Pokazywanie postów oznaczonych etykietą flora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą flora. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2015

Tajemnice niewielkiej przyrody

Kiedy robiłem to zdjęcie wydawało mi się, że osiemsetna część sekundy wystarczy, żebym uchwycił ją w locie. Daremnie, ale i tak wygląda ekscytująco.

Za to, kiedy przysiadła na kwiecie lawendy, odnalazłem secesyjny układ żyłek na jej błoniastym skrzydełku.
Piszę "ona", a nie wiem, czy to była pszczoła, czy trzmiel, podobnie jak nie wiem, co to za pierzaste nasiona plotkują w lawendzie.
Wielka jest siła uczucia. Skąd się tu wziął ten ślimak brzuchonogi? Czy wspinał się aż półtora metra po wąziutkiej łodydze zawilca japońskiego, czy wszedł jeszcze do pąka? Wierny jest na pewno, bo kwiat najwyraźniej przekwita, a ten czule wtulił się w kąt. W dodatku starożytne musi mieć pochodzenie, ponieważ wzór na muszli pokazuje deltę Nilu z czasów faraonów.

Zaprawdę, pełna wielkich tajemnic jest niewielka przyroda.

piątek, 15 sierpnia 2014

Marsz ubezpieczony

Lata przyjaźni i nieprzerwanej bliskości sprawiły, że pies stał się przedłużeniem moich zmysłów. Choćby dziś rano w lesie. Spomiędzy gałęzi padały ukośne promienie, wstający opar budował pochyłe kolumny, a my szliśmy między nimi w milczeniu.
Las - wysokie pokoje
myśli podniosła
coś i nie warto było
Kto służył w piechocie, wie co to marsz ubezpieczony. Buba służyła za szpicę. Oj nie mógł, nie miał prawa, pojawić się na drodze żaden drapieżca.

Nagle zatrzymuje się na rozstaju i wzrokiem pyta, którą stronę świata weźmiemy. "Prowadź, prowadź do domu!" - mówię. Dwa razy, bo raz zmysłom jest za mało.

Lato już się przełamało (kto pamięta tamtą rozmowę?) i już można powiedzieć, że rok mamy urodzajny. Wszystkiego dwa, trzy razy więcej. Gęsta trawa i owoców niejadalnych zatrzęsienie. Licznie czerwieni się osnówka cisa, różowieją korale kaliny i jak nigdy porodziła tarnina. lglaki najbujniejsze, bo lekka zima nie przerwała ich wzrostu. I drzewa liściaste obfite.

Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma. To właśnie moment, kiedy człowiek nie ma  już ogrodu, bo ogród wziął go w posiadanie.

wtorek, 13 maja 2014

Żaba o zachodzie słońca

Było po wpół do siódmej, jeszcze przed chwilą padał wiosenny deszcz i wtedy na szybie zobaczyłem promień. Miał właściwy kolor i był ukośny: trzeba zrobić zdjęcie!
 
W każdej chwili słońce mogło zajść. Kiedy znalazłem aparat, za grosz nie miał pamięci. Schodami górę, w dół na złamanie karku. Wszystko na nic, zaszło! Nie, to tylko strzęp deszczowej chmury. Pojaśniało:
Jeszcze przez konary błysnęło jako świeca przez okiennic szpary... 
Przykucnąłem pod czarną sosną, położyłem aparat na trawie. Za nisko, żeby patrzeć w wizjer - na ślepo obracałem obiektyw ku górze.
 
Tak widzi mój dom żaba o zachodzie słońca. To wysokie okno - stamtąd wysyłam  listy. Niżej kalina, co właśnie zbiera się do kwitnienia, bliżej brzoza, której jednak nie ściąłem. Po lewej korkowiec, za którego ścięcie zapłaciłbym najwięcej. Za nim kolczasty parasol oliwnika, a dalej już jedna zieleń: gnomowaty świerk wyrzucony z arboretum w Rogowie (okazał się pięknym księciem), tajemnicza i romantyczna daglezja znad Soliny oraz najobfitsza - druga brzoza - którą kupiłem przecenioną, gdy wybiedzona i krzywa budziła litość pod płotem.
 
Odpłaciła, bo drzewa odpłacają. Nie chodzi o żadne nawozy i pielęgnacje, ale o miłosne codzienne spojrzenie i ciche słowo rzucone przelotem. Słowo daję!

sobota, 29 września 2012

Złoty sitarz


Przed dwoma laty gmina niebotycznie podniosła cenę za odprowadzanie ścieków (liczy je po ilości zużytej wody i nie pozwala na drugi licznik do ogrodu). Dlatego całkowicie zrezygnowaliśmy z podlewania trawy. Co dwa tygodnie tylko ją koszę i pozwalam, żeby rosło wszystko, byle nisko.

I co? Zielono mi i puszysto. Wśród trawy dywany płożącej się koniczyny drobnolistnej, gdzieniegdzie mech lub babka. Z rzadka wypalone niewielkie kręgi (to z powodu Buby - za rok będą to najbujniejsze kępy trawy). Czasem jakiś kwiat łąkowy.

