czwartek, 13 lutego 2014

Schłopiały święty - storyboard

Rzeźba Św. Jerzy, wyk. D. Biliński z Kolędzian [1936]
Ten wpis planowałem na 23 kwietnia, ale trzeba się spieszyć opowiadać.

Niby świątek, ale pospolity jakiś, żaden Cierpotka ani Frasobliwy, lecz człowiek pracy i walki. I nie rycerz w zbroi czy rzymski legionista, ale - widzi mi się - pasterz wędrowny w opończy, wolarz co od samych stepów wołoskich do Łowicza bydło prowadzi. Droga daleka, więc Jurychło (tak ma na imię) na koniu na oklep jedzie. Konika ma marnej postury, chociaż dzielnego - to hucuł jest sprawiedliwy (Sprawiedliwy jak świętego Jerzego koń - mówi przysłowie).

Tego dnia spotkał święty Jurychło w borze gadzinę leśną i tępym kijem, nie schodząc konia, ją zaszlachtował. Zmęczony usnął potem pod drzewem. Podejrzał go jeden z prostaczków niebiańskich, którzy dłubiąc kozikiem w drzewie Panu Bogu świadectwo dają.

Tak powstała pod Kolędzianami owa kapliczka nadrzewna, którą w 1947 roku pokazali na wystawie twórczości ludowej w Krakowie, a potem sfotografowali i przykleili na okładce marcowej "Twórczości" w roku 1948 (dostałem leciwy egzemplarz jako bardzo miły prezent).

Myślę, że musiał być na wystawie krakowski poeta Jerzy Harasymowicz, bo dwanaście lat później opublikował w "Dzienniku Polskim" wiersz, gdzie święty Jerzy jak z obrazka.
MIT O ŚWIĘTYM JERZYM
Gdy spał
mój patron
święty Jerzy
z chorągwi jego
zrobiłem
czerwony wsyp

blachę groźną
chłopu dałem
na pokrycie stajenki

smoka
w krowę zmieniłem
czasem
siarką buchającą

pióropusz
w lesie
na gnieździe
posadziłem

budzi się
mój patron

gdzie mit
w robocie

gdzie pióropusz
jajka znosi 
gdzie zbroja
na dachu
drzemie w upale

gdzie chorągiew
pod wójtową głową 
i tak
cóż święty

zboże zaczął
zwozić

izbę malować

konia dokupił
drugiego 
      Jerzy Harasymowicz [1960]

piątek, 24 stycznia 2014

Rozmowa o poezji

Edward Simmons, Muza Euterpe (malowidło na ścianie w Bibliotece Kongresu USA)
Kowarski od dawna ma mnie za człowieka zza lasu, że dziczeję, tracę kontakt z kulturą i z ludźmi. On jednak tego tak nie zostawi i użyje różnych chwytów i podstępów, żeby przywrócić rozbitka społeczności. Na przykład ostatnio ze wzruszającą szczerością oświadczył, że jak będę odsuwał się od ludzi, to stracę potencjalnych czytelników swojej książki. Taki już jest - książka to dla niego ukoronowanie życia, chociaż godzi się, że fakt raczej poligraficzny niż społeczny. Nie do końca jak widać, bo warto zadbać o te dwie - trzy osoby, które przeczytają.

Poniższa korespondencja pochodzi z końca marca zeszłego roku. W Wielki Czwartek napisałem na blogu z lekkim parareligijnym patosem o "potrzebie oczyszczenia, refleksji nad sobą, nad ojczyzną miłą i światem" i przytoczyłem poruszający wiersz Różewicza "Syn człowieczy". Mój wpis minął się w cyberprzestrzeni z pedagogicznym e-mailem od Kowarskiego: "Ocieraj się chociaż, jeśli nie możesz uczestniczyć.":
Niechętnie, pobieżnie przecieram książki przed Wielkanocą. Ale trzeba, bo w pierwszy dzień świąt przyjdzie ojciec Ewy i nasz Kuba z Asią. Biorę do siebie niewielki tomik - Zbigniew Jerzyna “Erotyki”. Nota od Wydawcy. "Teksty przeplatane są wyrafinowanymi (rodem z Kamasutry) grafikami wybitnego malarza Jana Dobkowskiego”.
Siedziałem przy jednym stole z drobnym Jerzyną na przyjęciu u Jurka Tomaszkiewicza. Rozmawiałem z masywnym Dobsonem w Dziekance. Mówił, że gdyby zanotował myśli, które nachodzą go przy malowaniu obrazu, napisałby powieść.
Tom "Erotyków" Zbigniewa Jerzyny rozpoczął działalność Oficyny Wydawniczej Anagram” im. T. Peipera...”. Twórcą tego wydawnictwa był Jerzy Leszin Koperski.
- Ocieraj się chociaż, jeśli nie możesz uczestniczyć.
Przepisuję jeden z wierszy:
* * *
Przemijanie- ty myślisz – to powolna rzeka,
która kamienie rzeźbi w kształty ukojenia.
Lekki wiatr, co przesuwa za horyzont żagiel.
Albo droga, gdy idziesz – kierunku nie zmieniasz
Przemijanie – ty myślisz – jest niby kobieta,
która nas rzuca - i twarz od popiołu
szarą – zwracamy w płomień następnej kobiety 
Przemijanie – ty nie wiesz! że ma puls strumienia
Przemijanie jest nagłym krzykiem błyskawicy;
jeszcze gromu nie słychać –światło nas rozdziera.

