Im jestem starszy, tym mniej się godzę z wojną, z Zagładą Żydów, z Powstaniem. Chyba to sprawa wieku, bo sam już nie szastam życiem.
A kiedyś z wojną za pan brat. Wtedy w Warszawie nie można było inaczej. Przez całe dzieciństwo i znaczną część młodości ona była blisko. Jeśli nie tamta, wśród śladów której żyliśmy codziennie, to ta następna, którą nas straszono.
1 Sierpnia chodziliśmy z Michałem i innymi przyjaciółmi na Wojskowe Powązki. Powstanie Warszawskie to był mit, etos i niemądre marzenie. Choćby tę naszą Irenkę ze zdjęcia wykonanego podczas lekcji przysposobienia wojskowego, pokochaliśmy pochylającą się nad noszami, bo widzieliśmy w niej sanitariuszkę z Powstania, na które nie mogliśmy odżałować naszego spóźnienia.
Wtedy pamięć poległych i pomordowanych czciło się w ciszy i w skupieniu. Tak było trzeba, bo wielkie obchody nie były władzy na rękę. Ale tak było dobrze. To było "nasze" święto.
Tamtego roku, kiedy Powstanie i jego muzeum zaprzęgnięto do rydwanu wyborczego pewnego polityka, dzień ten ostatecznie stracił na intymności i chyba na powadze. Teraz obchody są mocno upaństwowione i z roku na rok - także za sprawą tego muzeum - huczniejsze. Zrobiono z nich niemal cepeliadę. Są biegi, koncerty, rajdy i spływy. Młodzi chłopcy przebierają się w panterki i strzelają ze ślepych naboi do innych.
Kiedyś byłem uroczysty i wzruszony, dziś 1 Sierpnia czuję się wyobcowany, bo każą mi się cieszyć i być dumnym. Mam się radować, że się wydarzyło, a przecież było narodową tragedią, w której zginęło prawie 200 tys. mieszkańców Warszawy, w tym cudowny kwiat młodzieży i miasto obrócono w perzynę.
- Pamiętać?
- Zawsze.
- Świętować? Cieszyć się?
- ?













