Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieznane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieznane. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 listopada 2012

Zaduszki poetyckie

Pamiętam go doskonale. Był postacią bardzo wyrazistą, człowiekiem energicznym, ale lirycznym zarazem. Najbardziej liryczny miał chód. Zapewne z tego powodu, że był bardzo chudy, szedł tak lekko, jakby unosił się w powietrzu.

Rok 1967, razem z Jurkiem Tomaszkiewiczem i Michałem spacerowaliśmy wokół Pałacu Kultury i rozmawialiśmy o poezji. Nigdy się nie dowiem, czy ona rzeczywiście była tak ważna wtedy, czy tylko dla nas najważniejsza. Chyba jednak musiała być ważna, jeżeli spore dość wiersze ukazywały się na pierwszych stronach tygodników kulturalnych i wszyscy je czytali.

Ten wiersz był doskonały, od razu znałem go na pamięć. Jurek też. Rozgarnialiśmy nogami suche liście i zaczął Tomaszkiewicz:
Nie było lata. Jesień szła od wiosny
Jak ziąb - od wody, jak od dzwonu kręgi.
Ja:
Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła,
Zaszedł nad morze, Zawrócił do karczmy. 
W karczmie odnalazł płomień, knot i łoju
Wysoką wieżę - u szczytu szczerbioną...
Stanisław Grochowiak, Nie było lata...
---------------------------------------------------
To fragment wspomnienia o Jerzym Tomaszkiewiczu, jednym ze zmarłych poetów, którym poświęcone będą „Zaduszki poetyckie”. Organizujemy je wspólnie z Januszem Kostynowiczem vel Kowarskim w nowo powstałym Stowarzyszeniu Umarłych Poetów „Warszawska Atlantyda”  w Warszawie, przy ul. Walecznych 61 (dawna „Literka”) w najbliższy piątek, 9 listopada o godzinie 19.

Serdecznie zapraszam stałych Czytelników (proszę o zapowiedź przybycia e-mailem pod adresem: slowobraz@gmail.com).
----------------------------------------
Zdjęcie pochodzi sprzed siedemnastu lat. Podczas wieczoru fizycznie obecni będą tylko: Kowarski (z gitarą, pierwszy od prawej) i ja (trzeci od prawej). Postaramy się jednak (w poetycki - nie spirytystyczny - sposób) przywołać pozostałych: Jerzego Tomaszkiewicza (pomiędzy nami w czarnej koszuli), Michała Łukaszewicza (przysiadł na poręczy fotela i opiera się moje ramię), Tomasza Wacha (w okularach, najbardziej z lewej), Krzysztofa Zaleskiego (najbliżej obiektywu, ale odwrócony). Jak ich znamy, przybędą na pewno.
----------------------------------------------------------------------

Zgasło światło i Wasz Guślarz odczytał fragment „Dziadów”, jakby specjalnie stworzony dla zmarłych poetów:
Naprzód wy z lekkimi duchy,
Coście śród tego padołu
Ciemnoty i zawieruchy,
Nędzy, płaczu i mozołu
Zabłysnęli i spłonęli
Jako ta garstka kądzieli.
Kto z was wietrznym błądzi szlakiem,
W niebieskie nie wzleciał bramy,
Tego lekkim, jasnym znakiem
Przyzywamy, zaklinamy.
Ten lekki, jasny znak to było zapalenie świecy przez Kowarskiego. Nie udało mu się za pierwszym razem, ale po chwili zrobiło się jaśniej. Najpierw był Ten, o którego śmierci dowiedzieliśmy się niedawno, i z którym nie mieliśmy kontaktu przez dziesięciolecia – Andrzej Pawlina. Potem już w kolejności odchodzenia: Jerzy Tomaszkiewicz, Michał Łukaszewicz, Tomasz Wach i Krzysztof Zaleski. Na początku jakiś fragment wspomnienia o każdym, potem krótkie credo literackie, a na koniec po trzy wiersze.

Niestosowne jest powiedzieć o Zaduszkach, że było miło, lecz przecież nie było podniośle. Nie próbowaliśmy wywołać Ich duchów, ale pewno przywołaliśmy nastrój tamtej przyjaźni i szacunku dla twórczości.

Nie przyszło zbyt wiele osób, ale może za rok...

niedziela, 5 lutego 2012

Książka o północy

Charles H. Yale, plakat teatralny [1899]
Niekiedy zdarzenia błahe z czasem okazują się ważnym znakiem, przepowiednią albo spóźnioną przestrogą. Tak może być z tą książką o północy.

W piątek wraz z grupą przyjaciół byliśmy w Filharmonii. Niewiele opowiem. O ile w sztukach plastycznych bez skrępowania dzielę się swoimi wrażeniami, o tyle wobec muzyki poważnej mnę w rękach czapkę i potakuję pokornie głową, gdyż moje ucho nie rozróżnia niuansów. Także tym razem mi się podobało, ale i mocniej niż kiedykolwiek odczułem przyjemność z przebywania w miejscu, gdzie są tylko ludzie nastawieni na odbiór sztuki. Nie przywiódł ich przecież snobizm, bo grano Moniuszkę i Czajkowskiego. I choć wszyscy raczej niebogato ubrani, to stanowili prawdziwie wytworne towarzystwo, którego próżno szukać w najdroższych lokalach stolicy.

Zapewne z tej wytworności napiliśmy się po koncercie w domu wódeczki. Niewiele, dwa – trzy kieliszki, razem pięć. Niewiele, ale wystarczyło, abym znów doznał iluminacji. Po wyjściu gości i po krótkim spacerze z Bubą, chwilowo polegiwałem na kanapie i umysł mój, w najmniejszym stopniu niezaprzęgnięty w szczegół, osiągnąwszy stan homeostazy doskonałej, dość swobodnie dokonywał skomplikowanej syntezy ontologicznej, której efekt każdorazowo mógłby przekroczyć najśmielsze oczekiwania, gdyby nie zawistny i natarczywy Morfeusz.

Niesprawiedliwe języki nazywają ten mój stan pijackim zaleganiem, ale co one mogą wiedzieć o życiu wewnętrznym metafizyka.

Już, już byłem bliski istoty wszechrzeczy, gdy na wysokości dwóch metrów przewróciła się gruba książka. Ciemno było, a mimo to duch i zmysły zespoliły się. To był Stanisława Skorupki pierwszy tom Słownika frazeologicznego języka polskiego. Pierwszy, bo drugi leżał od dwóch dni na biurku. „Dziwna ta tęsknota za bratem, w dodatku dokładnie o północy. Co będzie to będzie.” - Otworzyłem na chybił trafił i wycelowałem palcem w nieparzystą, prawą stronę, w jednej trzeciej wysokości prawej kolumny. Spojrzałem i zadrżałem.

