Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buba. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 sierpnia 2017

Iluminacja


Zawsze to lubiła, kiedy była mała i kiedy wielka, kudłata. Kładła szlachetny pysio w wyciągnięte dłonie, jak kot mrużyła oczy i pomrukiwała. Nawet czasem usypiała na chwilę. Teraz też podparłem posiwiałą mordkę, ale nie zamknęła oczu, bo wiedziała, że z tyłu jest lekarka.

Klęczący przytuliłem się i szeptałem słodkie słówka. Pomiędzy naszymi oczami było parę centymetrów. Z takiej odległości nie widzę wyraźnie, lecz łza stała się soczewką i zobaczyłem ostro dno jej oka. Zapewne mógłbym dojrzeć całe wnętrze i wszystkich dwanaście szczęśliwych lat, ale nie uwierzyłem w ten mały cud i zamrugałem. Obraz stał się niewyraźny, a po chwili w jej oku nie było blasku.

Jak Anioł Stróż była przy mnie zawsze. Oglądam się, nikt nie czuwa i nic nie jest takie jak było. Nawet głos inaczej dudni, bo jej jedwabiste futro i wszystkie te dywaniki, już nie tłumią dźwięków. Ciężko jest, nie myślałem, że aż tak.

piątek, 15 sierpnia 2014

Marsz ubezpieczony

Lata przyjaźni i nieprzerwanej bliskości sprawiły, że pies stał się przedłużeniem moich zmysłów. Choćby dziś rano w lesie. Spomiędzy gałęzi padały ukośne promienie, wstający opar budował pochyłe kolumny, a my szliśmy między nimi w milczeniu.
Las - wysokie pokoje
myśli podniosła
coś i nie warto było
Kto służył w piechocie, wie co to marsz ubezpieczony. Buba służyła za szpicę. Oj nie mógł, nie miał prawa, pojawić się na drodze żaden drapieżca.

Nagle zatrzymuje się na rozstaju i wzrokiem pyta, którą stronę świata weźmiemy. "Prowadź, prowadź do domu!" - mówię. Dwa razy, bo raz zmysłom jest za mało.

Lato już się przełamało (kto pamięta tamtą rozmowę?) i już można powiedzieć, że rok mamy urodzajny. Wszystkiego dwa, trzy razy więcej. Gęsta trawa i owoców niejadalnych zatrzęsienie. Licznie czerwieni się osnówka cisa, różowieją korale kaliny i jak nigdy porodziła tarnina. lglaki najbujniejsze, bo lekka zima nie przerwała ich wzrostu. I drzewa liściaste obfite.

Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma. To właśnie moment, kiedy człowiek nie ma  już ogrodu, bo ogród wziął go w posiadanie.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Tamta strona

Lubię ten strumyczek i nieraz o nim pisałem. Buba też lubi, bo zawsze jest tu świeża trawa i można się popaść trochę. Ostatnio na prawym brzegu tylko, bo lewy zajęła para krzyżówek.
 
Widać samica już gdzieś tam w chaszczach wysiaduje, bo dziś na odgłos psa pokazał się tylko samiec. Stanął nieruchomo pośrodku strumyka gotów - nie krzyżówka, lecz krzyżowiec - bronić granic maleńkiej ojczyzny. Poszliśmy w swoją stronę.
 
Kiedy w domu wgrałem zdjęcia, zobaczyłem, że ktoś jeszcze był pośrodku. Prozaiczny czytelnik powiedziałby, że rozszczepienie słonecznego promienia, który padł na obiektyw, ale przecież pan Krzyżówek, ja i Buba dobrze wiemy, że było to tęczowe oko Opatrzności.
 
Tymczasem sto metrów dalej, już na Karmazynowej, dwa leśne gołębie toczyły walkę o miejsce na przewodach elektrycznych. Staliśmy z zadartymi łbami i leciały na nas białe piórka. Gdy zniecierpliwiona Buba szczeknęła, ptaki natychmiast usiadły zgodnie obok siebie.
 
Uszliśmy kilkanaście metrów i dogonił mnie śpiew kosa. Nie do wiary, podfrunął blisko i usiadł na słupku ogrodzenia, dokładnie w tym miejscu, gdzie przed laty gramoliłem się na drugą stronę ratując Hektora. To nie mógł być on, bo miał dwoje oczu. Rzuciłem jakieś czułe słówko i ruszyłem dalej, a ptak przeskoczył na następny słupek, zanucił coś krótkiego i odleciał.
 
"W ciągu paru minut po trzykroć...Nawiązują kontakt?" - pomyślałem. I jeszcze: "Chyba jestem z ich strony".

I w tej właśnie chwili - w tej chwili właśnie - spłynęły z serca troski i zmartwienia ludzkiej strony świata.

sobota, 9 listopada 2013

Uratuj

Bencke & Scott, Wierny stróż [1871], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych
Kiedy odchodzili Rodzice nie rozkleiłem się, a teraz zamknąłem się w łazience i długo ”Uratuj ją, uratuj!”. Pies jest jak dziecko.

No to poszliśmy ciemną doliną. Ten, który ją uratował miał spokojną, mądrą twarz profesora weterynarii.

Potem trzy dni, gdy nie wiadomo jak to będzie (jeszcze długo nie będzie wiadomo do końca), ale dziś po raz pierwszy na spacer i jak za dawnych lat. Poczułem taką wdzięczność, że zagadałem poufale do jutrzenki, że różanopalca.

Gotów byłbym się nawrócić i może nawet założyć jakiś beret, ale chyba za stary jestem. Pozostanę już przy swoim libertyńskim racjonalizmie, zwłaszcza, że nie widzę sprzeczności pomiędzy nim, a głębokim szacunkiem do Przedwiecznego. Skoro jest Miłością.

środa, 30 października 2013

Miseczka


Miseczka do rozrabiania piany przy goleniu. Właściciel umarł 20 lat temu. To jedyna pamiątka osobista jaką mam po Ojcu. Była jeszcze raportówka i rogatywka z orzełkiem bez korony, ale dałem je Synowi.

