wtorek, 20 marca 2012

Czarny Anioł Stróż


Hovawart Buba
Ten kosmaty potwór, buchający parą z nozdrzy, to mój czarny Anioł Stróż.

Kładę się do snu - ona leży na skórzanej derce obok łóżka i czeka póki nie usnę. Wtedy schodzi odpocząć na kanapie, ale nad ranem wraca, żeby być przy mnie, kiedy się obudzę. Gdy bywam nieszczęśliwy, czuwa całą noc.

Póki nie wstanę, nie niecierpliwi się, ani nie daje znaku, że chce wyjść.

Spacery - to dzięki nim zdrowie jakoś nie opuszcza. Najbardziej lubi, kiedy przechodzimy koło pola. Biega po nim zataczając kręgi, jakby kreśliła tajemnicze znaki. Zapewne to jakiś stepowy atawizm, ale niewykluczone, że zdaje w ten sposób sprawę Tym z Góry, którzy mi ją zesłali.
---------------------------------
Dopisane następnego dnia.

Pomyślałem, że chyba jednak nie anioł, bo anioły są bezwonne. Gdzieś między piwnymi dobrymi oczyma ma czarny anioł gruczoły zapachowe.

Jestem u weterynarki, ogląda łapę, a ja do niej:
- A wie pani, że Buba pachnie?
- Ja tam nie wiem, mój pies śmierdzi. – Wystawia chudy nos w stronę bubiego pyska – No niemożliwe, rzeczywiście, to miód!
Miód, ale z nutką dymu z ognisk wędrowców, garstką suszonej szałwii, co rosła na muranowskich gruzach i wiązką świeżego siana. Prosto z mojego dzieciństwa.

wtorek, 13 marca 2012

Rozmowa na peronie


Jak barwy ochronne nosiła na sobie wszystkie odcienie szarości ludzi, wśród których poruszała się bez trwogi. Kiedy znalazła plastikowy woreczek z okruchami drożdżówki, to naprawdę nie było na Zachodniej szczęśliwszej istoty.

Chciałem zagadnąć do niej miło, ale nie wyszło dobrze. Burknęła coś z podmiejska i przyłożyła gołębiowi, co właśnie chciał się dosiąść. Zagadałem się i w ostatniej chwili wskoczyłem do pociągu. Zanurkowała w lastrikowe eldorado.

wtorek, 6 marca 2012

Dąbrówka, 6 marca, godz. 6:48


Bliżej nieznane są powody, dla których fotografista spośród kilkunastu zdjęć rowu wybrał właśnie to.

Tego dnia udało mu się uwiecznić obrazy doskonalsze, z drzewami ostro odbitymi w wodzie i z jaśniejącą perspektywą.

On jednak z uporem i lekko wzruszony wpatrywał się w mroczny brzeg północny, oczekujący na łaskę marcowego słońca.

niedziela, 4 marca 2012

Serce do blatu


Przysłał mi Janusz Kostynowicz vel Kowarski napisaną przed pięcioma laty nostalgiczną miniaturkę z cyklu „Warszawa lunarna” zatytułowaną Ostatni dzień Poziomki.

Tak się nazywał wuesesowski lokal bistro, położony w strategicznym punkcie Traktu Królewskiego, na rogu Miodowej i Krakowskiego Przedmieścia, vis a vis kościoła św. Anny.

Oto fragmenty tekstu.
Wiedziałem, że zamierzają wkrótce zamknąć. Dzisiaj, po robocie, skręcając z Miodowej w Krakowskie Przedmieście, zobaczyłem już przylepiony do szyby karton z konkretnym napisem: Z przykrością informujemy szanownych klientów, że od dnia 29 marca 2007 r. Poziomka kończy działalność. Sympatycznym konsumentom dziękujemy za wspólnie spędzone chwile.
- Poproszę pięćdziesiątkę winiaku Klubowego – pokazałem palcem na żółtawą butelkę po lewej stronie.
- Luksusowego?
- Przepraszam, nie dowidzę bez okularów, tak,  może być. 
- Proszę!
- No, to wszystkiego najlepszego, za pani zdrowie – podniosłem kieliszek - chciałem pani podziękować, za to, że przez czterdzieści lat tu wpadałem.
- Ja też panu dziękuję.
Wypiłem! I żeby było jasne - nie mam zwyczaju wpadać po pracy na jednego. Ostatnia rzecz, w jaką mógłbym wdepnąć, mam nadzieję, to alkoholizm. Trochę ćwiczyłem w młodości i nauczyłem się, jak to robić. Dzisiaj piłem z solidarności. 
A więc sprawa przesądzona, bo odnalazł się właściciel kamienicy. Zamykają! Dlatego ludzie naznosili tu pani Basi sporo kwiatów. To oczywiście nie była nigdy moja ulubiona kawiarnia, ale chciałem, żeby i mnie zaliczono do sympatycznych konsumentów. Nie znałem też prywatnie prowadzącej ten lokal pani Basi, która podobno, jak napisali w Stołecznej, prowadziła go od trzydziestu lat. Zaczynała jeszcze, jako pracownica WSS Społem. 
(...)
Liczyło się również to, że tu nikt nie kazał zdejmować płaszczy. Gdy był stan wojenny i obowiązkowe pałowanie po mszy przed Świętą Anną, to stąd mieliśmy najlepszy widok. Siadaliśmy wówczas w katanach przy oknie wychodzącym na Krakowskie, Zaciągaliśmy się papierosami, i patrzyliśmy jak ludziska uciekają, krzycząc ciągle tak samo: 
- Ges tapo, Ges tapo..
Zdarzało się, że z tym krzykiem wpadali wprost do Poziomki. Otrząsali się, rozmasowywali ramiona. Niektórzy znali nas z widzenia. 
- Cześć, byliście w Annie, ale dzisiaj napieprzali, nie? 
- Co za różnica – odpowiadaliśmy. 
(...)
Zapisuję jeszcze adres na starym bilecie, Miodowa 1. Kraty w oknach, jak we wszystkich sklepach spółdzielczych, podnoszone i opuszczane na korbę. Ostatnie spojrzenie przez szybę w głąb ciemnego wnętrza. Pusty bufet pod baldachimem z desek, wyniesione stoliki i krzesła, wymieciona lastrykowa posadzka. Tam w rogu chyba worki z cementem. Nad brunatną boazerią ściana, wyłożona przybrudzonymi listewkami luster. Już niedługo zrobi się tu jaśniej, gdy otworzą Coffeeheaven.   
Janusz Kostynowicz
Byłem tam dzisiaj (stamtąd fotografia). Zupełnie inaczej. Funkcjonalna i sterylna elegancja. Zamiast pani Basi cztery uśmiechnięte dziewczyny uwijają się obsługując kolejkę, też ludzi młodych, niektórzy z dziećmi, inni z laptopami. Miły zapach świeżo wyciskanych cytrusów i parzonej kawy.

