czwartek, 14 czerwca 2012

Zazuleńka


Ukiyo-e (japoński kolorowany drzeworyt, dosł. obraz przepływającego świata), aut. Koryūsai Isoda, Satsuki hototogisu (Maj: kukułka), [pomiędzy 1772 a 1774], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych.

Otworzyłem oczy jeszcze przed świtem. Mężczyznę jak psa zbudzi odgłos nieznany, a to była odległa kukułka. Czarowna, słodka wróżba dla dziewczynek i panien: ile lat do zamążpójścia? ile powiję dzieci?

Kiedy mieszkałem w akademiku pośród lasu, miałem młode mężne serce i pytałem się kukułki: ile kobiet przede mną? Dziś wiem, że niektóre pytania lepiej zadawać o przedświcie, bo wtedy ptak mniej płochliwy i kukanie dłuższe. Tej nocy choćby - gotowa wynagrodzić każdą krzywdę - ale ja już o nic nie pytam.

Mojemu sercu wystarczy, że zazuleńka na imię ma Obietnica. Słuchałem, słuchałem i usnąłem.

wtorek, 5 czerwca 2012

Incydent w sklepie


Właściwie to myślę, że nie ma sensu pisać wierszy, skoro napisano już najlepsze. Ostatnio zachwyciłem się tym, autorstwa Douglasa Dunna (ur. 1942) szkockiego poety i prozaika.

Podoba mi się zmysłowość opisu, ale jeszcze bardziej społeczne nastawienie. Tłumacz, Piotr Sommer polecając wybór poezji Dunna*, pisze, że ciekaw jest jak będzie się czytać te wiersze „dzisiaj, w Polsce, w której przecież pytań o wiersz publiczny i publicystyczny nie stawia się od dawna.”

W innym miejscu** Sommer pisze o autorze: „Urodził się w rodzinie robotniczej, w której żywe były – i pozostały ważnym składnikiem biografii wewnętrznej Dunna socjalistyczne ideały >starej lewicy<”.

Za dużo powiedziane, że tak samo, ale odczuwam pokrewieństwo. Za to dziewczyna mogłaby być ta sama, trochę starsza o gorzkie doświadczenia, co  w kinie „Czary”.
Douglas Dunn
W SKLEPIE
Niewysoka, o naturalnej urodzie,
Nie nosi pończoch, nie używa kosmetyków.
Pod jej bluzką domyślam się
Pulsowania piersi bez stanika.
Czuję powiew przeciągów na jej nogach,
Swędzenie rąk po tanim środku do prania.
Pod jej łóżkiem zapomniane zimowe cebulki
Umierają z pragnienia, w uściskach dzikiego kurzu.
Mąż ją bije. Stare kobiety
Mówią o tym za plecami, obserwując ją.
Kupuje najciemniejszą różę, jaką w ogóle widziałem
I wsuwa łodygę za plastikowy pasek.
tłum. Piotr Sommer
* - Dunn Douglas, Wyprowadzka z Terry Street, Centrum Sztuki - Teatr Dramatyczny w Legnicy, 1999
** - Piotr Sommer, Zapisy rozmów, Wywiady z poetami brytyjskimi, Biuro Literckie, Wroclaw 2010

wtorek, 22 maja 2012

Mem maturalny

Ulotka: Podwiązki Eugenia, American Garter Company [1840 - 1890]
Czy ktoś pamięta Quinquinę sprzed roku. Ten śmiały portret gorzkiej, lecz interesującej kobiety powstał ze zlepków sformułowań i zwrotów wyjętych z prac maturalnych ’11.

W tym roku nieporadne pióro młodzieży scharakteryzowało inną słynną damę polskiej literatury. Ponieważ wyimki z prac otrzymałem drogą poufną, za nic nie wyjawię, jak naprawdę miała na imię Eugenia (imię Werter przytaczam z oryginału, ale to też licentia poetica, tym razem maturzysty). 

Zlepiłem i ze zdumieniem dostrzegam podobieństwo Eugeni do Quinquiny. Czyżby w toku zabawy, w literackim recyklingu, udało się wyodrębnić mem maturalny kobiecości?

