Kiedy wracałem, na orzechu który rośnie obok grobli zobaczyłem czarne ptaszyska. Połyskliwy gawron obrał właśnie owoc i uleciał dumnie ze zdobyczą. To był zupełnie inny styl niż rybia łapczywość. Zasłużył na całą sekwencję.




Na rok 2009------------------
Niezrozumiałe
choć przewidywalne
są wiatry porywiste i deszcze nawalne
świat rzeczy
bez ludzkiego sensu
i wiadomych znaczeń
narodziny i śmierć pojęte inaczej
naturalna i stała martwota kamienia
o której powiadamy
że to jest z milczenia
w niepotrzebnym wysiłku
wielkiej gorliwości
tworzenia wizerunku
z bezkresnej nicości.
JJ: Dobrze nam znane przesłanie o daremności w formie niedaremnej. Słyszę romantyczne nuty lozańskie i werońskie. Pewno nie chciał tego Tomek, ale wyszło pięknie.
JK: Obawiałem się, że gdy przekroczymy jakąś granicę rozpaczy, nasz głos zamilknie. Tomek pokazał, że po drugiej stronie też jest poezja, tylko nieludzka.
JJ: Co to za granica rozpaczy? Jaka poezja nieludzka? Jak zwykle dramat Pan układasz.
Tomasz: Im częściej Janusz mówi, że cierpi tym bardziej cierpieć będzie. To pokusa drapania się w miejsce, którego drapać nie należy o czym wie każdy młody absolwent akademii medycznej. Wie i nawet o tym rozpowiada, ale nadal się drapie. Nasz kolega nazywając rozpacz rozpaczą nie eliminuje rozpaczy ale ją niejako pobudza do wzrostu. To ciekawe w ogóle jest, bo tu w różnych wątkach Rękopisu przewijała się myśl, że to ja byłem pesymistą skrajnym a Janusz pożytecznym krasnalem. No ciekawe, ciekawe....
JK: Ale wiersz jest dobry!
JJ: Może to starcza podejrzliwość, ale ostatnio myślę, że ktoś mocno podkręca wieści i próbuje mną manipulować. Całe szczęście mam swój mały światek, w którym fakt, że sikorki przekonały się nareszcie do natłuszczonych płatków owsianych jest ważniejszy od NEP-u ogłoszonego właśnie przez znanego osobnika w podwójnej postaci. I Tobie Przyjacielu JK proponuje taki świat zrównoważony, w którym dobry wiersz stanowi pociechę pozwalającą wznieść się ponad smutki zgrzybiałego wieku.
- Pieniędzy! - odpowiedział krótko. - Tutaj wszędzie są pieniądze!
- Co to jest? - pytali jakiś równie nobliwie wyglądający pan, tyle że bez laseczki - co to jest? Ja nie wiem co to jest, ale tym się powinien rząd zainteresować. To jest złodziejstwo! A w miarę jak mówił oczy zaczynały się mu się zwężać i przestawał nimi bezradnie mrugać. To jest jawne złodziejstwo i rabunek grosza publicznego!
- To pewnie lipa, to dla filmu albo jeszcze czegoś. - Nie, nie! To są prawdziwe pieniądze - szeptał jakiś młody biznesmen z teczką. - Sam sprawdzałem u tych dzieci!
- Panie, jak ich szukać? - zachrypiał wreszcie jeden z nich, ale mężczyzna z laseczka jakby nie słyszał, trochę zmęczony, zamyślony i jakby nieobecny. A pieniądze były i wciąż leżały pod nogami.
- Co to za pieniądze?
- To są pieniądze, które leżą na ziemi - powiedział starszy pan.
- Jak to na ziemi? Jak można wciąż znajdywać pieniądze?
- Nie wiem czy umiem panu na to tak od razu odpowiedzieć - powiedział starszy pan - ale skoro one są wszędzie... - i pochylił się żeby wyjąć prawie spod obcasa urzędnika nowe dwieście złotych.