Taka właśnie jest nowa Polska. I chociaż nie czułem się dziś intruzem, nic nie poradzę na to, że zostałem kiedyś zdeprawowany, że wiele chwil pierwszej połowy mojego życia spędziłem w zadymionych spelunkach, gdzie podawano trochę zimne nóżki, ale za to całkiem ciepłą wódkę.

Cieszę się, że młodzież ma lepiej, ale moje serce, podobnie jak Kowarskiego, przylgnęło na zawsze do lepiącego się blatu jakiejś Poziomki czy innej Bajki.

czwartek, 1 marca 2012

Kartofle


Lewis W. Hine, Kopiący ziemniaki [Kentucky, 1916] 
Widywałem go z okna, gdy szedł do szkoły, raczej sadził ulicą Karmelicką w siedmiomilowych butach – traktorach. Wiecznie potargane włosy, sweter z czarnej grubej wełny, w ręku stara teczka spięta paskiem z dużą klamrą.

Potem dowiedziałem się, że taki był w latach 60. styl egzystencjalny, ale nawet gdyby nie było Sartre'a, Camusa i Juliette Gréco, to na pewno też chodziłby w czarnym golfie. Był bardzo młody, nie mógł mieć więcej niż 28 lat, ale dwunastolatek na sprawę wieku patrzy zero-jedynkowo.

I tego dnia Piotr Wierzbicki zdjął okulary oraz przybliżył książkę do bezbronnych oczu krótkowidza. Uśmiechnął się i cicho przeczytał (zaszeleściło trochę, bo miał lekką wadę wymowy).
Czujesz? Ogniskiem pachną te pogańskie lata
Gdy iskrami trzaskały żagwie jałowcowe
I dym wełnistym kłębem za wiatrem ulatał,
I marszczyły się z żaru kartofle surowe.
Może to właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu ogarnęła mnie nostalgia, bo nagle popłynąłem. Niedaleko - we wczesne dzieciństwo. Ileż to razy z ciotecznym rodzeństwem, siedząc w kucki i boso, piekliśmy kartofle w ognisku.

Nie, to musi być tuż po ognisku, kiedy ledwie żar zagasł, a jeszcze jest gorący. Zakopać w popiele mocno, bo wtedy się nie zwęglą i do głębi upieką.
Z dłoni go w dłoń przerzucać! dmuchać, bo gorący!
Parzy obłuskiwaną spieczoną łupiną!
Tknąć w sól z papierka! wchłonąć w usta chuchające,
Żeby się na skaczącym języku rozpłynął!
Tak było, dokładnie tak było! Więc jedno mieliśmy z Tuwimem dzieciństwo! Ale co z podpłomykami? Ten dopiero jest przysmak pogański.
Łódkami się przez siwą Pilicę wracało,
Z prądem, z wiatrem, pod wieczór, pod zorzę wiśniową,
W milczeniu, zamyśleniu, z gorejącą głową.
Zawiesił głos i zamknął książkę.
Tak się ogień, popioły i smutek poznało.
Przetarł okulary z egzystencjalnej mgiełki i spojrzał na klasę. Nie stało się nic wielkiego, nie byłem przesadnie wzruszony, ale zrozumiałem, że ja z tej łódki już chyba nie zejdę.
----------------------------------------------------------
Cały wiersz Juliana Tuwima Kartofle jest tutaj.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Romantyczne medium

Kolejny eksponat muzeum rzeczy kiedyś użytecznych. Żadnej tandety: najszlachetniejsze tworzywo sztuczne, którego nazwa bierze się od hebanu - ebonit, przewody w osnowie z połyskliwej, czarnej tkaniny, a przede wszystkim odgłos dzwonka, co nie pochodzi z pliku, lecz z uderzania młoteczka o prawdziwy metal.

Wzór z lat 60. łączy urzędową powagę z marzeniami (posiadanie telefonu było w PRL marzeniem milionów), bo pryncypialną kanciastość łagodzą przyjazne zaokrąglenia.

