsona
Robinson Crusoe and his man Friday, Published by Currier & Ives, 1874.
Pisałem już, Michał prowadził dziennik zawsze. I od początku dbał o poziom. Pamiętam jak w początkach lat sześćdziesiątych wrzucił z Mostu Gdańskiego do Wisły chyba z dziesięć 16-kartkowych zeszytów, szczelnie wypełnionych jego regularnym pismem. To były zapiski najwcześniejsze, które po czasie wydały mu się zbyt naiwne, nie literackie. To co istotne odnotował, ale całość utopił. Podobnie dwadzieścia parę lat później w Puszczy Kampinoskiej spalił sporą część dzienników. Ale i tak zostało tego kilkanaście tomów.
Nigdy nie prowadziłem dziennika, może dobrze, bo nie chciałbym dziś czytać o tamtych rozterkach, niepowodzeniach i bólu. Dość, że naczytam się o sobie u Michała. Młodość tylko z odległości wydaje się piękna. Z bliska bywała jednak spastyczna. Wiek dojrzały też nieszczególny. Bo życie to na co dzień szarpanina między marzeniem a nierealizacją, między ambicją a upokorzeniem. A niekiedy prawdziwa rozpacz.
Dziś, kiedy hormon nie targa już tak mocno, patrzy się na wszystko łagodniej. Klęska już tak bardzo nie zasmuci. Nie udało się? Trudno. Zawód miłosny? Ot, nie pierwszy to prztyczek.
Właściwie znowu jest jak wtedy, gdy Michał zapisał w dzienniku słowa, które są dzisiaj dla mnie niczym arka przymierza między dawnymi i młodszymi laty:
Jakiś czas temu udostępniłem I tom dzienników Michała. W formie pdf (można ściągnąć na swój komputer bądź czytać on-line, chyba lepiej sciągnąć, bo plik z ilustracjami autora ma 15 MB). Jest tutaj.
Hmm, jakby tu zachęcić do lektury? Powiem po prostu, że zaczyna się od słów:
Bez dziennika - życie jak bez ratuszowej wieży,To prawda, dziennik uzasadnia życie, tłumaczy losy i z pozwala zrozumieć siebie.
z której zegar śmiało spogląda na świat,
na nic wtedy obszyte galonem rękawy
i kapitański pas.
Bez dziennika statek niechybnie zatonie,
Nie zostawi nawet sznura białych dat,
fale biją ciężko, ołowiany dach
coraz niżej wisi. A może juz spadł?
Bez dziennika w podróż lepiej nie ruszajmy,
bo jeśli przygód doznać nam wypadnie,
nie nasze będą i nie nas zgotują
ludożercy w kotle
posypując pieprzem.
Dziennik ma być księgą jak te Robinsona
kupieckie foliały na bezludnej wyspie,
po lewej stronie stanie wyraz kredyt,
po prawej debit - słowo nieco krótsze
po lewej zdania pełne złorzeczenia,
po prawej jedno: Przecież jednak żyję!
Michał Łukaszewicz, dziennik Robinsona
Pisałem już, Michał prowadził dziennik zawsze. I od początku dbał o poziom. Pamiętam jak w początkach lat sześćdziesiątych wrzucił z Mostu Gdańskiego do Wisły chyba z dziesięć 16-kartkowych zeszytów, szczelnie wypełnionych jego regularnym pismem. To były zapiski najwcześniejsze, które po czasie wydały mu się zbyt naiwne, nie literackie. To co istotne odnotował, ale całość utopił. Podobnie dwadzieścia parę lat później w Puszczy Kampinoskiej spalił sporą część dzienników. Ale i tak zostało tego kilkanaście tomów.
Nigdy nie prowadziłem dziennika, może dobrze, bo nie chciałbym dziś czytać o tamtych rozterkach, niepowodzeniach i bólu. Dość, że naczytam się o sobie u Michała. Młodość tylko z odległości wydaje się piękna. Z bliska bywała jednak spastyczna. Wiek dojrzały też nieszczególny. Bo życie to na co dzień szarpanina między marzeniem a nierealizacją, między ambicją a upokorzeniem. A niekiedy prawdziwa rozpacz.
Dziś, kiedy hormon nie targa już tak mocno, patrzy się na wszystko łagodniej. Klęska już tak bardzo nie zasmuci. Nie udało się? Trudno. Zawód miłosny? Ot, nie pierwszy to prztyczek.
Właściwie znowu jest jak wtedy, gdy Michał zapisał w dzienniku słowa, które są dzisiaj dla mnie niczym arka przymierza między dawnymi i młodszymi laty:
27 VII 66------------------------------------------
Po powrocie z wakacji doszedłem do przekonania, że bezgranicznie kogoś kocham. Jest to osoba pojawiająca się co pewien czas to tu, to tam, wielopostaciowa. Raz była Irenką, raz Katarzynką. To, co działo się wczoraj, poznaję dopiero dziś. Wszystko stanowi całość.
