wtorek, 25 stycznia 2011

Wróbel transferowy


Nie spodziewałem się, że słonecznik skończy się tak szybko. Kiedy pod koniec listopada kurier przywiózł spory, 30-kilogramowy worek, byłem przekonany, że pokarmu wystarczy do przyszłego grudnia. Ledwie minęły dwa miesiące, musiałem zamówić następny.

Przeliczam za pomocą wróbla transferowego, to znaczy sprowadzam ptaki do bogatki, bo stanowi ona jakieś 80 % klientów baru Spinoza. (Na zdjęciu jest akurat dzwoniec, gatunek tyleż kłótliwy co melancholijny. Przysiadł na ucukrowanym porannym mrozem czubku tarniny i wyczekuje promieni).

Sikorka zjada pokarmu o masie 30-40 % swojego ciała, czyli około 6,6 g. Skoro dziennie sypię 500 g, to mam na utrzymaniu ekwiwalent 75 sikorek.

Dopóki nie policzyłem, myślałem, że to tych samych piętnaście ptaków krąży bez wytchnienia. Muszą się jednak zmieniać, a ja ich nie rozróżniam, jak nie rozróżniam Chińczyków (Chinki owszem), albo jak młode kobiety nie widzą różnic między siwymi mężczyznami po pięćdziesiątce.

Utrzymanie baru kosztuje mnie złotówkę dziennie, ale przyjemności z ptasiego drobiazgu, z subtelnych bażancic, z przemyślnych sójek, a nawet z posępnego Wasyla mam w ciągu dnia za jakieś 50 zł. Czysty zysk.

--------------------------------------
Zgodnie z sugestią AnnyBB Mambo Spinoza

czwartek, 20 stycznia 2011

Próba trzech miejsc i drużyna ogólnoludzka

Library of Congres, akwarela, gwasz,Tanah Bali [między 1930 a 1940]
W blogu pierwsze zdanie jest najważniejsze. Miałem je w głowie od dawna:
Gdyby nie istniał, trzeba by Kowarskiego wymyślić.
Napisałem i uświadomiłem sobie - dopiero teraz, po tylu latach - że zanim go poznałem, ta postać była mi znana. Mogło być tak: Miał sylwetkę wysoką, włos dziko zwichrzony i czarną brodę. Gdy szedł ulicą z zadartą głową, nie patrzył na dorożki, ba, nawet na niewiasty nie zerknął, bo wpatrzony był w jakiś punkt odległy, którego ty nie obaczysz.

Kogoś takiego tak mógł opisać Kornel Makuszyński. Może w "Bezgrzesznych latach", może w "Perłach i wieprzach" lub w powieściach dla młodzieży.

W późnym dzieciństwie pasjami czytałem Makuszyńskiego. I chociaż już wtedy, w czasach świeżo powojennych, czuło się, że jest anachroniczna naiwność pisarza i wiedziało się, że nieograniczony optymizm oraz wiara w człowieka właśnie się nie sprawdziły, to jednak kochało się te słodkie kłamstwa o ludziach tylko z pozoru złych i o radosnym dziecięcym uśmiechu, który topił serca z lodu.

Widujemy się bardzo rzadko. On ma wiele obowiązków rodzinnych, a ja prawie nie ruszam się z mojej Dąbrówki. Już częściej rozmowy telefoniczne lub e-maile.

W czerwcu napisałem Kowarskiemu o Michała znajomej i Michała przyjacielu, którzy niespodziewanie okazali się zwolennikami szaleńczej dla mnie opcji politycznej. Przytoczyłem jej miły list i jakieś smutne przekonanie, że "jesteś w innej drużynie". Także moją odpowiedź:
... dziękuję za miłe słowa, ale w jakiej ja drużynie? Samotny żeglarz jestem. Łódź moja nazywa się oświecenie i racjonalizm, a w żaglu złota nić poezji.
Kiedy czytam co piszesz i kiedy myślę o Ł., odczuwam jeszcze większy brak Michała, bo chyba tylko on - kochaliście Go przecież - mógłby przemówić Wam do rozumu.
Jakbym widział Kowarskiego, pokiwał siwą, kudłatą głową i odpisał:
Jerzy,
chociaż kobieta śle Ci pocałunki ponad podziałami, Tobie nie wolno uwierzyć, że "jesteś w innej drużynie", poza ogólnoludzką.
Poeci nie dzielą się na labourzystów, torysów i liberałów.
To młodzieńcza przypadłość naszej demokracji, że nie umiemy na siebie spojrzeć bez politycznych okularów.
W głębokim Peerelu mogłeś istnieć nawet jako poeta przeklęty. Jeśli nie byłeś nawalony jak stodoła, w zasadzie akceptowano ten wybór.
Dzisiaj jakiś kryzys polskiej tożsamości powoduje, że odbierają Ci indywidualne właściwości i na podstawie próby trzech miejsc: powiedzmy Jedwabnego, Magdalenki oraz lotniska pod Smoleńskiem - określają czy jesteś człowiekiem godnym i przydzielają do swojej albo wrażej drużyny.
Dlatego przygotuj się bo będzie więcej tych zaskoczeń - ceniłeś Karola dotąd i nie spodziewałeś się tego po nim - trudno, skreśl go drżącą ręką. A i Karol , przełykając łzy, będzie musiał to przeboleć - uważał Cię za przyzwoitego człowieka, kochał prawie, skąd mógł przypuszczać, że na końcu zdradzisz.
Minęło siedem miesięcy. Oglądałem wczoraj posiedzenie sejmu. Pełne szaleństwo. Tamta drużyna przystąpiła do ataku na bagnety.

Ja już od dawna na forum gazety walczę piórem o mój racjonalizm, któremu odmawiają prawa do barw biało-czerwonych. I się spalam.

Kowarskiemu łatwiej, bo jest z Makuszyńskiego. Wierzy w człowieka, w uśmiech i w drużynę ogólnoludzką.

wtorek, 11 stycznia 2011

Duma umarłych

Najczęściej opędzamy się posprzątaniem grobu, świeczką, chryzantemą, jakbyśmy byli pewni, że tamtym najbardziej tego potrzeba.

A oni o to nie dbają. Ani czegokolwiek potrzebują, ani nie potrzebują. Tyle ich co przechowywane w pamięci strzępy prześwietlonej taśmy, pożółkłe niewyraźne fotografie.

