wtorek, 23 marca 2010

Raport poranny 1

Na stawie zima ustępuje wolniej
i lód jeszcze wiąże tęgo.
Samica krzyżówki smętnie sterczy na tafli
i obserwuje popisy dwóch samców. To powinno być pływanie figurowe, ale czas goni, więc trzeba improwizować w powietrzu.
W ogrodzie zakwitają niewydarzone w tym roku krokusy. Myślę jednak, że jakoś to będzie.

poniedziałek, 22 marca 2010

Pan M. słucha Bacha

Czy ktoś pamięta Magamenela? Ten mroczny typ to personifikacja naszej cywilizacji, właściwie cywilizacji zachodniej. Pisałem o nim w grudniu ubiegłego roku:
Witałem kryzys z pewną nadzieją. Nie, nie pragnąłem, żeby wszystko się zawaliło, ale liczyłem na refleksję, na zatrzymanie szalonego pędu konsumeryzmu, na przeciwstawienie się wszechwładzy korporacji. Czuło się, że neoliberalny sen wariata nie może dłużej trwać, że ustawiczny imperatyw wzrostu jest bez sensu.

Minął rok. Megamenel podniósł się. Poobijany, z nieświeżym jeszcze oddechem chwiejnie stawia pierwsze kroki. W którą pójdzie stronę?

Nie mam dla niego już tyle czułości, co przed rokiem. Wcale nie jestem pewien, czy wszystko przemyślał, to znaczy czy przemyśleliśmy wszyscy (mam wrażenie, że szczególnie w Polsce mało kto).
Oczywiście myliłem się. O te sprawy martwią sie poważniejsze głowy. Trzy tygodnie temu ukazał sie w "Gazecie Wyborczej" wywiad Piotra Burasa z Meinharde Miegelem, znanym niemieckim ekonomistą i analitykiem społecznym. Powiedział w nim rzeczy z jednej strony wstrząsające, lecz z drugiej krzepiące. Jego główne teza mówi, że kryzys ma charakter permanentny, że po chwilowym wzroście nastąpi ostateczne załamanie, które doprowadzi do przewartościowania prawd ekonomii i polityki społecznej. Oto ważniejsze myśli:
Nieodwracalnie zużyliśmy wielkie ilości ropy, gazu, węgla, zniszczyliśmy środowisko. I nie zapłaciliśmy za to rachunku. To, co było, wzięliśmy za darmo albo po wziętej z sufitu, śmiesznie niskiej cenie. W dodatku budując dobrobyt, zaciągaliśmy jeszcze długi.

Niezależnie od tego, czy wzrost gospodarczy nam się podoba, czy nie, to w krajach zachodniej półkuli jego czas minął.

Jeśli dla kogoś źródłem zadowolenia jest powiększanie materialnego bogactwa, to powinien jak najszybciej zastanowić się, co robić, by nie stać się z tego powodu nieszczęśliwym.

Zamiast coraz więcej wytwarzać, będzie coraz więcej naprawiać. Będzie to "społeczeństwo reperowaczy". Coraz częściej zepsuty budzik czy pralka nie będą lądować w śmieciach, lecz zostaną naprawione. Bo produkcja wymaga ponoszenia ogromnych kosztów, które odpadają przy okazji naprawy.

Nasz stosunek do dóbr materialnych, bogactwa i przepychu musi się zmienić. Może dojdziemy do momentu, kiedy gospodarz będzie prosił swoich gości, by kilkulitrowych krążowników szos nie parkowali pod jego domem, bo rażą jego poczucie dobrego smaku?

Dobrobyt coraz częściej będziemy musieli mierzyć w kategoriach niematerialnych. Nauka języków obcych, umiejętność gry na pianinie, rozumienie sztuki czy szacunek u innych ludzi - to formy dobrobytu, którymi musimy nauczyć się cieszyć.
Jak ożywczy wiosenny deszcz spadły na mnie ostatnie słowa. Po raz pierwszy żałuję, że nie mam przed sobą bardzo wielu lat życia. Teraz już chciałbym zobaczyć przyszłość i szlachetny upadek pana Megamenela.

Tego dnia ubierze swoją starą ulubioną marynarkę (właśnie wymienił w niej podszewkę), weźmie pod rękę swoją damę i pieszo udadzą się na koncert. Powiedzmy, że będzie to Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha, powiedzmy Pasja według św. Mateusza.  I od stu lat po raz pierwszy zapłacze, kiedy usłyszy początek arii "Können Tränen meiner Wangen".
Jeśli łzy na moich policzkach
Nic nie mogą
To weź moje serce
I pozwól by dla strumieni
Twej Krwi z ran szlachetnych
Stało się kielichem

piątek, 19 marca 2010

Nie można jej powstrzymać

Alfons Mucha, Zima
Ta panna w białej opończy, zamyślona i nieprzystępna właśnie odchodzi. Prawdę powiedziawszy czas najwyższy. Owszem, piękna jest, ale ten jej chłód był już nie zniesienia.
Mijają się w przejściu, ta w opończy nawet nie spojrzy na tę nową. Zawsze taka była.
 Alfons Mucha, Wiosna
Jak dobrze, że już jest. Prawie się spóźniła, ale nie będę czynił jej wymówek. Idzie powoli, lecz nie można jej powstrzymać, więc zamykam oczy i otwieram serce. Zróbcie to samo.
You can never hold back spring
You can be sure that I will never
Stop believing
The blushing rose will climb
Spring ahead or fall behind
Winter dreams the same dream
Every time