A dziś zobaczyłem pod krzakiem berberysu dwa kapelusze maślaków złote. To sitarze. Owszem zdarzały się w ogrodzie psiaki, ale nigdy grzyb jadalny. Traktuję je jako nagrodę od natury za ekologiczny trawnik. Jutro zrobię z nich zupę*.

Mickiewicz opisując pośledniejsze gatunki grzybów w „Panu Tadeuszu” najpierw wspomniał o sitarzu, ale potem skreślił te dwa wersy, bo jakoś mu nie pasowały (tu powinienem dać nawias i kreseczki, czy jakoś tak, że to niby żart, ale nie lubię pisma klinowego).
Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku
Dla szkodliwości albo niedobrego smaku;
lecz nie są bez użytku, one zwierza pasą
I gniazdem są owadów i gajów okrasą.
Na zielonym obrusie łąk, jako szeregi
Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi
Surojadki srebrzyste, żółte i czerwone,
Niby czareczki różnym winem napełnione;
Koźlak, jak przewrócone kubka dno wypukłe,
Lejki, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,
Bielaki krągłe, białe, szerokie i płaskie,
Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,
Ówdzie błyszczący sitarz jako maselniczka
(Mówią, że w nich rusałka przegląda swe liczko)
I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona
Purchawka, jak pieprzniczka - zaś innych imiona...

* Gdybym wszakże był w błędzie i źle rozpoznał gatunek, będę pisał do Ciebie, Czytelniku z Czarnego Lasu.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Berżenicki idzie

Słońce zachodzi, a ja idę z Bubą ulicą Indyczą. Napływa przedwieczorne powietrze i niesie miły zapach kopru. Skręcamy w Karmazynową. Tu już inna, ostrzejsza, ale pokrewna woń. Znam ją ze szkolnych czasów: wino „patykiem pisane” – wielka legenda PRL. Nazywano je też „winem marki wino” „jabolem” albo „pepe”. Najchętniej spożywane w temperaturze otoczenia i w romantycznej scenerii Parku Saskiego lub na murach Barbakanu.

Na opuszczonej działce (tu ratowałem kiedyś jednookiego Hektora) fermentują jabłka spadłe z olbrzymich, sześćdziesięcioletnich jabłoni. Od miesiąca, kiedy przechodzę tędy rano i wieczorem, uderza w ziemię przynajmniej jeden owoc. Po tygodniu pomyślałem, że za często, musiałyby ich spaść tysiące. „Spadają akurat przy mnie. Jakiś znak – na pewno wypomnienie tych grzechów młodości?”

Oświeceniowe sumienie nakazuje mi jednak sprawdzić. Szacuję jabłkowy dywan, wyznaczam wzrokiem metr kwadratowy i liczę. Wychodzi mi około 30. Wielka korona ma w zasięgu około 70 metrów. Cztery jabłonie to około 300 metrów kw., więc jest tu 9 tys. owoców! Przechodzę 2 minuty, czyli na dobę powinno spaść około 700 jabłek. 700 szt. x 30 dni = 21 tys. jabłek. Może nie spadają w nocy? Tak czy owak przesadziłem. Niemożliwe, żeby tyle rodziły, ale przyjmuję, że się zgadza, bo chcę grzeszyć dalej.

Nie są piękne, nie za duże i każde z jakąś skazą – pieprzykiem, ale nie robaczywe i z delikatnym rumieńcem. Wyciągam z torby aparat i wybieram owoc oświetlony ukośnym słońcem, wykonuję kilkanaście zdjęć, rozglądam się i szybko zrywam.

Tak, dziś nikt ich nie kupi. W supermarketach jabłka są standaryzowane: wszystkie tego samego kształtu, gładsze i słodsze. To jednak smakuje mi młodością, nawet dzieciństwem. Jakiś sad, jakaś furka, gdzie leżą wyłożone na słomie. Na końcu delikatna cierpkość narodowa. „Po polsku smakują” – mówię sobie i od razu się wzruszam – sentymentalny złodziej jabłek.

Idę już Kogucią, pogryzam, wspominam. Pół kroku za mną drepcze Buba, która czeka na swoją dolę. Leżącego na ziemi jabłka nie tknie, ale nadgryzione przez pana, choćby i cieniutki ogryzek, jest przysmakiem.

Po prawej stronie Papuziej jest pole, na którym znów zaorano mizerny rzepak i Buba wbiega między świeże bruzdy. Odprawia swoje pogańskie obrzędy – świadectwo zapisanej w genach tęsknoty za stepem. Coraz wcześniej zachodzi słońce – mrużę oczy. Jesień idzie, nie ma na to rady.

Zgrana szajka wraca szczęśliwa. Jakby obrobili jakiś bank, a oni tylko skradli jabłko
--------------------------------------------------------

Szukam w internecie starych polskich odmian jabłoni i znajduję podobne owoce. Opis też się zgadza. Ananas Berżenicki - letnia odmiana wyhodowana na Wileńszczyźnie (w Berżenikach) i rozpowszechniona w całej Polsce międzywojennej. Więc nie pomyliłem się z tym chłopskim wozem i łzą.

Chciałem dać tamtą piosenkę o jesieni, ale żeby nie przesłodzić, wybieram jej wariację, autorstwa Artura Andrusa. Odpowiada mi ten styl: liryka w delikatnych oparach autoironii i groteski.