Jakiś czas temu udostępniłem I tom dzienników Michała. W formie pdf (można ściągnąć na swój komputer bądź czytać on-line, chyba lepiej sciągnąć, bo plik z ilustracjami autora ma 15 MB). Jest tutaj.
Hmm, jakby tu zachęcić do lektury? Powiem po prostu, że zaczyna się od słów:
Grałem w szkole w kości, w pokera i w inne gry.A kończy:
W szkole seks całkiem jawny tyle, że po kątach.
Etykiety:
Michał,
nostalgia
11 komentarze
niedziela, 6 czerwca 2010
Pan Kasander
Dramaturgia filmów katastroficznych jest podobna. Na poczatku zawsze błogi spokój i beztroska zabawa. Tylko jeden pan Kasander jest niespokojny, bo widzi zagrożenie. Otoczenie go nie rozumie, szef odsyła do odkurzania archiwum, sąsiedzi pukają się w czoło, a dziewczyna informuje, że jest znerwicowanym kretynem.
Podobnie było z Waszym korespondentem, gdy przed sześcioma laty zagroził sądem, ponieważ niemal wszyscy mieszkańcy osiedla odprowadzali deszczówkę ze swoich dachów na wspólną ulicę. Mało tego, bo gdy się z tym uporał, na swojej działce wniósł mikro-wałek oraz górkę, które miały chronić dom od wielkiej wody. Hydrobudowle te były przez lata obiektem kpin i dowodem paranoi.
Te kasandryczne wizje powstały nie tak daleko Troi, bo na greckiej wyspie Thassos, gdzie w 2004 r. byłem świadkiem gwałtownej powodzi wywołanej oberwaniem gigantycznej chmury.
I sześć lat potem, w Boże Ciało, napłynęła chmura, która spadła na Ursynów i Piaseczno. Naprawdę było trochę grozy, choć do poważnej powodzi i prawdziwych nieszczęść jeszcze daleko.
Na nic zdał się ogrodowy wałek przeciwpowodziowy. Ulicę i ogród bardzo szybko zalała woda. Jej maksymalny poziom u nas sięgał 10 centymetrów od poziomu podłogi (u sąsiadów woda wybiła na środku salonu). Strach pomyśleć, co by było, gdybym wtedy okazał się spolegliwy.
Najgorsze, że straciłem szacunek do ścisłowiedów, bo to z absolwentami politechniki toczyłem najżywsze dyskusje. To znaczy ja żywo, a oni pobłażliwie.
Wydaje się, że ten paternalistyczno-technokratyczny stosunek do przyrody i brak wobec niej pokory jest w naszym kraju przyczyną wielkich szkód. To osobny temat, ale powiem najkrócej, że bezpieczeństwo jest zbyt poważną sprawą, żeby oddawać je w ręce tylko urzędników i inżynierów. Tu trzeba wizji i wyobraźni i na ich podstawie stworzenia nowych procedur. Nie dotyczy to tylko powodzi.
Film to film, oni lubią trochę podkręcić. Do szczęśliwego zakończenia nie wystarczy, że ocaleje bohater i parę szlachetnych osób. Kasander na końcu dostaje supernagrodę, bo całuje się z przystojną panią hydrolog-meteorolog, wirusolog czy przynajmniej strażak.
Tymczasem wasz korespondent w przemoczonych spodniach, stojąc w wodzie po kolana, wiosłował absurdalną szuflą do śniegu, bo mu się wydawało, że przepchnie wodę na niżej położone tereny. Nie, zdecydowanie nie był to jakiś fascynujący widok, więc może dobrze, że zza zielonej wyspy nie wypłynęła łódź z ponętnym wsparciem. Zresztą po paru godzinach woda całkowicie opadła.
---------------------------
Przepraszam, przez jakiś czas Wasze komentarze nie będą się ukazywały od razu. Ten filtr jest konieczny, ponieważ blog stał się obiektem zawziętego stalkingu. Bolesnego, bo z bratniej ręki.
Jeżeli kiedykolwiek postanowicie się starzeć, róbcie to, proszę, w zgodzie ze światem i w łagodności. I niech Was nie opuszczają: dystans wobec siebie i poczucie humoru.
Podobnie było z Waszym korespondentem, gdy przed sześcioma laty zagroził sądem, ponieważ niemal wszyscy mieszkańcy osiedla odprowadzali deszczówkę ze swoich dachów na wspólną ulicę. Mało tego, bo gdy się z tym uporał, na swojej działce wniósł mikro-wałek oraz górkę, które miały chronić dom od wielkiej wody. Hydrobudowle te były przez lata obiektem kpin i dowodem paranoi.
Te kasandryczne wizje powstały nie tak daleko Troi, bo na greckiej wyspie Thassos, gdzie w 2004 r. byłem świadkiem gwałtownej powodzi wywołanej oberwaniem gigantycznej chmury.