Baby You can never hold back spring
Even though you've lost your way
The world keeps dreaming of spring

So close your eyes
Open you heart
To one who's dreaming of you
You can never hold back spring

Remember everything that spring
Can bring
Baby You can never hold back spring

czwartek, 18 marca 2010

Melancholijnie

Bywa często w korespondencji, również w komentarzach do blogu, a na Facebooku to już z zasady, że się odsyła niemal bez słowa pod jakimś adresem do Youtuba, Wrzuty czy gdzie indziej. Nie chcę nikogo urazić, ale odbieram to jako delikatne nadużycie, jako zasłanianie się cudzymi myślami i trochę nonszalanckie. Jakby się powiedziało:
- Nie chce mi się (nie potrafię) pisać tego, co aktualnie czuję. Pooglądaj sobie, to zrozumiesz.
To coś pod adresem jest przeważnie niezłe i bywa zabawne, ale chciałoby się minimalnego wkładu własnego, śladu intelektualnego przesłania.

Ktoś sprostował, że to nie listy ale odsyłacze, ktoś inny użył znanego w językoznawstwie określenia "fatyczny". Te odsyłacze pełnią funkcję fatyczną, czyli służą nie tyle wymianie myśli, ile podtrzymywaniu kontaktu. To takie internetowe "taaak", "zoba...".

Taaak. Posługujemy się jednak nie swoją własnością intelektualną. Dodajmy coś od siebie.  Obrazek, melodia czy zdjęcie niech będą ilustracją, ale Twoich myśli, czy choćby Twojego zachwytu.

Dopisz jedną linię własną ręką. Pisałem o tym do kogoś i zilustrowałem tym fragmentem wiersza, który śpiewała Ewa Demarczyk. Podpisałem, że to "Pocałunki" Marii Jasnorzewskiej - Pawlikowskiej. Potem sprawdziłem i okazało się, że ta akurat strofa pochodzi z wiersza "List" francuskiego poety Blaise Cendrarsa. Znalazłem tekst (to pierwsza zwrotka) i pomyślałem, że przytoczę tu cały, bo jest piękny.

Niżej "Pocałunki" Ewy Demarczyk, wersja śpiewana na żywo, kilkanaście lat po pierwszej. Nagranie jest bardzo ciche, ale musiałem je dać, bo ten tekst w ustach kobiety dojrzałej brzmi niezwykle przekonująco i melancholijnie. Odpowiada mi to dzisiaj.
LIST

Powiedziałaś mi kiedy do mnie piszesz
Nie wystukuj wszystkiego na maszynie
Dopisz jedną linię własną ręką
Kilka słów cokolwiek nic wielkiego

Tak tak tak tak tak tak tak tak

A jednak moja maszyna Remington jest piękna
Lubię ją i dobrze przy niej pracuję
Moje pismo jest wyraźne i jasne
Od razu widać że to ja je wystukałem

Są tam białe miejsca które tylko ja jeden umiem zostawić
Zobacz moja stronica ładnie wygląda
Ale żeby sprawić ci przyjemność dopisuję atramentem

Dwa trzy słowa
I robię wielkiego kleksa
Abyś nie mogła ich odczytać
Przełożyła Julia Hartwig

środa, 17 marca 2010

Niska pliska

fot. Benjamin J. Falk
Kiedy tak patrzę na te panie praczki (reklama mydła - Kirkman's Borax Soap sprzed 120 lat), to myślę, że nie miały kiedyś kobiety lekko. No bo

tu ramiączko, tutaj patka
łatka, skos, zaszewka, klapka
tu wiązanie, tu marszczenie
stębnowanie, wypuklenie
pliska? - niska
mufka? - szlufka
twardy gorset i sznurówka
szew wbrew (haftka i lamówka)

frędzel? - w pędzel
karczek? - w barczek
(bez cekinów i kokardek)
rąbek? - w ząbek
pasek? - wprasek

Pominąłem rzeczy masę.

poniedziałek, 15 marca 2010

Znak?