Dopiero trzy punkty tworzą płaszczyznę. Poczekajmy jeszcze rok.
Eugenia żyła w swoim świecie wiecznej wiosny pokrytym artystycznymi malowidłami. Zapewne dlatego stopa życiowa jej się opuściła, lecz nasza bohaterka nie ubolewała. Niech świadczy o tym fakt, że same nogi skaczą i wykonuje kursy na wiele ulic, by dzielić się wiedzą.
Luksus do tego stopnia wpisany był w jej metrykę, że teraz Eugenia czuła się jak kaktus na pustyni. Zwłaszcza, że kawalerowie odwrócili się od niej, oprócz Wertera, który zakochany był w niej na zabój. 

piątek, 18 maja 2012

Kobiety bez bluzek biją w katedralne dzwony


Trzeba kiedyś o ruchu Femen napisać, pomyślałem, gdy parę tygodni temu w portalu gazeta.pl zobaczyłem poetycki tytuł „Działaczki bez bluzek biją w katedralne dzwony". A obok zdjęcie odkrytych boskich ciał i wianuszki na kształtnych główkach. Podpis brzmiał: Rozebrane od pasa w górę działaczki ukraińskiego Femen weszły na dzwonnicę kijowskiej katedry świętej Zofii, by zaprotestować przeciwko zakazowi aborcji.

Te damy uosabiają wszystko, w co wierzę głęboko: romantyzm, walkę o postęp i piękno. Podziwiam je za odwagę, dzielność i poświęcenie. Oddają swoje piękne ciała, żeby stały się transparentami, gdzie są wypisane hasła w obronie innych ludzi. 

Kobiety bez bluzek biją w katedralne dzwony. Ten dźwięk niesie się daleko i wzrusza.

Zdjęcie powyżej pochodzi ze strony cryptome.org i zostało wykonane podczas protestu grupy Femen w lutym br. w Zurychu przed siedzibą Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie. Protest dotyczył organizacji mistrzostw Świata na Białorusi w 2014 r. i przebiegał pod hasłem „Niewolnicy nie grają w hokeja”.

czwartek, 10 maja 2012

Smok Luiza


To ten sam rodzaj zabawki co konik, o którym pisałem i ta sama podrzuciła ją wróżka - Kaja.

Kiedy dzieci się obudziły, od razu dostrzegły smoka. Jaś był bliżej, przemyślna Zizzi czekała zatem na sposobną chwilę i kiedy braciszek się nabawił i przysnął, podturlała się (to sposób poruszania się, jeszcze przed raczkowaniem) i od tej chwili potwór był jej. Co jakiś czas demonstruje, że to jej własność i próbuje odgryźć różowy ogon smoka dwoma kiełkującymi jedynkami.

Zizzi i Jaś różnią się rysami i usposobieniem. Jedynie kolor oczu mają ten sam: ciemnoszary z lekka opalizujący zielenią.

Jaś jest prostolinijny, szuka kontaktu wzrokowego i uśmiecha się najszczerzej. Zizzi raczej z rezerwą, bacznie śledzi otoczenie i przedmioty. Kiedy jednak nabierze zaufania, obdarzy Cię uśmiechem, który zapamiętasz na zawsze.

Jaś, kiedy płacze, nie płacze, lecz cichutko kwili lub pojękuje. Zizzi, też nie płacze, lecz wydaje odgłos pędzącego czterdziestowagonowego pociągu towarowego. I pełno zwierząt w każdym wagonie...

Różnica jest ogromna, ale miłość ta sama.

Wracając do smoka, mówią „smok”, ale czyż jaszczurzy ogon, który się kończy lusterkiem w kształcie serduszka nie mówi nam, że jest to smoczyca?

Mówi, a ja dodam, że na imię ma Luiza. Ona nie zjada owieczek ani szewczyków. Najchętniej goni muszki pomiędzy listkami brzozy i huśta się na pajęczynie.

W głębi duszy Luiza marzy, żeby mieć motor, najchętniej wuefemkę. Pędziłaby i zadawała szyku tym starym kaskiem, który był połączeniem połówki jaja z zapinaną pod szyją pilotką.

Takie tam, smocze marzenia.

Ja jednak radziłbym, aby Luiza czym prędzej zeszła na ziemię i pilnowała swojego ogona. Bo tu sprawy nie rokują najlepiej.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Szlagon

Nikt nie był tak na miejscu, jak ten bażant przy Bażanciej. Pomiędzy badylami zeszłorocznej nawłoci stał niczym pod sztandarami przywiędłej przeszłości. Ten kustosz wartości minionych, szlagon na ugorze po dwakroć rozczapierzył wyłogi, wydając owo skrzypienie, co brzmi jak otwierane po trzystu latach drzwi do piwniczki z węgrzynem.

Nie było wszakże w ostrzeżeniu wielkiej zapalczywości, bo im baczniej się przyglądał, tym mniejszą widział między nami różnicę. Wreszcie szablastym dziobem począł dłubać w ziemi, dostojnie ogonem nakazawszy, bym powinność swą pełnił. 

Co niniejszym czynię, 

Skryba polny 

środa, 18 kwietnia 2012

Opar


Noc powinna być chłodna, a wschodzące słońce mocne. Nad wodą, kiedy nie ogrzało jeszcze powietrza, widać w jego promieniach mgłę.