I sześć lat potem, w Boże Ciało, napłynęła chmura, która spadła na Ursynów i Piaseczno. Naprawdę było trochę grozy, choć do poważnej powodzi i prawdziwych nieszczęść jeszcze daleko.
Na nic zdał się ogrodowy wałek przeciwpowodziowy. Ulicę i ogród bardzo szybko zalała woda. Jej maksymalny poziom u nas sięgał 10 centymetrów od poziomu podłogi (u sąsiadów woda wybiła na środku salonu). Strach pomyśleć, co by było, gdybym wtedy okazał się spolegliwy.
Najgorsze, że straciłem szacunek do ścisłowiedów, bo to z absolwentami politechniki toczyłem najżywsze dyskusje. To znaczy ja żywo, a oni pobłażliwie.
Wydaje się, że ten paternalistyczno-technokratyczny stosunek do przyrody i brak wobec niej pokory jest w naszym kraju przyczyną wielkich szkód. To osobny temat, ale powiem najkrócej, że bezpieczeństwo jest zbyt poważną sprawą, żeby oddawać je w ręce tylko urzędników i inżynierów. Tu trzeba wizji i wyobraźni i na ich podstawie stworzenia nowych procedur. Nie dotyczy to tylko powodzi.
Film to film, oni lubią trochę podkręcić. Do szczęśliwego zakończenia nie wystarczy, że ocaleje bohater i parę szlachetnych osób. Kasander na końcu dostaje supernagrodę, bo całuje się z przystojną panią hydrolog-meteorolog, wirusolog czy przynajmniej strażak.
Tymczasem wasz korespondent w przemoczonych spodniach, stojąc w wodzie po kolana, wiosłował absurdalną szuflą do śniegu, bo mu się wydawało, że przepchnie wodę na niżej położone tereny. Nie, zdecydowanie nie był to jakiś fascynujący widok, więc może dobrze, że zza zielonej wyspy nie wypłynęła łódź z ponętnym wsparciem. Zresztą po paru godzinach woda całkowicie opadła.
---------------------------
Przepraszam, przez jakiś czas Wasze komentarze nie będą się ukazywały od razu. Ten filtr jest konieczny, ponieważ blog stał się obiektem zawziętego stalkingu. Bolesnego, bo z bratniej ręki.
Jeżeli kiedykolwiek postanowicie się starzeć, róbcie to, proszę, w zgodzie ze światem i w łagodności. I niech Was nie opuszczają: dystans wobec siebie i poczucie humoru.
czwartek, 3 czerwca 2010
Umieranie niezwyciężoności
Georges Rochegrosse, Don Quichotte, plakat opery Julesa Masseneta Don Quichotte, Paryż 1910
Tęsknię za swoim życiem, ale za nielicznymi momentami nie. Nie chcę pamiętać chwil, kiedy traciłem złudzenia, gwałtownie umierały marzenia i traciłem nadzieję.
Porządkując książki natknąłem się na genialną opowieść Wiktora Woroszylskiego o Don Kichocie. Jak wielu wcześniejszych autorów Woroszylski broni tej postaci, a ostatnia przemowa Sancza Pansy do umierającego rycerza brzmi wspaniale, bo śmieszy i wzrusza. Tak jest najlepiej.
Tęsknię za swoim życiem, ale za nielicznymi momentami nie. Nie chcę pamiętać chwil, kiedy traciłem złudzenia, gwałtownie umierały marzenia i traciłem nadzieję.
Porządkując książki natknąłem się na genialną opowieść Wiktora Woroszylskiego o Don Kichocie. Jak wielu wcześniejszych autorów Woroszylski broni tej postaci, a ostatnia przemowa Sancza Pansy do umierającego rycerza brzmi wspaniale, bo śmieszy i wzrusza. Tak jest najlepiej.
Gorączka i słabość nie przeszła Don Kichotowi ani nazajutrz, ani po dwóch dniach, ani po trzech i czterech i pięciu.
Leżał, długi i wychudły, z pojawiającymi się i znikającymi wypiekami na woskowych policzkach, z wzrokiem wbitym w sufit, nie zwracając uwagi na otoczenie i tylko od czasu do czasu rzucając w przestrzeń oderwane zdania:
- Nie ma Dulcynei!Radować się powinni byli słuchający tego: siostrzenica blada i gospodyni rumiana, balwierz sprytny, proboszcz rozumny i bakałarz pomysłów pełen; ręce zacierać i do góry skakać z uciechy; czyż nie tego zawsze pragnęli, nie do tego dążyli i nie osiągnęli wreszcie swojego? czemu więc wydawali się jacyś tacy zakłopotani, jakby nie wierzący uszom, a nawet - niespecjalnie uszczęśliwieni tą przemianą na łożu śmierci? czyżby tknęło ich po czucie, że ze wszystkich szaleństw Donkichotowych to nagłe odżegnanie się od szaleństwa jest szaleństwem największym? czyżby pojęli, że to nie Don Kichot przemawia, ale ś m i e r ć D o n K i c h o t a, Don Kichot w Don Kichocie wreszcie przez nich zamordowany, ciało z duszy wyzute Donkichotowej? (...)