Żadnej tandety i żadnego pośpiechu – wolno powracająca tarcza numerowa i wiecznie zajęty numer dziewczęcego akademika na Karolkowej. Było to bardzo romantyczne medium.

piątek, 24 lutego 2012

Suplement


Constantin Brancusi, Pocałunek, rzeźba [1913]
Podeszło do mnie Sumienie i dało kuksańca. Rzeczywiście, tego nie można było tak zostawić na weekend. Żeby zatrzeć lekkomyślne wrażenie, ratuję się znakomitym wierszem angielskiego poety, Hugo Williamsa (ur. 1942), w tłumaczeniu Piotra Sommera. Skwapliwie zgadzam się z konkluzją.
Kilka pocałunków z Kama Sutry

Pocałunek Zwierciadlany, ten, który się składa
Albo przesyła odbiciu
Albo cieniowi kochanka
W gładkim zwierciadle
Albo na oświetlonej ścianie
Albo na powierzchni wody,
Zwie się Pocałunkiem Zwierciadlanym
I jest jedynie jedną z wielu
Odmian pocałunku, jak dla przykładu
Pocałunek Równowagi, co jest wyrazem
Najwyższej czułości, jako że się go składa
Na powiece kobiety
Lub na koniuszkach palców u mężczyzny
I zwie się Pocałunkiem Równowagi,
Ponieważ nie powinien być za ciężki
Ani zbyt lekki. Z kolei Pocałunek
Budzący Pożądanie, ten, który
Na twarzy śpiącego męża
Składa kochliwa kobieta
Iżby pokazać swe zamiary albo
Namiętność, zwie się Pocałunkiem
Rozniecającym Miłość lub Pocałunkiem
Budzącym Pożądanie. A Vatsyayana wymienia
Wiele innych odmian pocałunków
Oprócz wspomnianych wyżej
(np. Pocałunek Upojenia), twierdząc
Że te nie będą potrzebne
Prawdziwie zakochanym.

środa, 22 lutego 2012

Synkopa


Currier & Ives, Kiss me quick!, chromolitografia [1850 – 1900]
Naprawdę, udało się nam latem z miłosną antologią. Z wdzięcznością pomyślałem o tamtych tekstach, kiedy rano usłyszałem jak kwilił ptak.

Bo pocałunek ma być niespieszny. Na początku jak pytanie, ale takie bez przesadnej intonacji i bez natarczywego domagania się odpowiedzi.

Nawet, gdy odpowiedź jest po twojej myśli, smakuj ją powoli: udawaj, że nie zrozumiałeś lub nie jesteś pewien. Powinieneś kluczyć, w zastanowieniu przygryzać wargi, nagle gwałtownie przeć do przodu, żeby po chwili znów zawisnąć jak jastrząb zanim spadnie z góry.

To milczące przekomarzanie się jest po to, aby oczekiwana namiętność buchnęła żywszym płomieniem.

Bądź w tej grze wyrachowany w męski sposób, który nie bierze się z niskiej kalkulacji, lecz z odpowiedzialności za obrót spraw.

Słuchaj jazzu i staraj się zrozumieć synkopę. Nic nie jest przesądzone. Zawsze masz wybór i daj go drugiej stronie.

Nie przesadź jednak z konsultacjami i nie bądź nadmiernie opieszały. W żadnym razie nie pozwól, żeby płomień zgasł.

Pamiętaj, na co cię powołał Pan. Obowiązek swój wykonaj godnie i z najwyższą pieczołowitością.
O, ile od tkliwości i miłości pościł,
Aby wszedł pod Jej włosy jak w żywiczny kościół.
Pojrzał wpierw po witrażach, w środku twarzy stanął,
A tam wyżej - na czole - stał już słońca anioł.
O, jakże się przepłoszył, ucieszył, przyczaił,
Że sam jeden stratuje każdy blask w tym kraju.
Nie usypie spod palców niczego prócz zgliszczy,
A co zacznie miłować, miłowaniem zniszczy.
(...)
Stanisław Grochowiak, Bitwa

wtorek, 21 lutego 2012

Ty sługo moja i moja królowo...

Była z tobą od początku i dlatego uważałeś, że nic jej nie jesteś winien. Krzywdziłeś ją i kaleczyłeś nieraz, a teraz wiesz, że dała ci wszystko i wracasz do niej syn marnotrawny.

To na pewno sprawa wtórnego sentymentalizmu, co atakuje z wiekiem, ale niech się nie śmieją młodzi. Może też kiedyś wrócą.
... jak paw, co w tęczach się własnych podoba,

ogon stubarwny i swe skrzydła oba
rozwijasz, lustro czyniąc słońcu jawne,
by blaski z niego szły na ciebie sławne
i jasność większa, kraśniejsza ozdoba,
i tak królujesz śród bogactw bez miary,
w gwiazdy ubrana i w lutniane czary —
a świat ci zda się jeno złotą gadką
i dźwięków morzem: o ty polska mowo!
ty sługo moja i moja królowo,
moja kochanko i siostro, i matko!
Jerzy Żuławski, Polska mowa 
Dziś Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego.
Przed sześćdziesięciu laty, 21 lutego 1952 r. w Dhakce (Bengal Wschodni - dzisiejszy Bangladesz), podczas demonstracji domagającej się ustanowienia języka bengalskiego językiem urzędowym, zginęło pięciu studentów.

Lekcja polskiego, słowa: Agnieszka Osiecka, muzyka: Maciej Małecki, śpiewa Anna Żebrowska [1967]

sobota, 18 lutego 2012

E-maile ze szpitala


Ukazał się najnowszy numer internetowego pisma literackiego Kwartalnik, a w nim na stronach 98-106 znana już niektórym relacja z ostatnich siedmiu tygodni życia Michała Łukaszewicza. Zdawałem ją na bieżąco w e-mailach wysyłanych do Jego znajomej w Kanadzie.

Ilekroć czytam E-maile..., mimo logiki nieodwołalnego końca, odnajduję w tekście coś krzepiącego. Patrzę na wspaniałych ludzi i po raz ostatni na niezwykłą osobowość naszego Przyjaciela. W miejscu żałoby jest we mnie wdzięczność, że był wśród nas.