Ten opar trwa tylko chwilę i jest nieuchwytny. Zobaczysz go, jeśli będziesz patrzył pod, a nie prosto w słońce, i nisko nad wodą (najlepiej żebyś przykląkł).

Potem możesz już iść do domu. Spełniłeś ofiarę.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Trzy wiedźmy

W zasadzie istotą blogu jest zdawanie sprawy z aktualnego stanu umysłu, ducha lub wiedzy autora. Pomyślałem, że nie spełniam tego wymogu, że uciekam w sprawy nieistotne i nie mające związku z aktualnością. Taki poetycki eskapizm. Czasem mi głupio, że pieknoduchowska jest ta moja poetyczność i dlatego zapadam się.

Moje nieblogowe życie nie jest radośniejsze niż innych, a kto wie, czy nie smutniejsze. Nie piszę jednak o tym, bo już w ogóle nie miałbym czytelników. Zacny Kowarski w delikatny sposób stara się mnie jednak zachęcić.
Słowobraz chciał być darem dla ludzi, obdzielać ich kreacjami. Wymagało to od Autora dobrej kondycji, podtrzymywania twórczego napięcia i oderwania od praktycznej codzienności. Jednak nie jest łatwo utrzymać się w takiej formie przez dłuższy czas, żyć w takiej potencji ustawicznie. Więc kiedy Autor miał własne problemy i sam potrzebował inspiracji, wydłużały się przerwy między postami. Zanikała wtedy rozmowa w komentarzach, odchodzili przypadkowi czytelnicy buszujący po internecie, a znajomi którzy znali numer telefonu, dzwonili z pytaniem, czy coś się stało.
Nie musieliby tak długo czekać, gdyby Słowobraz dzielił się także troskami.
Dobrze, tylko tym razem i o dwóch sprawach, bo wiążą się z blogiem:
- Synek z Chybia, Michał, aktor mojego kabaretu w Cieszynie, leży w szpitalu w Sanoku i nie ma się dobrze.
- Buba zachorowała po ukąszeniu kleszcza i było bardzo źle, ale tu się poprawia.
-----------------------------
Ponadto w niedzielę spotkałem na ulicy Grabarzy trzy wiedźmy, znajome pana Makbeta, i teraz wiem wszystko.
WIEDŹMY*
No, wreszcie bitwa się rozegra
W końcu ktoś wygra, a ktoś przegra
O zmierzchu, po zachodzie słońca
Kiedy ten dzień dobiegnie końca
Ścieżką, gdzie ślepy ryje kret
Tam właśnie będzie Jerzy szedł.
- Cicho bądź, idę już kocurze
- Ja też ropucho, lećmy w burzę
W stęchłe powietrze, w gęstą mgłę
Złe dobre jest, a dobre - złe!
- Już jestem siostro - trułam świnie.
- No,  Jerzy nam się nie wywinie!
Słyszycie kroki? Oto idzie
Dalej, do dzieła, zły fluidzie!
JERZY
Tuście mi, Lucyfera córy!
Szponiaste macie manicury
Włos grzywą czarną się kołysze
I tylko dziwną ciszę słyszę!
Nie milczcież mi, siostry szatana!
Jaka mi przyszłość będzie dana?
Czy sławę zyskam i pieniądze?
Czy zaspokoję wreszcie żądzę
Wiedzy? Oraz czy śmierć mnie czeka wnet
Czy raczej długo będę szedł?
 (Wiedźmy znikają)
JERZY
Spojrzały tak, że zimne mrowie
Rozpełzło się po siwej głowie
Wzdłuż pleców wolno zeszło w dół
Żem poczuł to, com rano czuł.
Na wszystko byłem ja gotowy
Lecz nie na to, że ruchem głowy
Każda z nich powiedziała NIE
A potem oddaliły się.
Znaczy: ubogi, zapomniany
Niemądry, wiecznie nie kochany
Ścieżką, gdzie ślepy ryje kret
Niemłody będę szedł i szedł.
* W partii Wiedźm wykorzystałem fragmenty "Makbeta" Williama Szekspira w przekładzie Antoniego Libery. 

czwartek, 5 kwietnia 2012

Rycerzyk polarowy


Zanim po raz trzeci zacząłem mieć do czynienia z zabawkami, byłem przekonany, że te z mojego dzieciństwa były najlepsze. Nie pachniały chemią, dawały się nadgryzać, a drewniane to już był solidny konkret w garści.

A teraz zachwyciłem się, gdy u Jasia zobaczyłem tego rycerzyka na koniu. Niewielki, ale szykowny młodzieniec w polarowej zbroi mknie na koniku, co jak marzenie!