----------------------
Ja Kowarskiemu na to (przepraszam za nieładne jedno słowo):
Oj Janusz, Janusz, epigon jesteś i człowiek wsteczny (sam patrzę do tyłu, ale czego innego szukam). Ty jak handlarz starociami na pchlim targu:
- To zaśniedziałe, Panie, starożytne i piękne jest.
Ten wiersz jest w manierze, ma właściwość grochowiakową. Ponadto nic dobrego z takiego filozofowanie nie wynika. Co najwyżej:
- Już to sobie możemy powiedzieć miedzy nami artystami, że świat jest piękny, a my w nim mądrzy i jak ten róży kwiat.
"Przemijanie jest nagłym krzykiem błyskawicy" - takie metafory pisze się dziewczynom. Dokładnie wiem, że robił to L. a widać J. także. To nie byli duzi faceci i musieli sobie wsadzać na głowę jakiś pióropusz. Ale to pozory poezji, niewiele kosztują, a można podymać.
Ja w Ciebie Różewiczem, a Ty we mnie twardym jak kamień poetyckim keksem?

środa, 22 stycznia 2014

Wegetariusz

Wczesną jesienią, kiedy głośna była sprawa uboju rytualnego, необходимо zabrał głos Episkopat: że oto narusza się podstawowe prawa wolności wyznania i kultu, wśród których jest prawo do rytualnego uboju zwierząt.

Napisałem na forum trochę niegrzecznie, że jest to głos broniący prawa do umęczenia zwierząt, że biskupi robią to w imię anachronicznych norm, ustanowionych przed tysiącami lat przez "naprutych winem i palących zioła".
Jeśli rzeczywiście Bóg jest miłosierny, to na pewno dawno odstąpił od tych sadystycznych wymogów.
Ktoś mądrze mi odpowiedział, że oburzam się na rytualnych, a przecież praktykowane u nas metody przemysłowej hodowli i uboju to dopiero jest sankcjonowana prawem masowa niegodziwość. I o obowiązkowym wyrywaniu dziobów kurczakom (żeby się nie okaleczały), i o idących na rzeź płaczących cielętach.

Z powodu cierpienia Buby byłem wtedy dość blisko tego świata i w jednej chwili postanowiłem, że z mojego powodu już żaden dzióbek więcej i ani jedna łza. Stałem się wegetarianinem.

Historia uczy, że rewolucja lubi iść szeroko. Coś się we mnie przekręciło. Stopniowo począłem odkrywać zakłamane relacje, a nawet inaczej spojrzałem na sztukę - przede wszystkim na to, co tu piszę. Nie twierdzę, że nagle łuski spadły mi z oczu, że spłynęła na mnie moralna odnowa. Dopuszczam, że efekt gwałtownej zmiany metabolizmu lub - prawdopodobne - wywołana wiekiem mizantropia. - Tak czy owak zamilkłem. To znaczy w myśli układałem wpisy, ale wydawały mi się błahe, powierzchowne i niestosowne.

Zaraz po świętach wyjechałem z grupą przyjaciół do Madrytu. Pięknie było (zdjęcie przedstawia widok na ogrody królewskie z okna pałacu El Escorial), lecz do kraju wróciłem z hiszpanką. Niestety, nie pisaną wielką literą, lecz z małą francą - krewną słynnej grypy sprzed stu lat. W życiu nie byłem na zwolnieniu lekarskim, a teraz wysoka temperatura i ledwo, ledwo... Po trzech tygodniach jestem wychudzony i pobladły, słaby jak dziecko.
Już dziąsła przeżarte szkorbutem,
już nogi spuchnięte i martwe,
już koniec, już płuca wyplute -
lecz palą się oczy otwarte.
W. Broniewski 
Od dwóch dni jakby lepiej, oczy rzeczywiście otwarte i nagła tęsknota za świeżością - wiec piszę. Nie chciałbym obiecywać zbyt wiele, ale może wegetariusz podniesie się i jeszcze pójdziemy razem tym ogrodem.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Podwójna tęcza

Ta tęcza jest podwójna i jeśli nam jedną spalą, mamy drugą.
Myślę, że nie przejdą.

sobota, 9 listopada 2013

Uratuj

Bencke & Scott, Wierny stróż [1871], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych
Kiedy odchodzili Rodzice nie rozkleiłem się, a teraz zamknąłem się w łazience i długo ”Uratuj ją, uratuj!”. Pies jest jak dziecko.

No to poszliśmy ciemną doliną. Ten, który ją uratował miał spokojną, mądrą twarz profesora weterynarii.

Potem trzy dni, gdy nie wiadomo jak to będzie (jeszcze długo nie będzie wiadomo do końca), ale dziś po raz pierwszy na spacer i jak za dawnych lat. Poczułem taką wdzięczność, że zagadałem poufale do jutrzenki, że różanopalca.

Gotów byłbym się nawrócić i może nawet założyć jakiś beret, ale chyba za stary jestem. Pozostanę już przy swoim libertyńskim racjonalizmie, zwłaszcza, że nie widzę sprzeczności pomiędzy nim, a głębokim szacunkiem do Przedwiecznego. Skoro jest Miłością.

środa, 30 października 2013

Miseczka


Miseczka do rozrabiania piany przy goleniu. Właściciel umarł 20 lat temu. To jedyna pamiątka osobista jaką mam po Ojcu. Była jeszcze raportówka i rogatywka z orzełkiem bez korony, ale dałem je Synowi.

Znów to samo długie pożegnanie. Buba odchodzi. Niby w poniedziałek ma być jeszcze operacja, ale wyniki histopatologiczne nie dają wielkiej nadziei. 

Co jakiś czas chce mnie rozbawić - biega i skacze jak szalona (nadal jest sprawna) - nagle zastyga i patrzy głęboko w oczy, czy się udało. Nie udało się, wtedy jest najgorzej. 


czwartek, 3 października 2013

Non omnis

The progress of the century, Currier&Ives [1876]
Chwieje się moja wiara w postęp i nieograniczone możliwości techniki. To znaczy one dalej się będą rozwijać, ale konkretny człowiek coraz mniej będzie dla nich znaczył.