Znów to samo długie pożegnanie. Buba odchodzi. Niby w poniedziałek ma być jeszcze operacja, ale wyniki histopatologiczne nie dają wielkiej nadziei. 

Co jakiś czas chce mnie rozbawić - biega i skacze jak szalona (nadal jest sprawna) - nagle zastyga i patrzy głęboko w oczy, czy się udało. Nie udało się, wtedy jest najgorzej. 


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Pasowanie


Biegali oboje z Jasiem szczęśliwi, bo moja niedokladna opieka gwarantuje dostęp do błota, dotykanie pordzewiałego pieca i nieheblowanych desek.
Już od rana na podwórzu
wśród patyków i wśród liści
przycupnęli nad kałużą
pracowici kałużyści.
Wygrzebują brud z kałuży,
niech kałuża będzie czysta !
Pełne ręce ma roboty
każdy dobry kałużysta !
Rękawiczką i chusteczką
dwóch błocistów chodnik czyści.
Obrzucają się szyszkami
bardzo dzielni szyszkowiści.
Danuta Wawiłow, Kałużyści (fragment)
Potem na chwilę zrobiło się jaśniej. Wprawdzie słońce nie przebiło się, ale mocny krąg prześwitywał przez pergamin chmur. Posadziłem dzieci przy psie i pstrykałem.

Dotąd obie strony były wobec siebie przyjazne, ale w sposób zdawkowy: Buba radośnie oblizywała usmarowane jedzeniem gębusie, a oni ostentacyjnie popiskiwali gładząc jedwabistą sierść.

I oto dziś Buba, być może zmęczona pozowaniem, położyła swój melancholijny, długi pysk na tłustej nóżce. Jakby chciała powiedzieć dziewczynce, że nie jest jedynie malutką istotką pachnącą mlekiem i sikami, ale osobą, której ona, wielki kosmaty czworonóg, ślubuje wierność i oddanie. Zizzi z początku chciała cofnąć nogę, ale powoli docierało do niej (warto zobaczyć to spojrzenie), że stało się coś ważnego, że pies potraktował ją jak człowieka.

Kolejne zdjęcia to już czułe obejmowanie się i w ogóle XII księga Pana Tadeusza.

niedziela, 9 grudnia 2012

Wilk z bajki


O wilku mówiono w izbie,
A wilk tu siedział na przyzbie
A.Mickiewicz, Koza, kózka i wilk
Wyobrażam sobie jak widzą ją Dzieci. Pewno wydaje im się olbrzymim czarnym koniem. Cóż, konia znają tylko z książeczek. Taki jest los miejskich dzieci, że długi czas jedynym stworzeniem innym niż człowiek bywa pies.

Widzą ją wielką, kudłatą i opiekuńczą. Jaś ma dla niej więcej afektu, bo podchodzi blisko i przytula się, podczas gdy Zizzi tylko z daleka gładzi jedwabistą czarną sierść.

Czarna Buba przepada za białą zimą. Wciąż mam przed oczyma najczarowniejszy obraz, gdy bardzo młodziutka skacze i łapie klapiącą mordką skrzące się w świetle ulicznej latarni płatki śniegu.

Teraz też, gdy spadnie pierwszy śnieg, cieszy się jak dziecko. Podbiega, nabiera jak w szuflę śnieżnego puchu, pędem z powrotem, zatrzymuje się metr przede mną i uderza radosnym cielskiem w okolice moich biednych kolan.

Zdjęcie wykonałem dzisiaj (zobacz w powiększeniu): grimmowski wilk wychynął z lasu, gdyż właśnie zobaczył Czerwonego Kapturka (kto pamięta tę bajkę ze Słowobrazu?). Lecz nie bój się Czytelniczko i Ty nie drżyj, Czytelniczku - to tylko pośród badyli poczciwa Buba się skrada. Nieśmiało, bo nie może uwierzyć, że jej pan położył na śniegu kawałek słodkiego rogalika.

-----------------------------------------
Przypominam o kończącej się akcji "Fotografa przy tym nie było".

Przypominam też o Wieczorze Jednego Wiersza, który odbędzie się w najbliższą sobotę.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Berżenicki idzie

Słońce zachodzi, a ja idę z Bubą ulicą Indyczą. Napływa przedwieczorne powietrze i niesie miły zapach kopru. Skręcamy w Karmazynową. Tu już inna, ostrzejsza, ale pokrewna woń. Znam ją ze szkolnych czasów: wino „patykiem pisane” – wielka legenda PRL. Nazywano je też „winem marki wino” „jabolem” albo „pepe”. Najchętniej spożywane w temperaturze otoczenia i w romantycznej scenerii Parku Saskiego lub na murach Barbakanu.

Na opuszczonej działce (tu ratowałem kiedyś jednookiego Hektora) fermentują jabłka spadłe z olbrzymich, sześćdziesięcioletnich jabłoni. Od miesiąca, kiedy przechodzę tędy rano i wieczorem, uderza w ziemię przynajmniej jeden owoc. Po tygodniu pomyślałem, że za często, musiałyby ich spaść tysiące. „Spadają akurat przy mnie. Jakiś znak – na pewno wypomnienie tych grzechów młodości?”

Oświeceniowe sumienie nakazuje mi jednak sprawdzić. Szacuję jabłkowy dywan, wyznaczam wzrokiem metr kwadratowy i liczę. Wychodzi mi około 30. Wielka korona ma w zasięgu około 70 metrów. Cztery jabłonie to około 300 metrów kw., więc jest tu 9 tys. owoców! Przechodzę 2 minuty, czyli na dobę powinno spaść około 700 jabłek. 700 szt. x 30 dni = 21 tys. jabłek. Może nie spadają w nocy? Tak czy owak przesadziłem. Niemożliwe, żeby tyle rodziły, ale przyjmuję, że się zgadza, bo chcę grzeszyć dalej.

Nie są piękne, nie za duże i każde z jakąś skazą – pieprzykiem, ale nie robaczywe i z delikatnym rumieńcem. Wyciągam z torby aparat i wybieram owoc oświetlony ukośnym słońcem, wykonuję kilkanaście zdjęć, rozglądam się i szybko zrywam.