O północy paznokieć wyglądał jeszcze straszniej. Nie jeden zresztą, lecz trzy. To następstwo walki o życie Buby z buldogiem amerykańskim sprzed siedmiu tygodni. Gdybym mu wtedy nie włożył ręki do straszliwej paszczy, której żujący chwyt, polegający na przesuwaniu się zaciśniętych szczęk opisał Jack London w Zewie krwi, pogruchotałby jej grdykę. A tak, tylko przez pół roku będę straszył łuszczącymi się czarnymi szponami. Drobiazg –  zaszczytne to blizny, bo odniesione na wojnie.

No i pod tym czarnym, najczarniejszym z czarnych paznokciem zobaczyłem złowróżbne słowo „piekielny”, a dokładnie w punkcie 11 tego hasła „piekielny śmiech <szyderczy, przejmujący grozą>”.

Muszę już kończyć, bo świeca gaśnie. Wszystko tu opisałem jak było. Jeszcze się przyznam, że w blogu zmyśliłem dwie opowieści: o Czerwonym Kapturku i Kopciuszku. 

Czuję się nieswojo i nie wiem jak to będzie. W dodatku nie ma pointy. Diabli ją wzięli i chichoczą.

wtorek, 27 grudnia 2011

W chmurach

Chmury dziś nisko zawisły nad górami. I szliśmy na Igliczną w chmurach. Mroczna to sprawa. Ten pejzaż (powiększ) przypomina mi ów makabryczny klimat z tych okolic, jaki w liście do przyjaciela z genialnym poczuciem humoru opisał 176 lat temu podczas epidemii cholery Zygmunt Krasiński (w Piwnicy pod Baranami czytał list Krzysztof Litwin).
Okolica zamienia się na pandemonium. Wszyscy coś trupiego mają do opowiadania. Pocztylion w rowie spotkał umierającą babę i dalej pod krzyżem dziecko umarłe z cholery. Rymarz, wracając z pola w nocy, obalony został na ziemię i nożem ktoś mu czole wyrżnął koronę cierniową. Burmistrz na to powiada, jak przed laty gdzieś w borze spotkał Cyganów i wielkie męstwo pokazał dobywszy szabli i uciekłszy co żywo przed nimi. Temu stanął zegarek, choć nie pękła żadna sprężyna; piekarzowi nie udały się bułki, u doktorowej drób zdycha, a mąż, choć przyrządza pigułki, nie może pomóc. Taki jest obraz dni smętnych, które spadły teraz na miasto szląskie imienia Freiwaldau…
Za tydzień znów Ci doniosę, co się z nami dzieje. Gdyby mnie jednak cholera wymazała z rzędu żyjących, pamiętaj, Adamie, żeś miał przyjaciela.
Ale nie było tak źle, bo czasem obłok zahaczył o wysoką jodłę i robiło się jaśniej. Poświata schodziła ku nam z wysokości. Do Marii Śnieżnej szliśmy.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Sprawy najbardziej zagadkowe


poster Kellar, created by The Strobridge Litho. Co., Cin'ti & New York [1900]
Do zjawisk nadprzyrodzonych mam stosunek dwoisty.  Nie jest mi dane doznawać rzeczy niezwykłych i prawdopodobnie  Tamten Świat tymczasowo machnął na mnie ręką, być może po tym, kiedy nie dałem się mu nabrać (opisałem to wydarzenie tutaj).

Jednakże wcale nie jestem przekonany, że To się nie dzieje i szanuję świadectwo innych. Postawa moja jest lekko asekurancka: nie widziałem, ale nie wykluczam, a już w żadnym wypadku nie mam zamiaru sprawdzać i  zapraszać Komandora.

W jakiś sposób nawet opowiadam się za Nieznanym, bo szczerze nie cierpię przemysłu, który je wykorzystuje eksploatując ludzką słabość. Pogardzam okultyzmem, ezoteryką, paramedycyną (zwłaszcza homeopatią), astrologia, ufologią itp.

To niezły biznes i prawdziwe opium dla ludu, który nie ma głowy do naukowej wizji świata i gotów jest płacić za uproszczony bryk. Stąd już tylko krok do skrótów w pojmowaniu polityki czy ideologii. I wtedy robi się straszno, bo podnosi się mgła, przemieszana z oparami helu i mrok rozświetlają płomienie pochodni.

Nieznane jako doznanie osobiste, zjawisko poetycko-metafizyczne, w żadnym wypadku komercyjne i nigdy polityczne.

Jednak i tu jest pewna granica, bo należy szanować intymność zaświatów.
 Hans Castorp kilkoma krokami podszedł do stopni przy drzwiach wejściowych i krótkim ruchem włączył białe światło elektryczne.
T. Mann: Czarodziejska góra, rozdz. Sprawy najbardziej zagadkowe

czwartek, 21 października 2010

Postać

To był taki jesienny bezwietrzny dzień, który długo wysnuwa się z oparów, żeby przez trzy godziny uszczęśliwiać pogodą. Potem z ukosa spojrzeć i już szarzeć, mrocznieć, zapalić latarnie.

Było niewiele po siódmej. Na Puławskiej w stronę Warszawy pełno. Żeby zawrócić, musiałem jechać kilkaset metrów w stronę miasta. "Coś w tym wszystkim nie jest tak - pomyślałem. - Ta masa żelastwa, w każdym samochodzie pojedynczy człowiek. Bez przerwy ktoś wyprzedza poboczem, żeby za chwilę na skrzyżowaniu gwałcić nakaz skrętu w prawo i jechać prosto."
Całe szczęście zawracałem. Od miasta o poranku jedzie się lepiej.

Zwykle słucham w aucie muzyki klasycznej. Struktura miłych dźwięków pozwala wierzyć, że jednak istnieje porządek doskonały, a przemoc i nieprawość za szybą mnie nie dotyczą.

Włączyłem Dwójkę. Był kalendarz radiowy. Mówili o pierwszej rocznicy śmierci Krzysztofa Zaleskiego. On też był z naszego stowarzyszenia kiedyś żywych poetów. Zaszedł najwyżej, choć nie w poezji, lecz w reżyserii i aktorstwie. Puścili fragment jego wypowiedzi o teatrze radiowym. Mówił pięknym, głębokim głosem, dobitnie i z żelazną logiką. Na koniec fragment czyjegoś wspomnienia, że literatura była dla niego najważniejsza. Wiem, że tak było.