Na przykład nic nie znaczę dla wielkiej firmy Google. Oto kończy się czas opłaconej domeny slowobraz.net i z powodu jakiegoś defektu oprogramowania nie jestem w stanie jej przedłużyć. Na próby kontaktu firma Google nie odpowiada - gigant zdaje się nie ma w zwyczaju korespondować z pojedynczym konsumentem. Jeśli nie znajduję instrukcji w katalogu pomocy, to znaczy, że moje kłopoty są fanaberią, a ja niezdrową mutacją, która musi uschnąć. Zgasnę zatem w ciągu najbliższych 2-3 dni.

Nie wszystek jednak. Być może uda się blog reaktywować w niezmienionym kształcie i z dotychczasową zawartością, a jeśli nawet nie, to nastąpi jego powolna rekonstrukcja. Jakkolwiek będzie, to pod adresem slowobraz.pl. I tam mnie szukaj Droga Czytelniczko i Ty, Czytelniczku.
Ochocki ujął zimną już rękę Rzeckiego i pochylił się, jakby chcąc mu coś szepnąć do ucha. Nagle w bocznej kieszeni zmarłego spostrzegł wysunięty do połowy list Węgiełka i machinalnie przeczytał nakreślone wielkimi literami wyrazy: Non omnis moriar...
- Masz rację... - rzekł jakby do siebie.
- Ja mam rację?... - zapytał doktór. - Wiem o tym od dawna.
Ochocki milczał.
B. Prus, Lalka, Rozdział XIX

czwartek, 19 września 2013

Z zapałkami

plakat, Français, économisez le gaz [1916]
Trudno się wraca, a ja jestem chorobliwie nieśmiały i nie potrafię ładnie. Jako dziecko po powrocie z długich wakacji przez parę dni wstydziłem się rówieśników, z którymi przecież przed wyjazdem byłem w beztroskiej zażyłości. A teraz jak się mam wytłumaczyć, że tak długo milczałem? Każde usprawiedliwienie zabrzmi mało wiarygodnie.

Powiedzmy krótko: wyszedłem po zapałki, a że dni coraz krótsze, trzeba zapalić lampę gazową, więc jestem. 

Pomógł mi Kowarski i pisali inni. Od tego właśnie są Przyjaciele. Nie, on nie ciągłym nagabywaniem i tymi sztucznie przyszywanymi komentarzami do dworcowego posta. Swój wiersz mi przysłał przed chwilą, a niżej komentarz z wymówką, którą tak dobrze znam. Wiersz - koło ratunkowe. Kowarski wie, że za dobrą poezją wszędzie pójdę. 

I chociaż znałem (drukowaliśmy w Rękopisie), znów urzekł mnie szekspirowski sztafaż i autoironiczny uśmiech przemijania. To dobry wiersz na koniec lata.
***
w popołudniowej
najdłuższej bitwie
tej wojny
ty i ja
walczyliśmy dzielnie
oparci o siebie
plecami

przez rubinową mgłę
nie rozróżniałem już
ani wrogów
ani sprzymierzeńców

nie wiedziałem
czy zbliża się klęska
czy zwycięstwo
i modliłem się tylko
aby herold emerytury
zdążył przed zmrokiem
Janusz Kostynowicz
"Z Tobą, jest tak, że jak masz robotę, albo zamówienie na tekst, to potrafisz zostawić mnie na polu bitwy."
No tak. Tymczasem zapalam lampę. Zobaczymy...

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Dworzec czołowy - storyboard

Dworzec - niby komunikacyjny węzeł, a w istocie pogranicze świata zewnętrznego i emocji - rzeczywisty węzeł, ale fizyczno-metafizyczny. Z siecią żelaznych dróg krzyżują się tajemne drogi, na których mijają się rezygnacja z nadzieją i tęsknota z ucieczką. Także modlitwa płynie i niezmiennie w jedną stronę (pod względem liczby wykonywanych znaków krzyża dworce statystycznie mają przewagę nad kościołami).

W większości są przelotowe. Pociąg przyjedzie, chwilę odsapnie i zaraz rusza. Takie dworce robią straszny przeciąg emocjonalny. Co innego dworce czołowe, te są stabilne jak port morski. Lokomotywa dostojnie zbliża się do nabrzeża i - choćby to był dworzec w górach - cumuje.

Warszawa Główna Osobowa. Pierwszy port mojego dzieciństwa. Zbudowana naprędce i tymczasowa, towarzyszyła mi od pierwszych lat, aż po niespokojny wiek młodzieńczy. To stąd dwulatek wyjeżdżałem z rodzicami nad morze lub w Karkonosze, a dwadzieścia parę lat później też w tamtą stronę, ale już w romantycznych misjach.

To zdjęcie (koniecznie w nie kliknij) zobaczyłem w książce “Powojenna Ochota” zaprzyjaźnionego wydawnictwa Veda. Przedstawia Warszawę Główną na początku jej istnienia. Jest rok 1946 - od zakończenia wojny minął ponad rok, ale raczej nie czuje się jej. No może tylko więcej wojskowych. Oto w furażerce i z walizką w brezentowym pokrowcu polski oficer. Przed nim w oficerkach i bryczesach skrywający chudą twarz leutnant armii radzieckiej. W rogatywce, odwrócony tyłem jeszcze jeden polski żołnierz i dla równowagi kolejny w niepolskim mundurze. Ten stoi na schodach paląc papierosa i obserwuje tłum podróżnych. Obok baczny cywil z jasnym prochowcem przerzuconym przez lewe ramię. Nie ma co się dziwić - za tydzień ważne referendum.