Tak, dziś nikt ich nie kupi. W supermarketach jabłka są standaryzowane: wszystkie tego samego kształtu, gładsze i słodsze. To jednak smakuje mi młodością, nawet dzieciństwem. Jakiś sad, jakaś furka, gdzie leżą wyłożone na słomie. Na końcu delikatna cierpkość narodowa. „Po polsku smakują” – mówię sobie i od razu się wzruszam – sentymentalny złodziej jabłek.

Idę już Kogucią, pogryzam, wspominam. Pół kroku za mną drepcze Buba, która czeka na swoją dolę. Leżącego na ziemi jabłka nie tknie, ale nadgryzione przez pana, choćby i cieniutki ogryzek, jest przysmakiem.

Po prawej stronie Papuziej jest pole, na którym znów zaorano mizerny rzepak i Buba wbiega między świeże bruzdy. Odprawia swoje pogańskie obrzędy – świadectwo zapisanej w genach tęsknoty za stepem. Coraz wcześniej zachodzi słońce – mrużę oczy. Jesień idzie, nie ma na to rady.

Zgrana szajka wraca szczęśliwa. Jakby obrobili jakiś bank, a oni tylko skradli jabłko
--------------------------------------------------------

Szukam w internecie starych polskich odmian jabłoni i znajduję podobne owoce. Opis też się zgadza. Ananas Berżenicki - letnia odmiana wyhodowana na Wileńszczyźnie (w Berżenikach) i rozpowszechniona w całej Polsce międzywojennej. Więc nie pomyliłem się z tym chłopskim wozem i łzą.

Chciałem dać tamtą piosenkę o jesieni, ale żeby nie przesłodzić, wybieram jej wariację, autorstwa Artura Andrusa. Odpowiada mi ten styl: liryka w delikatnych oparach autoironii i groteski.

Skoro Kopernik była kobietą, to jesień może być mężczyzną. Powiedzmy, że tego roku nazywa się Wiesław Berżenicki.

wtorek, 20 marca 2012

Czarny Anioł Stróż


Hovawart Buba
Ten kosmaty potwór, buchający parą z nozdrzy, to mój czarny Anioł Stróż.

Kładę się do snu - ona leży na skórzanej derce obok łóżka i czeka póki nie usnę. Wtedy schodzi odpocząć na kanapie, ale nad ranem wraca, żeby być przy mnie, kiedy się obudzę. Gdy bywam nieszczęśliwy, czuwa całą noc.

Póki nie wstanę, nie niecierpliwi się, ani nie daje znaku, że chce wyjść.

Spacery - to dzięki nim zdrowie jakoś nie opuszcza. Najbardziej lubi, kiedy przechodzimy koło pola. Biega po nim zataczając kręgi, jakby kreśliła tajemnicze znaki. Zapewne to jakiś stepowy atawizm, ale niewykluczone, że zdaje w ten sposób sprawę Tym z Góry, którzy mi ją zesłali.
---------------------------------
Dopisane następnego dnia.

Pomyślałem, że chyba jednak nie anioł, bo anioły są bezwonne. Gdzieś między piwnymi dobrymi oczyma ma czarny anioł gruczoły zapachowe.

Jestem u weterynarki, ogląda łapę, a ja do niej:
- A wie pani, że Buba pachnie?
- Ja tam nie wiem, mój pies śmierdzi. – Wystawia chudy nos w stronę bubiego pyska – No niemożliwe, rzeczywiście, to miód!
Miód, ale z nutką dymu z ognisk wędrowców, garstką suszonej szałwii, co rosła na muranowskich gruzach i wiązką świeżego siana. Prosto z mojego dzieciństwa.

czwartek, 16 lutego 2012

Słodki terror

Hovawart Buba
Zwykle w połowie lutego ma się jej już dość, ale w tym roku tak długo był tylko mróz, że kiedy przyszła ta dostojna biała, chciałoby się, żeby pobyła trochę.

Buba kocha śnieg i hasa jakby była szczenięciem. Trochę się o nią martwimy, bo ma wyraźnie przeciążoną przednią łapę. Liczę się z tym, że od wiosny zostaną nam spacery tylko piesze. W końcu przeliczając na lata ludzkie, piękna księżna von Hovawart dobiega pięćdziesiątki.
Nie wiem, czy to ten sam, ale co roku jakiś kwiczoł szuka zimą wsparcia. Parę kilogramów jabłek poszło w te mrozy, a dopiero wczoraj, kiedy spadł tęgi śnieg, porzucił konwenanse i pozwolił się sfotografować.

Potrafi metodycznie wydrążyć całą polówkę jabłka, aż zostaje tylko łupina. Gdy nie ma nowej dostawy, wydziobuje ją od środka zostawiając coraz cieńszą obrączkę, w końcu i ta znika. Wtedy kiwa się na poprzecznej gałęzi i znacząco spogląda w stronę domu. Z ochotą poddaję się temu słodkiemu terrorowi.

sobota, 24 grudnia 2011

Husky

tempera, autor: W.F.
Tani efekt, ale go lubię. W Google Earth wpisuję, a wtedy kula ziemska się przekręca i ja się zniżam torem balistycznym. Poznaję kochany kontur z języczkiem, wątłą serpentynę Wisły i wielkie skupisko w jej środkowym biegu. Zielony kształt poniżej.

Tamtego 24 grudnia 2005 roku tak właśnie zawisło nad Lasem Kabackim miłościwe oko Opatrzności. A patrzyło lekko z ukosa, tak jak malował myśliwych na śniegu Pieter Bruegel: wracają z psami, poniżej we wsi wre praca i na zamarzniętych stawach ślizgają się dzieci. Każdy robi swoje w spokojnym oczekiwaniu Dobrej Nowiny.

Złapałem gumę, ale nie przeszkadzało mi to, bo mogłem oddać się nastrojowi. Szedłem prowadząc rower, młodziutka Buba hasała wokół i mijaliśmy uśmiechniętych ludzi, którzy spacerowali, biegali, jechali na rowerze.