No to trafiło się dziś o świcie ślepej kurze. Wiedziałem, że będzie pięknie, bo ani chmurki, świeży śnieg i minus 10 stopni. Pierwsze minuty świtu są najważniejsze, bo słońce pada ukośnie, a wtedy zdają się rzeczy niezwykłe. Czym prędzej załadowałem aparat i wybiegłem z Bubą.
Kiedy weszliśmy na olbrzymi ugór na Mysiadle pod wschodnią skarpa widać było mgłę. To pod wpływem marcowego słońca parował biały puch, którego w nocy spadło co nie miara.
Prześwitujące przez świerki promienie tworzyły w oparach chętną złudę.
Hovawart Buba
Buba zwykle niewrażliwa na krajobraz przypatrywała się teatrowi cieni.
I stało się. Znowu zobaczyłem Serafina i ten Znak, jakby wbity w skarpę. Bardzo nie jestem godzien i wiem, że to złudzenie. Przyznacie, dość piękne jednak.

niedziela, 14 marca 2010

Tajemnica obiektywu

Tu parkuję i wchodzę do lasu. Tego dnia (trzy lata temu - 13 marca 2007) przez cały spacer łapałem wschód słońca między bezlistnymi drzewami. Kiedy wyszedłem, okazało się, że słońce uciekło zza drzew i że to latarnia. Potem wiele razy, nawet dzisiaj, próbowałem odnaleźć ten klimat, ale już nigdy nie było tak pięknie. To nieprawda, że można wrócić do tego samego pejzażu. On, jak większość rzeczy w życiu, zdarza się tylko raz.

Fotografowanie, zwłaszcza dla początkujących to ruletka. Nigdy nie wiadomo, co okaże się niezwykłe, a co banalne i nietrafione. Ja nie umiem robić zdjęć. Kiedyś pojechałem prywatnie do Indii i umówiłem się z redakcją (pracowałem wtedy w „Kontynentach”), że przywiozę jakieś zdjęcia. Po wywołaniu nie przyniosłem żadnego i skłamałem, że mi się zepsuł aparat.

Niektórzy jednak mają szczególny talent i niemal każde ich zdjęcie, nawet mimowolne, ma sens i elegancję.
Całe szczęście w fotografii cyfrowej nie trzeba się ograniczać i nawet zupełnie ślepa kura coś tam wygrzebie. W środę wykonałem chyba 400 zdjęć, w większości kaczkom krzyżówkom, które siedziały leniwie na trawie w Ogrodzie Krasińskich (to park mojego dzieciństwa). Niektóre ze zdjęć są bez zarzutu i mogłyby służyć jako ilustracja w książce o ptakach. Ja cenię tylko jedno. Technicznie niedoskonale, bo nierównomiernie naświetlone i niezręcznie kadrujące ptaka. Ma jednak w sobie coś, co każe zastanowić się przez chwilę. Jakiś nastrój, a może tajemnicę? Pisałem nieraz: przypadkowe zdjęcie pokazuje tajemnicę. Obawiam się, że w tym wypadku nie dowiemy się jaką.

środa, 10 marca 2010

Jak skowronek nad polem

 Giovanni Pintori, plakat, Mediolan,1953.
Internet doprowadził do gwałtownego skrócenia dystansu, do daleko idącej bezceremonialności. Oto dostałem e-mail z pewnej znanej internetowej księgarni zatytułowany: O seksie w wielkim mieście, technikach perswazji i perfekcjonizmie. W zawartości oczywiście oferta książek, płyt i filmów.

Tak, księgarnia przestała być szacownym i dyskretnym przybytkiem kultury. Już samo przypuszczenie, że interesuje mnie kategoria perfekcjonizmu uważam za mało elegancką aluzję. A co dopiero propozycja poznania technik perswazji w celu uprawiania seksu w wielkim mieście? Skąd założenie, że ja w ogóle o tym myślę? A jeżeli nawet, to dlaczego perswazja? I dlaczego w wielkim mieście? A to już kobietom w małych miasteczkach w Polsce B od życia się nic nie należy? A na wsi lub w odległej osadzie leśnej mają tylko drzeć pierze i śpiewać smętne piosenki?
Pieze dzeć, pieze dzeć
kazała mi mama,
ja jej pedziała, ja jej pedziała
niech sie skubie sama.
Żaden wynalazek nie zmienił tak bardzo świata jak internet. Maczałem kiedyś pióro w kałamarzu, a dziś wystukuję (mam przyzwyczajenie z pisania na maszynie, że stukam mocno) i czytają mój ciepły komunikat niemal równocześnie ludzie na antypodach. Czytają albo nie.

Pewno żadne to odkrycie, ale w internecie, jak nigdzie indziej trzeba ważyć słowa. Napisane i wysłane są nieusuwalne. Nie można - jak w rozmowie bezpośredniej - powiedzieć coś ostrzejszego, a po chwili się uśmiechnąć. Tu wypuszczona strzała sięga celu, tkwi i rani. I wszyscy widzą.

Podobnie ze słowami gorącymi - w sieci często widać ich naiwność i pustkę, albo, gdy osobiste i pochopne, mogą wywołać niezamierzone afekty i komplikacje emocjonalne.