Skoro Kopernik była kobietą, to jesień może być mężczyzną. Powiedzmy, że tego roku nazywa się Wiesław Berżenicki.

sobota, 18 sierpnia 2012

Muszę to zrobić

Każda okazja jest dobra, żeby pokazać piękny i przejmujący wiersz, a smutna okazja zwłaszcza: postanowiłem ściąć brzozę.

Serce mnie boli, ale muszę to zrobić. Dziś jeszcze jest do ogarnięcia, ale za parę lat to ona weźmie ogród we władanie. Okryje cieniem inne drzewa, krzewy i rabatki, a liśćmi zamuli rynny. Pisałem o niej - przywieźli mi chudzinkę z gołymi korzeniami. Przez pierwsze lata miała tyle liści, ile dziś na jednej gałęzi, a jednak ukorzeniła się i od dwóch lat kwitnie. Jest piękna, a byłaby wspaniała.

Wspominał tu przed trzema laty Kowarski scenę z filmu Szukszyna („Kalina czerwona”), jak powracający na wolność recydywista tuli się do pnia brzozy. I ja trochę rozmawiam z nimi. Nie codziennie, raczej półgębkiem i krótko. Teraz, jak tamten towarzysz Горечь, przytuliłem się i spłynął na mnie ten wiersz Świrszczyńskiej. Przytaczam go z pełną świadomością i pokorą - sytuacja jest inna - ale żal, uwierz mi, ten sam.

To była świetna poetka, podobnie jak Miłosz uważam, że najlepsza.
Muszę to zrobić
mój bardzo miły, muszę cię pożegnać.
muszę odejść
i znów będę sama.
odbiorę ci moje ciepło, splątane z twoim
w uścisku
sennego szczęścia.
nie będzie to łatwe. zrosły się oba
i będą się bronić
przed tym rozdarciem,
jak dwoje zwierząt przed śmiercią.
przerażone, głupie i piękne
będą walczyć jak o życie.
o swoje prawo
nocy.
muszę cię odtrącić, mój miły,
choć jestem ci potrzebna,
i odejść tam,
gdzie nie jestem potrzebna nikomu.
muszę strzelić ci w serce,
choć mnie błagasz o litość,
i sobie strzelić w serce,
choć tak bardzo się boję.
nikt z ludzi
tego ode mnie nie żąda.
a jednak muszę to zrobić.
Anna Świrszczyńska

wtorek, 7 sierpnia 2012

Zadbał Ktoś


Pisałem przed rokiem o tygrysówce pawiej (Wśród kwiatów Laura). Piękno powszednieje: kiedy od końca lipca co jakiś czas rozwijał się i tego samego dnia gasł kolejny kwiat, nawet nie podchodziłem.

Wczoraj dojrzałem pąk inny niż zwykle - smukły, zapięty pod szyją i amarantowy, a dziś rano przez zalaną deszczem szybę zobaczyłem Ją, może ostatnią. Pomyślałem, że jeśli nie wyjdę i nie zrobię zdjęcia, to już zupełnie daremne będzie krótkotrwałe piękno.

Była tak cudna, że wyniosłem drabinę i żeby jak najmniej było zniekształceń, fotografowałem przez teleobiektyw.

Zrobiłem parę zdjęć w deszczu i wtedy zza chmur wyjrzało słońce. Zadbał więc Ktoś, żeby wszystko odbyło się według reguł dramaturgii. Ja miałem dać świadectwo.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Ta łza

W sierpniu chłopaki ze "Stajni" powyjeżdżali gdzieś w kibini mater, a ja zalegałem w mieście u Matki, czytając "Panny z Wilka".
Od Wiktora, głównego bohatera, byłem młodszy o kilkanaście lat, więc nie musiałbym wczuwać się w smutek wspomnień.
Z niezrozumiałych jednak powodów, bo przecież nie byliśmy odpowiedzialni, każdy z nas ścigał się wtedy do odległej smugi cienia, która mogła wyłonić się dopiero po czterdziestce, gdy człek podjął wreszcie jakieś zobowiązania.
Dlatego chociaż słońce stało wysoko, a młodość dopiero nabierała soków, ten przedwczesny smutek nie był nam obcy.
Ołówkiem podkreśliłem zdanie "Lato się we mnie przełamało", chciałem nawet zacytować w liście do Michała, ale zrezygnowałem, bo nie do końca wiedziałem, co autor chciał powiedzieć. Nie miał mi kto wytłumaczyć, a nie było wtedy Internetu.
I do dzisiaj bardziej przeczuwam to zdanie, niż pojmuję.
Tak pisał Kowarski w komentarzu do postu Nieustające uwielbienie. Rzeczywiście, sens zdania się przeczuwa, ale dosłowny zrozumie się tylko takiego dnia jak dzisiejszy, kiedy po chłodnej nocy zaświeci mocniej ukośne słońce i nagle przychodzi tęsknota za tym, co chociaż trwa jeszcze, to wiesz, że odchodzi. Na przykład za latem.