Wskoczyła w ośnieżony zagajnik i po chwili wybiegła z młodą husky. Ganiały się radośnie, co jakiś czas zaczepiając się łapami. Mała zgubiła się, ale nie była zbyt przygnębiona. To północna rasa, od tysięcy lat służąca ludziom. Podobno każdy człowiek spotkany przez samotnego husky jest uznany za jego pana.

Poszedłem w stronę Ursynowa, zawróciłem. Rozglądałem się, pytałem. Nikt nie widział szukających psa.

Nadbiegł z naprzeciwka. Niemłody, o szczupłej sylwetce, siwawy, w okularach. Przystanął, wysłuchał. Nie widział, ale się rozejrzy. Lekkim krokiem pobiegł dalej.

Las potrafi utrzymać chłód i dlatego jest najbielszy w środku. Bliżej granicy dróżki i drogi ciemnieją, a między drzewami widać zeschłe liście. Psy ganiały, a ja zbliżałem się do południowego skraju. Potem jeszcze dwa kilometry uliczkami.
- Zrobię to, choćbym miał wieczerzać z psami w ogrodzie. Powiedz mi tylko jak? Będę prowadził rower jedną ręką. Zdejmę pasek od spodni i będę trzymał psy w drugiej. Kto jednak? kto będzie trzymał moje spodnie?
Już wychodziłem z lasu, gdy pojawił się z tyłu.
- Znalazłem, niech pan poczeka.
Zawrócił i po chwili pokazał się z dwojgiem ludzi.
Mała, nie merdnąwszy nawet ogonem poszła do swoich państwa. Ci dziękowali mi zatroskani.
- To dzięki temu panu. Gdyby nie on …
Obejrzałem się, ale już odbiegł.

-------------------------------------------------------
Czytelnikom i Czytelniczkom oraz Tym, którzy trafili tu przypadkowo, życzę Szczęśliwych Świąt.

czwartek, 22 września 2011

Jeż na Indyczej

Usłyszał skrzypienie roweru lub raczej sapanie psa i zwinął się w kulkę. Minąłem go obojętnie. Skoro w Indiach mogłem przestąpić nad śpiącymi na ulicy (mieli tylko ten ciepły spłachetek asfaltu pod brzuchem), to co znaczy jeż? Poradzi sobie.

Zawróciłem. Ten z lekka egzaltowany przypływ tkliwości i chyba megalomańskie poczucie misji: “O prędzej, prędzej... Trzeba pomóc”. Ale prawda, w każdej chwili z Bażanciej mógł skręcić samochód i rozjechać tę kolczastą kulkę strachu.

Buba wąchała delikatnie. W układaniu Buby stosuję łysenkizm. Staram się przekonać ją, że świat nie składa się z napastników i ofiar, że nie trzeba gryźć wszystkiego co się rusza i że współdziałanie w świecie przyrody jest pożyteczniejsze niż bezrozumna walka o byt.

I niczym Trofim Łysenko poniosłem klęskę, kiedy tego lata dogoniła zajączka. Wprawdzie przez parę godzin warowała obok w poczuciu winy, ale życia to mu już nie wróciło.

Więc wąchała delikatnie, a jeżyk stawał się coraz doskonalszy w przyjmowaniu najmniejszej powierzchni dla zadanej masy ciała.

Kiedy Miki był malutki, mieliśmy z Krzysztofem i dwoma innymi udziałowcami barakowóz. Stał w Puszczy Noteckiej obok jeziora na łące wydzierżawionej od lasów państwowych. Warunki były dość prymitywne, ale nam, a już wcale dzieciom, to nie przeszkadzało. PRL miał w sobie siermiężną beztroskę, bo spędzaliśmy tam latem po parę tygodni.

Dwa metry od nas był gęsty las i w tym lesie po zmroku ktoś chodził. Nasze uszy dokładnie widziały tę krepą postać w granatowym szeleszczącym ortalionie, przeciskającą się przez gęstwinę. I co chwila cisza - jakby się zbierał, żeby uderzyć niespodzianie.

Baliśmy się tak parę wieczorów, aż w końcu przebrała się miarka, bo tego dnia wypiliśmy więcej i na pierwszy szelest, chwyciliśmy latarkę, kij, siekierę oraz łopatę. Snop światła przeczesywał pnie drzew. Przycupnęliśmy, aż zaszeleścił za krzakiem akacji.

Strach ma duże oczy, ale ten miał wypukłe, czarne paciorki, podłużny pyszczek i zabawne łapki z pazurkami.

Żart za żart: odtąd gość w ortalionie miał za akacją stały wyszynk z okruchami sera i miseczką mleka

Rower postawiłem w poprzek drogi, a drugą jej część zastawiała Buba. Trącałem go delikatnie koniuszkiem buta, ale nie przesuwał się, lecz kulił i kulił.

Zrobiłem zdjęcie w podczerwieni i zadzwoniłem do Żony, żeby przywiozła szuflę do śniegu. To było jak w tej piosence, bo tam żona też nie rozumie. Stefania wprawdzie nie użyła tego słowa, ale treść wypowiedzi była podobna: że nie jest pogotowiem, że nie jest dramatycznie i żebym sobie sam radził.

Przystanęliśmy z Bubą zasępieni. Miała rację, bo wkrótce wydłużył się, ujawnił pyszczek i powoli podreptał wzdłuż, a potem w poprzek drogi. U wylotu Jagielskiej zaświeciły światła, a ja już chciałem zdjąć koszulę, żeby machać nią jak ten dróżnik na torach. Całe szczęście auto skręciło w Turkawki lub Karmazynową (w nagromadzeniu te nazwy wydają się dość idiotyczne).

Po chwili nie było go widać, ale szeleścił jeszcze ortalionem. “Jeżyk”, a może “Jerzyk? - tak mówiła do mnie każda, kiedy jeszcze kochała. Może dlatego tak się nim przejąłem?

Wracaliśmy zadowoleni, choć przecież nie zrobiliśmy nic. Znacznie więcej nie zrobiła Buba, bo przecież mogła zjeść, a nie zjadła. W świetle latarni widziałem jak łypie na mnie i dumnie puszcza parę z pyska. No tak, lato minęło. Szkoda tego lata.