- Nic z tego, Sanczo!
- Daremne poświęcenie!
- O, podła bezsilności! (...)
Sanczo Pansa, płacząc, przypadł do umierającego i błagał:
- Nie umierajcie, wasza nieśmiertelność, po cóż macie umierać, kiedy ze wszystkich szaleństw człowieka największe jest właśnie to — położyć się i umrzeć ni stąd, ni zowąd, i nie z ran krwawiących, lecz ze zmartwienia! Wstawajcie, wasza niepodległość, i chodźmy w pole, za pasterzy przebrani, bo widzi mi się, że pani pasterka Dulcynea przepiękna czeka już odczarowana, by się z panem zabawić! A jeśli umieracie, wasza niezwyciężoność, z tej zgryzoty, że zostaliście zwyciężeni, to raczej na mnie zrzućcie winę, że źle ściągnąłem popręgi Rosynanta i dlatego wylecieliście z siodła, bo prawdę mówiąc, tak właśnie było!Don Kichot nie słuchał jednak próśb Sancza Pansy i umierał, pełen smutku, skruchy i zdrowego rozsądku.
Niezwykłe przygody Don Kichota z la Manczy według Miguela Cervantesa de Saavedry na nowo opowiedziane przez Wiktora Woroszylskiego
Etykiety:
duchowość,
lektury
12 komentarze
sobota, 29 maja 2010
W zielonkawe
John Held, okładka do McClure's magazine, sierpień 1927
Jeden z moich przyjaciół (ma się rozumieć mocno starszy ode mnie) czci dziś liczbę 64. W czasach młodości była to, za sprawą piosenki The Beatles, liczba poniekąd symboliczna, oznaczająca czas skrajnie odległy. Dosyć powiedzieć, że odmierzony od tamtej chwili w przeciwną stronę, przenosił nas w rok wojen burskich, powstania bokserów w Chinach i premiery "Toski".
Czcigodny jubilat zapytał niedawno na forum "Rękopisu".
Nie przeminęliśmy, drogi Kowarsiu. Jeszcze w zielone gramy. No, powiedzmy: w zielonkawe.
Jeden z moich przyjaciół (ma się rozumieć mocno starszy ode mnie) czci dziś liczbę 64. W czasach młodości była to, za sprawą piosenki The Beatles, liczba poniekąd symboliczna, oznaczająca czas skrajnie odległy. Dosyć powiedzieć, że odmierzony od tamtej chwili w przeciwną stronę, przenosił nas w rok wojen burskich, powstania bokserów w Chinach i premiery "Toski".
Czcigodny jubilat zapytał niedawno na forum "Rękopisu".
- Czy przeminęliśmy?W gruncie rzeczy sytuacja jest jest cokolwiek kłopotliwa. Oto niektórzy z nas sięgnęli wieku, który w młodości uznawaliśmy za granicę przyzwoitości. Tymczasem dziś to wcale nie boli, da się nie tylko żyć, ale pracować, żartować, tworzyć, a nawet nadal patrzeć na kobiety (znowu jak wtedy: w nieśmiałym zachwycie). Czy można pragnąć więcej, jak śpiewał Paul McCartney w piosence "When I'm Sixty-Four"?
- Chyba jeszcze nie. - odpowiedziałem. Im mniej będziemy stawiać takich pytań, tym wolniej będziemy przemijać. Doświadczył nas świat, każdego jak umiał i nie gwarantował żadnej polisy. Być może niektórzy czują się rozczarowani, ale ja nie obiecywałem sobie zbyt wiele po sobie.
Nie przeminęliśmy, drogi Kowarsiu. Jeszcze w zielone gramy. No, powiedzmy: w zielonkawe.
Etykiety:
nostalgia,
żart liryczny
14 komentarze
czwartek, 27 maja 2010
Milczący jaskier
Na stawach pusto i smutno. Wyginęły lub przeniosły się gdzieś kaczki. Jeszcze parę tygodni temu pokazywałem uroczą parę krzyżówek, a teraz widzę tylko dwa daremnie kolorowe samce wylegujące się na pomoście. Po uroczych łyskach - zeszłorocznych diabełkach, ani śladu. Myślę, że to przede wszystkim efekt ostrej zimy. Lód skuł mocno taflę i nie było pożywienia. W dodatku po lodzie łatwiej się można było dostać drapieżnikom. Skorzystali z niego też gospodarze i od strony stawu bezdusznie wycięli krzewy oraz gałęzie drzew kładące się nad wodą - naturalną osłonę dla ptaków wodnych.
Najbardziej lubię o ptakach, ale większość już opisałem, a poza tym narodek to skryty i w podglądzie niełatwy. Słońce i drzewa wbrew pozorom są nudne. Pozostaje mi poszycie ogrodowe i leśne, bo tu cały czas coś się dzieje. Dziś zachwyciły mnie jaskry, które od połowy maja nadają łąkom złocisty poblask. Te wyrosły w najwilgotniejszym miejscu trawnika, gdzie po deszczu stoi woda. Omijam je kosiarką.