Adam Asnyk jest poetą niedzisiejszym. Podkpiwałem sobie z niego kiedyś, ale przecież napisał kilka wzruszajacych wierszy. Pan Bouszek opowiadał,  jak jego ojciec, znany filolog, śmiał się, że słynny wiersz Gdybym był młodszy... poeta pisał w wieku 30 lat:
Gdybym był młodszy, dziewczyno,
Gdybym był młodszy!
Piłbym, ach, wtenczas nie wino,
Lecz spojrzeń twoich najsłodszy
Nektar, dziewczyno! (...)
Dla mnie najbliższa zawsze była Łza. Wynika to może z modelu miłości, jaki ułożył się kiedyś w młodej głowie. Kto wie, czy nie pod wpływem Dostojewskiego, a dokładnie myszkinowskiego “kochania żałością”.

Pomyślałem o niej właśnie dzisiaj, kiedy zobaczyłem tę kroplę rosy na płatku warszawianki (powiększ, widać w niej mój ogród). Pomyślałem: muszę właśnie teraz, póki nie obeschła, powiedzieć o łzie  i zacytować ten wiersz.
Lato się we mnie przełamało.
Ta łza 
Ta łza, co z oczu twoich spływa,
Jak ogień pali moją duszę,
I wciąż mnie dręczy myśl straszliwa,
Że cię w nieszczęściu rzucić muszę.
Że cię zostawić tak znękaną
I nic z win przeszłych nie odrobię -
Ta myśl jest wieczną serca raną
I ścigać będzie jeszcze w grobie.
Myślałem, że nim rzucę ziemię,
Twych nieszczęść szala się przeważy,
Że z ramion ciężkie spadnie brzemię
I ujrzę radość na twej twarzy.
Lecz gdy los na to nie dozwoli,
Po cierniach w górę wciąż się wspinaj,
A choć winienem twej niedoli,
Miłości mojej nie przeklinaj!

wtorek, 2 sierpnia 2011

Mój podwójny kosmos

Nie uważała pszczoła i utknęła na zawsze, gdzieś pomiędzy purpurą, fioletem i ametystem. Jej koleżanki dawno śpią w ulu, a ona zostanie tu na zawsze, żeby sławić błogo czarowny świat barw.

Kwiat jest mój ulubiony (występowal tu raz i drugi). Nazywa się kosmos podwójnie pierzasty lub onętek. Lud nie bacząc na to, że roślinka pochodzi z Meksyku, nazywa ją niepoprawnie i słodko warszawianką.

Powszechnie wiadomo, że nie jestem święty. Wysłałem to zdjęcie do paru pań z przyrodniczą propozycją. Nie, nie obraziły się, bo wiedzą, że żartuję, a zdjęcie mnie obroni:
No bo gdybyś kiedyś chciała, to Ty mogłabyś być jak ten onętek, a ja jak ta pszczółka. Albo, jeśli lubisz, to odwrotnie. Psiakrew, nic lepszego nie wymyślę.

niedziela, 24 lipca 2011

Wśród kwiatów Laura

Wszystkim Annom i Hannom, które tu trzymają quorum, z prośbą, by jakiś czas nie oziębiały jeszcze wieczorów i ranków.
Na ogół nieczuły jestem na kwiaty, bo z natury człowiek leśny. Mam na moim spłachetku parę tylko drzew i każde pieszczę, rozmawiam po cichu i z każdym wiąże mnie tajemna niekiedy anegdota.

Kwiaty to domena Żony. Przywołany do zachwytu, czasem coś bąknę, że owszem, że niebrzydkie...

O niej jednak muszę napisać, bo równie nadobna jest, co nietrwała. Jakie to niesprawiedliwe: ta smukła, ognista Latynoska (pochodzi z Peru) żyje tylko jeden dzień. Może dlatego jest trochę bezwstydna.

Kiedy wyjeżdżałem na spacer, jeszcze się przebierała. Wróciłem znad stawu i zobaczyłem Piękną. Nazywa się Tigrida Panonia, czyli Tygrysówka pawia. Wieczorem zwiędnie.

Pomyślałem: Petrarca. (Po latach ułożyłem książki i nareszcie widzę je wszystkie.) Pomyślałem, sięgnąłem po gruby tom i otworzyłem. Patrzę, sonet 350. Cud jakiś, pasuje jak ulał. Choćbym dzień cały wertował te dziewięćset stron, nie znalazłbym nic bardziej stosownego.

Przeczytaj, proszę, powoli i z namysłem. Oddaj hołd pięknu, co bezpowrotnie przemija i miłości, która przyobleka kształty nowe.
Owa rzecz ziemska, krucha i nietrwała
Niczym wiatr i cień, co pięknem jest zwana,
Nigdy nie była wcześniej oczom dana
W jednej postaci, co mnie ból zadała.
Bo nie powinna i nie chce Natura
Jednemu dawać, innym zabierając,
a tak zrobiła, jej cały blask dając
- niech mi wybaczy, jeśli piękna która.
Nie było nigdy równej jej piękności,
Nigdy się więcej podobna nie zrodzi,
Chociaż zbyt skryta, by świat mógł ją cenić.
Szybko odeszła; teraz mej miłości
W kształt bardziej wzniosły przyoblec się godzi
I żądze ziemskie w świątobliwe zmienić.
Francisco Petrarca, Sonet 350., tłum. Monika Woźniak

wtorek, 26 kwietnia 2011

Malaika

Bez grudki ziemi między korzeniami przywieźli robotnicy tę chudzinę - brzozę wykopaną w odległym lesie. Jednak przyjęła się i po sześciu latach po raz pierwszy kwitnie. To moja drabina Jakubowa. Za mało we mnie pokory, zbyt daleko odszedłem od powszechnej drogi i już tylko tak mogę się wspinać do nieba.