Bywają nawet rzeczy zabawne, jak choćby ten dowcip Michała o Kowarskim.
Dziś w najlepszej formie z ostatnich tygodni. Ewa znów pod jego urokiem i postanowiła zostać do końca. Kiedy przyjechałem, Mirka ustąpiła mi miejsca przy łóżku, a sama usiadła u jego nóg. Ona trzymała go za nogę, ja za rękę. Rozmawialiśmy przyjaźnie jak nie pamiętam kiedy.
O Indiach, gdzie byliśmy wspólnie we troje, o tym jak bardzo zmieniliśmy się, wreszcie o polityce. Michał od czasu do czasu wpadał w leciutki patos, jakby czuł się zobowiązany do ostatecznego przekazania sumy swych doświadczeń w uniwersalnej formule. Jednak i to podszyte było delikatnym futerkiem autoironii. Najbardziej nas rozbawił, kiedy powiedział, że rozmawiał dziś z Kostynowiczem. „Porozmawiałem z nim, bo snuł się wokół odsunięty. Jak Żyd z Wesela”.
Zapraszam. Kwartalnik (w formacie pdf) jest do pobrania lub czytania on-line tutaj. E-maile zaczynają się od strony 98.

-------------------------------

* * *
kiedy dotarli
pierwszy
w niemodnym palcie i zgarbiony
wysiadł
drugi położył się na dnie łódki
nie rozbili namiotu
nie rozpalili ogniska
nie otworzyli butelki
osobną mieli drogę


czwartek, 16 lutego 2012

Słodki terror

Hovawart Buba
Zwykle w połowie lutego ma się jej już dość, ale w tym roku tak długo był tylko mróz, że kiedy przyszła ta dostojna biała, chciałoby się, żeby pobyła trochę.

Buba kocha śnieg i hasa jakby była szczenięciem. Trochę się o nią martwimy, bo ma wyraźnie przeciążoną przednią łapę. Liczę się z tym, że od wiosny zostaną nam spacery tylko piesze. W końcu przeliczając na lata ludzkie, piękna księżna von Hovawart dobiega pięćdziesiątki.
Nie wiem, czy to ten sam, ale co roku jakiś kwiczoł szuka zimą wsparcia. Parę kilogramów jabłek poszło w te mrozy, a dopiero wczoraj, kiedy spadł tęgi śnieg, porzucił konwenanse i pozwolił się sfotografować.

Potrafi metodycznie wydrążyć całą polówkę jabłka, aż zostaje tylko łupina. Gdy nie ma nowej dostawy, wydziobuje ją od środka zostawiając coraz cieńszą obrączkę, w końcu i ta znika. Wtedy kiwa się na poprzecznej gałęzi i znacząco spogląda w stronę domu. Z ochotą poddaję się temu słodkiemu terrorowi.

wtorek, 14 lutego 2012

Sarmacko i mięsopustnie

Pieter Bruegel II, Chłopski taniec weselny, Crocker Art Museum, Sacramento
To dopiero była radość tworzenia. Mistrz Jerzy Harasymowicz przeniósł się w czasy saskie, zgromadził w nieistniejącym majątku dzieła mistrzów malarstwa i kazał je opisywać Laurentemu Żurawce. Wymyślił tego pałacowego skrybę, szlachcica chyba i człeka mało kształconego (za to z przekonaniami - jak to mówią dzisiejsi Sarmaci - prawdziwie patriotycznymi).

Poeta oparł się na konkretnych i udokumentowanych źródłach – staropolskich opisach obrazów. Prof. Wojciech Ligęza pisząc o tym utworze wskazuje, że jego komizm tkwi w „konfrontacji współczesnego nam kultu sztuki z dawnymi wyobrażeniami szlachciców, którzy arcydzieła mieli za nic”.*

Stanisław Barańczak uważał Kolekcję... „za jeden z najzabawniejszych utworów we współczesnej poezji polskiej. A zarazem najzjadliwszych. Jego siła komiczna bierze się bowiem nie tylko z bezinteresownie absurdalnego humoru, przepełniającego komentarze pana Laurentego Żurawki do lanczaftów Rymbranda, Wandyka, Elgryka, ale i krytycznej ironii, z jaką poeta prześwietla umysłowość saskiego szlachciury. Umysłowość pełną sarmackiej fantazji, lecz także obskurantyzmu, ksenofobii i ignorancji”.**

Przytaczam tu tylko fragmenty (Kolekcja... ukazała się w 1979 r. w tomiku „Cudnów”). Wybór mój z racji dzisiejszego święta pikantny. Rechoczę w ten sposób trochę ze świętego Walentego, bo podobnie jak imć Żurawka cudzoziemszczyzny w obyczajach naszych nie szanuję. 

Zilustrowałem wpis obrazem Bruegla, który jak niektórzy malarze z Kolekcji... Olender jest i sobie podobnych maluje. Żurawka pisze, że to ludzie koci psiowi. Chyba prawda, bo widać, że jeden z nich jak ten Dionizos jawną się wobec białogłów wychwala dzidą [kliknij].
Kolekcja
landszaftów starożytnych
Jaśnie Wielmożnych Panów na Dźbowie Dźbowskich
wyjaśniona biegle
przez Laurentego Żurawkę
tegoż dworu w Dźbowie
pisarczyka
i porządków sprawcę
[wybór]