Łacińska nazwa jaskra brzmi Ranunculus i bierze się od nazwy małej żaby (ranuncula).
Odrobina poezji o milczeniu, a nawet wyniosłej obojętności roślin:
Najbardziej lubię o ptakach, ale większość już opisałem, a poza tym narodek to skryty i w podglądzie niełatwy. Słońce i drzewa wbrew pozorom są nudne. Pozostaje mi poszycie ogrodowe i leśne, bo tu cały czas coś się dzieje. Dziś zachwyciły mnie jaskry, które od połowy maja nadają łąkom złocisty poblask. Te wyrosły w najwilgotniejszym miejscu trawnika, gdzie po deszczu stoi woda. Omijam je kosiarką.
Łacińska nazwa jaskra brzmi Ranunculus i bierze się od nazwy małej żaby (ranuncula).
- Czy nazywają cię żabką, bo lubisz wodę, czy od kształtu owoców?Mruży oczy w słońcu i nic nie mówi.
Odrobina poezji o milczeniu, a nawet wyniosłej obojętności roślin:
Jednostronna znajomość między mną a wami
rozwija się nie najgorzej.
Wiem co listek, co płatek, kłos, szyszka, łodyga,
i co się z wami dzieje w kwietniu, a co w grudniu.
Chociaż moja ciekawość jest bez wzajemności,
nad niektórymi schylam się specjalnie,
a ku niektórym z was zadzieram głowę.
Macie u mnie imiona:
klon, łopian, przylaszczka,
wrzos, jałowiec, jemioła, niezapominajka,
a ja u was żadnego.
(W. Szymborska „Milczenie roślin”)
Etykiety:
flora
8 komentarze
wtorek, 25 maja 2010
Schyłkowy
Schyłkowy jestem. Dziś licznik pokazał najniższą frekwencję od początku blogu. Słusznie, bo ostatnio piszę mało, a kiedy już, to w sposób poczciwy i rzewny. To nie jest interesujące. Niewielu mnie odwiedziło, ale zostały aż dwa komentarze. Jeden za krótki, drugi za długi. Znam autorów. To dwa niemłode pterodaktyle, które przysiadły tutaj zapewne z nudów i z litości.
Przed czterdziestu laty jeden z nich wraz z Michałem przysłali mi ten list.
Tak, mogłoby się wydawać, że Chief przemyślał sprawy w najdrobniejszych szczegółach, a jednak system rozpracował ktoś inny.
Do korsarstwa się nie posunęliśmy. Owszem, doszło do zbieractwa. Zebrane w Bieszczadach jagody wożono do Warszawy motocyklem Junak z przyczepą. Może raz. Była też uprawa pomidorów. Bez sukcesów finansowych.
Michałowi jeszcze najlepiej wyszło to znalezienie artystycznego wyrazu ust, bo wydał osiem książek, ja natomiast niestrudzenie przeprowadzałem Aranżację, to znaczy sprawdzałem Hipotezy rozwijając dwa rodzaje działalności, jakie nakreślił dla mnie przenikliwy Chief. I tak systemowo, choć nie systematycznie wkraczaliśmy w Wiek Męski.
* - Stanisław Grochowiak, Powołanie mieczy
Przed czterdziestu laty jeden z nich wraz z Michałem przysłali mi ten list.
Coraz bardziej wypełnia Nas poczucie Nieuchronności Zdarzeń, bowiem wchodzimy w Wiek Męski.A na drugiej stronie:
Nadszedł wiec czas zastąpienia chłopięcych turniejów przez:
Celowość!Niech nam świeci odtąd blade światło Rozumu i nie opuszcza Męstwo!A więc poszedłem
Odrzuciłem ciała
Krzyczące miłość, a wtulone w słabość!
System musi być gotów w Październiku. Pomóż w pracy nad tworzeniem podwalin Systemu.Męstwo! Przenigdy nie poleruj zbroi
Chcesz ładzić szyszak? Czesz piękne kobiety
Lub wodospady. Dla twojej podniety
Dość oślej szczęki. Na nim męstwo stoi.*
1. Teoretyczne rozpracowanie mechanizmów organizacji młodzieżowych i działalności kulturalnej w kraju
2. Znalezienie artystycznego wyrazu naszych ust - w formie kabaretu, książki
3. Middle Generation
4. Przeprowadzenie Aranżacji, to jest bezpośredniego sprawdzenia Hipotez (działalność ludyczna) (działalność wtykowa).
--------------------------------------Na wakacje przygotowujemy Wyprawy Korsarskie
- Zbieractwo w Bieszczadach!
- Lato w miescie!
- ZarobkiKontak - tuj!
Porozum się w sprawie dokładnego harmonogramu. List, telefon, przyjechanie.