Niektórzy teologowie powiadają, że drabina Jakuba nie dla człowieka jest, lecz dla aniołów, którzy schodzą do nas.

W takim razie mój pochodzi z Tanzanii i ma na imię Malaika (anioł w języku suahili). Jestem pewien, że tej wiosny schodzi do mnie powoli, powoli i śpiewa o miłości. Ta piękna ballada (1965) w wykonaniu Harry’ego Belafonte i Miriam Makeba, ozdobiona akwarelami Musy Khali wzrusza mnie i upewnia, że to stamtąd, z Afryki, pochodzimy i tam 200 tys. lat temu żyła nasza pramatka.

Żeby oddać cześć googluję pramatkę Ewę i w portalu katolik.pl znajduję gotową modlitwę:
Święta Ewo, ty na początku uległaś pokusie złego i namowom do grzesznego czynu sprzeciwiającego się miłości bożej i przez to przyszło na świat zło które i mnie obecnie trapi. Widzisz że ja teraz jestem w podobnym stanie, módl się za mną i wstawiaj u Boga abym nie popełniła twego błędu i nie popełniła grzechu do którego mnie kusi i abym nie wprowadziła nowego zła w ten świat.
Czytam i trudno mi zrozumieć, więc z pogańska przytulam się do mojej brzozy i szepczę: niczym nie zgrzeszyłaś Malaika.* 

* Film jest chroniony prawami autorskimi i dlatego można go obejrzeć tylko w Youtubie.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Wiem kim zostać chcę

Sprawiedliwości nie ma, bo choć sam byłem synem marnotrawnym, zamiast być pokaranym, dziecko mam pełne cnót i talentów. W dodatku kochane.

Były, były życia zakręty, drogim Rodzicom niejedną łzę i siwy włos przysporzyłem, bo w tamtych czasach ludzie bywali konkretni i prostolinijni. Młodsze rodzeństwo szło prostą drogą: brat jest lekarzem, siostra bankowcem. Ja rozpoczynałem studia na cybernetyce i po 10 latach skończyłem polonistykę. W dodatku niby artysta, a długi czas tzw. prywatna inicjatywa i teraz na swoim. Zawsze w rozkroku, na pograniczu świata konkretu i krainy marzeń. W żadnym nie zadomowiony i niczego pewny. “Właściwie to nie wiem, czym ty się naprawdę zajmujesz” - mawiała Mama. Rzeczywiście, jakaś reklama, jakieś usługi wydawnicze i graficzne, niby agencja reklamowa, ale bez tych wszystkich accountów i copywriterów, niepoważne jakieś.
Rano kiedy chodzę z psem i tropimy słońce: miedzy drzewami, w kielichach kwiatów, na lądzie, w powietrzu i na wodzie, mam nastawienie absolutnie poważne. Robię to wszystko z pieczołowitością, której coraz bardziej mi brak w życiu zawodowym. Już chyba nie stoję w rozkroku. Chyba leżę. Jak chociażby dzisiaj w ogrodzie. Takiego zobaczyli mnie sąsiedzi spacerujący osiedlową uliczką. Zaintrygował ich odgłos aparatu, spojrzeli za płot, a tam ja polegiwałem pod niepozornym żółtym szafrankiem.
Wcześniej byłem nad stawem i starałem się zrobić zdjęcie ponad latającą mewą. Jak? Nie powiem, bo profesjonalistów obowiązuje tajemnica zawodowa. Podziwiajcie tylko jak cichym i doskonałym schodzi lotem.

Pomyślałem, że właśnie od tego jestem, to jest mój zawód prawdziwy, choć bezpłatny i bezinteresowny: tropić słońce, ptaki i rośliny. Pisać o tym i cieszyć się razem z tymi, którzy przychodzą to oglądać i czytać.

Późno, bo późno, ale już wiem, kim zostać chcę. Gdybym umiał śpiewać, zaśpiewałbym o tym Rodzicom. Zaśpiewajcie, proszę, za mnie. Razem z Georgesem Brassensem i Patachou (piosenka z roku 1953). Śpiewać proszę dopiero jak skończy Brassens, w drugim wejściu Madame P. - gdzieś około 1:29.
Mamo, Tato, nie, już nie martwcie się
Mamo, Tato ja wiem kim zostać chcę
patrzyłbym jak jak rośnie kwiat
słońca złoty klin
patrzyłbym, jak lata ptak
ja razem z nim
Mamo, Tato wiem, wiem, że późno już
Mamo, Tato, koniec życiowych burz
to poważne bardzo jest
tym razem żadna gra
Maman, Papa, Maman, Papa.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Stołówka "Spinoza"

Przyszedłem na groblę i zawołałem, a one nadleciały od tyłu i osiadły przede mną na świetlistym pasie wytyczonym przez niskie słońce. Poza rybami została mi na stawie tylko ta para krzyżówek.