Mocno staroświecka interpretacja tej piosenki rozczula mnie trochę, bo w westchnieniach Andrzeja Boguckiego słyszę swojego Ojca. Dzisiaj się już tak nie wzdycha. Może dlatego, że czasy są lżejsze.

Moja żona mnie dzisiaj skrzyczała, powiedziała, żem mazgaj, że głupi.
Że ze wstydu się za mnie rumieni, kiedyż wreszcie zmądrzeję już raz.
A na śmiesznym tle sprawa powstała: poprosiłem, poziomek niech kupi.
- Zdziecinniałeś - powiada - w jesieni?
- To już jesień? Jak leci ten czas! 
I westchnąłem: no patrz, już po lecie, po wakacjach, po słońcu, mój Boże!
Już się zacznie szaruga na świecie, no, jasnych spodni już chyba nie włożę.
Pewnie deszcze się zaczną i słota, na to ona, przepraszam, idiota!
Uśmiechnąłem się, mów sobie zdrowo, ty wiesz swoje, a ja swoje wiem. 
Bo mnie jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień,
Niech mówią: głupi, o mnie, a mnie jest żal.
Za oknem szaro, smutno, a jeszcze przed miesiącem
Pogoda, zieleń, słońce, naprawdę żal. 
To tak jak gdyby ktoś najdroższy nagle odszedł
I zabrał radość, uśmiech, a zostawił łzy.
Bo mnie jest szkoda lata i ludzi żal, i nieba,
Po którym płyną smutne jesienne mgły. 
Człowiek pensję ma bardziej niż marną: tysiąc złotych miesięcznie - niewiele.
Ale w lecie, tych tysiąc, to suma! Można za nią jak król jakiś żyć.
Słońce grzeje, opala za darmo, Wisłę gratis masz w każdą niedzielę,
Ptaki dają bezpłatne koncerty, nawet nie chce się jeść ani pić. 
Jesień, owszem, jest piękna, bogata, bardzo urozmaicona i pełna kolorów.
Ale gdzie, gdzie jesieni do lata, do lipcowych, sierpniowych wieczorów!
Już niedługo i zima przyleci, pełna śniegu, zawiei, zamieci.
A mnie w głowie poziomki i głupstwa, jakiś koncert i Wisła, i las. 
A mnie jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień,
Niech mówią: głupi, o mnie, a mnie jest żal.
Za oknem szaro, smutno, a jeszcze przed miesiącem
Pogoda, zieleń, słońce, naprawdę żal.
To tak jak gdyby ktoś najdroższy nagle odszedł
I zabrał radość, uśmiech, a zostawił łzy.
Bo mnie jest szkoda lata i ludzi żal, i nieba,
Po którym płyną smutne jesienne mgły.

środa, 10 sierpnia 2011

Za radością

To kacza młodzież z tegorocznych, wcześniejszych lęgów. Rodzice już się nimi nie opiekują, więc różnopłciowa gromadka wałkoni się przy brzegu lub żeruje leniwie. Kiedy jadę groblą, krzyżówki zsuwają się z pomostu i podpływają.

Są bardzo ufne. Za bardzo. W zeszłym roku niemal oswoiłem całe stadko. Potem nagle znikło, a które pozostały, nie podpływały bliżej niż na dziesięć metrów. Na grobli pojawiły się ociosane solidne gałęzie z wierzby. Łamałem je. To sprawka bezdomnych, nocujących w sąsiednich ruinach, którzy na co dzień zarabiają na parkingu pobliskiego Auchaun. (Źle im byłoby, gdybym kiedyś przy tym polowaniu ich spotkał. A i ze mną nie byłoby dobrze.)

Krzyżówki podpływają, ale ja dopiero jadę do sklepiku na Geodetów. Tam kupuję gazetę i kajzerkę. Potem rzucam ją po kawałeczku, możliwie sprawiedliwe. Zabawnie to wygląda, bo wszystkie jak na komendę zwracają się nagle w jedną stronę.

W stadku zawsze jest jakaś bidula. Niby podpływa ze wszystkimi, ale odganiania trzyma się z daleka, bez żadnej nadziei, że się pożywi. Wywodzę się z cywilizacji, która pochyla się nad wykluczonymi, więc staram się, żeby i ślepej kurze się trafiło. To nie jest łatwe, bo okruchy są zbyt lekkie i jest wiatr, ale czasem się uda. Cieszę się wtedy jak dziecko i - zabawne - ona też wbija się w dumę i po chwili radosna macha skrzydełkami (widać to na filmie).

Buba. Pisałem tu ostatnio tylko o moich smutkach, a przecież ona nie opuszczała mnie na chwilę. Zanim usnę, zwykle leży koło łóżka na skórzanej derce, a kiedy gaszę światło, schodzi na dół, gdzie ma na kanapie ułożony koc. Wraca nad ranem, lecz jest cierpliwa i nigdy mnie nie obudzi. Od czerwca przestała jednak schodzić i pilnuje mnie bez przerwy. Naprawdę niezwykłe, ile empatii jest w takim czarnym bydlątku.

Pomyślałem, że wynagrodzę ją filmikiem. Podobno dla Chopina inspiracją do tego walca był mały piesek goniący własny ogon. Buba goni tu za wielką radością.

F.Chopin Walc des-dur, op. 64. Śpiewa zespół Novi Singers. W roli głównej hovawart Buba

wtorek, 19 lipca 2011

Lipcowo

Jaki jest kolor lipca? - Głęboko miodowy
Pożytków bezmiar niesie siódmy miesiąc roku
W nocy kot twój pokaże dwie prawdziwe głowy
Aż dwie głowy pokaże dziwny kot po zmroku
Rano pies spojrzy na cię badawczo, choć czule
Zapadłbyś się pod ziemię, ale nie masz czasu
Bo musisz patrzeć w niebo, musisz patrzeć w górę
Gdzie o twą duszę Święty walczy ponad lasem.

wtorek, 3 maja 2011

Jej portret

Udał mi się ten portret Wilejki. Pokazuje jej zadziwienie światem, cienkie różowe ucho rozerwane w jakiejś młodzieńczej bójce, a dzięki odbiciom w podwójnej szybie, charakterystyczną dla niektórych dam dwulicowość. Dowiodła jej przemyślna bestyjka, bo Krzysztof twierdzi, że ostatniej nocy spała na nim, a ja, choć w drugim przecież pokoju, dobrze pamiętam jej mruczenie u mojego wezgłowia.