Są nieobecni i dlatego nie mają racji. Można powiedzieć o nich co tylko się chce. Obrązowić albo pomówić. Zapisać do swojej partii, do rodziny albo nie przyznać, że byli.

Żywi myślą, że zawodzą umarłych, bo pamiętają coraz mniej, ale dla tamtych nie ma to znaczenia.

Jest w nieodwołalnej nieobecności i obojętności umarłych jakaś duma. Napisał o niej Bolesław Leśmian, który jak mało który poeta znał obyczaje pośmiertne. Ten wiersz liczy dokładnie 100 lat.

Ballada o dumnym rycerzu
Śpi owo rycerz, śpi bezrozumnie
I raz na zawsze - w dębowej trumnie.
Leży wygodnie, bo się ułożył.
Tak, aby nigdy snu nie zatrwożył...
Jego kochanka z różańcem w ręku
Zawodzi, pełna skargi i jęku:
»Przyszłam ci wyznać moje niemoce,
Że nie wiem, jak tam spędzasz swe noce?...
Bo odkąd w ciemnym nocujesz grobie -
Ani ty przy mnie - ni ja przy tobie!
Kochałam oczy i usta twoje,
Wczoraj kochałam, dzisiaj się boję!
Boję się szatą w mrok zaszeleścić,
Boję się w myśli ciebie popieścić!...
Trzy dni się w myśli twój czar promienił,
Dziś nie wiem, ile grób cię odmienił...
Ani mi z tobą łoża podzielić,
Ani urodą swoją weselić -
Darmo przymuszam uparte ciało,
By się twym oczom podobać chciało!
Przy tobie martwym - ja nieszczęśliwa
Wstydzę się jeno, żem jeszcze żywa!...«
Rozważył rycerz, że w słowach - zdrada,
I po dawnemu leżąc, powiada:
»Choć mi robaki oczy wyżarły -
Nie wstyd mi tego, żem już - umarły!...
Chociaż podziemiec jestem nikczemny -
Nie wstyd mi tego, żem już podziemny!...
Taką mam sytość i przepych w próżni,
Że mnie od króla Bóg nie odróżni!
Taka noc błysła nad życia zbiegiem,
Że mi świat cały - jednym noclegiem!
Ani mi słońca, ani mi nieba,
Ani miłości twojej potrzeba!
Ani mi zemsty w onej ustroni,
Gdzie krew nie szemrze i miecz nie dzwoni!
Nie znasz ty dumy, nie znasz pogardy
Tych, którzy w ziemi posnęli twardej...
W piersi ich - wielka ciszy potęga
I żaden zawód ich nie dosięga!
I nawet z resztek zsiniałej wargi
Nie wydobędziesz jęku ni skargi!
Oto w pobliżu mam ja sąsiada,
Co już od serca w proch się rozpada.
Ten ci jest śmiercią ode mnie starszy -
I śpi, na żmijach głowę oparłszy.
Lecz co przecierpiał i co zobaczył -
Nawet półszeptem wyrzec nie raczył!
Nie ulżył jękiem niemej żałobie,
Nie wyznał nigdy, co przeżył w grobie!...
A wszak ci w trupach taka moc bywa,
Że trup i w grobie wiele przeżywa!
Lecz Bogu chyba w dzień zmartwychwstania
W twarz rzuci wzgardę swego wyznania!«
I zamilkł rycerz - dumnie i godnie
I po dawnemu leżał wygodnie.
Jego kochanka z różańcem w ręku
Odeszła, pełna wstydu i lęku...

niedziela, 9 stycznia 2011

Wiersz słodko-gorzki

To pierwsza, wewnętrzna strona eleganckiego tomiku poezji z roku 1897. Jest tam dwadzieścia parę wierszy napisanych przez różnych poetów w latach 1840-1897.*

Po drugiej stronie okładki drukowana grażdanką inskrypcja o pozwoleniu carskiej cenzury, a potem starannie wykaligrafowana dedykacja:
Szanownej Pannie
Jadwidze M.
w dniu Jej imienin
ofiaruje Waleryan K.
15/X 97 r.
Ciekawe czy lektura wzruszyła Jadwigę do tego stopnia, że została żoną Waleriana? Może było tak, jak w jednym z wierszy?
Kocham - rzekła w głos,
Płonąc jako świt. -
z ócz jej krople ros -
Biegły gasić wstyd.
"El...y" (Adam Asnyk)
Wydaje mi się, że niepotrzebnie płakała po męsku, o wiele bardziej przekonujący byłby płacz żeński (chodzi o rymy: męski jednosylabowy, typowy dla poezji anglosaskiej, w polskim śpiewnym języku brzmi sztucznie).

Choć w tamtym czasie poezja znaczyła bardzo wiele, jak nigdy przedtem i potem, to dziś nie byłoby z nią łatwo. Za dużo tam duszy, wód, słońca, promieni, kwiatów łez i mar. Ponadto katuszy, kryształów, rosy, pieśni, chat, uścisków i tchnień. No i oczywiście mgnień. Ufff!

Jeden, jedyny wiersz, choć starszy od pozostałych, nie pachnie naftaliną i brzmi szlachetnie. To ten na stronie tytułowej, Mistrza Adama liryk lozański. Dzięki lakonicznej formie jego słodko-gorzkie przesłanie trwać będzie zawsze.
Polały się łzy me czyste, rzęsiste
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość górną i durną,
Na mój wiek męski, wiek klęski;
Polały się łzy me czyste, rzęsiste...

* Lećcie Pieśni! POEZYE wybrane przez Or-Ota z 26 ilustracjami, Nakładem Michała Arcta w Warszawie.

piątek, 7 stycznia 2011

Interpretator

To olbrzymia strata dla poezji. Zmarł Krzysztof Kolberger, niezrównany Interpretator.

Aktorzy często niedobrze czytają wiersze. Udają namysł, stawiają fałszywe akcenty logiczne i epatują głosem. Kolbergera słuchałbym zawsze. Jako jedyny potrafił czytać jakby wiersz napisał. Naturalnie, bez emfazy, mądrze.