- Ile pan dzisiaj znalazł pieniędzy?- spytał z irytacją urzędnik
- Około dwudziestu pięciu tysięcy - rzekł pan z laską.
Wszyscy zamarli. Wiadomo było, że znalazł dużo, ale żeby aż tyle!
- Kłamie! - krzyknął ktoś rozpaczliwie. - Trzeba go zrewidować!
- Ale dlaczego? - zaprotestował starszy pan. - Gdyby pan się nie gapił to też by pan znalazł.
- Znalezione banknoty trzeba odnieść na komisariat - rzekł policjant.
- Ależ ja tak robię! - zapewnił starszy pan. - Dzisiaj jeszcze chciałem tutaj trochę pochodzić, a potem jak zawsze na komisariat. Trochę mi jeszcze brakuje do trzydziestu tysięcy, to jest do należnych mi trzech tysięcy znaleźnego.
- Ciszej, ciszej! - pouczył ludzi policjant.
- O, proszę, to są moje zaświadczenia - pan z laską sięgnął do portfela. - Tu z zeszłego miesiąca, tu z sierpnia, a z lipca już nie mam, bo byłem na wczasach nad morzem. Ja tylko znaleźne, nic więcej.
Grajże, graju, graj,Stukam, stukam, jestem znużony, ale przecież dociera do mnie, że tam, w tym kościele, dębowej grze przysłuchuje się Bóg. "niebywały w tej porze, niebywały, lecz cały zasłuchany! O Boże!"
Dopomóż ci Maj,
Dopomóż ci miech, duda
I wszelaka ułuda!
I rozwiawszy tłum dźwięków po pieśniowym rozłogu,Ja tu stukam, a tam organy udają basetle i Bóg słucha wzruszony.
Wygrzmiał z miechów to wszystko, co las myśli o Bogu.
I coś jeszcze miarkował i coś dumał na stronieTego już było za dużo. Tej ciemnej nocy płakało nas trzech.
I biegł żywcem do grajka i wyciągał swe dłonie
Święci, wiedząc, co czynią, w nagłej cudom podzięce
Poklękali radośnie, wziąwszy siebie za ręce,
Bo od kiedy świat światem, a śmierć jego obrębem,
Po raz pierwszy Bóg, płacząc, obejmował się z dębem!
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze.Potem załatwiliśmy formalności i okazało się, że mała jest pół-Czeszką, w dodatku księżniczką, bo w jej żyłach płynie krew championów Czech, Niemiec i Polski.
Radykalny islamizm dociera tam, gdzie nie dociera nikt inny – do ludzi wykluczonych, żyjących poza cywilizacją. Oferuje im odpowiedź monstrualną, bo odwołującą się do terroryzmu i śmierci. Tylko on jednak nadaje tym zapomnianym ludziom jakąś tożsamość.
W górach jest wszystko co kochamDziś od rana tropiłem z nosem przy ziemi i znalazłem. Jeden z cisów skrywał przede mną mięsistą osnówkę, która zwykle dojrzewa we wrześniu lub w październiku.
Wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą mnie klony za wnuka
Jerzy Harasymowicz
Na wątku wspomnienia aromatu zamoczonej w herbacie magdalenki Marcel Proust osnuł ponad 3000 stron siedmiotomowej powieści W poszukiwaniu straconego czasu.Tak - myślę sobie - nadobna rusałka łaskawa. Bo przecież i ja snuję tę postrzępioną opowieść z tęsknoty i w poszukiwaniu tego, co nie wróci.
Szła wzdłuż wagonów, częstując kawą z mlekiem paru zbudzonych podróżnych. Zaczerwieniona blaskiem poranku twarz jej była różowsza niż niebo. Uczułem wobec niej ową żądzę życia, jaka odradza się w nas za każdym razem, kiedy na nowo uświadamiamy sobie piękno i szczęście.Wszystkim zakwitającym Annom (wiem, że jest ich sporo pośród Czytelniczek) i każdej z osobna Ani życzę, by każdego ranka odradzała się w Nich ta piękna żądza życia. A potem to już będzie dobrze.