Przełączyłem na RMF classic. Lubię tę wdzięczną konfekcję starych mistrzów, a może bardziej dyskretne, ale uwodzicielskie inteligencją i głosem krakowianki, które są tam spikerkami. W przeciwieństwie do Dwójki, w RMF wiedzą  jak zarabiać. Skończyła się muzyka i pewien diabelsko przystojny aktor wyznawał  jedwabiście, że dobrze wie co to ciepło, bo właśnie zbudował dom w górach i że najlepiej mu się jeździ w czasie mrozów samochodem terenowym Mercedes Benz. Bęc, jak pisał Gałczyński.

Droga prowadziła przez las. Ciężarówka przede mną zatrzymała się. Z naprzeciwka gęsto sunęli jadący do miasta i trzeba było odczekać chwilę żeby wyprzedzić coś, czego nie widziałem zza ciężarówki.

Nie wiem, chłop to był czy baba, bo postać na rowerze była bezkształtna i okutana. Na głowie sukienna czapka bez daszka, z długimi nausznikami. Takie czapki można zobaczyć na wiejskich obrazach Bruegela. Z tyłu, w poprzek wielki, szeroki jak trzy czwarte szerokości samochodu snop brązowych witek z brzozy. To z powodu tego stosu wymijało się rowerzystę jak stojące na drodze auto.

W absurdalnym świecie biznesmenów, spieszących w samochodach terenowych do miasta, ta bezkształtna i zagadkowa postać z mgły i lasu była czymś niezwykłym, lecz na miejscu. Nie zgrzytem, nie zawalidrogą, ale arką przymierza z naturą, archetypem ciężkiej pracy, a kto wie, czy nie magii, bo chyba z tych witek miały powstać miotły.

"Jesteś najważniejszy." - szepnąłem wyprzedzając. Nie usłyszał, bo dzieliła nas japońska szyba i bruegelowskie nauszniki.

niedziela, 9 maja 2010

Trzech zwiadowców

Pewnie, że zapalę świeczkę, tym Trzem i wszystkim.

To było na przełomie października i listopada 1983 roku. Stan wojenny był zawieszony i można było już swobodnie podróżować po Polsce. W męskim gronie kilkunastu przyjaciół spotkaliśmy się w położonej w dzikich ostępach lasów Pojezierza Wałeckiego leśniczówce "Jagoda". Mieliśmy być dwa dni i już pierwszego poszedł niemal cały alkohol. Drugiego wieczoru siedzieliśmy markotni przy dwóch ubogich butelczynach.

Niewielki mam wkład w cywilizację, ale na pewno biesiadną Zasadę Trzech Szybkich. Polega ona na dość prędkim wypiciu trzech, choćby najmniejszych kieliszków, a potem się zawsze jakoś układa. Rzeczywiście: Boh trojcu liubit, bo po trzeciej kolejce na polanę niespodziewanie wjechali myśliwi. Oni zawsze coś mają w bagażnikach.

Było wesoło, ale i narzekaliśmy. Jeden z gości, ajent stacji benzynowej w pobliskiej Człopie, żalił się, że kopiąc przez podwórze wodociąg (to miejsce zaznaczyłem na zdjęciu), natknął się na zwłoki żołnierza radzieckiego. To nie była mogiła, on zginął podczas walki. Klęczał z pistoletem w jednej dłoni i z granatem w drugiej. Zapewne podoficer, bo miał raportówkę i oficerki, podobno upchane słomą.
Odkopał go latem i mimo, że wielokrotnie informował władze, nikt się nie pokwapił. Pozbierał kości do plastikowego worka po nawozie i złożył w garażu.

Leżałyby tam może i do dziś, ale nam szumiało w głowach i zakręcił napływ żalu. Byłem jedyny z Warszawy i niemal mnie zaprzysiężono, żebym sprawę załatwił.

Teraz mam nastawienie cokolwiek filozoficzne, ale kiedyś szedłem śladem mocno i do końca, jak wściekły pies gończy. Pamiętam, mówiłem: "Gębę macie pełną frazesów o przyjaźni, a tam pod ścianą, w worku po nawozie leży żołnierz". Po piętnastym telefonie byłem u celu. To był Urząd Rady Ministrów. Pani dyrektor oddzwoniła, zebrała wszystkie informacje i powiedziała, że jeszcze tego dnia wojewoda pilski zajmie się sprawą.

Rzeczywiście. Ajent opowiadał następnego lata, o niezliczonych delegacjach i komisjach. Zwłoki zabrano, także dwoje innych, bo w pobliżu odkopano jeszcze dwóch, już zwykłych żołnierzy, którzy stali z pepeszami. Uznano, że ta trójka była z oddziału zwiadowczego. Ukryli się w leju po bombie, a tuż obok wybuchła inna i ziemia przysypała ich żywcem. Z pełnymi honorami pochowano wszystkich na Cmentarzu Wojennym w Wałczu.

Leży ich tam, żołnierzy polskich i radzieckich, prawie 6 tysięcy. Przez Wałcz i Człopę biegł od morza Wał Pomorski - potężny system umocnień wybudowany na wzór linii "Zygfryda", opierający się na naturalnych przeszkodach Pomorza Zachodniego. O ten wał toczyły się zimą 1945 r. straszliwe walki.

Chyba mógłbym ustalić dokładną datę tamtego wydarzenia, bo odnalazłem fragment stenogramu z narady u Hitlera. W południe 27 stycznia 1945 r, szef sztabu generalnego wojsk lądowych, generał Heinz Guderian, relacjonował:
Sytuacja stała się nieco bardziej skomplikowana. Silne oddziały rozpoznania nieprzyjaciela przekroczyły rzekę Noteć pobliżu Czarnkowa i postępują w kierunku Trzcianki, Człopy i Wielenia. Dziś została zaatakowana Piła. Jeszcze rano był w naszych rękach przyczółek w pobliżu Ujścia. Wróg jednak go ominął i przekroczył Noteć.
* * *
Niedługo potem otrzymałem pismo dziękczynne, laurkę podpisaną w imieniu premiera, taki peerelowski, urzędowy certyfikat człowieczeństwa. Dość miły.

Zdarzyło się coś jeszcze. Nie miało żadnego urzędowego związku ze sprawą, bo za wcześnie. Dokładnie tego dnia, kiedy poruszyłem bezduszną machinę, wieczorem zapukało dwoje ludzi. Przyszli obejrzeć nasze mieszkanko, "bo podobno zamieniamy je na większe". To prawda, miesiąc wcześniej złożyliśmy podanie w biurze zmiany na Bednarskiej.

Po trzech miesiącach przeprowadziliśmy się z niespełna rocznym Mikim do trzypokojowego mieszkania z pięknym widokiem na Jeziorko Gocławskie. Dziś mieszkanie jest towarem, ale wtedy było cudem. Ponadto dość niezwykła była ta koincydencja.