Z przyjemnością patrzę na te coroczne spotkania Buby z Wilejką. Pies wyskakuje z samochodu i radośnie podbiega do kotki, ale ta nie wykazuje wylewności. Nawet pewne obrzydzenie, bo gdy muska ją pyskiem, ona mruży oczy i lekko się wstrząsa.  Nie ucieka, nie jeży się, lecz chwilę popatrzy tymi dziecięcymi oczyma i znów zajmuje się sobą: liże łapkę i tak nawilgoconą przeciera główkę zbrukaną dotknięciem psiego nosa lub w perwersyjny sposób obgryza (znaczy się ostrzy) pazury.

W wielu rzeczach naśladuje jednak Bubę, bo przecież od początku swojego pierwszego pobytu w ludzkim domu uczyła się od niej. Na przykład niczym pies chodzi za państwem po łące, na której stoi ich letni dom. Robi to jednak na swój niezależny sposób, bo ciągnie się z tyłu opłotkami, między krzakami, od drzewa do drzewa, jak szpieg z krainy Deszczowców. Tak jak Buba czeka przed łazienką na swojego pana, a ostatnio nauczyła się leżeć z melacholijnie wyciągniętą głową, jak czynią to psy długopyskie .

Gdy w  trzy ciemne wieczory domagała się wyjścia na łąkę i nie wracała mimo nawoływań, wypuszczaliśmy Bubę z poleceniem odszukania kota. Naprawdę nie wiem, jak to robiła, ale po chwili zza drzwi tarasowych patrzyły na nas wyczekujaco dwie miłe mordki.

Wilejka znacznie utyła, wyrzucam sobie, że zasadniczo zmieniłem jej życie zabiegem sterylizacji. O ile Buba nie straciła po nim swej dziewczęcej żywotności, Wilejka, która była niezwykle zmysłowa i głodna wrażeń, teraz wydaje się ostrożna, jakby wewnętrznie wycofana.

Zdaje się, więcej mnie zajmuje myślenie o smutkach inwentarza niż o troskach ludzi, także tych bliskich. To zapewne eskapizm, ale też na wytłumaczenie mam, że każdy człowiek ma jakiś wpływ na swoje życie, a ja jedną i drugą zabrałem z ich środowiska i kazałem zooperować, by mogly dłużej i mniej kłopotliwie towarzyszyć ludziom. Zabawiłem się w Boga, to i mam za swoje.

wtorek, 1 marca 2011

Spacer Guliwera

Rano, zanim wyjdę spoglądam na termometr. Właściwie zawsze ubieram się tak samo, ale wiedza, czego mam się spodziewać, jakoś jest potrzebna organizmowi. Dziś było 13 stopni mrozu.

Tylko kilkadziesiąt metrów drogą, gdzie nie bacząc na znaki ograniczenia szybkości, buraczani właściciele nowej Polski pędzą co koń wyskoczy w swych terenówkach, ale zaraz potem błoga i olbrzymia równina Mysiadła. To, że taki obszar - u wrót Warszawy, przylegający do ul. Puławskiej - uchował się, jest prawnym fenomenem o mrocznej dość historii. Dla mnie niech trwa jak najdłużej.

Co jakiś czas karczują tu samosiejki, ale tu i ówdzie przy drogach zachował się młody orzech, osika, sosna lub brzoza. I mnóstwo traw, niekiedy bardzo wysokich, dzikie, trzymetrowe żółte kwiaty i niemal wszędzie nawłoć.

To tu spotkałem dwa lata temu starszego pana, co śpiewał godzinki i tu zdawało mi się zeszłej zimy, że widzę klęczącego serafina. Dziś zobaczyłem tę gwiazdę zaranną, która już całkiem po pogańsku oddawała cześć słońcu.
Ja przyklęknąłem przed nim dalej, bo wszedłem na staw i chciałem sfotografować skry na śniegu.
Po powrocie pierwsze kroki kierujemy zawsze do ogródka. Niełatwo jest psu ptasznika i Buba zimą pobyt w ogrodzie ma reglamentowany. Przemyka się tylko bokiem i kładzie w rogu pod młodą sosenką. Patrzy smutno. Już dawno pogodziła się z tym, że słowa „malutka” i „kochana” nie są skierowane tylko do niej. Dziesięć dni temu, w największe mrozy tak właśnie mówiłem do tego czyżyka. Wszystkie poderwały się znad rozsypanych ziaren, a on jeden został nastroszony i nieruchomy. Pomyślałem, że jest chory i będzie trzeba jechać „o prędzej, prędzej”. Szedłem i pstrykałem, a on przekręcał głowę. Gdy się prawie nad nim pochyliłem, odfrunął. Potem na ekranie zobaczyłem, że huncwot cały czas jadł.

U Kruszewicza wyczytałem, że te zimowe czyżyki przylatują z Północy i są mało płochliwe, bo wiele z nich nigdy nie widziało człowieka.
Dziś – miło jest wierzyć – zobaczyłem go w tarninie w pełnym słońcu. To samo charakterystyczne spojrzenie i przechylenie głowy, jakby mówił: aleś paskudny, Guliwerze.

A sikorki zaczynają swoje tiku – tiku. Tak, tak, niby mróz, ale już marzec. Czas pomyśleć o tych sprawach.
-----------------------------------------------------------------
A to zdjęcie wykonane znad śniadania następnego dnia (warto powiększyć i zobaczyć to ciepłe spojrzenie). Gdyby kiedyś zostały po mnie nadgryziona grzanka i niedopita kawa, pytajcie się Wasyla.

niedziela, 2 stycznia 2011

Barani skok

Już, już każdego dnia przybywa go na barani skok. I słońce coraz bardziej z prawej, i od śniegu idą weselsze skry.