Jak nigdzie sprawdza się przysłowie, że słowo wylatuje ptaszkiem, a wraca wołem. A chciałoby się, żeby wyleciało radosne i potem wisiało jak skowronek nad polem.

Gdy słucham tej piosenki, to widzę tamto wzgórze Cieślar w Cieszynie, pole, nad nim skowronki. I pantofelek biały. Myślę, że każdy ma takie pole.

poniedziałek, 8 marca 2010

Miss Flapper

 John Held, okładka magazynu Life, luty 1926.
Trochę mi brak, trochę mi brak panny Flapper. Beztroskiej i łamiącej zmurszałe zasady. Nie służebnicy ani strażniczki ogniska, lecz pani samej siebie.

Och, to żadna tam feministka ani aktywistka, to istota prawdziwie wolna i niezależna.
Boicie się o mnie? Dlaczego?
Ach, życie jest burzliwe i złe nieskończenie,
lecz czy potrzeba syrenie
pasa ratunkowego?

Maria Pawlikowska-Janorzewska, Bezpieczeństwo, z tomu Pocałunki, 1926.
Panna Flapper zaginęła niestety w wyniku następstw Wielkiego Kryzysu w 1929 r.

Myślę, że tylko ona, wiem, że tylko ona nauczyłaby starego wyżła nowych sztuczek.

piątek, 5 marca 2010

W marcu

W dzień poprzedzający 8 marca 1968 Michał zapisał w dzienniku:
7 III 1968 r.
Pojawiły się ulotki. Jutro na 12 zwołany jest wiec na Uniwersytecie. Oczywiście będziemy tam bez względu na okoliczności.
O wiecu powiedział nam Jurek T., pięć lat lat starszy kolega z grupy literackiej, student III roku historii UW. Jurek pochodził z Łowicza, gdzie jak na całym Mazowszu głoskę „l” przed „i” wymawia się twardo. Zmiękczał za to spółgłoski sz, ż, cz i dż.
- Właściwie moglybyśmy też napisać lyst, ale wystąpimy z transparentem ”Dziady tak, Michnik nie”.
Nie do końca wiedziałem o co chodzi:
- A przeciwko komu tam ten Michnik?
- Jak to? Przeciwko Żidom.
Czuliśmy się jak listopadowi spiskowcy, kiedy skradaliśmy się przez park Krasińskich do Rynku Nowego Miasta, drewnianymi schodami koło wieży św. Mikołaja i wzdłuż skarpy wiślanej. Potem skarpą za Pałacem Kazimierzowskim do góry. Tam pod murem, pomiędzy polonistyką a stołówką pracowniczą ukryliśmy ten kij od szczotki z przybitą tekturą.

Wobec powagi wydarzeń następnego dnia, zapomnieliśmy o naszej misji. Podobno koledzy widzieli później nasz transparent wśród mioteł i szufli do sprzątania śniegu.

Wstydzę się tamtej głupoty, bo współbrzmi z dzisiejszymi wściekłymi atakami na M. Przez wiele lat nie miałem śmiałości, ale teraz zapytałbym: była to jakieś zadanie zlecone, czy tylko własna inicjatywa domorosłego polityka? Niestety, Jurek nie żyje od dziewięciu lat. Był ateistą i prawicowcem zarazem, na swoim wydziale historii uważał Michnika za lewicowca - stąd być może to "Michnik nie".

Widziałem wszystko, co ważne 8 marca: słyszałem kuranty na zegarze BUW o 12, potem podniesiona na ramionach kolegów długowłosa dziewczyna w okularach, odczytała rezolucję. Zetemesowcy spod kiosku Ruchu skandowali „Rozrabiacze, rozrabiacze”, wysłano delegację z petycją do rektora, najechał aktyw, niepyszny odjechał, a na koniec wbiegł zwarty oddział ZOMO w hełmach i z długimi pałkami.

Rozpierzchli się wtedy wszyscy, duża część wymknęła się przez bramę od Oboźnej, inni pochowali się po uniwersyteckich budynkach. Główne zajścia przeniosły się na Krakowskie Przedmieście. Czułem, że chwila jest historyczna i ze stopni kościoła św. Krzyża robiłem zdjęcia radziecką „Smieną”, którą ukrywałem w wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Stałem w tłumie naprzeciw bramy głównej uniwersytetu, po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia. Powoli oczyszczali teren uczelni. Bramę zamknęli i pojedynczo wypuszczali ludzi przez furtkę. Przechodziła drobna blondynka, doskoczył do niej tajniak i bił pałką aż upadla. Z prawej strony, gdzieś od Sigmy czy od baru mlecznego, podbiegł wysoki żołnierz w przydługim szynelu i w rogatywce. Odepchnął oprawcę, pochylił się i podniósł dziewczynę.