Chief: Poczko Kancelaria: Łukasz
Tak, mogłoby się wydawać, że Chief przemyślał sprawy w najdrobniejszych szczegółach, a jednak system rozpracował ktoś inny.
Do korsarstwa się nie posunęliśmy. Owszem, doszło do zbieractwa. Zebrane w Bieszczadach jagody wożono do Warszawy motocyklem Junak z przyczepą. Może raz. Była też uprawa pomidorów. Bez sukcesów finansowych.
Michałowi jeszcze najlepiej wyszło to znalezienie artystycznego wyrazu ust, bo wydał osiem książek, ja natomiast niestrudzenie przeprowadzałem Aranżację, to znaczy sprawdzałem Hipotezy rozwijając dwa rodzaje działalności, jakie nakreślił dla mnie przenikliwy Chief. I tak systemowo, choć nie systematycznie wkraczaliśmy w Wiek Męski.
* - Stanisław Grochowiak, Powołanie mieczy
Etykiety:
nostalgia,
żart liryczny
7 komentarze
niedziela, 23 maja 2010
Każdego dnia
Claude Pigot, Toucouleur family (1992)
Rodzice są najważniejsi. Przed laty przeczytałem w "Polityce" wywiad z jakimś znanym amerykańskim profesorem psychologii. Mówił, że nikt nie ma takiego wpływu na człowieka. Podał zabawny przykład, który cytuję z pamięci, bo nie znalazłem tego numeru w internetowym archiwum:
Przychodzi taki czas, kiedy relacje się odwracają. To my stajemy się bardziej odpowiedzialni, mądrzejsi, a oni jak dzieci.
Kiedy umierał Tata - trwało to parę miesięcy - troje rodzeństwa i Mama rozpostarliśmy nad Nim parasol miłości. Skończyło się jak musiało, ale nie wspominam źle tamtego czasu, tych codziennych wizyt, rozmów, pielęgnacji a potem samego odejścia. To było ciepłe długie pożegnanie.
Mój Miki miał wtedy dziesięć lat. W pewnej chwili poczułem, że jestem idealnie pośrodku. To samo uczucie wobec dziecka i bezradnego jak dziecko Ojca. Potem, gdy umarł, miałem w sobie nadmiar tkliwości. Jak karmiąca matka szukająca ujścia dla nadmiaru pokarmu.
Jest świetny, leśmianowski w klimacie, film pt. "Szósty zmysł". Ośmioletni Cole ma dar widzenia i słyszenia umarłych. Wychowuje go samotna matka, trochę rozchwiana emocjonalnie, z trudem sobie radząca. Zapamiętałem scenę w samochodzie, kiedy matka przekonuje się, że Cole rzeczywiście obcuje ze zmarłymi. I prosi, żeby przekazał odpowiedź od jej zmarłej matki, na pytanie, które często zadaje jej w myślach. A chłopiec mówi:
---------------------
Dosmucę jeszcze. Od rana pięknie śpiewał ptak. Był nieuchwytny i niewidzialny. Tarnina ostatnio zagęściła się mocno i mimo, że kilkakrotnie podchodziłem z aparatem, nie mogłem zrobić zdjęcia.
Śpiewał cudownie. Zmieniał frazę i tonację, świstał, gwizdał, niemal gulgotał. Jak w "Ptasim radio" Tuwima, tyle, że tam robiły to różne ptaki, a tu tylko ten jeden.
Po południu siedziałem na tarasie i rozmawiałem przez telefon. Spojrzałem pod nogi, a tam, na deskach, mój śpiewak. Teraz poznałem - kowalik. Z długim mocnym dziobem, z ciemną kreską przedłużająca oczy jak u jakiegoś japońskiego wojownika, z kremowym brzuszkiem, w błękitnoszarym fraczku. Leżał biedniutki i cichy z podkurczonymi nóżkami. Rozbił się o szybę, pewnie o okno na piętrze, skąd do Was piszę.
Pod tarniną, gdzie śpiewał, wykopałem głęboki dół. Bardzo poważna i czarna Buba patrzyła na mnie jak nigdy. Nie od dziś wyrzucam sobie, że dziwna jest ta moja wrażliwość. Jakby w innym miejscu leży ta dla zwierząt i przyrody, a w innym dla ludzi. Po Smoleńsku byłem przygnębiony, ale nie uroniłem łzy, a teraz, kiedy chowałem małego ptaszka, płakałem.
Płakałem nad jego nadzieją na piękne życie, nad niewinnością i krzywdą.
Rodzice są najważniejsi. Przed laty przeczytałem w "Polityce" wywiad z jakimś znanym amerykańskim profesorem psychologii. Mówił, że nikt nie ma takiego wpływu na człowieka. Podał zabawny przykład, który cytuję z pamięci, bo nie znalazłem tego numeru w internetowym archiwum:
Mój ojciec ma osiemdziesiąt trzy lata i niełatwy charakter. Pewno dnia zamyślony mówi głośno.Ja o swoich myślę codziennie. To nie jest żałoba, bo umarli już dawno, ale ciepłe wspomnienie. Mieszanka wdzięczności i wyrzutów, że nie byłem dla nich dobry.