Wydarzenie obrosło rodzinną legendą. Nie mogło mieć żadnego urzędowego związku ze sprawą, ale przecież tam, na niebieskiej łące, miałem trzech znajomych zwiadowców.

piątek, 9 kwietnia 2010

Boginki i południce

Ilustr. Ilonka Karasz, okładka The Masses, grudzień 1915
Irlandzki twórca powieści gotyckich, Joseph Sheridan Le Fanu pisał w swej słynnej „Carmilli”:
Śmiertelna bladość przypisywana upiorom to tylko melodramatyczne zmyślenie. Zarówno w grobie, jak i wśród ludzi mają one wszelkie pozory zdrowia i życia. (...) Nie wyjaśnioną dotąd zagadką pozostaje, w jaki sposób opuszczają one swe groby i powracają do nich co dzień na kilka godzin, nie poruszając ziemi i nie pozostawiając żadnych śladów na trumnie czy na obmurowaniu mogiły. Dwoista egzystencja wampira jest możliwa dzięki codziennej drzemce w grobie. Sił do życia wśród ludzi dostarcza mu straszliwa żądza ludzkiej krwi. Wampir potrafi czuć do kogoś gwałtowny pociąg przypominający miłosną namiętność. Jeśli dostęp do takiej osoby ma utrudniony, zdobywa się na niezwykłą cierpliwość i najbardziej wyszukane fortele. Nie spocznie, zanim nie zaspokoi swej żądzy i nie wyssie całego życia ze swej ofiary. Zdolny jest wtedy przedłużać swą morderczą rozkosz i delektować się nią niczym epikurejczyk, potęgując ją nadto wyszukanymi zalotami. W takich przypadkach zdaje się pożądać objawów sympatii i wzajemności. Zazwyczaj jednak zmierza wprost do celu, często natychmiast obezwładnia swą ofiarę, dusi ją i w jedną noc odbiera jej życie.

Tak, to potworne uświadomić sobie, że mocniejszy objaw sympatii, nie wspominając o namiętności może zwiastować śmiertelne niebezpieczeństwo. Dziś mogę mówić o tym w miarę spokojnie, bo co ze mnie za zdobycz, ale wcześniej, co tu kryć, ryzykowało się.

A miałem ja nieszczęście spotykać demony o charakterze szczególnym i niepewnego pochodzenia, takie jak boginki, mamuny, wieszczyce oraz południce.

Mamuny rozpoznawałem z daleka i uciekałem co sił w nogach. Nie było to trudne, bo przeważnie są niemłodymi kobietami, porośniętymi włosami na całym ciele.

Z boginkami tak łatwo nie było, bo przybierają postać pięknych i młodych dziewczyn. Naprawdę nie wiedziałem, że napadały poza tym na położnice, podmieniały dzieci, płoszyły konie przy wodopoju i bydło na polu.

Wieszczycy nie spotkałem chyba żadnej, ale to dlatego, że one głównie wysysały kobiety i w dowód swojej bytności, wydłużały im po śmierci zęby.

Południcę spotkałem natomiast nieraz (ot choćby taką jak na ilustracji). Z południcą to osobliwie niebezpieczna historia, bo zachłanna jest i nienasycona. Czy ktoś pamięta z Leśmiana ponurą historię dwóch opojów, Świdrygi i Midrygi?
Zaskoczyła ich na słońcu Południca blada
I Świdrydze i Midrydze i tańcowi rada.

Zaglądała im do oczu chciwie, jak do żłobu.
"Który w tańcu mię wyhula, bom jedna dla obu?" - ?
Co tam, co było, to było i choć mógłbym o tych zmaganiach ze złem pisać słowobrazy do wakacji, będę milczał jak grób, okiennice zawrę i świeczkę zapalę. A i przeżegnać przez lewe ramię mi nie zaszkodzi.

poniedziałek, 15 marca 2010

Znak?

No to trafiło się dziś o świcie ślepej kurze. Wiedziałem, że będzie pięknie, bo ani chmurki, świeży śnieg i minus 10 stopni. Pierwsze minuty świtu są najważniejsze, bo słońce pada ukośnie, a wtedy zdają się rzeczy niezwykłe. Czym prędzej załadowałem aparat i wybiegłem z Bubą.
Kiedy weszliśmy na olbrzymi ugór na Mysiadle pod wschodnią skarpa widać było mgłę. To pod wpływem marcowego słońca parował biały puch, którego w nocy spadło co nie miara.
Prześwitujące przez świerki promienie tworzyły w oparach chętną złudę.
Hovawart Buba
Buba zwykle niewrażliwa na krajobraz przypatrywała się teatrowi cieni.
I stało się. Znowu zobaczyłem Serafina i ten Znak, jakby wbity w skarpę. Bardzo nie jestem godzien i wiem, że to złudzenie. Przyznacie, dość piękne jednak.

piątek, 19 lutego 2010

Ślepy tor

Pisałem kiedyś, wszystko co wiąże się z koleją ma urok. Zwłaszcza stare parowozy i zapomniane, podupadłe stacyjki. A tory? Jedne są wybłyszczone i napięte jak struna, inne zardzewiałe, nierówne, porośnięte, często ślepe. Jest jednak w tych ślepych torach jakaś mroczna tajemnica.
- Wokół zaniedbanie.(...). Z boku odpada na poły strupieszała zwrotnica z wybitym szkłem latarni, której nocą nie ma komu zapalić. Bo i po co? Tor to przecież zamknięty; nie ujedziesz nim dalej jak 100 m. Opodal na liniach wre ruch parowozów, tętni życie, pulsują kolejowe arterie. Tu wiecznie cicho. (...). Nad rudawą taśmą szyn pochyla zwichnięte ramiona popsuty semafor i błogosławi smętkowi ruiny...

Głos kolejarza załamał się. Profesor odczuł jego wzruszenie; liryzm opisu zdumiał go i przejął zarazem. Lecz skąd ta nuta rzewności?

- Odczułem - podjął po czasie - poezję ślepego toru, lecz nie umiem wytłumaczyć sobie, jak atmosfera jego może wywołać wspomniane objawy.