To było jak z filmu Wajdy, z Żeromskiego czy z obrazów Kossaka. Bezwarunkowa szlachetność w polskim mundurze przeciw zdziczeniu.
Po chwili kilku tajniaków wlokło oboje do milicyjnej nyski. Niedługo wzięli i mnie. Pewno zauważyli, że robiłem zdjęcia, a w dodatku miałem brodę, czyli dla nich byłem Żydem. Może myśleli, że kimś ważnym, bo zatrzymali taksówkę i zawieźli do Pałacu Mostowskich. Tam odebrali pasek i sznurówki. Jedno czy dwa przesłuchania. Zobaczyli, że mam 19 lat i pewno sprawdzili, że byłem nieznany. Trzymali jednak póki mogli, czyli 48 godzin. I nie oddali filmu.

Czterech nas było pod celą. Pierwszy to wysoki szpakowaty i małomówny gość. Powiedział nam, że jest studentem IV roku Politechniki, ale nawet ja nie dałem się nabrać. Nie wiem, czy był z nami dłużej niż 12 godzin.

Drugi to warszawski cwaniak - chuligan. Niewysoki, z rudą brodą, życzliwy wobec politycznych, starał się nas zapoznać z więziennymi obyczajami. Mówił, kto to jest profos, co to prokuratorskie sankcje, a przede wszystkim radził, żebyśmy starali się uniknąć kolejnego aresztowania na 48 godzin i od razu „dawali w długą”. Nie rozumiałem, ulica Długa wprawdzie była po lewej stronie, ale ja byłem z Muranowa i bardziej mi pasowało uciekać w prawo, w Nowolipie.

Trzeci nazywał się Temkin. Drobny, czerniawy (pół krwi Gruzin), w okularach miał aparat słuchowy. Urodził się w strasznych warunkach gdzieś na Gułagu, gdzie tuż po wojnie zesłano jego matkę. Była przedstawicielką jakiejś polskiej centrali handlu zagranicznego w Moskwie. Szykowna kobieta chodziła w modnych wówczas wyżłobionych koturnach. Jakiś nisko węszący agent zauważył je na ulicy i wziął za skrytkę na mikrofilmy. W obozie poznała jego ojca.

Potem czytałem w prasie podziemnej, że Temkinowi wytoczyli w Marcu 68 sprawę za wznoszenie antyrządowych okrzyków. Nie bardzo mogłem sobie wyobrazić, bo był niezwykle wątły, miał wadę słuchu i mówił niezwykle cicho.

Trzydzieści osiem lat później, w czerwcu 2006 znowu o nim przeczytałem:
- Ciągle słyszymy "Ty Żydzie je*any, powtórzymy Oświęcim, drugie Jedwabne, powiesimy was" - mówi Eugeniusz Temkin. (…) Kilka razy musiałem uciekać, w zeszłym roku zostałem brutalnie pobity - dodaje.”
Dwa lata później, a więc czterdzieści lat po marcu ta sama Gazeta Wyborcza pisała:
Eugeniusza Temkina i jego syna Aleksandra prześladowali chuligani jednego z warszawskich osiedli, bo uznali ich za Żydów. Prokuratura zajęła się sprawą i przyznała, że Temkinowie byli prześladowani, ale umorzyła śledztwo, bo...nie są Żydami.
----------------------------------------------------------------------------
Epilog
Ilustracja ex post do pierwszego komentarza. Oto przybył mi czytelnik. Nie wiem, czym sprawiłem mu przykrość. Czy tym, że nie wyciągnęliśmy transparentu, czy rozzłościła go ta nie dość skatowana dziewczyna, czy poczuł zew krwi czytając obelgi wobec Temkinów?

Przyzwoity Człowiek (tak siebie nazywa) napisał dobę po ukazaniu się powyższego posta (6 marca o godz. 12.35):
Żałosny cynglu, robiący za POstępowca..... Jak się domyślam, nie chcesz przyjąć do wiadomości, że nikogo nie interesują ani twoje GW-niane wypociny, ani konflikt między żydokomuną i chamami komunistycznymi w 1968 r. Byliście łajdacy siebie warci!! Ale proszę; nie wciągajcie w swoje szambo przyzwoitych ludzi...
Kiedy zdecydowałem, że komentarz odbiega jednak stylem od pozostałych i go wykasowałem, odezwał się raz jeszcze pół godziny przed północą.
dlaczego czosnkojadzie wykasowałeś mój post? masz pietra zboczeńcu POstżydoubecki?
Ta historia nie skończy się nigdy, będzie trwała póki ludzkość. Zawsze się znajdzie ktoś, kto nienawidzi i chce podpalić świat.

czwartek, 4 marca 2010

Kalosz

George Vander Slui, Children's drawings (1939)
Już na pierwszy rzut oka widać było, że ma ciąg do aktorstwa. Zwracał się do rozmówcy, ale jakby jeszcze do kogoś z boku.

W szkolnym teatrze pani Koszutskiej grywał początkowo ogony w Żeromskiego "Wiernej rzece" i "Róży". Za to w "Niemcach" Kruczkowskiego wziął już wielką rolę SS-Untersturmführera Willego Sonnenbrucha. To dość wyrazista i cyniczna postać. Przede wszystkim jednak w mundurze. Mundur był staranny: lśniące oficerki, bryczesy, a na patkach dwie złowrogie błyskawice.