Gęba u rumaka szeroka i poczciwa, oczy zadziwione, pozszywany z kawałków tkaniny o różnym deseniu i fakturze, z grzywą ze wstążek. Błyszczący, gładki, matowy. Tu dotykasz i ściskasz – konik miękki jak kaczuszka, tam szeleści jak milicjant w ortalionie. Inny fragment ma w środku przesypujące się nasiona – wiosna, panie sierżancie, siać trzeba.
Jasiczku, Jasiczku
Co ci po koniczku
Kup sobie komara
Będzie z tobą para
Rżę radośnie i poruszam w powietrzu jeźdźcem. Jasio nie spuszcza ze mnie wzroku i uśmiecha się szczerze, bezzębnie. Ja mu, że rycerz ten wraca z długiej wyprawy, a kółeczka, co ma przytroczone do siodła i te zawiązane na ogonie konisia, to bransoletki Cyganek, które okradł po drodze.
Z tyłu słyszę chichot.

A ta pierwsza piękna była. Śpiewała i tym śpiewaniem go przyzwała.
Po czym źeś mnie ty poznała,
Żeś mię Jasinkiem nazwała?
Poznałach ja cię po głosie,
Żeś pasł koniczka na rosie.
A ta druga – biorę fioletową bransoletkę – czarna jak noc była.
Inszego nie nocuję.
Jeno ciebie, Jasiczku,
Na twoim siwym koniczku.
A ta trzecia... Jasio nie ma jeszcze pół roku i nie rozumie, ale nie odrywa wzroku od patchworkowego pegaza, za to z tyłu zapadła cisza: Miki z Natalią wymieniają się spojrzeniem.

Co tam, Jasiu, jeszcze Ci opowiem.
Jak Jaś konie poił,
Kasia wodę brała,
Jaś sobie zaśpiewał,
Kasia zapłakała.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Kino "Czary" - storyboard


Zdjęcie z Narodowego Archiwum Cyfrowego datowane na rok 1934. 
Małe kino „Czary” w Warszawie przy Chłodnej 29. Afisz zwiastuje, że grają Syna dżungli. Sprawdziłem, film wyświetlano tylko przez pierwsze dwa dni roku. Jestem pewien, że mamy wtorek, 2 stycznia 1934 r.


Powoli zapada zmierzch. Z głębi ulicy, od robotniczego Koła, z Obozowej, Młynarskiej i Wolskiej, nadjeżdża tramwaj nr 16. Na przednim pomoście drobna blondynka smutny, proletariacki anioł patrzy na wystawy sklepów. Ma na sobie ciemnozielony kapelusik i znoszoną jesionkę. Tramwaj zatrzymuje się przed kinem. Dziewczyna wysiada i widzi napis „Czary”. Wszystko się zgadza, bo dżungla na afiszu faluje. To drga na wietrze krąg światła ulicznej latarni.
Na dworze jeszcze widno,
a już się lampa kołysze
i cienie meandrem biegną
nad zwiastującym afiszem.
Od Towarowej nadchodzi pan w rozpiętym płaszczu. Niewysoki, smagły z wydatnymi ustami. Jedyny na ulicy jest bez nakrycia głowy. A głowa jest duża i piękna (powiedziała mi jedna pani z Krakowa, to nie głowa do kapelusza, to posągowa głowa). Wesołym spojrzeniem omiata afisz i ludzi przed kinem. Patrzy na jej ubranie i spotyka jasne spojrzenie młodego mężczyzny. To ten, który przed chwilą przebiegł z drugiej strony ulicy, widzimy to na zdjęciu.

Pan bez kapelusza to poeta, patrzy i już wie, o czym nie wiedzą oni, tych dwoje jeszcze obcych sobie ludzi.

W kinie usiądą obok siebie. Kiedy dziki Kaspa czule spojrzy na Annę Rogers, młody mężczyzna w ciemności dotknie jej ręki. Otworzy się wnętrze dłoni i  opuszkami palców wyczuje blizny. Od tej chwili będzie już bliski.
Jakże tu miło się wtulić,
Deszcz, zawieruchę przeczekać
I nic, i nic nie mówić,
I trwać, i nie uciekać.
Już niepotrzebny jest w kieszeni naiwny liścik miłosny, który wczoraj napisał do niespotkanej ukochanej:
Ty moje śliczne śliczności!
Znów się do łóżka sam kładę.
Na jakimż spotkam cię moście?
Twój
Pluszowy niedźwiadek. 
Blisko siebie i powoli wychodzą z kina  „Czary”. Będą rozmawiali i odwlekają tę chwilę.