Oboje są bardzo młodzi i nieśmiali. Zwłaszcza ona: jej strefa bezpieczeństwa jest przynajmniej o metr większa niż jej nadobnego partnera. Rzucam im okruchy na zmianę: w lewo i w prawo. Gdybym rzucał w jedno miejsce, jadłby tylko on, bo ma serduszko kacze: waleczne, lecz mało rycerskie.
Hovawart Buba
Buba obchodziła wczoraj 5 rocznicę wstąpienia w nasze progi i z tej okazji dostała spory kawałek sękacza (za sękaczem psy gotowe iść na Spitsbergen).

Pamiętam jak szedłem tamtego dnia wieczorem z czteromiesięczną ślicznotką i jej straszliwy atak na dynię postawioną na przydrożnym kamieniu.
To pora, kiedy wznawia działalność stołówka Spinosa (Prunus spinosa to łacińska nazwa tarniny). Pierwsi pensjonariusze to bogatki, modraszka (w środku) i mazurki (czekają w kolejce). Jest jeszcze ktoś, kto skrycie podbiera wyłożone w karmniku orzechy, które zebrałem z pobliskich drzew. Podejrzewam, że to sójka pocieszycielka, bo myszkowała niedawno na dachu.

W połowie listopada mam zamówić w Ustroniu słonecznik niełuskany (1,70 zł kilogram). Zakupiliśmy też jabłka (0,99 zł), bo wczoraj nad ranem widziałem nocujące w tarninie dwa drozdowate.
W rogu ogrodu berberys Thunberga gra na wszystkich tonach purpury. To ostatnie żywe kolory jesieni.
Ach ten dzień w kolorze śliwkowym berberysu i głogu ma smak...

---------------------
Słowobraz powoli wchodzi do realu. 26 listopada odbędą się Zaduszki poetyckie. Szczegóły wkrótce.

wtorek, 21 września 2010

Niełatwa jesień

Niełatwo, oj niełatwo wytrzymać z jesienią. Bo to wariatka jest. Od rana całe dnie trudni się ułudą.
Gdy zaczyna docierać do niej prawda, załamana popada w melancholię i potem leczy się poezją.
Póki złotawa, pół biedy, ale przecież opada liść i jasno widać rozpacz listopadowej egzystencji.
Co począć z taką jesienią? Jedynie chyba przysiąść i powspominać jak to było wiosną i latem.
-------------------------------

Dziś rano z Bubą wyjechaliśmy do lasu po Leśniczego (on naprawdę nie jest leśniczym, ale Bubie trudno to zrozumieć). Mam nowy telefon i nim właśnie robiłem te zdjęcia na odcinku kilkuset metrów przy drodze co się nazywa Aleja załogi samolotu Kościuszko (tu się rozbił w 1987 r., zginęły 183 osoby).  Na samym końcu alei, tam gdzie kończy się perspektywa na zdjęciu drugim, jest na polanie mały pomnik i krzyż. Zawsze przechodziłem tamtędy z lekką trwogą, zwłaszcza po zmroku, a dziś spojrzałem na ten krzyż z czułością, bo zobaczyłem jaki skromny jest i cichy. Chrześcijański.

sobota, 31 lipca 2010

Doniesienie o jesieni

Donoszę Drogi Czytelniku, że nieznaczne, ale już są. Zaczęło się wczoraj. To było na stałym szlaku moich spacerów. Zawsze brałem tę kępę drzew za brzozy podfruwajki. Tymczasem, gdy pod wieczór schroniłem się w tym zagajniku przed ulewą, zobaczyłem, że kora drzewek wcale nie jest biała, lecz ciemnozielona i gładka. Liście wprawdzie sercowate, ale krawędzie lekko postrzępione. To były buki. Kiedy to zrozumiałem, dopadła mnie jesienna tęsknota za górami. Bo tam buczyna jest najpiękniejsza.
W górach jest wszystko co kocham
Wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą mnie klony za wnuka
Jerzy Harasymowicz
Dziś od rana tropiłem z nosem przy ziemi i znalazłem. Jeden z cisów skrywał przede mną mięsistą osnówkę, która zwykle dojrzewa we wrześniu lub w październiku.
Korkowiec, który ledwo co wypuścił liście, powoli je zaczyna zrzucać dezerter
i winorośl upojna pokątnie się czerwieni.
Wieczorem kaczki krzyżówki spływają w zarośla melancholijnie,
a z kaliny wypełza północnica, co w długie jesienne noce nie daje spać chłopakom.
Dobranoc

czwartek, 27 maja 2010

Milczący jaskier

Na stawach pusto i smutno. Wyginęły lub przeniosły się gdzieś kaczki. Jeszcze parę tygodni temu pokazywałem uroczą parę krzyżówek, a teraz widzę tylko dwa daremnie kolorowe samce wylegujące się na pomoście. Po uroczych łyskach - zeszłorocznych diabełkach, ani śladu. Myślę, że to przede wszystkim efekt ostrej zimy. Lód skuł mocno taflę i nie było pożywienia. W dodatku po lodzie łatwiej się można było dostać drapieżnikom. Skorzystali z niego też gospodarze i od strony stawu bezdusznie wycięli krzewy oraz gałęzie drzew kładące się nad wodą - naturalną osłonę dla ptaków wodnych.