Andrzej Wajda docenił Jego kunszt, powierzając Mu narrację i rolę Mickiewicza w "Panu Tadeuszu". Zobaczmy ostatni, bodaj najlepszy, akt filmu i posłuchajmy Aktora: koncertu Jankiela, poloneza (muzyka Kilara to najdoskonalszy polonez w dziejach) i fragmentu Inwokacji, która tu jest smutnym wygnańczym epilogiem.

wtorek, 4 stycznia 2011

Bar pod Posępnym Wasylem

Być może przyjdzie mi zmienić nazwę wyszynku Spinoza na "Bar pod Posępnym Wasylem", bo krogulec przybywa już kilka razy dziennie i na przyciętym konarze tarniny wyczekuje na naiwny ptasi drobiazg. Przeczytałem u Kruszewicza, że te zimowe krogulce przybywają ze Wschodu i Północy, a ten mi coś wygląda na takiego spod Pskowa. Kliknijcie w niego, zobaczcie, że ma koszulkę matrosa i jest jakiś imperialny.

Przybyły też dwie bażancice, które wyjadają pokarm rozrzucony dla ptaków żerujących na ziemi oraz upuszczony przez sikorki.
Dobrze, że po manewrach bezdusznej gawiedzi powróciło to miłe bydełko, choć nie policzy się, ile naprawdę zginęło. Czytam dziś, że w Stanach Zjednoczonych, w jednej tylko miejscowości w stanie Arkansas doliczono się trzech tysięcy ptaków padłych z paniki w następstwie sylwestrowych fajerwerków.

A może jest ślad sprawiedliwości na świecie i radośni prześladowcy przez rok cały będą się w środku nocy budzić zlani zimnym potem?
Niech się stanie.

Leeloo


Library of Congress, Service Bendix products, poster, 194-(?)
Rok 2000. wydawał się nieprawdopodobnie odległy. W szkole podstawowej pisaliśmy u wspaniałego Piotra Wierzbickiego jak będzie wyglądał. Ja dałem banalny opis pnących się do chmur szklanych wieżowców i motyli - helikopterów, które miały nas dostarczać do mieszkań.

Takie już chyba są te dziecięce wyobrażenia o przyszłości, bo Luc Besson według własnych chłopięcych marzeń nakręcił genialny "Piąty element". Dzięki niemu zobaczyłem nareszcie te niebotyczne wieżowce i powietrzne ulice. Ale w filmie tylko, bo choć od roku 2000 minęła dekada, przelatujące nade mną samoloty niewiele się różnią od tych sprzed lat, a już okoliczna zabudowa to podróż w czasie na wstecznym biegu: gdzie nie spojrzeć budują dworek szlachecki z kolumnowym gankiem.

Ten film jest zabawą z marzeniami i mitami. Korbenowi Dallasowi (Bruce Willis) nie wiedzie się. Mieszka wprawdzie na jakimś dwusetnym piętrze wieżowca, ale w ergonomicznej kapsule podobnej do dzisiejszych samospłukujących się plastikowych toalet. Wchodzi do niej prosto z latającej taksówki, bo jest taksówkarzem. I oto w jego smutnym życiu następuje cud. Prosto z nieba spada mu odwieczne marzenie mężnych: istota nieziemska bezradna i piękna.

Śliczna Milla Jovovich to uosobieniem piątego żywiołu. Obok ziemi, wody, powietrza i ognia jest nim zdaniem Bessona miłość.

Spójrzmy na cudowną scenę poznawania imion. Ona nazywa się Leeloominai Lekatariba Desabat Ekbat Laminatchai. Mówcie jej po prostu Leeloo.

niedziela, 2 stycznia 2011

Barani skok

Już, już każdego dnia przybywa go na barani skok. I słońce coraz bardziej z prawej, i od śniegu idą weselsze skry.

Bieda tylko, że trzydniowa prostacka kanonada przegnała ptaki. W Nowy Rok w karmniku nic nie ubyło.

Dobrze, że nie słychać, co mówię po każdym kolejnym wybuchu, bobym stracił sympatię delikatnych kobiet, na której tak bardzo mi zależy. Sens jest mniej więcej taki, że bardzo się martwię silną ostatnio w Polsce mentalną kulturą buraka pastewnego. Napiszę kiedyś o tym.

Hovawart Buba
Dla Buby to pierwszy Sylwester, kiedy była sama w domu. Biedaczka ukryła się w malutkim pomieszczeniu pod schodami, które służy za szatnię. Najwyraźniej chciała się zaszyć w najciemniejszym kącie, bo zwaliła pudełka z butami, ustawione na półkach pod płaszczami. Jeszcze dzień później chodziła markotna. To widać.

Nie tylko słońce. Myślę, że wszystko będzie szło ku lepszemu. Być może miniony rok w dłuższej perspektywie będzie uznany w historii Polski za kulturową i cywilizacyjną cezurę. Nie będę rozwijał, bo złamałbym konwencję względnej apolityczności blogu. Powiem tylko, że chciałoby się, żeby wraz z nieuchronnym odejściem niektórych formacji nie zanikły ich wartości.

Właśnie. Nieoceniony i kochany pan Kowarski przysłał mi poetyckie życzenia wraz z pięknym wierszem.  Egzystencjalnym, ale dumnym. Nie byłby jednak sobą, gdyby w liściku nie użył terminu wziętego z gwary więziennej (urkes to inaczej kozak, człowiek gotowy na wszystko, nie cofający się przed niczym). Oto co pisze subtelnie grypsujący pan Kowarski:
Wiersz Romana Śliwonika, przypomina, że w naszej młodości, poeta to był urkes, że wiersz nie chciał być tylko słupkiem pięknych słów, a poezja szła na całość.
Nie zamykaj Bracie drzwi, gdyby chciała Cię odwiedzić w roku 2011


* * *
Nie czyń tego
człowieku
nie poniżaj się przed wiecznością
nie jesteś jej początkiem
ani końcem
wieczność twoja zawarta jest tylko w tobie
w innej wieczności
wiecznej
jesteś tylko
niepojętą nawet dla siebie samego obecnością
tropiącą ślady
i ślad po sobie przekazującą
więc nie poniżaj się przed innym
odzianym w inny strzęp
lecz też ukrywającym nagość
i wieczność nikłą jak i twoja
żyjesz przeciętnie sześćdziesiąt kilka lat
w tym czasie zdążysz tylko
nauczyć się słów
zbudować dom
spłodzić następne ogniwo
pobyć w jakiejś świątyni
i wrócić tam
skąd nie wyszedłeś
więc nie poniżaj się
wyprostowany idziesz ulicą Polem Stepem
dumny
i taki nagi Tak bezbronny
że cichnie milknie zimny gwar
głupich i przemądrzałych
gwiazd wszechświata
i nawet z jakiejś litości
z podziwu dla siebie
I z ciebie
w przestrzeni rodzi się
Bóg
by towarzyszyć Twoim krokom
jedynej roślinie która potrafi
zamknąć na krótko w sobie wieczność
i nawet nią oddychać

Roman Śliwonik Listopady Grudnie Stycznie PIW, Warszawa 1987

piątek, 31 grudnia 2010

Kto puka do mych drzwi?