Tego nie wie nawet poeta, ale powinni się bardzo spieszyć. Mają tej miłości przed sobą tylko pięć lat. Potem niemal cały świat się rozpadnie. I potem to już całkiem inny wiersz.
Szli żołnierze zmoczeni do nitki,
żołnierze widziani z góry -
Śpiew żołnierzy
„A pod tą lipką. lipką zieloną
mówili sobie, że się ożenią,
ślubna kareta, ślubne koniki -
a ja ci potem kupię kolczyki”.
-----------------------------
Cały wiersz Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Małe kina” jest tutaj.

wtorek, 20 marca 2012

Czarny Anioł Stróż


Hovawart Buba
Ten kosmaty potwór, buchający parą z nozdrzy, to mój czarny Anioł Stróż.

Kładę się do snu - ona leży na skórzanej derce obok łóżka i czeka póki nie usnę. Wtedy schodzi odpocząć na kanapie, ale nad ranem wraca, żeby być przy mnie, kiedy się obudzę. Gdy bywam nieszczęśliwy, czuwa całą noc.

Póki nie wstanę, nie niecierpliwi się, ani nie daje znaku, że chce wyjść.

Spacery - to dzięki nim zdrowie jakoś nie opuszcza. Najbardziej lubi, kiedy przechodzimy koło pola. Biega po nim zataczając kręgi, jakby kreśliła tajemnicze znaki. Zapewne to jakiś stepowy atawizm, ale niewykluczone, że zdaje w ten sposób sprawę Tym z Góry, którzy mi ją zesłali.
---------------------------------
Dopisane następnego dnia.

Pomyślałem, że chyba jednak nie anioł, bo anioły są bezwonne. Gdzieś między piwnymi dobrymi oczyma ma czarny anioł gruczoły zapachowe.

Jestem u weterynarki, ogląda łapę, a ja do niej:
- A wie pani, że Buba pachnie?
- Ja tam nie wiem, mój pies śmierdzi. – Wystawia chudy nos w stronę bubiego pyska – No niemożliwe, rzeczywiście, to miód!
Miód, ale z nutką dymu z ognisk wędrowców, garstką suszonej szałwii, co rosła na muranowskich gruzach i wiązką świeżego siana. Prosto z mojego dzieciństwa.

wtorek, 13 marca 2012

Rozmowa na peronie


Jak barwy ochronne nosiła na sobie wszystkie odcienie szarości ludzi, wśród których poruszała się bez trwogi. Kiedy znalazła plastikowy woreczek z okruchami drożdżówki, to naprawdę nie było na Zachodniej szczęśliwszej istoty.

Chciałem zagadnąć do niej miło, ale nie wyszło dobrze. Burknęła coś z podmiejska i przyłożyła gołębiowi, co właśnie chciał się dosiąść. Zagadałem się i w ostatniej chwili wskoczyłem do pociągu. Zanurkowała w lastrikowe eldorado.

wtorek, 6 marca 2012

Dąbrówka, 6 marca, godz. 6:48


Bliżej nieznane są powody, dla których fotografista spośród kilkunastu zdjęć rowu wybrał właśnie to.

Tego dnia udało mu się uwiecznić obrazy doskonalsze, z drzewami ostro odbitymi w wodzie i z jaśniejącą perspektywą.

On jednak z uporem i lekko wzruszony wpatrywał się w mroczny brzeg północny, oczekujący na łaskę marcowego słońca.

niedziela, 4 marca 2012

Serce do blatu


Przysłał mi Janusz Kostynowicz vel Kowarski napisaną przed pięcioma laty nostalgiczną miniaturkę z cyklu „Warszawa lunarna” zatytułowaną Ostatni dzień Poziomki.

Tak się nazywał wuesesowski lokal bistro, położony w strategicznym punkcie Traktu Królewskiego, na rogu Miodowej i Krakowskiego Przedmieścia, vis a vis kościoła św. Anny.