Bagienko Olenderskie
Znowuż bagienko lecz to zamarzłe. Ludzie koci psiowi jako to u Olendrów na podkówkach się ślizgają. Naród świdrowaty jakiś.
Dama w pościeli
Dama się w pościeli rozkryła. Stary jakiś ze świecą podpatruje. Gały mu wyłażą. Robota olenderska.
Rzeźba Dionizos
Boga już nie ma że byle jebbuś jawną się wobec białogłów wychwala dzidą. Pożałowania godna ta machina wiele zła w Dźbowie czyni. Gdyż ślachcianki jeno przy niej się kupią. Ksiądz jezuita Procowicz sztuką materii nakryć to kazał lecz jeszcze się większy zrobił odsterczyl. I płeć biała jako to w umyśle deminimalis przecie do onego się garnie.
Dama jakaś
Dama jakaś goła cale rozkoszna drugiej tyż takiej pierś ujęła. Jaka w tym sentencjonis philosophius nie wiem.
Gęsia jakaś
Gęsia jakaś hardo rozcapierzona damę erotiko napastuje. Ta za dobrą monetę kochy jej przyjmuje.
Ślachcic jakiś
Ślachcic jakiś damie za stanikiem rodzynkę znalazł dużą. Co jeśli świeża niezły to specyjał.
Chłop na babę
Chłop na babę wienierycznie nastaje. Robota wyborna. Zima długa świce krótkie. Wiadomo.
Dama jakaś
Dama jakaś na desce cudnie rżnięta.
Człek poćciwy
Człek poćciwy babę korbaczem ćwiczy. Pan Jezus się jeno śmieje i jeszcze jej palcem grozi. Scena przyjemna.
Satyr
Satyr jakiś stary na boku płacze a baba się śmieje. Co by to mogło być każdy i tak wie.
Sułtan
Sułtan turecki przez harem przechodząc i widząc one srogie baterje swoje w pełnej gotowości przecie nad sobą zapłakał.
Satyr na nimfę
Satyr na nimfę nastaje cale kształtną. Posiąść ją chce jednak jeronią natury to sprawia że kaśle i do victorji nie dochodzi. Scena melankolijna.
* - dr hab. Wojciech Ligęza: Przeszłość jako źródło komizmu w wierszach Jerzego Harasymowicza, referat z konferencji „Jerzy Harasymowicz - poeta karpackiego pogranicza”, Sanok, 2001.

** - S. Barańczak, Ksiądz Baka redivivus, w: Przez i po. Szkice o poezji krajowej przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, Londyn 1988.


sobota, 11 lutego 2012

Sarenka


Arthur F. Tait, Maternal love [1868]
Jej pierwsza metafora za sprawą piosenki „Nic dwa razy się nie zdarza” trafiła w moje młodzieńcze, wiecznie zakochane serce. Bo tak to wtedy bywało:
Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było jakby róża
przez otwarte wpadła okno.
Kiedy już trochę wiedziałem jak to jest z pisaniem, zachwyciłem się jej wierszem, który przeczytałem w antologii poezji polskiej po 1939 r. „Kolumbowie i współcześni”: Radość pisania.

Zaiste, wielka jest radość tworzenia, a z pisania chyba największa, bo surowiec daje się kształtować jak żaden i nic nie kosztuje. Napisane żyje własnym życiem, choć najczęściej krótko jak jętka, ale przecież niekiedy wiecznie. Jednak ten wiersz jest o boskiej mocy kreowania światów.

Widać tu jej poetycką kuchnię, w której każdy wers wynika z intelektualnego błysku. Dawkuje go jednak z rozwagą, miłosiernie znieczulając nas ciepłą ironią na gorzką prawdę o życiu i świecie.

Odtąd zawsze kojarzyła mi się z sarenką. Fizycznie też miała w sobie sarnią kruchość i delikatność.
RADOŚĆ PISANIA
Dokąd biegnie ta napisana sarna przez napisany las?
Czy z napisanej wody pić,
która jej pyszczek odbije jak kalka?
Dlaczego łeb podnosi, czy coś słyszy?
Na pożyczonych z prawdy czterech nóżkach wsparta
spod moich palców uchem strzyże.
Cisza - ten wyraz też szeleści po papierze
i rozgarnia
spowodowane słowem „las” gałęzie.
Nad białą kartką czają się do skoku
litery, które mogą ułożyć się źle,
zdania osaczające,
przed którymi nie będzie ratunku.
Jest w kropli atramentu spory zapas
myśliwych z przymrużonym okiem,
gotowych zbiec po stromym piórze w dół,
otoczyć sarnę, złożyć się do strzału.
Zapominają, że tu nie jest życie.
Inne, czarno na białym, panują tu prawa.
Oka mgnienie trwać będzie tak długo, jak zechcę,
pozwoli się podzielić na małe wieczności
pełne wstrzymanych w locie kul.
Na zawsze, jeśli każę, nic się tu nie stanie.
Bez mojej woli nawet liść nie spadnie
ani źdźbło się nie ugnie pod kropką kopytka.
Jest więc taki świat,
nad którym los sprawuję niezależny?
Czas, który wiążę łańcuchami znaków?
Istnienie na mój rozkaz nieustanne?
Radość pisania.
Możność utrwalania.
Zemsta ręki śmiertelnej.
Wisława Szymborska, Radość pisania, 1967

czwartek, 9 lutego 2012

Studniówka cwaniaków


Przekorne geny zawsze znajdą sposób, aby obejść nasze oczekiwania i hierarchię moralną. Rodzice duchowo i zawodowo niezwykle odpowiedzialni, a ich dzieci najwyraźniej mają upodobanie do życia beztroskiego i próżniaczego.

Znają świat zaledwie od stu dni, ale już wiedzą jak się urządzić i gdzie są konfitury. Na nic się zdały imiona hiszpańskich mistyków. Jan na zdjęciu nie przypomina swojego imiennika od Krzyża, już bardziej zmęczonego Johnnie Walkera, natomiast Teresie wcale niespieszno do Ávila. Bliżej jej do pięknej Tessy D'Urbervilles.