- Z poezji owej - objaśnił garbaty - wieje głęboki motyw tęsknoty - tęsknoty ku nieskończonym dalom, do których dostęp zamknięty kopcem granicznym, zagwożdżony drewnem rampy. Tuż obok pędzą pociągi, pomykają w szeroki, piękny świat maszyny - tu tępa granica trawiastego wzgórza. Tęsknota upośledzenia. - Czy rozumie pan? - Tęsknota bez nadziei ziszczeń rodzi pogardę i nasyca się sobą, aż przerośnie mocą pragnień szczęśliwą rzeczywistość... przywileju.
Fragment opowiadania "Ślepy tor" Stefana Grabińskiego ze zbioru "Demon ruchu" (1919).
O Stefanie Grabińskim (1887-1936) nie uczą na polonistyce (zwrócił mi kiedyś na niego uwagę pisujący tutaj señor Peatero). Nazywają go polskim Poe'm, choć tworzył kilkadziesiąt lat po Amerykaninie. Powiadają, że jest pionierem gatunku nazywanego dzisiaj thrillerem fantastycznym.

Nowele z tomu "Demon ruchu" (to największy sukces pisarza) oraz inne teksty można znaleźć w Wikiźródłach, natomiast, kto ma czas, polecam filmową inscenizację "Ślepego toru" w reżyserii Ryszarda Bera z roku 1967. Jeśli chodzi o tempo narracji i środki techniczne, to trochę ramota, ale co za klimat, a przede wszystkim znakomite aktorstwo!

Na czoło wybija się Jacek Woszczerowicz grający cytowanego wyżej dziwnego kolejarza (dróżnik Wawrzyniec Wiór). Film trwa niespełna pół godziny i w Youtubie podzielony jest na trzy części. Żeby ułatwić mniej sprawnym, zamieszczam wszystkie trzy.
------------------------
Ślepy tor ze zdjęcia to bocznica metra pod Lasem Kabackim. Fotografię wykonał mój syn Mikołaj.





wtorek, 19 stycznia 2010

Noworoczny sen

Instalacja, aut. Janusz Kostynowicz
Dziś opis snu, jaki przed paroma dniami dostałem od Janusza Kostynowicza. Janusz jest prawdomówny jak mało kto, więc wierzę, że nie zmyślił.
Dobry jest taki sen, bo można przełamać czas i znowu być razem: poeci, którzy zostali, z tymi co odeszli.

Noworoczne Pozdrowienia dla Chłopaków

Nie, nie był to przykry sen, w którym zmarli próbują nas przeciągać na tamten świat. Przypominał raczej radosne spotkanie, powrót z tegorocznej zabawy sylwestrowej pod gołym niebem. Przeciągające się powitanie Nowego 2010 Roku. W tej wędrówce Warszawa była całkiem realna. Nierzeczywista była tylko sfera klimatyczna, bo mogłem iść w samej marynarce.

Przechodząc przez ulice i zatrzymując się z ludźmi, cały czas trzymałem w ręku wielką zieloną butelkę szampana. Flaszka zakończona była sprytnym urządzeniem na kształt syfonu, tak, że mogłem raz popijać, raz rozpylać tylko zapach "Sowietskoje Szampanskoje".

Zacząłem przeciskać się dzielnicą uroczych, secesyjnych kamienic w stroną ścisłego Centrum. Tak jak się umówiliśmy, na rogu Wilczej i Chałubińskiego stał Krzysiek Zaleski przed swoim domem. Uśmiechnął się, gdy mnie zobaczył, wypił łyk. Ja jeszcze otworzyłem drzwi klatki schodowej i rozpyliłem, żeby ten zapach został na szczęście. Zastałem Krzysia w dobrym nastroju, ale nie mógł jeszcze z nami świętować. Wyszedł tylko na chwilę, zresztą w kapciach, bo spodziewał się gościa z zagranicy. Powiedział, żebym nawet nie pozdrawiał Chłopaków, bo spotkamy się zaraz na Uniwersytecie.

Na rogu Mokotowskiej i Placu Trzech Krzyży wpadłem w objęcia Michała Łukaszewicza. Był trochę rozczarowany, że jestem sam. Pytał o Jurka, Mirka, Tomka, Mariana. I zaczął ciągnąć mnie, żeby natychmiast iść do Chłopaków. Nie, nie był wcale znużony, raczej dopiero liczył na dobrą zabawę.  Poszliśmy obaj na skróty. Bracką do Jerozolimskich. Przystawaliśmy kilka razy, bo przeszkadzał mu paproch w oku. Spojrzałem, rzeczywiście wpadło mu coś ciemnego, okruch rdzy czy sadzy. Mógłbym mu to łatwo wyjąć, bo miałem białą chusteczkę i lusterko, ale bał się, nie pozwalał, przytrzymywał mnie za ręce, jak małe dziecko.

Gdy szliśmy Chmielną zaczynało się już ściemniać. Dziwił się, że spotykam tylu znajomych. Musiałem wyjaśniać, że tylko odkłaniam się. Trudno dziwić się, jeśli człowiek pracuje tyle lat w Śródmieściu. Same służbowe znajomości, nie to co spotykać się z Chłopakami. Michał zgubił mi się w którejś z tych knajpek na Nowym Świecie.

Czytałem wcześniej w Stołecznej, że na Krakowskim Przedmieściu będzie wstrzymany ruch, żeby piesi mogli bawić się na środku ulicy. Skręciłem w bramę Uniwersytetu i zaraz dołączyłem do świętujących. Pod Pałacem Kazimierzowskim zobaczyłem rozbawionego Jerzego Tomaszkiewicza. Objęliśmy się. Zapewniłem, że Chłopaki zaraz dojdą. Chudy, przygarbiony, mocno łysiający, był w istnie szampańskim nastroju. Wznosił toasty, popijał z ciemnozielonej butelki i sypał dookoła ryżem. Zgrabne studentki z polonistyki aż piszczały, zasłaniały oczy, wytrzepywały z włosów lśniące ziarna. Dołączyłem do Jurka i ganiałem je, opylając szampanem.

Mogłem tam zostać i wesoło bawić się do nocy, ale ciągnęło mnie do Chłopaków w Harendzie, tych z dawniejszych jeszcze lat. I miałem rację, bo dopiero w głównej sali Harendy paliły się kandelabry i wszystkie świeczniki.

Dopiero tutaj słychać było uroczystą muzykę i ludzie stali odświętnie ubrani. Kiedy zacząłem krzyczeć wesoło i rozpylać szampan dookoła, wziął mnie za łokieć ksiądz po cywilnemu i dyskretnie zwrócił uwagę, że to już nie jest kawiarnia, ale świątynia. Nie wiedziałem o tej zmianie. Wycofałem się, bardzo przepraszając i obudziłem się zawstydzony.

czwartek, 24 grudnia 2009

Anonimowy


 Gustaw Doré, Anioł karmiący Eliasza.
Ktoś napisał mi dzisiaj, żebym uważał na koty. To o wigilii sprzed roku i pierwszej mojej wigilijnej opowieści o Wilejce. Dziś opowieść druga.