Oto fragmenty tekstu.
Wiedziałem, że zamierzają wkrótce zamknąć. Dzisiaj, po robocie, skręcając z Miodowej w Krakowskie Przedmieście, zobaczyłem już przylepiony do szyby karton z konkretnym napisem: Z przykrością informujemy szanownych klientów, że od dnia 29 marca 2007 r. Poziomka kończy działalność. Sympatycznym konsumentom dziękujemy za wspólnie spędzone chwile.
- Poproszę pięćdziesiątkę winiaku Klubowego – pokazałem palcem na żółtawą butelkę po lewej stronie.
- Luksusowego?
- Przepraszam, nie dowidzę bez okularów, tak,  może być. 
- Proszę!
- No, to wszystkiego najlepszego, za pani zdrowie – podniosłem kieliszek - chciałem pani podziękować, za to, że przez czterdzieści lat tu wpadałem.
- Ja też panu dziękuję.
Wypiłem! I żeby było jasne - nie mam zwyczaju wpadać po pracy na jednego. Ostatnia rzecz, w jaką mógłbym wdepnąć, mam nadzieję, to alkoholizm. Trochę ćwiczyłem w młodości i nauczyłem się, jak to robić. Dzisiaj piłem z solidarności. 
A więc sprawa przesądzona, bo odnalazł się właściciel kamienicy. Zamykają! Dlatego ludzie naznosili tu pani Basi sporo kwiatów. To oczywiście nie była nigdy moja ulubiona kawiarnia, ale chciałem, żeby i mnie zaliczono do sympatycznych konsumentów. Nie znałem też prywatnie prowadzącej ten lokal pani Basi, która podobno, jak napisali w Stołecznej, prowadziła go od trzydziestu lat. Zaczynała jeszcze, jako pracownica WSS Społem. 
(...)
Liczyło się również to, że tu nikt nie kazał zdejmować płaszczy. Gdy był stan wojenny i obowiązkowe pałowanie po mszy przed Świętą Anną, to stąd mieliśmy najlepszy widok. Siadaliśmy wówczas w katanach przy oknie wychodzącym na Krakowskie, Zaciągaliśmy się papierosami, i patrzyliśmy jak ludziska uciekają, krzycząc ciągle tak samo: 
- Ges tapo, Ges tapo..
Zdarzało się, że z tym krzykiem wpadali wprost do Poziomki. Otrząsali się, rozmasowywali ramiona. Niektórzy znali nas z widzenia. 
- Cześć, byliście w Annie, ale dzisiaj napieprzali, nie? 
- Co za różnica – odpowiadaliśmy. 
(...)
Zapisuję jeszcze adres na starym bilecie, Miodowa 1. Kraty w oknach, jak we wszystkich sklepach spółdzielczych, podnoszone i opuszczane na korbę. Ostatnie spojrzenie przez szybę w głąb ciemnego wnętrza. Pusty bufet pod baldachimem z desek, wyniesione stoliki i krzesła, wymieciona lastrykowa posadzka. Tam w rogu chyba worki z cementem. Nad brunatną boazerią ściana, wyłożona przybrudzonymi listewkami luster. Już niedługo zrobi się tu jaśniej, gdy otworzą Coffeeheaven.   
Janusz Kostynowicz
Byłem tam dzisiaj (stamtąd fotografia). Zupełnie inaczej. Funkcjonalna i sterylna elegancja. Zamiast pani Basi cztery uśmiechnięte dziewczyny uwijają się obsługując kolejkę, też ludzi młodych, niektórzy z dziećmi, inni z laptopami. Miły zapach świeżo wyciskanych cytrusów i parzonej kawy.

Taka właśnie jest nowa Polska. I chociaż nie czułem się dziś intruzem, nic nie poradzę na to, że zostałem kiedyś zdeprawowany, że wiele chwil pierwszej połowy mojego życia spędziłem w zadymionych spelunkach, gdzie podawano trochę zimne nóżki, ale za to całkiem ciepłą wódkę.

Cieszę się, że młodzież ma lepiej, ale moje serce, podobnie jak Kowarskiego, przylgnęło na zawsze do lepiącego się blatu jakiejś Poziomki czy innej Bajki.

czwartek, 1 marca 2012

Kartofle


Lewis W. Hine, Kopiący ziemniaki [Kentucky, 1916] 
Widywałem go z okna, gdy szedł do szkoły, raczej sadził ulicą Karmelicką w siedmiomilowych butach – traktorach. Wiecznie potargane włosy, sweter z czarnej grubej wełny, w ręku stara teczka spięta paskiem z dużą klamrą.

Potem dowiedziałem się, że taki był w latach 60. styl egzystencjalny, ale nawet gdyby nie było Sartre'a, Camusa i Juliette Gréco, to na pewno też chodziłby w czarnym golfie. Był bardzo młody, nie mógł mieć więcej niż 28 lat, ale dwunastolatek na sprawę wieku patrzy zero-jedynkowo.

I tego dnia Piotr Wierzbicki zdjął okulary oraz przybliżył książkę do bezbronnych oczu krótkowidza. Uśmiechnął się i cicho przeczytał (zaszeleściło trochę, bo miał lekką wadę wymowy).
Czujesz? Ogniskiem pachną te pogańskie lata
Gdy iskrami trzaskały żagwie jałowcowe
I dym wełnistym kłębem za wiatrem ulatał,
I marszczyły się z żaru kartofle surowe.
Może to właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu ogarnęła mnie nostalgia, bo nagle popłynąłem. Niedaleko - we wczesne dzieciństwo. Ileż to razy z ciotecznym rodzeństwem, siedząc w kucki i boso, piekliśmy kartofle w ognisku.

