Proj. T. Lipski ;fot. A. Krzeptowski, 1936 r.
Chciałoby się pociągnąć wątek trwającej od wczoraj dyskusji, bo pięknie idzie: od rozważań o grzechu w stronę miłości, a co bardziej zmęczeni wekslują ją w kierunku nieuchronnej śmierci.
Ja jednak muszę iść dalej. Piechota musi maszerować. Już i tak mam w tym tygodniu jedną nieobecność.
Jutro rozpoczyna się Olimpiada Zimowa.
- Jak byłem młody, to też byłem Murzynem i grałem w kosza.
Właściwie to jak byłem młody też byłem olimpijczykiem. To znaczy trochę.
Piękny był szkolny sport. Najwcześniejsze wspomnienie ze szkoły podstawowej to sprawdzian na 60 m wzdłuż nieistniejącego dziś, wschodniego muru Pawiaka. Za tym murem 15 lat wcześniej katowano ludzi, ale myśmy nie mieli do tego głowy i biegliśmy co sił w nogach po ubitym gruzie.
W liceum wychowanie fizyczne było moją ulubioną lekcją. Mieliśmy znakomitego nauczyciela, Mieczysława Pilipczuka. Mój syn, który w wolnej Polsce ukończył renomowane liceum i na pewno jest sprawniejszy niż ja wtedy, nie ma pojęcia ile skacze wzwyż, a kuli, dysku i oszczepu nie miał w ręku. Ja natomiast znam wszystkie swoje rekordy życiowe i wiem, jak układa się palce przy chwytaniu oszczepu oraz jak wykonać doślizg przy pchnięciu kulą.
Trzy lata przed olimpiadą w Meksyku Mieczysław Pilipczuk powiedział, że wypełniłem minimum na pierwsze kółko olimpijskie. Nie przybyło później tych kółek, ale być w 1/5 olimpijczykiem, to był dla mnie wielki honor.
Liceum Traugutta brało stały udział w lekkoatletycznej lidze szkół średnich. Ważne było obsadzenie każdej konkurencji i, mimo że nie miałem szans, wystawiano mnie w skoku wzwyż. Byłem za młody i jako samouk musiałem przegrywać z trenującymi w klubach. Na ogół odpadałem jako pierwszy.
Jeździłem na te zawody z pl. Krasińskich trolejbusem nr 56 na boisko przy Agrykoli w poczuciu obowiązku i dumnie blady. Bo sport to wtedy była szlachetna idea, a dla niektórych olimpijczyków liczył się tylko udział.