Był w początek lat 2000. Ostatnia przedświąteczna niedziela. Podjechaliśmy ze znajomymi do otwartej niedawno Galerii Mokotów.

Naprawdę wielki świat. Eleganckie pachnące sklepy, czystość i blask. Z głośnika płynęły kolędy, a pośród tłumu snuły się długonogie hostessy z przyprawionymi skrzydłami. Takie anioły, choć ich kuse kiecki wiodły raczej na pokuszenie.

Byliśmy już po zakupach. Ruchome schody bezszelestnie znosiły nas niżej. Kolędy, anioły, uśmiechnięci ludzie - pomyślałem: "Jak w raju".

U wylotu schodów stał szpaler rozdających reklamowe ulotki. Niektórzy byli w czerwonych opończach świętego Mikołaja.

Utkwił we mnie wzrok, kiedy byłem jeszcze w połowie schodów. Zupełnie nie pasował do tego miejsca. Był jakiś nietutejszy i niewspółczesny. Starszy od innych i ubrany w długi zielony płaszcz, jaki się nosiło trzydzieści lat wcześniej.Ocieplony, pikowany ortalion, nazywany kiedyś kołderką.

Niemal zastąpił mi drogę. Twarz miał szeroką i mięsistą jak kotlet, patrzył niewielkimi, jasnobłękitnymi oczyma.
- Niech pan to przeczyta. To ważne. Wie pan, ja też byłem alkoholikiem. - wcisnął w rękę cienką broszurę w fioletowej okładce.
Któraś z towarzyszących mi osób zachichotała.
- Dlaczego też? - zapytałem zaczepnie.
Źle trafił. Wprawdzie nigdy nie unikałem alkoholu, ale i nigdy nie miałem z nim problemu. Wiele osób wokół tak. Dwóch moich przyjaciół zmarło.
- Przepraszam, bo my mamy klub anonimowych alkoholików. Wydrukowaliśmy i rozdajemy. Niech pan weźmie, może da pan komuś? - patrzył nieśmiało, ale prosto w oczy.
Zrobiło mi go trochę żal, ale wciąż czułem się dotknięty. Obracałem w rękach mizerną książeczkę.
- Wydajecie? No tak, kreda, nie szkoda jej na druk jednobarwny? - zdobyłem się tylko na protekcjonalizm.
Błękitne, prawie wodniste oczy spojrzały jeszcze łagodniej.
- Taki nam dali.
- No dobrze, wezmę. Może dam przyjacielowi.
Pomyślałem o Michale. Żeby tylko chciał przeczytać...

Doszliśmy do kolejnych schodów ruchomych, a potem do jeszcze jednych. Z głośników płynęły kolędy, a wokół snuły się kuse anioły. Już tak bardzo nie podobało mi się. Przeprosiłem towarzystwo i pognałem na górę. Chciałem z nim rozmawiać, powiedzieć coś ciepłego, że mógłbym zapewnić im skład, że mam niekiedy możliwość wydrukować za darmo.

Szukałem chyba kwadrans. Nie było go wśród rozdających ulotki. Nie było na górze, nie było niżej. Jakby się pod ziemię zapadł. Ten jedyny, który nie chciał, żebym coś kupił, a zatroszczył się o mnie.
---------------------------------------------------------

Wszystkim Czytającym, z kraju, zza gór i zza mórz życzę Spokojnych Świąt.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Wielki Zderzacz Hadronów

Fot. Maximilien Brice © COPYRIGHT CERN
Słyszę, że przysmucam i poetyzuję zanadto. Ale ja naprawdę nie chcę. Ilekroć zdejmuję ze ściany gitarę ze wstążkami i chcę uderzyć jakiś akord wesoły, ot choćby ulubione disco polo "Daj mi tę noc", instrument sam wygrywa tęskną dumkę lub balladę o nocy owszem, ale i śmierci. 

Rankiem radosny idę na spacer z psem, kiedy mroczno i wilgotno. Nieraz zawołam, że pięknie późną jesienią jest. Potem powiadają, że c o ś c h o d z i ł o w e m g l e i k r z y c z a ł o.

Cóż, minął mój czas wesołkowatości.

Przed paroma dniami pan Peatero napisał w komentarzach do blogu:
A tymczasem, jak donosi prasa, Wielki Zderzacz Hadronów pobił rekord mocy. To taka moja nieśmiała sugestia. Większość komentujących wie o co chodzi :)
To jest myśl. Wyjaśniam:
Pisałem tu kiedyś, że to moje pisanie zaczęło się od rozmów z przyjaciółmi na forum szkolnym (XLV Liceum im. Romualda Traugutta w Warszawie), a potem w mojej galerii zdjęć portalu Nasza-Klasa. Żywy był tam wątek zjawisk paranormalnych.

A powstał niespodzianie, z nielegalnej reklamy portalu ezoterycznego, jaka  pojawiła się na forum. Administratorzy naszej klasy wnet skasowali konto założyciela, natomiast wątek pozostał i żył już własnym życiem. Pojawiały się w nim wpisy zarówno dotyczące zjawisk nadprzyrodzonych, ale też tematy inne. Z biegiem czasu stał się czymś w rodzaju Hyde Parku.

Ważne stało się też hasło Wielkiego Zderzacza Hadronów. Wtedy głośna była sprawa uruchomienia tego urządzenia, a potem nagłej awarii. Zderzacz stał się hasłem-wytrychem, którym żartobliwie tłumaczyliśmy wszystkie zjawiska począwszy od sobotniego bólu głowy na skutek wydarzeń piątkowego wieczoru po dziwne zachowania polityków.

Rzeczywiście, skoro powtórnie ruszył Large Hadron Collider, spróbujmy odnowić tradycję tamtych rozmów. Oczywiście ostrożnie, nie wywołując za bardzo wilka z lasu, z całym szacunkiem dla osiągnięć fizyki kwantowej, ale i estymą wobec zjawisk nadprzyrodzonych oraz całego życia pozaumysłowego. Może za mądrze nie będzie, ale na pewno weselej.

piątek, 13 listopada 2009

Feralny piątek

W najbardziej ponurym miesiącu,  z fatalnym numerem, w feralnym dniu tygodnia, piątek 13 listopada to najgorszy dzień, jaki można sobie wyobrazić. Zła opinia o 13 dniu miesiąca, który przypada w piątek wywodzi się ponoć z XIV wieku, kiedy 13 października 1307 roku Filip IV zaatakował zakon templariuszy. No tak, ale to był złoty październik. Co powiedzieć o mrocznym polskim listopadzie?

Takiego dnia lepiej nie kusić losu, nie podkpiwać ani się nie wymądrzać. Pomyślałem, że to dobry dzień na pokorę.