- Jak ona mogła mi to zrobić!A potem opowiada o jakimś drobnym wydarzeniu, które miało miejsce przed 75 laty.
- Kto?
- Moja matka.
Przychodzi taki czas, kiedy relacje się odwracają. To my stajemy się bardziej odpowiedzialni, mądrzejsi, a oni jak dzieci.
Kiedy umierał Tata - trwało to parę miesięcy - troje rodzeństwa i Mama rozpostarliśmy nad Nim parasol miłości. Skończyło się jak musiało, ale nie wspominam źle tamtego czasu, tych codziennych wizyt, rozmów, pielęgnacji a potem samego odejścia. To było ciepłe długie pożegnanie.
Mój Miki miał wtedy dziesięć lat. W pewnej chwili poczułem, że jestem idealnie pośrodku. To samo uczucie wobec dziecka i bezradnego jak dziecko Ojca. Potem, gdy umarł, miałem w sobie nadmiar tkliwości. Jak karmiąca matka szukająca ujścia dla nadmiaru pokarmu.
Jest świetny, leśmianowski w klimacie, film pt. "Szósty zmysł". Ośmioletni Cole ma dar widzenia i słyszenia umarłych. Wychowuje go samotna matka, trochę rozchwiana emocjonalnie, z trudem sobie radząca. Zapamiętałem scenę w samochodzie, kiedy matka przekonuje się, że Cole rzeczywiście obcuje ze zmarłymi. I prosi, żeby przekazał odpowiedź od jej zmarłej matki, na pytanie, które często zadaje jej w myślach. A chłopiec mówi:
- Każdego dnia.To pytanie brzmiało:
- Czy jesteś ze mnie dumna?Bo wielu rzeczy brakuje, ale chyba najbardziej tego, że nie ma się komu się pochwalić. Zobaczyć tę dumę.
---------------------
Dosmucę jeszcze. Od rana pięknie śpiewał ptak. Był nieuchwytny i niewidzialny. Tarnina ostatnio zagęściła się mocno i mimo, że kilkakrotnie podchodziłem z aparatem, nie mogłem zrobić zdjęcia.
Śpiewał cudownie. Zmieniał frazę i tonację, świstał, gwizdał, niemal gulgotał. Jak w "Ptasim radio" Tuwima, tyle, że tam robiły to różne ptaki, a tu tylko ten jeden.
Będą ćwierkać, świstać, kwilić,Przez moment, kiedy śmignął gdzieś do góry (a latał bardzo szybko) zobaczyłem, że ma żółty brzuszek, nie tak intensywny jak bogatka, jaśniejszy.
Pitpilitać i pimpilić
Po południu siedziałem na tarasie i rozmawiałem przez telefon. Spojrzałem pod nogi, a tam, na deskach, mój śpiewak. Teraz poznałem - kowalik. Z długim mocnym dziobem, z ciemną kreską przedłużająca oczy jak u jakiegoś japońskiego wojownika, z kremowym brzuszkiem, w błękitnoszarym fraczku. Leżał biedniutki i cichy z podkurczonymi nóżkami. Rozbił się o szybę, pewnie o okno na piętrze, skąd do Was piszę.
Pod tarniną, gdzie śpiewał, wykopałem głęboki dół. Bardzo poważna i czarna Buba patrzyła na mnie jak nigdy. Nie od dziś wyrzucam sobie, że dziwna jest ta moja wrażliwość. Jakby w innym miejscu leży ta dla zwierząt i przyrody, a w innym dla ludzi. Po Smoleńsku byłem przygnębiony, ale nie uroniłem łzy, a teraz, kiedy chowałem małego ptaszka, płakałem.
Płakałem nad jego nadzieją na piękne życie, nad niewinnością i krzywdą.
Etykiety:
nostalgia,
ptaki
3 komentarze
wtorek, 18 maja 2010
Milkliwość
Powódź w Bladensburgu (14 maja 1921)
Naprawdę rok jest szczególny. Nie umilkły dzwony pogrzebowe, a nadciągnął wulkaniczny pył. Nie opadł jeszcze, a przyszła wielka woda.
Nie wypada w takim czasie żartować lub pisać o sobie. A jeszcze ta cała polityka. Stąd moja milkliwość.
Pamiętam wielką powódź sprzed trzynastu lat. Uwierzyłem wtedy w moralną potęgę sieci. Internet był jeszcze wydzwaniany. Całą noc blokowałem telefon i śledziłem na jakiejś krakowskiej stronie (chyba Sonika) wpisy ludzi z całego Południa Polski. Tam były relacje, co się dzieje, gdzie jaki most pada i jaką miejscowość zalewa. Było też organizowanie pomocy. Ktoś z Opolszczyzny prosił o latarki, po chwili ktoś z Warszawy zgłosił, że ma, ale nie ma jak przesłać, za moment ktoś napisał, że jedzie tam z pomocą i może zabrać. To było wzruszające.