Najbardziej lubię o ptakach, ale większość już opisałem, a poza tym narodek to skryty i w podglądzie niełatwy. Słońce i drzewa wbrew pozorom są nudne. Pozostaje mi poszycie ogrodowe i leśne, bo tu cały czas coś się dzieje. Dziś zachwyciły mnie jaskry, które od połowy maja nadają łąkom złocisty poblask. Te wyrosły w najwilgotniejszym miejscu trawnika, gdzie po deszczu stoi woda. Omijam je kosiarką.

Łacińska nazwa jaskra brzmi Ranunculus i bierze się od nazwy małej żaby (ranuncula).
- Czy nazywają cię żabką, bo lubisz wodę, czy od kształtu owoców?
Mruży oczy w słońcu i nic nie mówi.

Odrobina poezji o milczeniu, a nawet wyniosłej obojętności roślin:
Jednostronna znajomość między mną a wami
rozwija się nie najgorzej.

Wiem co listek, co płatek, kłos, szyszka, łodyga,
i co się z wami dzieje w kwietniu, a co w grudniu.

Chociaż moja ciekawość jest bez wzajemności,
nad niektórymi schylam się specjalnie,
a ku niektórym z was zadzieram głowę.

Macie u mnie imiona:
klon, łopian, przylaszczka,
wrzos, jałowiec, jemioła, niezapominajka,
a ja u was żadnego.
(W. Szymborska „Milczenie roślin”)

niedziela, 16 maja 2010

Dosyć tej wiosny

Nie, zdecydowanie nie rozpieszcza nas ta wiosna. Najpierw długo śniegi, a kiedy wreszcie nastała, Smoleńsk i cała bieda. Nawet nie pamiętam jaka wtedy była pogoda. Na pewno od kilkunastu dni zimno i mokro, a słońca w tym czasie ledwie parę godzin. Nie, nie jest to wiosna, o której pisał Dygasiński:
Było to w maju, wiosna napełniała powietrze balsamiczną wonią pękających drzew.
Już prędzej można by o niej powiedzieć:
Panna nie była może młoda, piękna ani majętna, ale co było robić, skoro w pobliżu nie było innej.
Kwiaty za to są zbyt piękne. W swojej urodzie tak banalne, że fotografowanie ich staje się jałowe. Chyba, że znajdzie się szczególny powód. Gdy wczoraj na godzinę zaświeciło słońce, z zakamarków wyleciały owady. Owad na kwiecie to wydarzenie estetyczne. Na przykład ta błonkoskrzydła istota na astrze wcale nie razi, pasuje.
Razi mnie ta niewyszukana, potocznie zwana zieloną, która przywarła do liścia pęcherznicy. Zaiste przyszedł mi honor w szlachetnym się przeglądać zwierciadle. Na jej zielonym odwłoku, który kto wie czego dotykał, można ujrzeć sylwetkę Waszego korespondenta.
Z fotografowaniem kwiatów to jak z kobietami. Czasem trudno ogarnąć całokształt, wystarczy pokochać detal, Na przykład ta azalia wydziela subtelny, bliski męskiemu sercu, zapach piwa. Żadnego tam piwa pasteryzowanego i z butelki. Ono jest z beczki, z delikatną pianą, przed chwilą zdmuchniętą. Pite w ogródku, gdzie obok grają w kręgle i słychać ludową kapelę.
Dość mam tej wiosny. Lato, lato, echże ty!

poniedziałek, 10 maja 2010

Całkiem inny Ktoś

Rzadko się zdarza, żeby chmury szły od południa, ale dziś tak było, a około godziny 17 nadeszła łagodna wiosenna burza. Po ponad godzinie powoli odchodziła gdzieś nad Wilanów. Jeszcze padał deszcz, a od zachodu świeciło już ukośne słońce.

Wybiegłem z domu, żeby łapać tęczę, ale była dość bladawa, więc wznowiłem odwieczne poszukiwania promieni zaklętych w kroplach osiadłych na płatkach, liściach i igłach.

Znalazłem jeden z ostatnich kwiatów tarniny i łapałem spadającą kroplę w nadziei, że może zobaczę w niej coś ważnego.

I znów historia, jak z "Powiększenia" Antonioniego, bo kiedy później oglądałem zdjęcia na ekranie, zadrżałem.  Okazało się, że nie tylko ja byłem zafascynowany podświetlonym kwiatem, że zza ułamanej gałązki wychyla się ktoś i bystrymi ślepkami obserwuje go, a może mnie? Całkiem inny Ktoś.

Powiększcie zdjęcie, ale uprzedzam, widok jest drastyczny.
-------------------------------------------
A to kolejny dzień. Podszedłem za tarniną do bażanta, a ten zamienił się w diabła i wydał ten słynny odgłos, jaki wydają nie otwierane od siedemdziesięciu lat stalowe drzwi do bunkra na linii Maginota. Też straszne.

sobota, 1 maja 2010

Krwistoogoniasty

Na wykonanym dziś rano zdjęciu moje dwie pierwsze ogrodowe miłości. Ptak na karmniku to Phoenicurus ochruros giblraltariensis, czyli w dosłownym tłumaczeniu Krwistoogoniasty ochroogoniak gibraltarski, u nas z powodu osmolonego łepka zwany kopciuszkiem.  (Rosjanie nazywają go też poetycko: Gorichwostka czernuszka).