Bieda tylko, że trzydniowa prostacka kanonada przegnała ptaki. W Nowy Rok w karmniku nic nie ubyło.

Dobrze, że nie słychać, co mówię po każdym kolejnym wybuchu, bobym stracił sympatię delikatnych kobiet, na której tak bardzo mi zależy. Sens jest mniej więcej taki, że bardzo się martwię silną ostatnio w Polsce mentalną kulturą buraka pastewnego. Napiszę kiedyś o tym.

Hovawart Buba
Dla Buby to pierwszy Sylwester, kiedy była sama w domu. Biedaczka ukryła się w malutkim pomieszczeniu pod schodami, które służy za szatnię. Najwyraźniej chciała się zaszyć w najciemniejszym kącie, bo zwaliła pudełka z butami, ustawione na półkach pod płaszczami. Jeszcze dzień później chodziła markotna. To widać.

Nie tylko słońce. Myślę, że wszystko będzie szło ku lepszemu. Być może miniony rok w dłuższej perspektywie będzie uznany w historii Polski za kulturową i cywilizacyjną cezurę. Nie będę rozwijał, bo złamałbym konwencję względnej apolityczności blogu. Powiem tylko, że chciałoby się, żeby wraz z nieuchronnym odejściem niektórych formacji nie zanikły ich wartości.

Właśnie. Nieoceniony i kochany pan Kowarski przysłał mi poetyckie życzenia wraz z pięknym wierszem.  Egzystencjalnym, ale dumnym. Nie byłby jednak sobą, gdyby w liściku nie użył terminu wziętego z gwary więziennej (urkes to inaczej kozak, człowiek gotowy na wszystko, nie cofający się przed niczym). Oto co pisze subtelnie grypsujący pan Kowarski:
Wiersz Romana Śliwonika, przypomina, że w naszej młodości, poeta to był urkes, że wiersz nie chciał być tylko słupkiem pięknych słów, a poezja szła na całość.
Nie zamykaj Bracie drzwi, gdyby chciała Cię odwiedzić w roku 2011


* * *
Nie czyń tego
człowieku
nie poniżaj się przed wiecznością
nie jesteś jej początkiem
ani końcem
wieczność twoja zawarta jest tylko w tobie
w innej wieczności
wiecznej
jesteś tylko
niepojętą nawet dla siebie samego obecnością
tropiącą ślady
i ślad po sobie przekazującą
więc nie poniżaj się przed innym
odzianym w inny strzęp
lecz też ukrywającym nagość
i wieczność nikłą jak i twoja
żyjesz przeciętnie sześćdziesiąt kilka lat
w tym czasie zdążysz tylko
nauczyć się słów
zbudować dom
spłodzić następne ogniwo
pobyć w jakiejś świątyni
i wrócić tam
skąd nie wyszedłeś
więc nie poniżaj się
wyprostowany idziesz ulicą Polem Stepem
dumny
i taki nagi Tak bezbronny
że cichnie milknie zimny gwar
głupich i przemądrzałych
gwiazd wszechświata
i nawet z jakiejś litości
z podziwu dla siebie
I z ciebie
w przestrzeni rodzi się
Bóg
by towarzyszyć Twoim krokom
jedynej roślinie która potrafi
zamknąć na krótko w sobie wieczność
i nawet nią oddychać

Roman Śliwonik Listopady Grudnie Stycznie PIW, Warszawa 1987

poniedziałek, 1 listopada 2010

Stołówka "Spinoza"

Przyszedłem na groblę i zawołałem, a one nadleciały od tyłu i osiadły przede mną na świetlistym pasie wytyczonym przez niskie słońce. Poza rybami została mi na stawie tylko ta para krzyżówek.

Oboje są bardzo młodzi i nieśmiali. Zwłaszcza ona: jej strefa bezpieczeństwa jest przynajmniej o metr większa niż jej nadobnego partnera. Rzucam im okruchy na zmianę: w lewo i w prawo. Gdybym rzucał w jedno miejsce, jadłby tylko on, bo ma serduszko kacze: waleczne, lecz mało rycerskie.
Hovawart Buba
Buba obchodziła wczoraj 5 rocznicę wstąpienia w nasze progi i z tej okazji dostała spory kawałek sękacza (za sękaczem psy gotowe iść na Spitsbergen).

Pamiętam jak szedłem tamtego dnia wieczorem z czteromiesięczną ślicznotką i jej straszliwy atak na dynię postawioną na przydrożnym kamieniu.
To pora, kiedy wznawia działalność stołówka Spinosa (Prunus spinosa to łacińska nazwa tarniny). Pierwsi pensjonariusze to bogatki, modraszka (w środku) i mazurki (czekają w kolejce). Jest jeszcze ktoś, kto skrycie podbiera wyłożone w karmniku orzechy, które zebrałem z pobliskich drzew. Podejrzewam, że to sójka pocieszycielka, bo myszkowała niedawno na dachu.

W połowie listopada mam zamówić w Ustroniu słonecznik niełuskany (1,70 zł kilogram). Zakupiliśmy też jabłka (0,99 zł), bo wczoraj nad ranem widziałem nocujące w tarninie dwa drozdowate.
W rogu ogrodu berberys Thunberga gra na wszystkich tonach purpury. To ostatnie żywe kolory jesieni.
Ach ten dzień w kolorze śliwkowym berberysu i głogu ma smak...