Nie, to musi być tuż po ognisku, kiedy ledwie żar zagasł, a jeszcze jest gorący. Zakopać w popiele mocno, bo wtedy się nie zwęglą i do głębi upieką.
Z dłoni go w dłoń przerzucać! dmuchać, bo gorący!
Parzy obłuskiwaną spieczoną łupiną!
Tknąć w sól z papierka! wchłonąć w usta chuchające,
Żeby się na skaczącym języku rozpłynął!
Tak było, dokładnie tak było! Więc jedno mieliśmy z Tuwimem dzieciństwo! Ale co z podpłomykami? Ten dopiero jest przysmak pogański.
Łódkami się przez siwą Pilicę wracało,
Z prądem, z wiatrem, pod wieczór, pod zorzę wiśniową,
W milczeniu, zamyśleniu, z gorejącą głową.
Zawiesił głos i zamknął książkę.
Tak się ogień, popioły i smutek poznało.
Przetarł okulary z egzystencjalnej mgiełki i spojrzał na klasę. Nie stało się nic wielkiego, nie byłem przesadnie wzruszony, ale zrozumiałem, że ja z tej łódki już chyba nie zejdę.
----------------------------------------------------------
Cały wiersz Juliana Tuwima Kartofle jest tutaj.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Romantyczne medium

Kolejny eksponat muzeum rzeczy kiedyś użytecznych. Żadnej tandety: najszlachetniejsze tworzywo sztuczne, którego nazwa bierze się od hebanu - ebonit, przewody w osnowie z połyskliwej, czarnej tkaniny, a przede wszystkim odgłos dzwonka, co nie pochodzi z pliku, lecz z uderzania młoteczka o prawdziwy metal.

Wzór z lat 60. łączy urzędową powagę z marzeniami (posiadanie telefonu było w PRL marzeniem milionów), bo pryncypialną kanciastość łagodzą przyjazne zaokrąglenia.

Żadnej tandety i żadnego pośpiechu – wolno powracająca tarcza numerowa i wiecznie zajęty numer dziewczęcego akademika na Karolkowej. Było to bardzo romantyczne medium.

piątek, 24 lutego 2012

Suplement


Constantin Brancusi, Pocałunek, rzeźba [1913]
Podeszło do mnie Sumienie i dało kuksańca. Rzeczywiście, tego nie można było tak zostawić na weekend. Żeby zatrzeć lekkomyślne wrażenie, ratuję się znakomitym wierszem angielskiego poety, Hugo Williamsa (ur. 1942), w tłumaczeniu Piotra Sommera. Skwapliwie zgadzam się z konkluzją.
Kilka pocałunków z Kama Sutry

Pocałunek Zwierciadlany, ten, który się składa
Albo przesyła odbiciu
Albo cieniowi kochanka
W gładkim zwierciadle
Albo na oświetlonej ścianie
Albo na powierzchni wody,
Zwie się Pocałunkiem Zwierciadlanym
I jest jedynie jedną z wielu
Odmian pocałunku, jak dla przykładu
Pocałunek Równowagi, co jest wyrazem
Najwyższej czułości, jako że się go składa
Na powiece kobiety
Lub na koniuszkach palców u mężczyzny
I zwie się Pocałunkiem Równowagi,
Ponieważ nie powinien być za ciężki
Ani zbyt lekki. Z kolei Pocałunek
Budzący Pożądanie, ten, który
Na twarzy śpiącego męża
Składa kochliwa kobieta
Iżby pokazać swe zamiary albo
Namiętność, zwie się Pocałunkiem
Rozniecającym Miłość lub Pocałunkiem
Budzącym Pożądanie. A Vatsyayana wymienia
Wiele innych odmian pocałunków
Oprócz wspomnianych wyżej
(np. Pocałunek Upojenia), twierdząc
Że te nie będą potrzebne
Prawdziwie zakochanym.

środa, 22 lutego 2012

Synkopa


Currier & Ives, Kiss me quick!, chromolitografia [1850 – 1900]
Naprawdę, udało się nam latem z miłosną antologią. Z wdzięcznością pomyślałem o tamtych tekstach, kiedy rano usłyszałem jak kwilił ptak.

Bo pocałunek ma być niespieszny. Na początku jak pytanie, ale takie bez przesadnej intonacji i bez natarczywego domagania się odpowiedzi.

Nawet, gdy odpowiedź jest po twojej myśli, smakuj ją powoli: udawaj, że nie zrozumiałeś lub nie jesteś pewien. Powinieneś kluczyć, w zastanowieniu przygryzać wargi, nagle gwałtownie przeć do przodu, żeby po chwili znów zawisnąć jak jastrząb zanim spadnie z góry.

To milczące przekomarzanie się jest po to, aby oczekiwana namiętność buchnęła żywszym płomieniem.

Bądź w tej grze wyrachowany w męski sposób, który nie bierze się z niskiej kalkulacji, lecz z odpowiedzialności za obrót spraw.