New York : Published by Currier & Ives, c1874.
Pewnie, że jest miłością. I wybaczeniem. Gderliwy i małostkowy starzec, jakiego chcą nam wmówić niektórzy, nie stworzyłby przecież poziomek, misia koala i Elżbiety Czyżewskiej.

Kończy się rok, który powszechnie uznaje sie za fatalny. Nie uważam tak. Bywały w tym kraju, także za mojego życia, lata cięższe. Nie ma co ważyć tych smutków, minęły.

Gdyby jednak wziąć z tego roku jakąś mądrość - może banał, że z przyrodą się nie wygra. Że nie warto przebijać sie przez mgłę i nie zatrzyma się wielkiej wody. A jak natura będzie chciała, to uziemi nasze nowoczesne samoloty wytrząśniętym z głębokości pyłem. Ten rok był lekcją pokory.
W stołówce Spinoza od paru dni gości nowy lokator. On nie tyle się stołuje, co raczej żywi się moimi stołownikami. Jeśli się nie mylę, to krogulec, taki kieszonkowy jastrząb - karmnikowy killer. W pierwszym odruchu chciałem go przegonić, ale zrozumiałem, że to on jest stąd. Niech się więc kręci to koło, w którym wychodzę na głupca, bo sypię słonecznika, a na koniec serce mi krwawi.

Co do Czyżewskiej, to już pisałem, że jako uczniak kochałem się w niej. W dziennikach Michal nabijał sie ze mnie:
Na każdej przerwie chadzam z Biegalskim przyglądać się pewnej dziewczynce, która pięknie deklamowała wiersze na zasranej akademii szkolnej. Biegalski, J[erzy] i ja przyglądamy się jej uważnie. J[erzy] ma w tym jakąś praktykę. Próbował już swoim wzrokiem zdobyć serce Elżbiety Czyżewskiej. Hipnotyzował ją przez mały ekran, przesyłał myśli na odległość, umawiał się telepatycznie o siódmej rano pod kolumną Zygmunta, ale ona nie przyszła.
Bardzo śmieszne. Zobaczcie jednak ten 50-sekundowy filmik. Mężczyźni zrozumieją, a panie niech pokażą chłopakom, mężom, synom, sasiadom. Jestem pewien, że każdy powie:
- No, no.
Życzę w nowym roku panom, żeby byli Piotrusiem, a paniom, żeby w rytm tego fokstrota Piotruś stukał do ich drzwi. Ten rodzaj miłości wydaje mi się najbardziej fortunny.


Halo, kto puka do mych drzwi?
Tak mi się dobrze śpi...
więc nie przeszkadzać mi,
bo ja i tak nie wstanę...

Halo, mówiłam wam już raz,
na wszystko jeszcze czas.
Jesteście bardzo źli.
Odejdźcie od mych drzwi!

Czy to to jest piekarz? - Nie, nie, nie! A czy to listonosz? - Nie, nie, nie!
Po odbiór czynszu? - Nie, nie, nie!
Więc proszę bardzo, proszę nie przeszkadzać mi!

Halo, przestańcie dręczyć mnie.
I tak nie wstanę, nie.
To przecież trudno znieść.
Piotruś? Ty możesz wejść...

czwartek, 30 grudnia 2010

Bańka


Mój blog jest jak bańka mydlana (tę sfotografowałem w parku Güella w Barcelonie). Napełniony ciepłymi emocjami odbija świat po swojemu.

Żadna sztuka przebić, sztuka nadmuchać: żmudna wędrówka po śladach uczuć schodami w górę schodami w dół. Od niepamięci do pamięci, od wstydu do zuchwałości. I żeby pióro nie skrzypiało, i żeby czytali.

Dopiero teraz, mocno niemłody, potrzebuję tych intymnych zwierzeń. Chciałem już zaprzestać, ale nie mogę; ten śmieszny balon będzie płynął jeszcze.

Tymczasem dziękuję za słowa wsparcia i życzenia świąteczne.
Do poczytania. Jutro.

piątek, 10 grudnia 2010

Pocztówka z Barcelony

Byliśmy z grupą przyjaciół w okolicach naszego Święta Niepodległości w Barcelonie. Napiszę jeszcze o tym i zamieszczę parę zdjęć (na pewno o kościele Sagrada Família). Tymczasem to jedno i pocztówka - minutowy niby-filmik zmontowany ze zdjęć wykonanych podczas spaceru po mieście.

środa, 8 grudnia 2010

Dobranoc ubogich


"Włóczęgi" 1939, reż. Michał Waszyński, wyst. Kazimierz Wajda (Szczepko), Henryk Vogelfanger (Tońko), muzyka Henryk Wars, słowa Emanuel Schlechter.

Ramotka, ale mnie wzrusza. Zwłaszcza to marzenie biedaków, o tym co by kupili, kiedy zarobią 200 zł. A przecież to nie było tak dużo. Grodzieńska wspominała, że jako 18-letnia tancerka w teatrzyku zarabiała właśnie tyle.

Bieda była. Ojciec opowiadał, że kiedy był dzieckiem, tylko dla niego mleczarka przynosiła kwaterkę mleka. Matka mówiła, że do szkoły zabierała niby-kanapki: dwie kromki chleba bez niczego w środku i starała się tak jeść, żeby nikt nie zauważył, bo się wstydziła.

To przed wojną, a jeszcze niedawno Michal mawiał "Kiedy będę miał pieniądze, to ..." i tu było coś banalnie prostego, a mnie ściskało się serce, bo wiedziałem, że nie będzie ich miał.

To dobra piosenka na dobranoc, kołysanka - marzenie ubogich o maśle, serze i miodzie. I oczywiście o znanym nie tylko we Lwowie chlibie żytnym kulikoskim: małych bochenkach posypanych czarnuszką.
Brama już zamknięta luli luli lu
Ludzie śpią i ptaszki śpią, i koty śpią i psy.
Zamknij więc oczęta luli luli lu
Wszyscy śpią, już zaśnij także ty.