Dziwne, że nikt nie zwraca uwagi na postać, która jedyna pochodzi z innej epoki. Młoda kobieta w kwiecistej chuście i w białej zapasce. W ręku trzyma szkatułkę z papierosami na sztuki. Niech zazdroszczą szpicle, bo Cyganka wie wszystko. Na przykład, że elegancka dama w białym kapeluszu i w kostiumie z wywatowanymi ramionami to żona rządowego dygnitarza, który za rok znajdzie się w więzieniu, że - pierwsza z lewej - czarno ubrana niewiasta, przed dwoma laty straciła w tym mieście wszystkich bliskich, że obok rozkładu jazdy dwaj wojenni wykolejeńcy w kaszkietach też nie mają po co żyć, że facet w kapeluszu to spekulant, a ten z odkrytą głową patrzący w obiektyw jest szabrownikem. Na schodach ktoś z gitarą ...

Nie, to nie musi prawda. Tyle tu torów i ludzi, że splątały się tajemne drogi bolesnych wspomnień.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Zauroczenie

Lekko zgłuszył nas imperialny finał V symfonii Czajkowskiego. Mimo, że tempo miał niezłe, musiała  minąć chwila, żeby po wyjściu z Filharmonii na nowo zrozumieć uliczny pośpiech.

Zmierzchało. Tak to jest, że po koncercie stoi się na ulicy, trochę bez sensu, coś tam rozmawia i powoli, powoli przyzwyczaja do prawdziwego świata, który wcale nie jest naturalny.

Chyba z niego była, bo szła zbyt szybko. Całkiem ciemna, choć od Jasnej. Piękna, wysoka, smukła, śniada, lekko i bez zniecierpliwienia wymijała grupki ślamazarnych melomanów. Jak kometa, albo raczej ciemna gwiazda pochłonęła całą moją uwagę. Ktoś ze znajomych zagadnął, odpowiedziałem zdawkowo, a potem odwróciłem głowę, by ją pożegnać.

Nie zdążyłem, zakochałem się w kim innym. Z lewej zobaczyłem lekko zanurzoną w chmurach iglicę Pałacu Kultury, a na wprost, też we mgle, niesymetryczną kanciastą maczugę Libeskinda. “To Warszawa? Jaka piękna i niezwykła.” Zacząłem robić zdjęcia i już zupełnie zapomniałem dlaczego spojrzałem w tę stronę.
---------------
dopisane 4.06.2013
Skończył się konkurs NAC-u i Gazety Stołecznej. Wyniki tutaj.

wtorek, 21 maja 2013

Człowiek analogowy

Andrew J Russell, Reperujący linię telegraficzną [ca. 1863]
W tych cyfrowych czasach analogowy człowiek jestem. Wprawdzie radzę sobie jakoś ze sprzętem i pracuję „w chmurze”, ale bliżej mi do dźwigni prostej, pogawędek i parasola.

Nawet to pisanie teraz. Moje palce na zawsze zapamiętały łucznika z Radomia. Niby robili tam maszyny do szycia, ale głównie kałachy i pewno dlatego z ich maszyn do pisania wystrzeliwało się pociski liter. Teraz trzeba inaczej, ale co z tego, że umysł pojął, skoro ciężka ręka polubiła przywalić w klawiaturę?

Bo to za duży skok był jak na życie jednego człowieka. Stalówki mi się rozczepiały i zamulały włóknami celulozy, a ja maczałem je w kałamarzu i pisałem, pisałem. Wiersze. Naprawdę. Mama uczyła mnie w ten sposób ortografii i kaligrafii, że przepisywałem je z grubej, różowej antologii wierszy dziecięcych. Z kaligrafią nie dało rady, ale została w mózgu ścieżka analogowa i kiedy inni mają szumy uszne, mnie dudni w głowie metafora. Czasem aż łeb odskakuje.

Teraz już nie ma atramentu, teraz pisze się na gładkim ekranie smartfona albo tabletu. Niedawno wywołałem chichot aż ośmiu nastolatek w autobusie, bo żeby szybciej przesunąć stronę w telefonie, pośliniłem palec.

Gdyż ja analogowy jestem. Nic mi się nie dywersyfikuje i nie pozycjonuje, a jeżeli nawet, to połowicznie. Tak jest z reklamami kojarzącymi produkt z pięknem kobiecego ciała. Mówią, że seksizm, że „atak cycem”, a mnie to wcale nie przeszkadza. Tyle, że trochę głupio, bo nie kupię. Ani mi potrzebne te rajstopy, ani nie mam pieniędzy na ten samochód i tylko napatrzę się, na krzywy ryj. Zachwycony.

Człowiek analogowy milczał, bo redagował kolejny numer „Rękopisu”. Ten ci dopiero jest wczorajszy. Zagubiony w czasie, w dawnym mieście, wśród nieistniejących budowli, w kolejce po wizę i w umarłej księgarni. Reklamy też są. Na przykład telewizora „Szmaragd” – (Ciężar 27 kg – Pobór mocy 150 Va, Cena 9.000 zł) albo „Zawsze eleganckich i modnych” kapeluszy i krawatów. Jest trochę tekstów z blogu - ryba wyciągnięta z wody łapczywie łapie powietrze. Jest dobry tekst Kowarskiego (współredagował numer) o dzieciństwie, nędzy i prawości oraz jego wiersz. Niby do Rimbauda tam pisze:
(...) zazdroszczę ci może
tylko tęczowych
lotów wyobraźni
gdy ja ślęczę
nad każdym
wersem liścia
zawsze jednak
staram się trwać
w środku miasta
możesz mnie zastać
na Nowym Świecie
Jerozolimskich
Marszałkowskiej
i Świętokrzyskiej

kiedy zapada zmrok
nad Warszawą
znów widzą ludzie
mój siwy łeb
jak napieram
na szklane drzwi
Poczty Głównej
wdzieram się
do Empiku
z wrzaskiem ulicy (...)
J. Kostynowicz, Pieśń grafomana (fragment) 
Gdybyś chciał/a Czytelniku, Czytelniczko przeczytać, chętnie egzemplarz wyślę. Za darmo ot tak, z długoletniej przyjaźni (podaj adres: slowobraz@gmail.com).