Jego sylwetka to znak firmowy mojego domu, bo para kopciuszków zagnieździła się w suficie głównego pomieszczenia na parterze, latem 2004, kiedy budynek był w stanie surowym. Właśnie mieliśmy kłaść tynki, ale trzeba było odczekać dwa tygodnie wysiadywania i potem jeszcze dwa, zanim małe nie opuściły gniazda.

Od tamtej pory pod koniec marca wracają znad Morza Śródziemnego czy wschodniej Afryki i do października gniazdują w pobliżu. Mają rudy ogonek, którym zabawnie dygają. Fascynujące są ich zaloty: z niesamowitą zwinnością ganiają się pośród gęstych gałęzi tarniny.

Tarnina to pierwsza roślinność w ogrodzie. Odziedziczyliśmy ją na granicy działki i nie zgodziliśmy się, żeby ją wyciąć przy stawianiu ogrodzenia. Ocalała, ale w tym miejscu nie ma podmurówki i słupki są w nierównych odległościach. Poziome pręty ogrodzenia tu i ówdzie skręcają pod kątem prostym i zawracają, żeby ominąć grubawe pnie krzewu.

Zarośla odwdzięczają nam się stokrotnie dając miły cień w czasie silnych upałów, a teraz jeszcze chronią przed widokiem niepięknej architektury. Zwykle tarnina osiąga 4 metry, ale nasza powoli podwaja tę wysokość.

Dzięki gęstości i kolcom jest znakomitym schronienie dla ptaków. Przez cały rok mam tu teatr i ptasie radio. Na przykład którejś zimy przyleciał młody krogulec (taki mniejszy jastrząb). Chętnie by coś złowił, bo dużo drobnego ptactwa zlatuje się tu do karmnika, ale nie miał szansy, bo nadleciało za nim pięć sójek, które ostrzegły sikorki i te ukryły się w bezlistnej gęstwinie. To był niezwykły widok: drapieżnik i niedoszłe ofiary siedzące na gałęziach w odległości trzech metrów. Potem sójki zaczęły dokuczać krogulcowi, wiec odleciał niepyszny, a one rozbawione za nim.

W tym roku tarnina wyjątkowo słabo zakwitła. Boję się, że dożywa swoich lat, a może po prostu taki mamy marny rok.
-------------------------------------------------------
To już dzień później. Przyłapałem w tarninie sójkę, jak ułamuje zeschłe gałązki jakichś pnączy. Pewno buduje gniazdo. Będą małe!

sobota, 24 kwietnia 2010

Jednooki Hektor

Wydawało się, że będzie szybciej, ale chyba smutek i chłodne noce powodują, że wiosna idzie bardzo ostrożnie. Śliwowiśnia w tym roku kwitnie nierówno. Na górze, gdzie zawsze sięga słońce, kwiaty już są rozwinięte, a na dole nawet nie ma pączków.

Wczoraj oglądałem w tv ostatni kondukt. Wieziono tych najnieszczęśliwszych. Filmowali po zmroku z helikoptera i choć nic się właściwie nie działo, patrzyłem z zapartym tchem. Nigdy nie zapomnę: gra świateł i Requiem Mozarta, a w tle Warszawa.
Potem z Bubą na spacer. Tu gdzie mieszkam, ulice maja nazwy ptasie. Na rogu Karmazynowej i Koguciej, nieopodal lasu, Buba wywęszyła ptaka. Uciekał przed nią bardzo niezdarnie, a kiedy ją odwołałem, stanął pośrodku uliczki. To był młody kos. Oszołomiony, półtora metra przed mną czekał co się z nim stanie. Niewykluczone, że właśnie był męczony przez kota i Buba uratowała mu życie. Teraz przyszła kolej na mnie, ale on tymczasem przecisnął się pod drucianą siatką do niezabudowanej posesji i pod kwitnącą jabłonią, trzy metry od ogrodzenia dalej oczekiwał pomocy. Zadzwoniłem do Żony, żeby przyjechała samochodem. Potem jak za dziecięcych lat przeszedłem przez ogrodzenie (to już nie to samo) i rozpoczęła się łapanka. Ośmieszył mnie kilkakrotnie i znów pod ogrodzeniem wrócił na ulicę. Tam jednak przykryła go pudełkiem bezwzględna kobieta.

Nad ranem z zamarłym sercem wchodziłem do łazienki, ale był żywszy. Po pół godzinie wyskoczył z pudełka i ukrył się pod szafką. Ma poranioną główkę, brak oka i przetrącone skrzydło, ale wydaje się, że wyjdzie z tego. Za chwilę wiozę go do ptasiego azylu w warszawskim zoo.

Choć mu nadałem waleczne imię Hektor, mówię do niego najczulej.
- Nie bój się malutki, wszystko będzie dobrze.
Buba jak zwykle w takich sytuacjach podchodzi, i jakoś kładzie do tyłu te swoje zwisające uszy.
- Ale mnie kochasz najbardziej?
Jedną tylko ma wtedy odpowiedź mężczyzna.
- No pewnie!
 
blogi