Słuchaj jazzu i staraj się zrozumieć synkopę. Nic nie jest przesądzone. Zawsze masz wybór i daj go drugiej stronie.

Nie przesadź jednak z konsultacjami i nie bądź nadmiernie opieszały. W żadnym razie nie pozwól, żeby płomień zgasł.

Pamiętaj, na co cię powołał Pan. Obowiązek swój wykonaj godnie i z najwyższą pieczołowitością.
O, ile od tkliwości i miłości pościł,
Aby wszedł pod Jej włosy jak w żywiczny kościół.
Pojrzał wpierw po witrażach, w środku twarzy stanął,
A tam wyżej - na czole - stał już słońca anioł.
O, jakże się przepłoszył, ucieszył, przyczaił,
Że sam jeden stratuje każdy blask w tym kraju.
Nie usypie spod palców niczego prócz zgliszczy,
A co zacznie miłować, miłowaniem zniszczy.
(...)
Stanisław Grochowiak, Bitwa

wtorek, 21 lutego 2012

Ty sługo moja i moja królowo...

Była z tobą od początku i dlatego uważałeś, że nic jej nie jesteś winien. Krzywdziłeś ją i kaleczyłeś nieraz, a teraz wiesz, że dała ci wszystko i wracasz do niej syn marnotrawny.

To na pewno sprawa wtórnego sentymentalizmu, co atakuje z wiekiem, ale niech się nie śmieją młodzi. Może też kiedyś wrócą.
... jak paw, co w tęczach się własnych podoba,

ogon stubarwny i swe skrzydła oba
rozwijasz, lustro czyniąc słońcu jawne,
by blaski z niego szły na ciebie sławne
i jasność większa, kraśniejsza ozdoba,
i tak królujesz śród bogactw bez miary,
w gwiazdy ubrana i w lutniane czary —
a świat ci zda się jeno złotą gadką
i dźwięków morzem: o ty polska mowo!
ty sługo moja i moja królowo,
moja kochanko i siostro, i matko!
Jerzy Żuławski, Polska mowa 
Dziś Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego.
Przed sześćdziesięciu laty, 21 lutego 1952 r. w Dhakce (Bengal Wschodni - dzisiejszy Bangladesz), podczas demonstracji domagającej się ustanowienia języka bengalskiego językiem urzędowym, zginęło pięciu studentów.

Lekcja polskiego, słowa: Agnieszka Osiecka, muzyka: Maciej Małecki, śpiewa Anna Żebrowska [1967]

sobota, 18 lutego 2012

E-maile ze szpitala


Ukazał się najnowszy numer internetowego pisma literackiego Kwartalnik, a w nim na stronach 98-106 znana już niektórym relacja z ostatnich siedmiu tygodni życia Michała Łukaszewicza. Zdawałem ją na bieżąco w e-mailach wysyłanych do Jego znajomej w Kanadzie.

Ilekroć czytam E-maile..., mimo logiki nieodwołalnego końca, odnajduję w tekście coś krzepiącego. Patrzę na wspaniałych ludzi i po raz ostatni na niezwykłą osobowość naszego Przyjaciela. W miejscu żałoby jest we mnie wdzięczność, że był wśród nas.

Bywają nawet rzeczy zabawne, jak choćby ten dowcip Michała o Kowarskim.
Dziś w najlepszej formie z ostatnich tygodni. Ewa znów pod jego urokiem i postanowiła zostać do końca. Kiedy przyjechałem, Mirka ustąpiła mi miejsca przy łóżku, a sama usiadła u jego nóg. Ona trzymała go za nogę, ja za rękę. Rozmawialiśmy przyjaźnie jak nie pamiętam kiedy.
O Indiach, gdzie byliśmy wspólnie we troje, o tym jak bardzo zmieniliśmy się, wreszcie o polityce. Michał od czasu do czasu wpadał w leciutki patos, jakby czuł się zobowiązany do ostatecznego przekazania sumy swych doświadczeń w uniwersalnej formule. Jednak i to podszyte było delikatnym futerkiem autoironii. Najbardziej nas rozbawił, kiedy powiedział, że rozmawiał dziś z Kostynowiczem. „Porozmawiałem z nim, bo snuł się wokół odsunięty. Jak Żyd z Wesela”.
Zapraszam. Kwartalnik (w formacie pdf) jest do pobrania lub czytania on-line tutaj. E-maile zaczynają się od strony 98.

-------------------------------

* * *
kiedy dotarli
pierwszy
w niemodnym palcie i zgarbiony
wysiadł
drugi położył się na dnie łódki
nie rozbili namiotu
nie rozpalili ogniska
nie otworzyli butelki
osobną mieli drogę


 
blogi