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Pasowanie


Biegali oboje z Jasiem szczęśliwi, bo moja niedokladna opieka gwarantuje dostęp do błota, dotykanie pordzewiałego pieca i nieheblowanych desek.
Już od rana na podwórzu
wśród patyków i wśród liści
przycupnęli nad kałużą
pracowici kałużyści.
Wygrzebują brud z kałuży,
niech kałuża będzie czysta !
Pełne ręce ma roboty
każdy dobry kałużysta !
Rękawiczką i chusteczką
dwóch błocistów chodnik czyści.
Obrzucają się szyszkami
bardzo dzielni szyszkowiści.
Danuta Wawiłow, Kałużyści (fragment)
Potem na chwilę zrobiło się jaśniej. Wprawdzie słońce nie przebiło się, ale mocny krąg prześwitywał przez pergamin chmur. Posadziłem dzieci przy psie i pstrykałem.

Dotąd obie strony były wobec siebie przyjazne, ale w sposób zdawkowy: Buba radośnie oblizywała usmarowane jedzeniem gębusie, a oni ostentacyjnie popiskiwali gładząc jedwabistą sierść.

I oto dziś Buba, być może zmęczona pozowaniem, położyła swój melancholijny, długi pysk na tłustej nóżce. Jakby chciała powiedzieć dziewczynce, że nie jest jedynie malutką istotką pachnącą mlekiem i sikami, ale osobą, której ona, wielki kosmaty czworonóg, ślubuje wierność i oddanie. Zizzi z początku chciała cofnąć nogę, ale powoli docierało do niej (warto zobaczyć to spojrzenie), że stało się coś ważnego, że pies potraktował ją jak człowieka.

Kolejne zdjęcia to już czułe obejmowanie się i w ogóle XII księga Pana Tadeusza.

piątek, 19 kwietnia 2013

Baking powder

G.H. Dunston, litografia, International baking powder [1885]
Ostatnio było dużo pracy. Na ogół nie ma jej za wiele, więc kiedy jest, to wszystkie ręce na pokład. Wszystkie dwie. I nic innego nie robić.

A codziennie tęsknię za blogiem, za lirycznym komunikatem, za listem w butelce, który może kiedyś trafi w czyjeś ręce. 

Trzeba próbować, bo czasu coraz mniej. Oto zauważyłem, że neurologicznie cofam się w okres dzieciństwa, kiedy często doznawałem deja vu.  Stosownie do wieku asynchron wygląda teraz inaczej: budzę się i wtedy dzwoni telefon lub budzik. Oczywista iluzja, śpię jak zabity i budzę się na skutek bodźca dźwiękowego, lecz zawodzi wewnętrzna komunikacja: następuje psychiczna cofka, wrażenie antycypacji. Coś tam nie sztymuje. Podejrzewam, że synapsy rozciągnęły mi się jak guma w starych majtkach.

Jak dobrze, że nie mam skłonności do mistycyzmu, bo przy takich efektach wbiłbym się, jak moi sławni rówieśnicy, w duchową i polityczną megalomanię. Na przykład na pewno usłyszałbym wybuch, a nawet dwa oraz zobaczył, że trzech uciekło...

Nic z tych rzeczy. Tak bardzo jestem wdzięczny mojej oświeceniowej szkole, podstawowej i liceum. Mimo ponad czterdziestoosobowych klas, potrafiła wyrobić w nas szacunek do ustaleń nauki, ale przecież także rozkochać w rzeczach ulotnych. Szkiełko i oko oraz czucie. Dziękuję. 

Tymczasem niektórzy dali się nabrać, że istnieje „powieść pornograficzno-psychologiczna o mylącym tytule Przenikliwość". To oczywisty blef i chwyt stylistyczny – rodzaj wyskakującego okienka w blogu. Bierze się z chęci opowiedzenia o czymś bez blogowego koturnu, bez identyfikacji i z zanikiem artystycznej odpowiedzialności. Ta niby-powieść niby powstaje w sposób strzępiasty i asynchroniczny, przede wszystkim z fragmentów korespondencji (przeważnie z Kowarskim) i ze starych wpisów na blogu. Niestety, wynikiem nieszczęsnej genezy jest całkowity brak akcji. Bohaterowie to gadające głowy. Jeśli któryś wstanie, to tylko, żeby się pożegnać, albo podejść do bufetu, celem zakupu dwóch kieliszków wódki. O pornografii nawet nie ma co marzyć. Zamieszajmy jednak trochę. Rusz dupę bohaterze!
Po raz pierwszy od trzech lat spotykali się w mieście  Nie musieli się ukrywać i od dawna niepotrzebne były jakieś szczególne starania i miłosne podchody. Tym razem zaproponował spotkanie, bo chociaż miał ją całą, to brakowało mu jej przyjaźni i rozmowy.
Kiedy wszedł, była wściekła. Dobrze znał to kobiece rozdrażnienie, ten mur złości i pretensji, który przecież w jednej chwili potrafił runąć.
Przewalski na co dzień wyśmiewał się i gardził teoriami ezoterycznymi, ale prywatnie i na własny użytek, z pełną świadomością używał tanich sztuczek. Że potrafi, zrozumiał na samym początku podczas jakiejś studenckiej imprezy. Tamta dziewczyna, młoda, ładna blondynka była wdową. Taka wdowa inaczej patrzy, bo jest doświadczona i ma dystans. Nie musiała mu tego mówić, bo niczego nie chciała i nie spotkali się już nigdy, ale wtedy była jak wróżka. Niektóre kobiety są wróżkami.
- Powiem ci, tańczysz średnio, ale wiesz jak dotykać kobietę. To jest dar.
cdn

sobota, 6 kwietnia 2013

Trzepak


Mimo że bardzo starzy oboje, razem z kruszącym się śmietnikiem już nie byli stąd. Nie pasowali do odnowionych elewacji, plastikowych okien i drogi wyłożonej kostką Bauma. I ten śmieszny bluszcz.
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty
B. Leśmian, (W malinowym chruśniaku
Żuk to ja, może nie tak już kosmaty, ale wstecz szedłem, do tyłu się cofałem, w przeszłość.