Jak zarobim dwieście złotych
to ci kupim cudny dom.
Będziesz spała jak królowa
na łóżeczku z białych róż.
Dobranoc, oczka zmruż.

A przy domku bedzi ogród
i słowików cały chór.
Bedą tobie cudne bajki
śpiwać aż do samych zórz.
Dobranoc, oczka zmruż.

Potem pójdę do sklepiku,
kupim masło, syr i mniód,
Kulikoski chlib i mliko
żebyś miała jak obudzisz się
jedzenia, picia w bród.

Jak zarobim dwieście złotych
to zrobimy wielki bal.
Będzie muzyka i tańce
i zabawa! Cicho, już.
Dobranoc, oczka zmruż.

-----------------------------
To "zmróż" w tytule filmiku to nie ja i nie mogę tego zmienić.

wtorek, 7 grudnia 2010

Wracam

Wracam, wracam po długiej rozłące - 
Dłonie twoje, niecierpliwe, lgnące
No może nie tak dokładnie, ale wracam. Przywoływały mnie tu różne znaczące pochrząkiwania, maile z pogróżkami, a nawet telefony do żony. Najbardziej jednak podziały na mnie ostatnie wzmianki o śmierci. Nie o mojej, ale w ogóle. Gdzie jak gdzie, ale w tym blogu ona tematem nie będzie. Owszem, mówimy o tych, którzy odeszli, ale dlatego, że żyją. I ja żyję, czego dam jeszcze dowody.

Stawy skuł lód. Zdjęcie zrobiłem tuż przed opadami śniegu. Ta melancholijna mewa to śmieszka. Teraz wszystkie odleciały. Chyba do oddalonej o 15 km Łubnej. Codziennie widzę, jak ciągną w tamtą stronę, złorzecząc ponuro na swój los, różne krukowate. W Łubnej jest wysypisko śmieci - niewesołe miejsce, gdzie ostrą zimą piękne ptaki masowo tracą swój skrzydlaty honor.
Za to z Ustronia przyszła dostawa słonecznika. W tym roku jest świetny jak nigdy, bo większa część 30-kilogramowego worka to ziarna łuskane. Dla sikorek wiadomość nienajlepsza, bo one i tak rozłupują ziarna przytrzymując je pazurkami, ale na przykład sójki tego nie potrafią, więc łuskane ziarna dla nich jak znalazł. A te sójki mają niełady zwyczaj gramolić się do karmnika i siedzieć tam póki się nie najedzą. Mniejsze ptaszki czekają wtedy pokornie na gałązkach.
Z myślą o nich otworzyłem "Bar pod Oliwnikiem dla Braci Najmniejszych" - specjalny karmnik zawieszony wśród gęstych i kolczastych gałęzi. Mam z okna do tego oliwnika zaledwie dwa metry. Stoję nieruchomo i zaglądam przemyślnym bydlątkom do talerza.
A to rudzik, co nie odleciał, albo wręcz przeciwnie - przyleciał właśnie ze Skandynawi, pożywi się zeschłym owocem dzikiego wina.
A to kos (może waleczny Hektor?) połknie nasiono cisa. Dowcipnie wymyślił to Przedwieczny: wędrówka przez przewód pokarmowy ptaka bardzo uprawdopodobni, że z ziarna wzejdzie nowa roślina.

Patrzę na olbrzymie zaspy, jakie porobił wiatr w ogrodzie, z miłością patrzę na ten mój zimowy drób i uśmiecham się do myśli, o których nic a nic napisać Wam nie mogę.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Inge

Library of Congress, [Cigarette advertisements for women's market], 1933
Berlin, jesień 1931 roku (to ten sam klimat, ten sam rok, co w filmie "Kabaret"). Przyjechał tu ze świeżo poślubioną Natalią w początkach lata. Pracuje jako referent konsularny w ambasadzie, ale nie bardzo przejmuje się urzędniczymi obowiązkami. Upojny klimat dekadencji jest jakby stworzony dla niego.

To zdarzyło się naprawdę i prawdziwa była ta aktorka. W wierszu pominął obecność żony, ale Natalia zapamiętała podziemny teatrzyk "Katokombe" w pobliżu Potsdamerplatz i ten śpiew drobnej blondynki o twarzy dziecka.
Du bist so stolz und fern,
Und hasst mich doch so gern…

(Tak dumny, obcy jesteś dziś,
Ale mnie chętnie schrupałbyś…)
- Kot mówił, że dla takiego teatrzyku poświeciłby pół życia. - wspominała Natalia.

A ja myślę, że poświęcił całe.

Każda poezja się jakoś starzeje, ale wiersz Inge Bartch ostał się bez jednej zmarszczki. Jest w nim duch cudownej epoki, jest historia, ironia, erotyzm i ani jednego zbędnego słowa.
Widzę: Inge siedzi przy fortepianie,
śpiewa i gra; ach, jakaż musi być śliczna, gdy wstanie.
Wstała. Piersi miała małe, doskonałe,
i - wybaczcie mi państwo - brzuch
tak się cudownie pod suknią rysował,
że zacząłem bić brawo i wrzeszczeć: - Niech żyje brzuch!
aż pewien Anglik mruknął: - He's gone mad - On zwariował.
Zawsze mówiliśmy z Michałem "Mistrz". Dla obu jego wiersze to była pierwsza poetycka miłość. Tego dnia, 6 grudnia właśnie, chodziliśmy na Wojskowe Powązki, żeby u stóp smutnej brzozy zapalić świeczkę Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu.

Inge Bartsch

Inge Bartsch, aktorka, po przewrocie zaginiona wśród tajemniczych
okoliczności
Oto słowo o Inge Bartsch,
w całej prostocie,
dla potomności.

Ona była ruda, ale niezupełnie - pewien połysk na włosach grasował -
żyła z Finkiem. Fink był reżyser. Przez snobizm komunizował
(są tacy też - na Mazowieckiej).
A Inge? Inge miała w sobie jakiś smak niemiecki,
ten akcent w słowie "Mond" - księżyc...der Mond, im Monde...
A Fink był dureń i blondyn.

Historia prosta: właśnie przyjechałem z Polski
Berlin...Berliiin...deszcz...
Fryderyk z żelaza jak niestrawność serce mi gniótł...
Nuda - i nagle cud!
Teatrzyk! Maleńkie serce w podziemiach!
Idzie piosenka: autor: Kurt Tucholsky.