Jako ich przodek powinienem się martwić, a jestem wzruszony widząc wewnętrzne podobieństwo.
-----------------------------
Zdjęcie wykonała mama bliźniąt - Natalia

niedziela, 5 lutego 2012

Książka o północy

Charles H. Yale, plakat teatralny [1899]
Niekiedy zdarzenia błahe z czasem okazują się ważnym znakiem, przepowiednią albo spóźnioną przestrogą. Tak może być z tą książką o północy.

W piątek wraz z grupą przyjaciół byliśmy w Filharmonii. Niewiele opowiem. O ile w sztukach plastycznych bez skrępowania dzielę się swoimi wrażeniami, o tyle wobec muzyki poważnej mnę w rękach czapkę i potakuję pokornie głową, gdyż moje ucho nie rozróżnia niuansów. Także tym razem mi się podobało, ale i mocniej niż kiedykolwiek odczułem przyjemność z przebywania w miejscu, gdzie są tylko ludzie nastawieni na odbiór sztuki. Nie przywiódł ich przecież snobizm, bo grano Moniuszkę i Czajkowskiego. I choć wszyscy raczej niebogato ubrani, to stanowili prawdziwie wytworne towarzystwo, którego próżno szukać w najdroższych lokalach stolicy.

Zapewne z tej wytworności napiliśmy się po koncercie w domu wódeczki. Niewiele, dwa – trzy kieliszki, razem pięć. Niewiele, ale wystarczyło, abym znów doznał iluminacji. Po wyjściu gości i po krótkim spacerze z Bubą, chwilowo polegiwałem na kanapie i umysł mój, w najmniejszym stopniu niezaprzęgnięty w szczegół, osiągnąwszy stan homeostazy doskonałej, dość swobodnie dokonywał skomplikowanej syntezy ontologicznej, której efekt każdorazowo mógłby przekroczyć najśmielsze oczekiwania, gdyby nie zawistny i natarczywy Morfeusz.

Niesprawiedliwe języki nazywają ten mój stan pijackim zaleganiem, ale co one mogą wiedzieć o życiu wewnętrznym metafizyka.

Już, już byłem bliski istoty wszechrzeczy, gdy na wysokości dwóch metrów przewróciła się gruba książka. Ciemno było, a mimo to duch i zmysły zespoliły się. To był Stanisława Skorupki pierwszy tom Słownika frazeologicznego języka polskiego. Pierwszy, bo drugi leżał od dwóch dni na biurku. „Dziwna ta tęsknota za bratem, w dodatku dokładnie o północy. Co będzie to będzie.” - Otworzyłem na chybił trafił i wycelowałem palcem w nieparzystą, prawą stronę, w jednej trzeciej wysokości prawej kolumny. Spojrzałem i zadrżałem.

O północy paznokieć wyglądał jeszcze straszniej. Nie jeden zresztą, lecz trzy. To następstwo walki o życie Buby z buldogiem amerykańskim sprzed siedmiu tygodni. Gdybym mu wtedy nie włożył ręki do straszliwej paszczy, której żujący chwyt, polegający na przesuwaniu się zaciśniętych szczęk opisał Jack London w Zewie krwi, pogruchotałby jej grdykę. A tak, tylko przez pół roku będę straszył łuszczącymi się czarnymi szponami. Drobiazg –  zaszczytne to blizny, bo odniesione na wojnie.

No i pod tym czarnym, najczarniejszym z czarnych paznokciem zobaczyłem złowróżbne słowo „piekielny”, a dokładnie w punkcie 11 tego hasła „piekielny śmiech <szyderczy, przejmujący grozą>”.

Muszę już kończyć, bo świeca gaśnie. Wszystko tu opisałem jak było. Jeszcze się przyznam, że w blogu zmyśliłem dwie opowieści: o Czerwonym Kapturku i Kopciuszku. 

Czuję się nieswojo i nie wiem jak to będzie. W dodatku nie ma pointy. Diabli ją wzięli i chichoczą.

środa, 1 lutego 2012

Czarodziejski gwizdek

Od początku roku Słowobraz ma skromny odpowiednik materialny. Założyłem prywatne muzeum rzeczy kiedyś użytecznych (MRKU). To nie są zwyczajne starocie – każdy z przedmiotów ma własną historię lub cechę osobliwą. Żeliwne żelazko z duszą prawie nieużywaną (można powiedzieć czystą), maszyna do pisania samobójczej marki „Progress”, butelka po piwie z porcelitowym kapslem - krzywa jak wieża w Pizie (zapewne z powodu swojej wady ocalała), paczka papierosów „Klubowe”, która uchroniła od śmierci co najmniej dwie osoby, ponieważ nie została rozpieczętowana, syfon z wodą sodową –  niezły rocznik 1959.

Najnowszy nabytek to depozyt od szlachetnego Jula B., milicyjny gwizdek. Solidne wzornictwo późno modernistyczne: dynamiczna, opływowa sylwetka ścigacza i tłoczony motyw greckiej litery omega (jej symbolika oznacza definitywny koniec). Wewnątrz podkowy krótki i dosadny - jak meldunek o wykonaniu zadania – skrót MO, Milicja Obywatelska.

Eksponaty przywraca do dawnej świetności Włodek Fruczek, ale ten pozostawiłem w stanie nietkniętym, z zaschniętymi śladami używalności, a nawet delikatną pleśnią w kącikach. Zaniedbałem celowo, aby nikt nie zechciał wziąć go do ust i zagwizdać. Pomyślałem, że to czarodziejski gwizdek (Antonio Salieri, Die Zauberpfeife), na dźwięk którego wróci stare.