Tych parę metrów kwadratowych to było najważniejsze miejsce na podwórku. Agora, rynek, klub czy jak to nazwać. W każdym razie miejsce spotkań, ćwiczeń i kontemplacji. Jakże miło było zawisnąć jak nietoperz i na skutek wzmożonego ukrwienia po raz pierwszy doznać przypływu samoświadomości: „Więc mam pięć lat, pięć lat! Co to będzie?"
Na trzepaku się siedziało, na trzepaku się gadało, na trzepaku się wisiało, na trzepaku się robilo fikołki, koło trzepaka się robiło "widoczki" i "sekrety" (zakopywane w ziemi obrazki przykryte kawałkiem szkiełka).
To dziewczęta, ale i mój sekret musiał znać trzepak, kiedy przyszło mu wykonywać właściwą pracę i brać na grzbiet przetarty czarodziejski dywanik. W domu siadałem na nim (koniecznie po turecku), zamykałem oczy i unosił mnie w górę. Naprawdę! Wystarczyło zamknąć oczy.

Jakby zamieszkał tu inny gatunek ludzi. Nikt nie trzepie dywanów i nie widać dzieci. Niepotrzebny trzepak bezpowrotnie linieje i pochyla się.
- Żegnaj, Spierzchły. Już cię nie zobaczę.
- Żegnaj, Jureczku. Powinieneś poprawić wymyk.
- Wiesz, daruję już sobie.

niedziela, 31 marca 2013

Chmurnooka i Ten-który-biegnie


Dobra jest to do życia propedeutyka - zabawa w bańki mydlane. „Nic nie jest wieczne i ważna jest chwila.”
Nie jestem pewien, czy pogodzi się z tym Chmurnooka.
I znajdzie chwilę, żeby pomyśleć Ten-który-biegnie.

Czas najwyższy, bo oboje mają już po 15 miesięcy.

Zdjęcia można powiększać.

czwartek, 28 marca 2013

Syn Człowieczy

Dekoracja Wielkanocna [1883], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych

Ciągnie wilka do lasu. Coroczna, naturalna potrzeba oczyszczenia, refleksji nad sobą, nad ojczyzną miłą i światem. Chciałoby się z kimś pogadać i posłuchać, ale mowy współczesnej, zwyczajnej. Bez wielosłowia i pouczania, bez triumfalizmu i fałszu...
Co tam! Będziemy się przedzierać samopas.
Zachwycający ten wiersz Różewicza.

Widziałem Go
spał na ławce
z głową złożoną
na plastykowej torbie

płaszcz na nim był purpurowy
podobny do starej wycieraczki

na głowie miał czapkę uszatkę
na dłoniach fioletowe rękawiczki
z których wychodził palec wskazujący i ten drugi
(zapomniałem jak się nazywa)

zobaczyłem go w parku

między nagim drzewkiem
przywiązanym do palika
blaszaną puszką po piwie
i podpaską zawieszoną
na krzaku dzikiej róży

ubrany w trzy swetry
czarny biały i zielony
(a wszystkie straciły kolor)
spał spokojnie jak dziecko

poczułem w sercu swoim
(nie pomyślałem lecz poczułem)
że to jest Namiestnik
Jezusa na ziemi

a może sam Syn Człowieczy

chciałem go dotknąć
i zapytać
czy ty jesteś Piotr?

ale ogarnęło mnie
wielkie onieśmielenie
i oniemiałem

twarz miał zanurzoną
w kłakach rudej brody

chciałem go obudzić
i spytać raz jeszcze
co to jest prawda

pochyliłem się nad nim
i poczułem zepsuty oddech
z jamy
ustnej

a jednak coś mi mówiło
że to jest Syn Człowieczy

otworzył oczy
i spojrzał na mnie

zrozumiałem że wie wszystko

odchodziłem pomieszany
oddalałem się
uciekałem

w domu umyłem ręce
Tadeusz Różewicz

niedziela, 24 marca 2013

Prawo podstawowe


Prawicowe media podały, że zgromadziło się ich ponad 10 tysięcy, policja podała, że przyszły dwie osoby.

Byłem na Rynku Starego Miasta i widziałem na własne oczy: mały, ale zwarty tłumek obywateli domagał się niezaprzeczalnego prawa do wiosny. Całym sercem byłem z nimi. Dość już wycierpieliśmy i należy nam się!

niedziela, 17 marca 2013

Alegoria


To fragment plafonu w Pokoju Marmurowym na I piętrze Zamku Królewskiego w Warszawie. Wiele w tym dostojnym pomieszczeniu portretów najwybitniejszych królów Polski autorstwa tego samego malarza - Marcello Bacciarellego. A na samym sklepieniu ona. Kiedy tylko oddałem hołd posępnemu obliczu Stefana Batorego, natychmiast skierowałem obiektyw w górę.

W prawej ręce z wdziękiem trzymała okrąg z gwiazd, a w lewej, jakby od niechcenia, złoty róg obfitości, z którego wysypały się złote korony władców, laurowe wieńce oraz talary (jeden z towarzyszących jej puttów na bieżąco księgował rozchody w kronice królów).