Widzę: Inge siedzi przy fortepianie,
śpiewa i gra; ach, jakaż musi być śliczna, gdy wstanie!
Wstała. Piersi miała małe, doskonałe
i - wybaczcie mi państwo - brzuch
tak się cudownie pod suknią rysował,
że zacząłem bić brawo i wrzeszczeć: - Niech żyje brzuch!
Aż pewien Anglik mruknął: - He's gone mad. - On zwariował.

Przeszło lato, jesień i zima,
I jeszcze wiosna, i jeszcze jakieś lato,
i znowu jesień w mgłach jak w dymach.
(Jesieni jestem amator)
Aż tu nagle pewnego dnia
zamach stanu. Coup d'etat.
Zamach stanu nb. miał w sobie coś z gwiazdy betlejemskiej,
za którą ciągnęło 3.000.000 magików.

I wszystko stało się jak na scenie:
siedziałem z Ingą w Tiergartenie,
a jesień w Berlinie, w Tiergartenie,
to są, proszę państwa, takie struny...
Z drzew mgłą kurzyło,
wiatr niski jak bas -
i nagle Inge: - Wiffen Sie waf?
(Ona miała coś takiego w głosie czy w zębach.)
Wissen Sie was? Życie
mi się znudziło.

- Hm...
Spojrzałem na nią, papierosa ćmiąc -
nie jestem Wyspiański, ale bądź co bądź
to powiedzenie mnie wzruszyło.

Za późno: Rewolwer nie był większy od róży:
Pik! I Inge rozpoczęła podróże
w Au - dela, w metafizykę niemiecką.
Jakiś grubas, co siedział przy piwie,
nawet nie drgnął ani się zdziwił,
bo takie pik! to się mogło zabić najwyżej dziecko.

A potem miała jeszcze dłuższą rzęsę;
trup pachniał jesienią, czarną kawą, grzybami i nonsensem.

Bartsch Ingo!
Szkoda!
Twój talent to mogło być dużo szterlingów.
Inge Bartsch!!!

Wróciłem do hotelu.
40 fajek w jedną noc - pokój aż sczerniał od dymu...
Nie, to nie można tak: to jest zbyt proste: nuda,
tu trzeba, że się tak wyrażę,
przyszpilić jakieś komentarze -
że, czy ja wiem, że krwawa zbrodnia reżimu,
że podejrzana o semityzm,
że... marchew... w obozie... zgniłą...
Będzie na 300 wierszy artykuł znakomity.
(W Polsce zwany "kobyłą".)

Powiedzmy, że to było na jesieni,
dajmy na to trzy lata temu.
No, i jeśli redaktor nie zmieni,
pójdzie tak:
"Nie wytrzymała w dusznych klamrach systemu
Inge Bartsch, aktorka, po przewrocie zaginiona wśród tajemniczych
okoliczności..."

A na końcu może z Rilkego coś
o miłości,
o samotności,
a tytuł prosty: Inge Bartsch.

Szkoda.
Ładna.
Młoda.
Plecy jak perski aksamit.

I było w niej coś...
kobiece,
nieuchwytne,
dalekie,
coś, co trzeba chwytać pazurami.

wtorek, 9 listopada 2010

"Patrzę na twoją fotografię"


PATRZĘ NA TWOJĄ FOTOGRAFIĘ, Realizacja: Jerzy Ziarnik, Scenariusz: Jerzy Ziarnik, Zdjęcia: Michał Bukojemski, Opracowanie muzyczne: Krystyna Tunicka-Palluth, Dźwięk: Krystyna Pohorecka, Montaż: Maria Rutkowska, Kierownictwo produkcji: Michał Horowic, Produkcja: Wytwórnia Filmów Dokumentalnych (Warszawa)

W komentarzach do "Dziewczyny z Karmelickiej" AnnaBB napisała 9 lutego:
Wstrząsający jest rozdźwięk między codziennością tej fotografii i tym co się zapewne stało z tą twarzą.
Czy widzieliście film dokumentalny "Patrzę na twoją fotografię" Ziarnika ?
http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/424646
Konkretność osób.
Chil Goldberg i jego sąsiadka...
Potem napisała DM:
Film Ziarnika zobaczyłam pierwszy raz w 1979 roku. W kinie Moskwa na Konfrontacjach. Był dodatkiem przed filmem "właściwym". Dziś nie pamiętam jaki to był film, natomiast doskonale, kadr po kadrze pamiętam "Patrzę na twoją fotografię". Wydaje mi się, że podobne odczucia mam po obejrzeniu dzisiejszego Słowobrazu.
A dziś AnnaBB dodała w komentarzach link do filmu, który zamieszczam wyżej:
Znalazłam w internecie film "Patrzę na Twoją fotografię" o którym pisałam.
Dla mnie jeden z najpiękniejszych dokumentów.
Dziękuję Anno.

poniedziałek, 8 listopada 2010

I po drodze drzemie

Nieznacznie z wilgotnego wykradał się mroku
Świt bez rumieńca, wiodąc dzień bez światła w oku.
Dawno wszedł dzień, a jeszcze ledwie jest widomy.
Mgła wisiała nad ziemią, jak strzecha ze słomy
Nad ubogą Litwina chatką; w stronie wschodu
Widać z bielszego nieco na niebie obwodu,
Że słońce wstało, tędy ma zstąpić na ziemię,
Lecz idzie niewesoło i po drodze drzemie.
A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga Szósta,Zaścianek

środa, 3 listopada 2010

Synek z Chybia

O Michale Sytniku pisałem wspominając nasz cieszyński kabaret "Orygenes", w którym był czołową postacią. Widzicie na zdjęciu tego ulizanego boroka między dziewczynkami? Zawsze był beniaminkiem i lubił kobity. Niewiele się zmienił. Dziś jest na nauczycielskiej emeryturze w Krośnie, choć to synek spod Cieszyna, a dokładnie z Chybia. Oto fragment jego wspomnień "Mieszanie", które kiedyś drukowaliśmy w "Rękopisie". Ktoś powiedział, że Michał ma hrabalowskie pióro.