*  *  *

Rok 1988. Czuło się, że coś się kończy, choć jeszcze nic się na dobre nie zaczyna. W styczniu przestano zagłuszać „Wolną Europę”, w początkach maja słynny strajk w Stoczni Gdańskiej zakończony pokojową manifestacją na ulicach, a we wrześniu pierwsze spotkania w Magdalence i Rakowski na premiera. Jeszcze nie powiew wolności, ale powietrze świeższe.

Jednakże tu i ówdzie, w placówkach, nie ustawała praca polityczno-wychowawcza. 7 października, w Święto Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa, dzieci z warszawskiego przedszkola przy ul. Niekłańskiej udały się z przyjacielską wizytą do pobliskiego komisariatu na ul. Londyńską. Musiało być tam naprawdę miło, bo 5 -letni Miki, kiedy go odbierałem, był bardzo zadowolony.

Wcale nie chciałem tej konfrontacji, ale od paru dni planowałem, że tego dnia pojedziemy na plac Dzierżyńskiego, gdzie po raz pierwszy w Warszawie miała się pokazać Pomarańczowa Alternatywa.  To miał być „Happening w Obronie Komunistycznej Ojczyzny”.

Miejsce znakomite, bo pod pomnikiem rodaka zasłużonego w dziele wewnętrznego bezpieczeństwa. Niestety, dostępu do swojego patrona broniły zwarte oddziały (choć trzeba przyznać nie w hełmach), więc akcja miała miejsce na chodniku, przed księgarnią "Warszawianka".

Happenerzy nie mogli zrealizować pierwotnego scenariusza i dlatego skończyło się na pojedynczych, przepojonych absurdem scenkach. Zapamiętałem jak milicjant legitymował chwiejącego się na wrotkach wysokiego brodatego jegomościa w długim szynelu wojskowym, z czerwonym szalikiem i w czapce pilotce. Olbrzym był przygotowany na tę okazję, bo zza pazuchy wysupływał harmonijkę, w jakiej dziś niektórzy noszą karty płatnicze. Z przepraszającym uśmiechem pochylał się nad milicjantem i wyciągał, i wyciągał, niczym iluzjonista związane chustki, niekończące się leporello  dokumentów, zerkając na każdą stronę, czy to właśnie ten. Miki siedział mi na ramionach i był urzeczony.

Beztroski nastrój nie trwał jednak długo. Nagle się zachmurzyło i ktoś z kolorowego tłumu rzucił pojemnikiem z kefirem. Absurdalna biała maź ściekała po masce milicyjnego gazika. To już był casus belli, czyli koniec zabawy. Krótka komenda, a może gwizdek i ruszyli chłopcy od Feliksa. Wycofałem się przesmykiem koło apteki na ulicę Corazziego, a potem do Bielańskiej, gdzie zostawiłem samochód.

O dach uderzały grube krople deszczu, wycieraczki piszczały, a z tylnego siedzenia słychać było przejmujący lament.
- Nie, to nieprawda. Milicjant wcale nie jest taki. On się nie zaopiekuje, on nie pomoże. Milicjant pobije  –  szlochał.
Nie pierwszy on był, ale kto wie, czy nie ostatni, opłakujący stracone złudzenia socjalistycznej młodości.

sobota, 28 stycznia 2012

Złote frazy Lechonia


Roman Kramsztyk, Portret poety Jana Lechonia, 1919, olej na płótnie, Muzeum Narodowe, Warszawa
Być może to najświetniejszy w dziejach czas dla polskiej poezji. Nareszcie wolny kraj i tylko jeden język - polski. 29 listopada 1918 r., czyli osiemnastego dnia niepodległości w kawiarni „Pod Pikadorem” (Nowy Świat 57), grupa młodych ludzi czytała swoje wiersze. Nieprawdopodobne, ale przez prawie pół roku te występy w Pikadorze dawały im utrzymanie.

Najmłodszym z nich był Lechoń. Wtedy uchodził za najbardziej utalentowanego: miał niezwykłą poetycką intuicję oraz słuch absolutny na metaforę i metrum.
I szumiały Muz skrzydła w małej kawiarence,
Gdy Lechoń kartkę z wierszem w drżącej trzymał ręce.
Antoni Słonimski, Popiół i wiatr
Miłosz pisał, że w jego wierszach „można zawsze wyczuć ucho nastrojone na trzynastozgłoskowiec Pana Tadeusza.”

Może właśnie ten narzucony sobie rygor klasyczności spowodował, że tak szybko usechł poetycki bluszcz. Wiersze, które kiedyś zachwycały tłumy, nam - dzisiejszym - wydają się staroświeckie i nieco przymuszone.

Pobłyskują jednak wśród suszu nieśmiertelne frazy. Kto wie, czy proces rodzenia się wiersza nie polegał na tym, że najpierw przyśniła mu się taka fraza (śnił – pisał o tym w dzienniku – bardzo wyraziście), a potem opisywał wokół niej cały wiersz?