Klasyczne regularne rysy, niemal fantazyjne usta z lekko wydętą dolną wargą, co mogło być oznaką znudzenia, a kto wie - może nawet zepsucia. Ciemnozielone oczy, lecz dziwnie podkrążone przy samej obwódce i zmęczone. Delikatny zarys drugiego podbródka wykluczający ascezę.

Nie wydawała się zbyt przejęta swoją pracą ani szczęśliwa. Może wiedziała, że wkrótce zaczną spadać królewskie głowy i kto inny będzie decydował o laurach.  Zrobiło mi się jej żal i gotów byłem pospieszyć na pomoc.

Alegoria Sławy i Wieczności w jednej osobie. Cóż, nic mi do niej. Wprawdzie w niekrótkim życiu nie zabiegałem o względy i profity: o zaszczyty i brzęczące talary, ale i one – Wieczność i Sława - nie postąpiły w moją stronę ani pół kroku. Chyba nawet jestem z tego powodu trochę urażony i dlatego nie mogłem zrozumieć, czemu tak uporczywie wpatruję się w jasną postać.

Póki nie pojąłem, że właśnie owo szczególne zapamiętanie stanowi przyczynę przyszłego zapomnienia.

W filmie Woodego Allena „Miłość i śmierć” (1975) Sonja (Diane Keaton) idzie po poradę do prawosławnego mnicha Andrieja „najświętszego ze świętych, starego i mądrego, najbardziej pomarszczonego starca w całym kraju”, ponieważ jej przyjaciel Boris Dimitrovich Grushenko (Allen) chce popełnić samobójstwo (już raz próbował: "tydzień temu wdychał powietrze stojąc obok Ormianina"). Ojciec Andriej odpowiada:
Powiedz Borysowi tak: przeżyłem wiele lat i po wielu cierpieniach oraz zgryzotach doszedłem do wniosku, że najlepszą rzeczą [w życiu] jest młoda blondynka. A jeszcze lepiej dwie. 

poniedziałek, 11 marca 2013

Laszka - storyboard


Sergiej Michajłowicz Prokudin-Gorski, Stancja Chrustalnaja Perm–Kungurskoj Żeleznoj Dorogi [1912], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych.
Wrzesień lub październik 1912 r. Dobrze widać tęskną jesień rosyjską i nieuleczalny romantyzm bardzo szerokotorowej kolei. Nie byle kto wykonał to zdjęcie, bo Siergiej Prokudin – Gorski.  Rano odstawiono na bocznicę jego wagon z laboratorium i ciemnią. Dzięki listowi wydanemu przez cara Mikołaja II ma dostęp do każdego miejsca w imperium i wszyscy są zobowiązani do udzielania mu pomocy.

Akurat okazja jest wyjątkowa. Cała obsada stacji Chandra Unyńska w galowych uniformach i uroczystych strojach wraca peronem z cmentarza, który jest za wzgórzem. Prokudin – Gorski poprosił, żeby się zatrzymali i chwilę trwali bez ruchu.

Ten najwyższy to - ma się rozumieć - naczelnik Prokofij Rubleńko. Pierwszy od lewej i uroczysty to Paragrafow, obok naczelnika przywarł Ilja Słomośkin, dalej zapłakana Warwara Pawłówna. Z podłużną walizeczką Włas Fomycz Zapojkin.

Fotograf cofnął się aż do zwrotnicy. Stąd obiektyw obejmie i załogę i stację. Widać zasłonięte ciemnym tiulem okno po prawej stronie wejścia służbowego.
Jest smutne okno na stacji,
Skąd widać pola dalekie,
Skąd widać szyny, pociągi
I trzy drzewiny kalekie.
Obraz na moment zastyga w fotografii. Zmysłowy timbre klarnetu i jakiś motyw z Wertyńskiego. Następnie długie przenikanie (znaczy retrospektywa) i jesteśmy w stacyjnym bufecie. Tłumnie tu, bo przed chwilą przyjechał pociąg z Jekaterynburga. Technik Zapojkin gra na klarnecie skoczną piosenkę o Tule. Co jakiś czas błyska okiem w stronę szynkwasu i podkręca wąsa.

Nie widzieliśmy jej wcześniej. Ach, jaka jest śliczna. Długa szyja, jasne włosy upięte wysoko, na czubku główki wąski wachlarz bielutkiej koronki, na prostej granatowej sukience biały  fartuszek. Właśnie z mętnej butelki nalewa wódkę do szklanki. Uśmiecha się do grajka i widać jej piękne zęby. To Polka, „Laszka” lub "pani", jak mówią o niej zazdrosne kobiety.
A pannie Jadzi z bufetu
Serce z wzruszenia aż mięknie,
Szeptał często: "Włas Fomycz,
Pan gra tak cudnie... tak pięknie..."
Już widzimy wesołą salkę zza okna, zaglądamy do innego, tego koło wejścia służbowego. Piotra Płaksina też nie było na zdjęciu. Przesuwa miedzy palcami wąska taśmę papieru, po chwili odrzuca ją, patrzy w okno, zagryza wargę, macza pióro w kałamarzu i pisze.
Pisze, że kocha ją dawno,
Jeno powiedzieć jej nie śmiał,
O tajemnicę ją prosi,
Aby Włas Fomycz się nie śmiał.
Pisze serdecznie, miłośnie,
Że kocha, marzy, wspomina!
I łzy spadają na papier
Telegrafisty Płaksina.
Bez winy ta tragedia, co się wydarzy, bo przecież nie można zmusić do miłości miłością, choćby i największą.