Kiedy żona Waszego korespondenta przeczytała jego posty, powiedziała z autentycznym zdziwieniem:
- Przecież ty nie jesteś taki.
Mieliśmy w szkole polonistkę, dla której cytat był podstawą. To z jej powodu po tylu latach tłuką mi się po głowie różne sentencje. Między innymi ta z "Granicy" Zofii Nałkowskiej:
Jest się takim, jak myślą ludzie, nie jak myślimy o sobie my, jest się takim, jak miejsce, w którym się jest.
Zadałem sobie pytanie, czy zanadto nie kreuję się na osobę wrażliwą i łagodną?, bo przecież wiem, że wariat jestem, gwałtownik i niecnota.

Tak, nie jestem świętym Franciszkiem. Ani w życiu osobistym, ani nawet w pisanym, nie tak łagodny jak moje posty. W tym pisanym prowadzę ponadto drugie życie. Mr. Hyde grasuje na forum Gazety Wyborczej.

Wprawdzie nie używa tam bejsbolowej pały wulgarności ani pomówienia, ale nie szczędzi jadu złośliwości, a najchętniej posługuje się mizerykordią ironii. Tematyka? Oczywiście polityczna. Ofiary? Powiedziałem sobie, że tu nie ma miejsca na politykę, więc za nic nie wymienię nazwisk. Nie znacie ich zresztą. Na ogół to dwaj bracia, którym mało było skraść księżyc i umyślili sobie podwędzić nam przyszłość. Nie tylko oni jednak. Także pewien młody polityk, przywódca partii nominalnie przeciwnej. Rządzący też czasem.

O jednym z braci pisałem, kiedy jego ugrupowanie inspirowało pracę młodocianego historyka, który opierając się na anonimowych źródłach kwestionował postawę moralną zasłużonego polityka z wąsem:
Jako anonimowe źródło chciałbym udostępnić historykom UJ taką oto relację o obalaniu PRL-u przez Jarosława K.:
Kino „Muranów” w Warszawie było przy ulicy Nowotki, tuż obok Pałacu Mostowskich, w którym mieściła się Komenda Stołeczna MO i było także SB. W 1979 r. Jarosław K. udał się tam na seans filmu „Amator” Kieślowskiego. I dostał od mamy banana. Przed komendą wyrzucił całą skórkę i bardzo szybko wbiegł do kina, bo już był spóźniony. Bardzo mu się to spodobało i postanowił, że już będzie tak zawsze.
Kiedy jednak wspomniany polityk z wąsem i ze znaczkiem w klapie poparł protest przeciw występowi pewnej piosenkarki w dniu 15 sierpnia, napisałem:
Skąd to lekceważenie Boga i poczucie, że jest słaby i wciąż potrzebuje wsparcia poprzez pouczanie innych i zakazy? Jeśli istnieje, to Madonna dla niego jest kolejną owieczką, a jeśli już bardzo mu się nie podoba, to jej przecież głos odejmie.
Gdy Grzegorz N. z partii przeciwnej domagał się powołania kolejnej komisji śledczej w sprawie hazardu i kiedy mówił, że oni z hazardem nie mieli nic wspólnego, oczy uciekały mu w lewo i w górę, co według poważnych psychologów jest oznaką kłamstwa, zacytowałem Tuwima:
Wrzuciłeś, Grzesiu, list do skrzynki, jak prosiłam?
- List, proszę Cioci? List? Wrzuciłem, Ciociu miła!
- Nie kłamiesz Grzesiu? Lepiej przyznaj się kochanie!
- Jak Ciocię kocham, proszę Cioci, że nie kłamię!
To wszystko jednak pikuś. Prawdziwa maczetę wydobywam, gdy ścinam łby rodzimym antysemitom. Myślę jednak, że nie są oni godni wspominania w dniu tak pięknym jak piątek, trzynasty dzień listopada.
---------------------------
13 października, równo miesiąc temu, wystartowałem, tzn. ujawniłem tego bloga. Przez ten czas licznik zanotował 10 000 odsłon. To nie jest zły wynik. Nie opuszczajcie mnie tylko, proszę!

czwartek, 5 listopada 2009

Cud na Nowolipkach

W drodze do szkoły codziennie przechodziłem obok św. Augustyna. Kościół jest bardzo blisko liceum na Smoczej, ale w tamtym czasie były to dwa oddzielne światy. Sprawy wiary i praktyk religijnych objęte były sferą ściśle prywatną, niemal intymną. Świecka szkoła nie poruszała tych tematów. Nie istniały one również w naszych rozmowach, mimo że widywaliśmy się na mszy i chodziliśmy na religię.

Być może taka była muranowska specyfika. Niektórzy spośród nas mieli żydowskie pochodzenie, a wszyscy wywodzili się z rodzin obdarzonych łaską muranowskiego kwaterunku, co w pierwszych latach 50. oznaczało zaliczenie do niższego i średniego szczebla zaufanych władzy ludowej.

Pod koniec XIX wieku strzelista wieża Augustyna była najwyższą budowlą Warszawy, a zaraz po II wojnie, na krótko, chyba najbardziej znanym w świecie polskim kościołem. W 1947 r. agencje światowe obiegło wstrząsające zdjęcie: z lotu ptaka widać jak samotna wieża góruje nad bezbrzeżnym morzem gruzów getta.

Po raz drugi kościół stał się znany w świecie 12 lat później. Pamiętam tamtą jesień. W godzinach wieczornych 7 października 1959 roku na Nowolipkach wydarzył się cud. Na pozłacanej półtorametrowej kuli wieńczącej wieżę ukazał się wizerunek Matki Boskiej. Następnego dnia przed kościołem zgromadził się tłum mieszkańców dzielnicy, a przez następne trzy tygodnie na ulicach gęsto było od pielgrzymów.

Publicysta katolicki Jan Turnau pisał w swoim blogu:
Jako 11-latek byłem świadkiem "cudu na Nowolipkach". Na własne oczy widziałem Maryję jak na obrazku, i nawet z wężem u stóp. Ale że była taka właśnie figurkowa, mój raczkujący ateizm jeszcze się wzmógł.
Ja łaski nie doznałem, choć wcale nie byłem wtedy ateistą. Mimo że wypatrywałem się nabożnie, niczego nie dostrzegłem. Więcej szczęścia miała Mama, która była tam drugiego dnia. Wielokrotnie pytana, również wiele lat później, zawsze odpowiadała "widziałam". Mówiła jednak podejrzanie krótko. Myślę, że potwierdzała bardziej z katolickiej lojalności niż z metafizycznego doznania.