Najbardziej znana, bo szkolna, to ta o wiośnie jako radosnym znaku normalności, która jest w opozycji do natrętnej martyrologii (tyle lat minęło, a my wciąż oczekujemy tej zwyczajnej wiosny):
Ja nie chcę nic innego, niech jeno mi płacze
Jesiennych wiatrów gędźba w półnagich badylach;
A latem niech się słońce przegląda w motylach,
A wiosną - niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę*.
Herostates
Jakby na przekór tej sztandarowej deklaracji ostały się złote słowa wzięte z bardzo sugestywnej u Lechonia liryki patriotycznej. Na przykład z dynamicznego opisu bitwy Legionów pod Kostiuchnówką zapamięta się na zawsze:
To major Brzoza kartaczami w moskiewskie pułki wali
Polonez artyleryski
Wspomnianego listopadowego wieczoru „Pod Pikadorem” Lechoń czytał wiersz pt. „Mochnacki”. Mimo dramatycznego zakończenia koncertu Maurycego Mochnackiego, w mojej pamięci poetyckiej wciąż brzmi fraza o mundurach na galerii:
Mochnacki jak trup blady siadł przy klawikordzie
I z wolna jął próbować akord po akordzie.
Już ściany pełnej sali w żółtym toną blasku,
A tam w kącie kirasjer w wyzłacanym kasku,
A tu bliżej woń perfum, dam strojonych sznury,
A wyżej na galerii - milcz serce! - mundury.
Mochnacki
I podobnie z Piłsudskiego niejednoznaczna, ale piękna fraza ostatnia (korespondent, jak i Lechoń jest admiratorem Marszałka).
A ranek, mroźny ranek sypie w oczy świtem.
A konie? Konie walą o ziemię kopytem
Konnica ma rabaty pełne galanterii
Lansjery-bohatery! Czołem kawalerii!
Hej, kwiaty na armaty! Żołnierzom do dłoni!
Katedra oszalała! Ze wszystkich sił dzwoni.
Księża idą z katedry w czerwieni i złocie.
Białe kwiaty padają pod stopy piechocie.
Szeregi za szeregiem! Sztandary! Sztandary!
...................................................................
A on mówić nie może! Mundur na nim szary.
Piłsudski
I jeszcze raz element munduru (czy ten mój zachwyt nie wynika z osobistego, bo rodzinnego sentymentu?):
Mową twardą i prostą, chropowatą mową,
Mówili doń Polacy i cicho płakali,
Nakryli go ojczyzną, jak czapką wojskową,
A później się rozeszli i bili się dalej!

Na śmierć Conrada
Mundur, mundurem, ale i tak najważniejsza jest M. To chyba najbardziej znany wiersz Lechonia:
Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną,
Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno.

Jednej oczu się czarnych, drugiej - modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.
[Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną...]
I na koniec najbliższa mi fraza z najwcześniej przeczytanego jego wiersza. O spotkniu z Dantem. I choć zupełnie inne miał rozterki Dante, zupełnie inne Lechoń, tęknota do Beatrycze łączy mnie z nimi. Na zawsze.
On to rzekł, czy rzekł księżyc, czy woda to rzekła.
Padłem, głowę ukrywszy rękami obiema:
"Nie ma nieba ni ziemi, otchłani ni piekła,
Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma"
.
Spotkanie
---------------------------------------------------
* - pogrubienie czcionki jest tylko moim zabiegiem i ma na celu wskazanie fraz, o których piszę.

środa, 11 stycznia 2012

Warto


Pisze mi dziś Kowarski, nawiązując do ostatniego wpisu i milczenia - "przecież ręki nie oberwali, można nadal pisać".  To prawda, ale chciałoby się pisać mądrze, a tu głupie myśli i przykre uczucie, że niespodziewanie coś nam skradziono. Zimę zabrali i nie oddają!

Chodzę, jeżdżę rowerem, rozglądam się, ani śladu. Gdyby nie tamten dzień w kotlinie i zdjęcie brzozy, mógłbym przysiąc, że nie widziałem śniegu (brzózka ma smukły i delikatnie odgięty kontur, który zawsze budził we mnie czujność i dziś jeszcze głowę obraca).

Zamiast wycia zimowego wiatru słyszę w tarninie radosne pogwizdywanie sikorek. Wcześniej niż zwykle, ale treść ta sama: że świat jest piękny i warto mieć małe. Spoglądam na  Leśniczątka, na radosnych Zizzi i Jasia (mają już 10 tygodni) - Oj tak! - myślę.

środa, 4 stycznia 2012

Dolnośląska pieta


Taka to współczesna dolnośląska pieta. Mało to było Matce bólu po ukrzyżowaniu Syna, trzeba Jej było jeszcze urwać głowę.
- Łebki, panie, łebki kamieniami rzucały. Jakieś dwadzieścia lat temu będzie. Tam obok mnie Janowi też głowę utłukli, ale syn wziął i mu dorobił.
Gospodyni z kolei mówi, że niedawno skradli Jana Nepomucena, co stał nieopodal. Ten święty był umęczony za dyskrecję, więc teraz nikt się o Niego nie upomniał.

Stały te kapliczki i figurki przez całe wieki. Przetrwały najcięższe wojny i dopiero w latach długotrwałego pokoju padają z rąk  najbardziej katolickiego z narodów.

Na każdym kroku widać bezpowrotne marnienie substancji materialnej. Z duchową też nie najlepiej.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Czuły inwentarz

Z marsową miną to Chipsy, mieszanka owczarka z bokserem. Przemiła i czujna, znakomity stróż obejścia, ale na zdjęciu wraz z kotem nieszczęśliwe, bo wnętrze domu opanowała i się szarogęsi Buba.

Nie było dobrej pogody, zaledwie pięć słonecznych minut i wtedy on ogłosił je światu. Piał raz po raz, póki słońce nie skryło się za chmurami.

Franzie, krowa ze szkockiej rasy wyżynnej (nie potrzebują obory, śpią i nawet rodzą się na śniegu). Poza kudłatością mają jeszcze jedną ujmującą cechę: są nieśmiałe. Franzie jest najprzyjaźniejszą ze stada i wydaje mi się, że nawiązałem z nią kontakt. Wzruszyłem się jak Cleese w filmie "Lemur zwany Rollo".

Dzielna i również mało wymagająca huculska klacz Aria. Dosiada jej urocza i utalentowana córka gospodarzy, 12-letnia Julia.

Wraz z Przyjaciółmi spędziliśmy radosnych parę dni w "Jaworowej Zagrodzie", gospodarstwie ekologicznym w Kotlinie Kłodzkiej.

 
blogi