... "Kogutek" nie uleczy.
Przyjaciel nie pocieszy.
Uwierz mi.
Co pomoże? A ja wiem:
tu pomoże stary sen,
stara bajda;
Jeśliś jak garnek pęknął, ona cię sklei,
jeśliś nadzieję utracił, wpłyniesz na morze nadziei
na wszystkich żaglach.
"Nastawienia" społeczne? Dla karzełków,
Recenzje niedorzeczne? Dla zgiełku.
Poeto, pluń gdzie komuna, sanacja i endecja.
Tylko ona cię zbawi, przeklęta i jedyna -
i na gwiazdy wyprawi, rytm święty, mowa inna -
poezja.
Konstanty Ildefons Gałczyński, Muzie nóżki całuję (1936)
Chłód mnie przenikaOperacja nazywała się tylko groźnie, a w dodatku operował mnie lekarz podobny do Eugeniusza Bodo. Leżałem dość wygodnie, prawie jak na szezlongu i przypomniało mi się, że ponad czterdzieści lat temu Michał przysłał mi do Cieszyna teksty, które miałem wykorzystać w kabarecie. Wśród nich jeden, który od biedy uszedłby za haiku.
żona umarła - w sypialni
nadepnąłem grzebień
Lubię spoglądaćByłem kiedyś w Sorrento. Naprawdę też lubiłbym.
- utrudzona śniadaniem
śpisz na szezlongu
Sorrento, kwiecień, maj, czerwiec 1969
Za wsią Neklą tuż pod lasemI zobaczę też magiczną kotkę Wilejkę. Obiecuję, że tak czy owak w poniedziałek wracam do blogu.
Zobaczył chatę ubogą
Tam każe stanąć popasem
Była to karczma Wygoda
A lato przyszło pieszo -Nie przyszło, lecz przyszła. Dzisiaj, dokładnie o 13.28. Bo słusznie Alfons Mucha przedstawia je jako damę. Ona u niego trwa, poniekąd w leniwym oczekiwaniu.
Już łąki nim się cieszą
I stoją całe w kwiatach
Na powitanie lata.
Gdy próg domu przestępujesz,
to tak jakby noc sierpniowa
zaszumiała wśród listowia,
a ty przodem postępujesz.
A za tobą cienie ptasie,
szczygieł, gil i inne ptaki.
Świecisz światłem wielorakim
od sierpniowej nocy jaśniej.
Bo ty jesteś ornamentem
w gmachu nocy, jej księżycem.
Przesypujesz światła w ręku
z namaszczeniem jak pszenicę.
U twych ramion płaszcz powisa
krzykliwy, z leśnego ptactwa
długi przez cały korytarz
przez podwórze, aż gdzie gwiazda
Venus. A tyś lot i górność
chmur, blask wody i kamienia.
Chciałbym oczu twoich chmurność
ocalić od zapomnienia.
Powoli zarzuciła koromysło na plecy, pobrała wiadra i powiedziała: - Chodźcie no ze mną do chatyPołożyłem ciężki tom na piersi i zamknąłem oczy. Wyobraziłem sobie, jak mogła wyglądać. Z warkoczami? Nie, one się nazywają kosy, są płowe i zaplecione w wieniec jak u pięknej Julki T. Tylko po co chciała do tej chaty?
(Kraszewski, Latarnia czarnoksięska. Obrazy naszych czasów, Lwów 1872.)
Bez dziennika - życie jak bez ratuszowej wieży,To prawda, dziennik uzasadnia życie, tłumaczy losy i z pozwala zrozumieć siebie.
z której zegar śmiało spogląda na świat,
na nic wtedy obszyte galonem rękawy
i kapitański pas.