Przygotowywał się najwyraźniej metodą słynnego teoretyka teatru Stanisławskiego, polegającą na wzbogacaniu środków aktorskich poprzez obserwację i własne przeżycie, bo podczas przerw szkolnych spacerował między nami ubrany w ten czarny, esesmański mundur.

Krysia S. napisała na forum klasowym:
To był mój sąsiad. Pewnego wieczoru, zapukał do naszych drzwi mieszkania na Smoczej, ubrany w ten niemiecki mundur. Mama, która otworzyła mu drzwi o mało nie dostała zawału, myśląc, że wróciła okupacja (przeżyła w Warszawie okupację, Powstanie i wypędzenie do obozu w Pruszkowie). On był cały szczęśliwy.
Musiał naprawdę być dobry, bo z tamtego przedstawienia pamiętam tylko jego, a zwłaszcza scenę, kiedy SS-Untersturmführer Willi stoi rozkraczony przed biednym więźniem:
A! Joachim Peters! Patrzcie, patrzcie! Przepraszam, że nie poznałem od razu...
W jego głosie była ironia i narastające okrucieństwo. Bardzo realne, bo cedząc słowa smagał się od niechcenia skórzanym pejczem po czarnych oficerkach.

Premiera była jakoś zimą, natomiast w końcu kwietnia podczas lekcji słychać było w szkole dziwne dźwięki.

Michał Łukaszewicz zapisał w opartym na faktach opowiadaniu "Ćwiczenia dykcji w Liceum im. Bartłomieja Malinowskiego" *:
Znalazłem się pierwszy przy wielkim oknie sali gimnastycznej, lecz ani słowem nie zdradziłem Grzegorzowi tego, co w niej ujrzałem. Oddychaliśmy nierówno, głęboko.

Na środku sali stał samotnie „Kalosz" w pozie wyrażającej skupienie i ślad wewnętrznej, duchowej pracy. Wydawało się, że rozmyśla, czeka, zbiera się w sobie. Wreszcie zdecydował się, odrzucił energicznym gestem głowę do tyłu i zawołał wytężonym, ale silnym i pewnym głosem coś, co już dawało się zrozumieć:
- Eękujemy ...a ...ysiąc ...ul ...a ...ysiąclecie.
Pierwszego Maja ubrani w białe bluzeczki i koszule szliśmy zwartą kolumną. Pięć metrów przed nami on z dumnie, po robociarsku odrzuconą głową raz po raz grzmiał już bez zastanowienia w kierunku trybuny honorowej.
- DZIĘKUJEMY ZA TYSIĄC SZKÓŁ NA TYSIĄCLECIE !
* * *
Kalosz niestety nie został aktorem, lecz milicjantem. Dziś jest na emeryturze. Spolegliwy i ciepły kolega ma chyba sześcioro wnucząt, łowi ryby i dorabia w firmie ochroniarskiej.
-------------------------------
* - Michał Łukaszewicz „Pieśń żarłocznej szarańczy” Warszawa. Czytelnik 1980

wtorek, 2 marca 2010

Piwołaźnia

Dziś kolejny tekst mistrza Michała Łukaszewicza. Trochę się zdezaktualizował, bo zdaje się tego mlecznego baru już nie ma. I poprawność polityczna nieco inna, ale co za prawda czasu, prawda ekranu, prawda.  Byłem w tej łaźni na piwie chyba raz.

Piwołaźnia

Tuż obok uniwersytetu (dziś wystarczy minąć księgarnię Liber i ostatni chyba w Warszawie bar mleczny) otwiera swoją przepastną otchłań brama domu zwanego przed wojną Domem pod Messalką. Mieszkała w nim znana aktorka, a oprócz tego mieścił się podobno przybytek łatwych rozkoszy. Żartowano, że Chrystus sprzed kościoła św. Krzyża nie chce o niczym wiedzieć, wybacza, a nawet jakby wskazywał drogę.