---------------------
Słowobraz powoli wchodzi do realu. 26 listopada odbędą się Zaduszki poetyckie. Szczegóły wkrótce.

poniedziałek, 4 października 2010

Pożegnanie ze śmieszką

Zaprzyjaźniłem się z mewą. Od paru dni już jej nie widzę, a te zdjęcia są sprzed tygodnia. Pewno odleciała na południe i wróci wczesną wiosną, bo podobno wracają do swoich macierzystych miejsc lęgowych. Poznaliśmy się po koniec sierpnia, kiedy odwiedzili nas Krystyna z Krzysztofem (opiekunowie Wilejki). Poprowadziłem ich na groblę, żeby pokazać kaczki. Krzyżówki robiły co mogły. Jedna z nich nawet popisywała się łapaniem okruchów w powietrzu. I nagle znalazła się między nimi śmieszka (pokazywałem te mewy wcześniej, ale w szacie godowej, tu jest w tzw. spoczynkowej). Z początku skubała bułkę, ale kiedy zorientowała się, że od spodu to samo robią ryby, natychmiast nauczyła się je łowić na przynętę. Pływała wokół okrucha i co chwilę wyciągała spod niego srebrną rybkę.
Przed tygodniem najpierw kołowała, a potem znów wodowała między kaczkami. Wprawdzie jest zwrotniejsza od nich, bo potrafi w wodzie obrócić się w miejscu, ale ma słabsze nogi i w wyścigu do pokarmu posiłkuje się skrzydłami. A są potężne, ponad metr rozpiętości. Złożone, wystają ponad tułów krzyżując się jak nożyce.

Specjalnie rzucałem pokarm w jej stronę. Nieraz już zauważyłem, że ptaki lubią ludzką mowę. Z nimi nawiązuje się kontakt jak z kobietami: najważniejsze są słowa. Mówiłem do niej, że jest malutka (łgałem), że piękna (tak sobie) i żeby się nie bała (szczerze). Jest jeszcze trochę nieśmiała i podpływała bliżej tylko wtedy, kiedy oddzielały nas rzadkie zarośla. Byłem wzruszony i widziałem w tej jej życzliwości jakąś międzygatunkową przyjaźń. Dziś wiem, że prawdopodobnie to była cena, którą gotowa była zapłacić, żeby objeść się solidnie przed odlotem.

Gdybym wiedział, że widzimy się ostatni raz w tym roku, nadałbym jej jakieś imię, bo przecież "śmieszka" nie brzmi poważnie.

Kiedy wracałem drogą przez Mysiadło, zazdrosna Buba zwracała moją uwagę i w pędzie podgryzała oponę przedniego koła, co chwila łypiąc białkami, czy mi się to podoba. A ja mówiłem: "Podły, podły, zły pies. Co robisz? Jesteś niedobra!" Chyba jednak nie słowa są najważniejsze, bo wydawała się szczęśliwa.

niedziela, 8 sierpnia 2010

Księżniczka von Hovawart

Księżniczkę zobaczyłem pięć lat temu w nieistniejącym już serwisie ogłoszeniowym Aaaby.pl "Gazety Wyborczej". Czytałem wiadomości i nagle w rogu ekranu wyskoczyło okienko, a w okienku ona, malutka wprawdzie i puchata, lecz dystyngowana, melancholijnie wpatrzona w oddalony punkt.

Telefon kierunkowy zaczynał się na 74, a właśnie nazajutrz jechałem służbowo do Wałbrzycha. Zadzwoniłem, okazało się, że to 100 km na południe, pod Śnieżnikiem i opodal Międzygórza. Ucieszyłem się, bo znałem i lubiłem te okolice.
"Głośny potok" - niewielkie gospodarstwo agroturystyczne z jazdą konną, prowadzone przez dwoje ludzi z Warszawy. Gospodyni była malarką. Stylowy salon z pianinem; pasowała do niego ta gromadka psów wytwornych ras. Rozmawialiśmy przy stole, a malutka Evita (to jej metrykalne imię) podeszła do mnie i przytuliła się z tyłu pleców. Powiedziałem to, co zawsze mówię zagubionym istotkom:
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze.
Potem załatwiliśmy formalności i okazało się, że mała jest pół-Czeszką, w dodatku księżniczką, bo w jej żyłach płynie krew championów Czech, Niemiec i Polski.
Dałem jej dziecięcą tabletkę Aviomarinu na koniec języka,  przytrzymałem arystokratyczną mordkę, żeby przełknęła i ruszyliśmy w długą drogę.
Nie uzgadniałem tego z żoną. Od roku mieliśmy dom z ogrodem, ale jakiś pusty, bo Miki kończył studia i przychodził tylko nocować. Czegoś brakowało pod ręką, co można by pielęgnować i najczulej kochać.

Nie będę pisał o szczegółach, ale na początku nie było łatwo. Żona nigdy nie miała psa. W zasadzie bała się ich i one o tym wiedziały. Wspomnę tylko że po kłótni, siedziałem z maleńką w łazience i naprawdę nie wiedziałem, dokąd pójdziemy.

Ułożyło się jednak szybko i dziś żona jest dla niej najczulszą panią. Na przykład całuje ją często, a ona znosi to z książęcą godnością.
Kiedy dwa lata temu Mikołaj się ożenił i odwiedził nas dopiero po tygodniu, Buba poukładała jakoś pyskiem w kosteczkę swój ulubiony kocyk i położyła mu na kolana. Taka psia wyprawka.

Oboje z Natalią mieszkają  po drugiej stronie Lasu Kabackiego. Najczęściej przyjeżdżają na rowerze, ale zdarza się, że przychodzą pieszo. Wtedy jadę z Bubą pod las samochodem i idziemy im na spotkanie. Trudno mi jej to wytłumaczyć i księżniczka myśli, że Miki jest leśniczym.
Z nikim nie byłem tak bez przerwy. Bardzo lubi ze mną pracować. Po śniadaniu zastyga w pozie wyczekiwania, wstępując przednimi łapami na stopień schodów, a kiedy wreszcie idę, z ulgą wbiega na górę i kładzie się trzy metry od biurka z pyskiem przy ziemi. Ja pracuje, a ona śpi, budzi się, patrzy brązowymi, dobrymi ślepiami, chwilę tak popracuje i potem śpi dalej. Zupełnie nie rozumie, kiedy Mikołaj mówi jej, że jest darmozjadem.

Na śniadanie zjada między innymi jogurt, często z ryżem. To nieprawdopodobne, że coś tak czarnego może żywić się czymś tak białym. Dziś, kiedy przyszła mi podziękować, zobaczyłem, że to jaśniejące pod brodą to wcale nie pozostałości jedzenia. W końcu minęło pięć lat.

Usiadłem na podłodze i przytuliłem siwą głowę do posrebrzonego, kochanego pyska.
 
blogi