Bez dziennika statek niechybnie zatonie,
Nie zostawi nawet sznura białych dat,
fale biją ciężko, ołowiany dach
coraz niżej wisi. A może juz spadł?
Bez dziennika w podróż lepiej nie ruszajmy,
bo jeśli przygód doznać nam wypadnie,
nie nasze będą i nie nas zgotują
ludożercy w kotle
posypując pieprzem.
Dziennik ma być księgą jak te Robinsona
kupieckie foliały na bezludnej wyspie,
po lewej stronie stanie wyraz kredyt,
po prawej debit - słowo nieco krótsze
po lewej zdania pełne złorzeczenia,
po prawej jedno: Przecież jednak żyję!
Michał Łukaszewicz, dziennik Robinsona
27 VII 66------------------------------------------
Po powrocie z wakacji doszedłem do przekonania, że bezgranicznie kogoś kocham. Jest to osoba pojawiająca się co pewien czas to tu, to tam, wielopostaciowa. Raz była Irenką, raz Katarzynką. To, co działo się wczoraj, poznaję dopiero dziś. Wszystko stanowi całość.
Grałem w szkole w kości, w pokera i w inne gry.A kończy:
W szkole seks całkiem jawny tyle, że po kątach.
Gorączka i słabość nie przeszła Don Kichotowi ani nazajutrz, ani po dwóch dniach, ani po trzech i czterech i pięciu.
Leżał, długi i wychudły, z pojawiającymi się i znikającymi wypiekami na woskowych policzkach, z wzrokiem wbitym w sufit, nie zwracając uwagi na otoczenie i tylko od czasu do czasu rzucając w przestrzeń oderwane zdania:
- Nie ma Dulcynei!Radować się powinni byli słuchający tego: siostrzenica blada i gospodyni rumiana, balwierz sprytny, proboszcz rozumny i bakałarz pomysłów pełen; ręce zacierać i do góry skakać z uciechy; czyż nie tego zawsze pragnęli, nie do tego dążyli i nie osiągnęli wreszcie swojego? czemu więc wydawali się jacyś tacy zakłopotani, jakby nie wierzący uszom, a nawet - niespecjalnie uszczęśliwieni tą przemianą na łożu śmierci? czyżby tknęło ich po czucie, że ze wszystkich szaleństw Donkichotowych to nagłe odżegnanie się od szaleństwa jest szaleństwem największym? czyżby pojęli, że to nie Don Kichot przemawia, ale ś m i e r ć D o n K i c h o t a, Don Kichot w Don Kichocie wreszcie przez nich zamordowany, ciało z duszy wyzute Donkichotowej? (...)
- Nic z tego, Sanczo!
- Daremne poświęcenie!
- O, podła bezsilności! (...)
Sanczo Pansa, płacząc, przypadł do umierającego i błagał:
- Nie umierajcie, wasza nieśmiertelność, po cóż macie umierać, kiedy ze wszystkich szaleństw człowieka największe jest właśnie to — położyć się i umrzeć ni stąd, ni zowąd, i nie z ran krwawiących, lecz ze zmartwienia! Wstawajcie, wasza niepodległość, i chodźmy w pole, za pasterzy przebrani, bo widzi mi się, że pani pasterka Dulcynea przepiękna czeka już odczarowana, by się z panem zabawić! A jeśli umieracie, wasza niezwyciężoność, z tej zgryzoty, że zostaliście zwyciężeni, to raczej na mnie zrzućcie winę, że źle ściągnąłem popręgi Rosynanta i dlatego wylecieliście z siodła, bo prawdę mówiąc, tak właśnie było!Don Kichot nie słuchał jednak próśb Sancza Pansy i umierał, pełen smutku, skruchy i zdrowego rozsądku.
Niezwykłe przygody Don Kichota z la Manczy według Miguela Cervantesa de Saavedry na nowo opowiedziane przez Wiktora Woroszylskiego