Przedwojnie to epoka dinozaurów. 65 milionów lat wstecz. Dla mnie to miejsce kojarzy się ze studenckimi latami 69, 70, 71, kiedy łaziliśmy tam na piwo do miejskiej łaźni. Było to najbliższe i najtańsze piwo w promieniu jakichś pięciuset metrów. W ciasnej i długiej bramie głos dudnił jak w studni.
- Ile masz?
- No... trzy pięćdziesiąt.
- To trzeba było zostać na wykładzie!
Ale wykłady na polonistyce bywały bardzo nudne. Poza tym picie piwa w łaźni było wtajemniczeniem. Trzy chybotliwe plastikowe blaty na żelaznych nóżkach i rytualne pytanie "Babci" z szatni:
- Panowie tu po co?
- Tylko po jednym! - rytualna odpowiedź.
"Babcia" robi nam łaskę, mierząc lekko pogardliwym spojrzeniem. Butelki od piwa maja pojemność mniejszą niż dzisiejsze, 0.33 litra. Nie wiadomo kto ma trochę kasy, ale wiadomo, że nie i tak nie skończy się prędko.
- Ty k... - mówi polonista do polonisty. - Czy ty nie rozumiesz, że bez egzaminu z gramatyki opisowej wylecisz ze studiów?
- To co ja mam k... robić, jak mi ten Talmud nie wchodzi do głowy?
- Kto ty jesteś, polonista czy wariat?
- Ja lubię wiersze.
- Na polonistyce nie ma wierszy!...
Gruba babcia patrzy na nas z jeszcze większą pogarda. Dzierga na drutach sweterek.
- Proszę ciszej! - mówi. Zza uchylonych drzwi łaźni wychodzi jakiś mężczyzna.
- Pedał!
- A skąd wiesz?
- Bo tylko my tutaj przychodzimy bezinteresownie.
My. Poloniści, piwożłopcy.
------------------------------
Uwaga: Post o panu Gon-Med został ubogacony nagraniem Wiesława Dymnego o Majewskim. Pyszne!

poniedziałek, 1 marca 2010

Cały ten koszmar

Plakat, publ. Moskwa (1920)
Kiedy sięgnąć głębiej, to nie wszystko w dzieciństwie było takie sielskie. Na przykład szkoła. Gdy po wakacjach wchodziłem w szkolne mury, zapach świeżo wypastowanych podłóg wywoływał delikatne ściskanie w dołku.

Mój kolega z klatki, Marek, kiedy wstępował po raz pierwszy, zaparł się i trzymał mocno za framugę, aż matka z nauczycielką wepchnęły go jak cielaka do zagrody. Słusznie przeczuwał.

Mimo, że były jakieś lekcje kaligrafii, bazgrałem. Dosłownie. Może to jakieś porażenie, a może dlatego, że stalówki rozczepiały się i zamulały włóknami celulozy, atrament w kałamarzu podchodził wodą i szczerze powiedziawszy pachniał sikami (szkolna legenda pierwszoklasistów głosiła, że to sprawka drugoroczniaków). Obsadka też była paskudna, bo obgryziona, ale to już moja robota.

Tablica nigdy nie dawała się dobrze wytrzeć. Jeszcze nie było gąbek i wiecznie mokra ścierka nieładnie pachniała. Kreda, która jakoś zawsze leżała pod nią, była wilgotna i nie chciała pisać. Właściwie to dobrze, bo całkiem sucha wydawała przy pisaniu zgrzyt, na którego wspomnienie jeszcze dziś dolna partia pleców marszczy mi się z trwogi.

To był marcowy poranek. Zwykle dobrze widoczna, wystająca ponad budynki iglica nowiutkiego Pałacu Kultury, tym razem tonęła we mglistej chmurze. Od jej wierzchołka przez parę pięter powiewały dwie szarfy. Biało-czerwona i czarna.

Kiedy wbiegliśmy rozbawieni do klasy, na biurku nauczycielki stało krzesło, a na nim, zdjęty znad tablicy, gdzie wisiał obok godła, teraz oparty ukośnie i opasany czarną krepą, portret jegomościa z wąsikiem. Całą lekcję pani opowiadała, że Bolesław Bierut to był bardzo dobry człowiek, że wielka strata i powinniśmy być smutni.

Potem odezwał się dzwonek, wszyscy radośnie wybiegli na hol, gdzie rozpoczęło się ganianie oraz śpiewanie i tańce. Tylko ja snułem się ponury pod podcieniami. Chyba kiepsko musiałem wyglądać, bo podeszła do mnie znajoma matki i zapytała, czy nie jestem chory.

Tak, szkoła to było potworne skrępowanie indywidualności, nieustające obowiązki, wieczne pretensje i manipulacja. Kiedy jednak zapaliło się światełko wolnej wiedzy, kiedy można było buszować w szkolnej bibliotece, potem czytać i czytać, robić doświadczenia na lekcjach chemii i fizyki, uczestniczyć w cudownych lekcjach polskiego z Piotrem Wierzbickim, ścigać się i skakać w dal, to dało się, naprawdę dało się znieść cały ten koszmar.

piątek, 26 lutego 2010

Delikatne ręce kobiet

Plakat, publ. Moskwa (1950)
Jestem rozdarty. Podpisałem się pod obywatelskim projektem ustawy parytetowej, która zapewnia nie mniejszą niż 50 procentową obecność kobiet na listach wyborczych.

Przez całe życie byłem jednak przekonany, że kobieta to twór poniekąd nie z tego świata, anielski i tajemniczy. Jak teraz zaprzeczyć temu przekonaniu? Dekretować, że ma takie same prawa, skoro zawsze uważałem, że ma większe?