Widać wyraźnie, o ile sprawniejsze mamy państwo, bo dziś już ta samoorganizacja społeczeństwa nie jest tak potrzebna. Są instytucje.
Wzruszeń w internecie trzeba szukać gdzie indziej. Choćby w Słowobrazie. Poszperajcie tu trochę i poczekajcie chwilę, niech trochę opadnie woda.
Naprawdę rok jest szczególny. Nie umilkły dzwony pogrzebowe, a nadciągnął wulkaniczny pył. Nie opadł jeszcze, a przyszła wielka woda.
Nie wypada w takim czasie żartować lub pisać o sobie. A jeszcze ta cała polityka. Stąd moja milkliwość.
Pamiętam wielką powódź sprzed trzynastu lat. Uwierzyłem wtedy w moralną potęgę sieci. Internet był jeszcze wydzwaniany. Całą noc blokowałem telefon i śledziłem na jakiejś krakowskiej stronie (chyba Sonika) wpisy ludzi z całego Południa Polski. Tam były relacje, co się dzieje, gdzie jaki most pada i jaką miejscowość zalewa. Było też organizowanie pomocy. Ktoś z Opolszczyzny prosił o latarki, po chwili ktoś z Warszawy zgłosił, że ma, ale nie ma jak przesłać, za moment ktoś napisał, że jedzie tam z pomocą i może zabrać. To było wzruszające.
Widać wyraźnie, o ile sprawniejsze mamy państwo, bo dziś już ta samoorganizacja społeczeństwa nie jest tak potrzebna. Są instytucje.
Wzruszeń w internecie trzeba szukać gdzie indziej. Choćby w Słowobrazie. Poszperajcie tu trochę i poczekajcie chwilę, niech trochę opadnie woda.
niedziela, 16 maja 2010
Dosyć tej wiosny
Nie, zdecydowanie nie rozpieszcza nas ta wiosna. Najpierw długo śniegi, a kiedy wreszcie nastała, Smoleńsk i cała bieda. Nawet nie pamiętam jaka wtedy była pogoda. Na pewno od kilkunastu dni zimno i mokro, a słońca w tym czasie ledwie parę godzin. Nie, nie jest to wiosna, o której pisał Dygasiński:
Razi mnie ta niewyszukana, potocznie zwana zieloną, która przywarła do liścia pęcherznicy. Zaiste przyszedł mi honor w szlachetnym się przeglądać zwierciadle. Na jej zielonym odwłoku, który kto wie czego dotykał, można ujrzeć sylwetkę Waszego korespondenta.
Z fotografowaniem kwiatów to jak z kobietami. Czasem trudno ogarnąć całokształt, wystarczy pokochać detal, Na przykład ta azalia wydziela subtelny, bliski męskiemu sercu, zapach piwa. Żadnego tam piwa pasteryzowanego i z butelki. Ono jest z beczki, z delikatną pianą, przed chwilą zdmuchniętą. Pite w ogródku, gdzie obok grają w kręgle i słychać ludową kapelę.
Dość mam tej wiosny. Lato, lato, echże ty!
Było to w maju, wiosna napełniała powietrze balsamiczną wonią pękających drzew.Już prędzej można by o niej powiedzieć:
Panna nie była może młoda, piękna ani majętna, ale co było robić, skoro w pobliżu nie było innej.Kwiaty za to są zbyt piękne. W swojej urodzie tak banalne, że fotografowanie ich staje się jałowe. Chyba, że znajdzie się szczególny powód. Gdy wczoraj na godzinę zaświeciło słońce, z zakamarków wyleciały owady. Owad na kwiecie to wydarzenie estetyczne. Na przykład ta błonkoskrzydła istota na astrze wcale nie razi, pasuje.
Razi mnie ta niewyszukana, potocznie zwana zieloną, która przywarła do liścia pęcherznicy. Zaiste przyszedł mi honor w szlachetnym się przeglądać zwierciadle. Na jej zielonym odwłoku, który kto wie czego dotykał, można ujrzeć sylwetkę Waszego korespondenta.
Z fotografowaniem kwiatów to jak z kobietami. Czasem trudno ogarnąć całokształt, wystarczy pokochać detal, Na przykład ta azalia wydziela subtelny, bliski męskiemu sercu, zapach piwa. Żadnego tam piwa pasteryzowanego i z butelki. Ono jest z beczki, z delikatną pianą, przed chwilą zdmuchniętą. Pite w ogródku, gdzie obok grają w kręgle i słychać ludową kapelę.
Dość mam tej wiosny. Lato, lato, echże ty!
Etykiety:
flora,
żart liryczny
0 komentarze
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