Nazwisko mam po ojcu - prawdziwym Polaku, repatriancie spod Lwowa, z miasta Chodorowa, gdzie też jest cukrownia, ale już nie nasza, jak i cała tamta ziemia, którą jedni nazywali Kresami Wschodnimi, a drudzy - Zachodnią Ukrainą, a w dowodzie osobistym napisali tacie, że się urodził w ZSRR. Po ojcu mam też podobną naturę, ale nie charakter, a raczej formę cielesną. Ojciec jest spod znaku Barana, a ja - spod Wodnika. Nasze nazwisko może być tłumaczone na język francuski jako saturator albo etymologicznie wyprowadzane od nazwy pewnego ciekawego zajęcia, które w łacinie brzmi piękniej, bo "propinacja", a polegało ongiś na syceniu miodu. W każdym razie nie jesteśmy abstynentami, bo jakoś cały czas zawsze był pod ręką cukier albo melasa.

Że jestem z Cieszynem związany różnymi więzami, chociaż się tam nie urodziłem, mogę udowodnić łatwo. Przede wszystkim znam cieszyńską gwarę i wcale nią nie gardzę, ale wręcz przeciwnie: gdziekolwiek jestem, mówię "po naszymu" i czekam, kto zgadnie, skąd pochodzę. Wiem co to była "pyrdelónka", na co dzień używam takich słów, jak: "isto", "podziwej sie", po "połedniu", "dziołcha", "cesta". Wypadałoby jednak zacząć od początku, żeby nie drzistać po próżnicy.

Pochodzę z Chybia. Ja, ja! Cukrownia i ostatnia większa stacja przed Zebrzydowicami. Rodzina matki od dwóch pokoleń mieszkała w "Biołym Dómu", którego już nie ma. Zanim go całkiem zmieciono z powierzchni ziemi, Franek Dzida zdążył tam nakręcić film, a mnie się udało cyknąć parę zdjęć. Nie ma mojego rodzinnego domu, który przetrwał dwie wojny światowe, ale cukrownia jeszcze istnieje. Jak wieża piastowska góruje nad Cieszynem tak nad Chybiem stoi kumin cukrowni i to wyróżnia te dziedzine ze wszystkich wsi na świecie. Kumin fabryczny ze smugą czarnego lub białego dymu stał w samym centrum świata mojego dzieciństwa jak sztandar zwycięstwa, jak nasza wieża Eiffla i nasz Wezuwiusz.

Jak my byli mali, chodzili my se krajuszkym, żeby nas mlyczorz nie przejechoł, wszystkimi cestami - przez Żabiniec i Landek aż na Kopiec Rudzicki, przez Bronów, Ligotę, Czarnolesie, Zabrzeg - do Goczałkowic i kawałka Zarzecza, niezalanego Wiślaną wodą, na Frelichów, przez Zabłocie do Strumienia, na Czuchów, Mnich, Gołysz, Zaborze i curik nach Hause! Żeby sie nie stracić, fórt my sie oglądali, czy jeszcze na horyzoncie widać nasz kumin. Jak nam znikał z oczu, trzeba było szybko wracać. Rano nas budził buczek fabryczny i trzeba było wstawać z legerów, umyć sie w laworze i iść do szkoły.

Między szkołą a gminą stał pomnik, co na nim napisali "Chwała bochaterom..." Chociaż to poprawili, ślad i tak pozostał. Do tej samej szkoły chodziła przed wojnóm moja mama - Erika Pieschówna, tak jak i dwie jeji siostry. Przedtym ta szkoła powszechno nazywała sie im. Piłsudskiego, a po wojnie - Dzierżyńskiego. Za starej Polski kierownikym był pón Babisz. Jak grali w radyju hymn, stowoł zaroz na baczność. Z mamóm chodzili do tej samej klasy synki naszych Żydów, co tu mieli gospody i sklepy. Mómy ich na zdjęciu, jak tańcujóm krakowiaka z naszymi dziołchami. Po Marmurach, Szmajdlerach, Zilbigerach ni ma ani śladu. Ni ma też śladu po Biołym Dómu. Mamy też już nima.

Po połedniu syrena buczała, że mama z tatą przyjdą z roboty i będziemy jeść obiad. Z okien naszego mieszkania było widać góry, a bliżej pociągi, jadące albo na Pawłowice albo na Skoczów, ale nie było po co jeździć tak daleko, bo wszystko było na miejscu jeszcze sprzed wojny. Za starej Polski już tu był kościół i szkoła, kierhof i banhof, poczta, kino, boisko sportowe, biblioteka, park koło willi przy cukrowni i kręgielnia przy kasynie, doktory, akuszerki i dentyści, a poza tym sklepy, gospody, piekarnie, masarnie. Życie kulturalne rozwijało się na przyzwoitym poziomie, jak produkcja cukru! Na fabrycznym stawie zawsze były Dni Morza, na Świętego Jana dziołchy puszczały wianki, zaś w zimie jeździło się tam na łyżwach. Potem woda zaczęła śmierdzieć nik tego nie czyścił. A jak my poszli do nowego przedszkola to kręgielnia już była nieczynna, okna powybijane, ale fajnie sie po dachu góniło bo był wyasfaltowany. Na tym przedszkolu wisiały ogromne portrety Marsa, Engelsa, Lenina i Stalina. Kiedyś do przedszkola przyszedł w mundurze kolejarskim pan Fober, mąż kierowniczki. Foberka pyta przedszkolaków: Wiecie kto do nas przyszedł? A my chórem: Józef Stalin!

Za starej Polski w życiu kulturalnym przodowały szkoły, które przygotowywały widowiska teatralne, muzyczne i taneczne i uczyły patriotyzmu. Mama z ciotkami do końca śpiewały takie pieśni, jak : "Za Niemen, za Niemen....", "O mój rozmarynie", "To nieprawda, że Ciebie już nie ma..." A po śmierci Piłsudskiego wycieczki pojechały do Krakowa oglądać zwłoki Komendanta. "Roty" nie śpiewało się w domu, bo dziadek nie lubił tej zwrotki o Niemcach, co plują w twarz Polakom. Twierdził, że u nas w Galicji to się nie zdarzało, ani nigdzie tam, gdzie przedtem przebywał... Może i miał trochę racji, bo jeśli już nas opluwali, to nie tylko Niemcy, zwłaszcza jak się do Chybia zbliżył front i wkroczyli tu żołnierze wyzwoleńczej Armii Czerwonej, niosąc krwawy sztandar rewolucji społecznej... Poza tym sami Polacy opluwali się zawsze najsoczyściej.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Stołówka "Spinoza"

Przyszedłem na groblę i zawołałem, a one nadleciały od tyłu i osiadły przede mną na świetlistym pasie wytyczonym przez niskie słońce. Poza rybami została mi na stawie tylko ta para krzyżówek.