Stop! W tym miejscu scenarzysta odkłada pióro. Widzi, że w filmie nie da się pogodzić, jak się udało w poezji, delikatnego klimatu parodii z opowieścią o miłości. Szkoda wiersza, szkoda zdjęcia, a poza tym on bardzo polubił tych dwoje.

Musi coś wymyślić. Ten pogrzeb kogo innego był. Powiedzmy zamordowanego dróżnika Szaposznikowa albo lepiej zastępcy naczelnika. Motyw? Szpiegostwo na rzecz Japonii, np. chcą wykraść tajemnice Prokudinowi-Gorskiemu, który jest pionierem fotografii kolorowej. Może uda się wrobić w tę sprawę Zapojkina?

Jedno jest pewne. W ostatniej scenie Piotr i Jadwiga wyjeżdżają pociągiem do Permu, a potem dalej, gdzie tory są węższe. Za dwa lata wybuchnie wojna. Musi ich chronić przed wielką kilkudziesięcioletnią zawieruchą.

Cały poemat sentymentalny Juliana Tuwima „Piotr Płaksin” jest tutaj.

piątek, 8 marca 2013

Ormiaszce


Zdjęcie zrobił jego syn, Kuba. Kowarski siedzi w swojej – jak powiada – kozie. Kto pamięta anegdotę Telimeny "z Peterburku"?
Skończyło się, że charty poszły na powrozy,
A czynownik na cztery tygodnie do kozy.
A. Mickiewicz, Pan Tadeusz 
Naprawdę czynownik – Kowarski to ważna figura w stołecznym magistracie, ale założę się, że nie pisze tu sprawozdania ani preliminarza, lecz monit pilny w sprawie Euterpe lub czyta opowiadanie przyjaciela. Albo dziennik zmarłego poety.

Pisuję efemeryczną powieść pornograficzno-psychologiczną pod mylącym tytułem "Przenikliwość". Kowarski czyli Pszczelarz to jeden z bohaterów:
Zje coś czasem, ale tylko żeby nie upaść albo żeby wiatr go nie porwał. Tak naprawdę żywi się słowem. Najlepiej, jeśli to mowa wiązana, czyli wiersz. To arystokrata ducha, co najbardziej kocha jesienny szelest kartek i romantyczną łunę lampki nocnej.
Hmm.. co za dziwna konstrukcja, co za odmieniec - jak z amerykańskiego komiksu heros przejęty swoją misją organizowania dobra i odporny na pokusy. "Cywilny ksiądz" powiada o nim Boucher. Tamte postaci, ci ludzie-pająki i supermeny nadzwyczajność zyskali wskutek szczególnej fizycznej traumy, trafienia piorunem lub ukąszenia. Z Pszczelarzem było podobnie. Zrozumiałem, kiedy zobaczyłem jego dziecięce zdjęcie z ochockiego podwórka. Szedł z młodą i piękną matką, ze stateczną babcią i malutką siostrą. Długie, miękko zaczesane włosy - jak u Gogola lub Wieniawskiego. I taki dziwny gest, jakaś niepohamowana fantazja była i cały świat przed nim był.
A potem stało się i wszystko zmieniło. Uderzenie piorunem. Powinno go załamać, wytłuc  idealizm, kazać się stoczyć. I co? Wzmocniło jak komiksowego mutanta. Ale świata już nie rozświetliło. Nie zdobył go, lecz tylko opiekował się i służył. Wciąż to robi, "stary, naiwny pająk".
Te słowa właśnie wyszeptał Przewalski, kiedy po raz drugi tego dnia wszedł do Amatorskiej.
Dziś jest dzień dla nas obu szczególny. Każdy z nas, niezależnie, uznaje 8 marca 1968 za datę symboliczną w kalendarzu życiowym. Nie dlatego, że byliśmy jakoś zaangażowani w tamte wydarzenia. Ja zupełnie przypadkiem i na 48 godzin. On więcej. W jednym z komentarzy napisał, że „Marzec był przebudzeniem z długiego, przetrwałego dzieciństwa. Na dziedzińcu Uniwersytetu drgnął stary młyn dziejów, efektownie zazgrzytał i już się nie zatrzymał”.

W jakimś sensie nieustannie molestuje mnie literacko, bo bierze poważnie moje wietrzne próby poetyckie, spaja w jeden plik i co jakiś czas podsyła. Tak było wczoraj, a kiedy nie odpowiedziałem, dzisiaj przyszedł ten sam pakiet. Mimo pozornej poczciwości, Kowarski to człowiek przewrotny, bo podstępnie podtyka do legalizacji moje słowobrazowe żarty literackie oraz soczyste e-maile (dzieli tekst na strofy  i to ma być wiersz). Dziś udając zniecierpliwienie odpowiedziałem mu trochę w stylu powieści pornograficzno-psychologicznej:
Jeśli chcesz mnie sprowadzić, na drogę tandety i obniżenia kryteriów, jeśli chcesz ściągnąć do grona nieudaczników literackich (za takich miał nas Michał), to wysiłki Twoje daremne. Zbyt długo przypatrywałem się pięknej pannie Poezji nieśmiało i z ukrycia, żeby na starość brać ją w zaułku od tyłu.
A jednak wyjmuję stamtąd jeden wierszyk, poprawiam i z okazji ważnego dnia dedykuję Januszowi. Nie wiem, czy właściwy to wybór, bo jeden z naszych patriotycznych purystów delikatnie wypomina Kowarskiemu 1/8 krwi ormiańskiej. Co tam, niech ma wreszcie ojczyznę Ormiaszka.
Ojczyzna
  Januszowi K.
na Hali Kondratowej
siedzę na przyzbie
i plecy pociskają
na Giewont
po kręgosłupie
tłum mi drepcze
wzdłuż Krupówek
Piotrkowskiej
Monciaka
„oparłem się
na Ojczyźnie”
i w oku
łza
 
blogi