Kościół zajął wobec cudu stanowisko bardzo wstrzemięźliwe. Proboszcz Stefan Kuć uznał, że było to złudzenie optyczne (odbijający światło kawałek metalu na dachu rzucał je na pozłacaną kulę). Na drzwiach kościoła, przybił oświadczenie, w którym napisał, że w związku z promieniem na wieży kościelnej przypomina, iż zjawiska nadnaturalne występują tylko wtedy, kiedy nie można wyjaśnić ich w sposób naturalny. To da się wyjaśnić, więc prosi nie umniejszać wagi zjawisk nadprzyrodzonych.

Po trzech tygodniach napór pielgrzymów ustał. Niedługo potem zobaczyłem na wieży kościoła człowieka przyklejonego do stojącej niemal pionowo drabiny. Kolejna legenda miejska głosiła, że zamalowania kopuły podjął się zbrodniarz, któremu w zamian darowano karę.

Zapewne zrobił to jakiś solidnie opłacony fachowiec, ale wtedy ta maleńka sylwetka człowieka na wysokościach, pokrywającego smołą złoto, miała znaczenie złowróżbne.

czwartek, 22 października 2009

Strachy

Znacie tę historię z "Powiększenia"? Ja zanudzam nią bez przerwy: przypadkowo zrobione zdjęcie ujawnia tajemnicę.

W czerwcowy poniedziałek tego roku jechałem osobowym z Lublina do Chełma. Dzień był deszczowy i mglisty, świat wydawał się niemrawy. Trzymałem aparat fotograficzny na kolanach, właściwie bez sensu. Bezstylowy kościół z przylegającym sklepem dyskontowym, obita deskami stacyjna wieża ciśnień, fabryczny komin melancholijnie zatopiony w niskich chmurach, pomalowana na różowo działkowa altanka z przeciętego wagonu osobowego.

Najciekawsze były przedwojenne budynki kolejowe z cynobrowej cegły i te drewniane, projektem pewno z czasów carskich, o miodowych fasadach i z cynamonową stolarką (patrz: zdjęcie Stacyjka).

Na przystankach wsiadali młodzi mężczyźni z wyraźnymi śladami weekendu na twarzach. Niektórzy mieli ciemną obwódkę wokół oczu - to górnicy. Pomyślałem, że twarde słowa wypowiadane śpiewną lubelską mową stają się mniej brzydkie.

Patrzyłem na pofałdowany krajobraz z piętrami lasu w tle, na pola ze skupiskami polnych maków. Niektórych upraw pilnowały strachy na wróble. To już nie tacy, jak w moim dzieciństwie szemrani eleganci w wyświechtanych marynarkach i fantazyjnie przekrzywionych kapeluszach. Teraz w podszytej wiatrem starej koszuli, ale najczęściej w foliowych workach po nawozach. Industrialne dziady.
Biedne wróble.

Wtem w zagadkowo równych kilkunastometrowych odstępach pięć ptaków na wysokiej linii energetycznej. Rzuciłem się do okna, ale zanim otworzyłem, przysłoniły je drzewa. Te ptaki miały dać mi znać, bo po chwili zobaczyłem ich: pośrodku pola gromadkę zmierzającą do czarodziejskiej krainy Oz. Zrobiłem zdjęcie.

Lew pobiegł do przodu i stanął po lewej gotowy do walki. Pierwszy z prawej, o pochylonej sylwetce Don Kichota szedł Blaszany Drwal, dalej Strach na Wróble w groteskowym cylindrze i we fraku pana młodego, a po lewej, w sukience w biało-niebieską kratkę, dreptała Dorotka. Toto zapewne był już w lesie, który oczekiwał na nich skupiony i mroczny.

czwartek, 15 października 2009

Nieznane

Zdarzyło się wiele lat temu, w Katowicach, gdzie wtedy studiowałem na Uniwersytecie Śląskim. W akademiku na Ligocie mieszkałem w pokoju ze Stasiem, też polonistą. To był początek przyjaźni, która trwa do dziś. Gadaliśmy godzinami, najchętniej o literaturze. Siadaliśmy naprzeciw siebie, każdy na swoim tapczanie i co jakiś czas któryś się zrywał, otwierał tapczan, żeby z pojemnika na pościel wydobyć książkę z cytatem.

Tego dnia rozmowa była o hipnozie. Ja trochę czytałem o niej i nawet napisałem semestralną pracę z psychologii. Powiedziałem, że chyba umiałbym hipnotyzować.

To było niesamowite, bo dość szybko zapadł w głęboki sen. Słyszałem jego oddech i widziałem, drgające pod powiekami gałki oczne. Byłem pewien, że to nie jest zwykły sen i poczułem się dość podniośle.

W XIX-wiecznych poradnikach, które czytałem, zalecali, żeby pierwsze polecenie dotyczyło uniesienia ręki. Dreszcz przebiegł mi po plecach, gdy jego prawie ramię, nienaturalnie wyprostowane w łokciu, uniosło się powoli w górę.

I wtedy właśnie. I wtedy stało się To.

Poczułem, że podłoga pływa pod stopami, a kulista lampa u sufitu kiwa się jak wahadło. Nigdy nie miałem żadnych omamów i teraz też nie było złudzenie.

Przeleciała mi przez głowę ulubiona bajka z dzieciństwa, ballada Goethego "Uczeń czarnoksiężnika", o lekkomyślnym wywołaniu sił nadprzyrodzonych:
Hola! Hola!
Prąd zbyt rączy!
Pora skończyć.
Nadto hojny z ciebie śmiałek!
Ach, nieszczęście! Ach, niedola!
Słowa zaklęć zapomniałem!
I podobny motyw z Korczaka „Kajtusia czarodzieja”. Pomyślałem:
- Dlaczego ja? Więc jednak ja?

Było zdziwienie, choć niedaleko stała pycha.
Wybrałem słusznie. Następnego dnia w „Trybunie Robotniczej” ukazała się maleńka wzmianka o lokalnym, wywołanym pracami górniczymi, tąpnięciu gruntu w okolicy Ligoty.

Zdarzyła się koincydencja dwóch zjawisk niezwykłych.

Skorzystałem na niej, bo odtąd z Nieznanym jestem za pan brat. Nie padam przed Nim jak inni na kolana i czasem sobie kpię. W końcu mam do tego prawo, bo Ono zakpiło ze mnie.

Nie zdziw się Czytelniku, jeśli któregoś dnia porwie mnie stąd siła astralna. To takie tam, nasze żarty.
----------------------------

Tym razem fotografia nie moja. To już wyższa szkoła jazdy. Wykonał ją syn mojego Przyjaciela, Kuba Kostynowicz, jego zdjęcia można obejrzeć pod adresem: http://plfoto.com/156282/autor.html
 
blogi