Oboje są bardzo młodzi i nieśmiali. Zwłaszcza ona: jej strefa bezpieczeństwa jest przynajmniej o metr większa niż jej nadobnego partnera. Rzucam im okruchy na zmianę: w lewo i w prawo. Gdybym rzucał w jedno miejsce, jadłby tylko on, bo ma serduszko kacze: waleczne, lecz mało rycerskie.
Hovawart Buba
Buba obchodziła wczoraj 5 rocznicę wstąpienia w nasze progi i z tej okazji dostała spory kawałek sękacza (za sękaczem psy gotowe iść na Spitsbergen).

Pamiętam jak szedłem tamtego dnia wieczorem z czteromiesięczną ślicznotką i jej straszliwy atak na dynię postawioną na przydrożnym kamieniu.
To pora, kiedy wznawia działalność stołówka Spinosa (Prunus spinosa to łacińska nazwa tarniny). Pierwsi pensjonariusze to bogatki, modraszka (w środku) i mazurki (czekają w kolejce). Jest jeszcze ktoś, kto skrycie podbiera wyłożone w karmniku orzechy, które zebrałem z pobliskich drzew. Podejrzewam, że to sójka pocieszycielka, bo myszkowała niedawno na dachu.

W połowie listopada mam zamówić w Ustroniu słonecznik niełuskany (1,70 zł kilogram). Zakupiliśmy też jabłka (0,99 zł), bo wczoraj nad ranem widziałem nocujące w tarninie dwa drozdowate.
W rogu ogrodu berberys Thunberga gra na wszystkich tonach purpury. To ostatnie żywe kolory jesieni.
Ach ten dzień w kolorze śliwkowym berberysu i głogu ma smak...

---------------------
Słowobraz powoli wchodzi do realu. 26 listopada odbędą się Zaduszki poetyckie. Szczegóły wkrótce.

czwartek, 21 października 2010

Postać

To był taki jesienny bezwietrzny dzień, który długo wysnuwa się z oparów, żeby przez trzy godziny uszczęśliwiać pogodą. Potem z ukosa spojrzeć i już szarzeć, mrocznieć, zapalić latarnie.

Było niewiele po siódmej. Na Puławskiej w stronę Warszawy pełno. Żeby zawrócić, musiałem jechać kilkaset metrów w stronę miasta. "Coś w tym wszystkim nie jest tak - pomyślałem. - Ta masa żelastwa, w każdym samochodzie pojedynczy człowiek. Bez przerwy ktoś wyprzedza poboczem, żeby za chwilę na skrzyżowaniu gwałcić nakaz skrętu w prawo i jechać prosto."
Całe szczęście zawracałem. Od miasta o poranku jedzie się lepiej.

Zwykle słucham w aucie muzyki klasycznej. Struktura miłych dźwięków pozwala wierzyć, że jednak istnieje porządek doskonały, a przemoc i nieprawość za szybą mnie nie dotyczą.

Włączyłem Dwójkę. Był kalendarz radiowy. Mówili o pierwszej rocznicy śmierci Krzysztofa Zaleskiego. On też był z naszego stowarzyszenia kiedyś żywych poetów. Zaszedł najwyżej, choć nie w poezji, lecz w reżyserii i aktorstwie. Puścili fragment jego wypowiedzi o teatrze radiowym. Mówił pięknym, głębokim głosem, dobitnie i z żelazną logiką. Na koniec fragment czyjegoś wspomnienia, że literatura była dla niego najważniejsza. Wiem, że tak było.

Przełączyłem na RMF classic. Lubię tę wdzięczną konfekcję starych mistrzów, a może bardziej dyskretne, ale uwodzicielskie inteligencją i głosem krakowianki, które są tam spikerkami. W przeciwieństwie do Dwójki, w RMF wiedzą  jak zarabiać. Skończyła się muzyka i pewien diabelsko przystojny aktor wyznawał  jedwabiście, że dobrze wie co to ciepło, bo właśnie zbudował dom w górach i że najlepiej mu się jeździ w czasie mrozów samochodem terenowym Mercedes Benz. Bęc, jak pisał Gałczyński.

Droga prowadziła przez las. Ciężarówka przede mną zatrzymała się. Z naprzeciwka gęsto sunęli jadący do miasta i trzeba było odczekać chwilę żeby wyprzedzić coś, czego nie widziałem zza ciężarówki.

Nie wiem, chłop to był czy baba, bo postać na rowerze była bezkształtna i okutana. Na głowie sukienna czapka bez daszka, z długimi nausznikami. Takie czapki można zobaczyć na wiejskich obrazach Bruegela. Z tyłu, w poprzek wielki, szeroki jak trzy czwarte szerokości samochodu snop brązowych witek z brzozy. To z powodu tego stosu wymijało się rowerzystę jak stojące na drodze auto.

W absurdalnym świecie biznesmenów, spieszących w samochodach terenowych do miasta, ta bezkształtna i zagadkowa postać z mgły i lasu była czymś niezwykłym, lecz na miejscu. Nie zgrzytem, nie zawalidrogą, ale arką przymierza z naturą, archetypem ciężkiej pracy, a kto wie, czy nie magii, bo chyba z tych witek miały powstać miotły.

"Jesteś najważniejszy." - szepnąłem wyprzedzając. Nie usłyszał, bo dzieliła nas japońska szyba i bruegelowskie nauszniki.

niedziela, 10 października 2010

Wdzięczność

Mam wątpliwości czy nie przyniosłem zguby kaczkom i łyskom, bo z dnia na dzień było ich coraz mniej, a dziś, chociaż wołałem długo, nie przypłynęła żadna. Przyjaźnię się z nimi i uczę ufności do człowieka, ale wiem, że na groblę przychodzą o innej porze ludzie niedobrzy. Ot choćby dzisiaj, pośrodku stawu pływała puszka po piwie.

Ryby najwyraźniej nie doświadczyły niczego złego, bo w jednej chwili znalazła się całkiem spora ławica. Przeglądając dzisiejsze zdjęcia, miałem metafizyczne trochę uczucie, że przyroda dyskretnie odwdzięcza się mi za przyjaźń i na moment dopuszcza do tajemnicy.
Choćby te ryby. Wystawiły ponad wodę pyszczki skrzące się w promieniach porannego słońca i wołały. Jeszcze nie wiem co wołały, ale jak zrozumiem, na pewno napiszę.
 
blogi