Russell Patterson, Where there's smoke there's fire (1920-30)
Ten mój stosunek do kobiet, poza oczywistą predylekcją biologiczną, bierze się zapewne z przedwczesnej inicjacji romantycznej. Dzisiaj nie do wyobrażenia jest tamta agresja idealizmu.
Trudno, spaczony jestem.

Jeśli chodzi o głosowanie, to od dawna mając do wyboru na kartce wyborczej nazwiska, które nic mi nie mówiły, wybierałem kobiety. Zakładałem, że pobudki ich działania są szlachetniejsze, a sama realizacja celów może być bardziej racjonalna.

Pewno byłoby najlepiej, żeby każdy sam dokonywał takiego wyboru. Tymczasem jednak wszędzie oglądam męskich zdobywców nowej rzeczywistości. Najbardziej widoczni są na drodze. Słucham w telewizji, czytam w internecie tych naszych macho od siedmiu boleści, a często po prostu chamów pozbawionych śladów wrażliwości. Myślę wtedy, że może warto ustanowić prawo, aby w delikatne ręce kobiet oddać choć połowę władania nad światem.

Jak będzie, tak będzie. Wróćmy na parę minut do innych, frapujących problemów. Urocza jest ta melorecytacja pana Gustawa Holoubka.

wtorek, 23 lutego 2010

Pan Gon-Med nalewa

 Leonard Karsakov [1941]
Smutek wyziera w blogu z każdego kąta przemieszany niejednokrotnie z beznadzieją. Jednak dość już tej melancholii, dość nostalgii i za przeproszeniem poezji.
Precz z fałszywą ułudą sceniczną, pozostawiającą wiele do życzenia. Nie zaciemniajmy horyzontów myśli współczesnej. Na przykład Majewski. Nie zaciemnia. Zerwijmy z tym chwiejnym balansowaniem na krawędzi egzystencjalizmu i wegetarianizmu. Skończmy, skorygujmy i skonfrontujmy. Na przykład Majewski. Skończył, skorygował, a teraz konfrontuje.
Wiesław Dymny, Na przykład Majewski (Piwnica pod Baranami)

Zajmijmy się czymś zdrowym. Ten plakat jest bardzo ładny i pomysłowy gdyż przedstawia człowieka co się nazywa Gon-Med (35 l) i jest wylepiony z ogłoszeń medycyny niekonwencjonalnej. To wciąż niedoceniona i bardzo zdrowa gałąź medycyny, ponieważ stosuje składniki naturalne, a one są zdrowe. Pan Gon-Med nalewa sobie na pewno bardzo naturalną miksturę i zaraz będzie czuł się zupełnie dobrze.

Ten plakat mówi nam też, żeby nie wierzyć homoseksualistom ani doktorowi Kaczorowi, bo to jest syf, ale udać się do doktora Gonorrhea, a jeśli ktoś potrzebuje szybko, to do jakiegoś miejscowego zdrowego oficera.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Panna Holt i Flaubert

Niemal każda fotografia z biegiem czasu nabiera wartości. Nie tylko sentymentalnej, lecz także artystycznej. Jednak ten liczący blisko sto lat portret panny Holt (z roku 1913), autorstwa Arnolda Genthe (1869-1942), jest dziełem sztuki od początku.

Tak cudowny obraz można skomentować równie cudowną balladą Wertyńskiego, pochodzącą z tych samych lat (1916): o papudze imieniem Flaubert. Właściwie to o jednej malutkiej, co sobie poszła.
Jamais (Попугай Флобер)

Я помню этот день. Вы плакали, малютка.
Из Ваших серых подведенных глаз
в бокал вина скатился вдруг алмаз
и много, много раз я вспоминал
давным-давно, давным-давно
ушедшую минутку.

На креслах в комнате белеют Ваши блузки.
Вот Вы ушли, и день так пуст и сер.
Грустит в углу Ваш попугай Флобер.
Он говорит: "jamais", он все твердит:
"jamais", "jamais", "jamais", "jamais"
и плачет по-французски.
I moje nieudolne, za to dość wolne tłumaczenie.
Jamais (Papuga Flaubert)

Pamiętam. Wtedy płakałaś Malutka.
Z podsiniałych szarych oczu
w kieliszek wina diament spadł.
I wiele razy wspominałem smutno
tak dawno, dawno, dawno
utracony świat.

Na krześle jaśnieją jeszcze twoje bluzki.
Odeszłaś, a dzień szary i pusty.
W kącie słychać łkanie Flauberta - papużki.
Powtarza: "nigdy", "nigdy" -
"jamais", "jamais", "jamais", "jamais"
i płacze "по-французски".
--------------------------
Tu można posłuchać Wertyńskiego wykonującego tę balladę. Obraz niestety to strasznie pretensjonalny montaż fotografii, ale przecież nie trzeba patrzeć.

piątek, 19 lutego 2010

Ślepy tor

Pisałem kiedyś, wszystko co wiąże się z koleją ma urok. Zwłaszcza stare parowozy i zapomniane, podupadłe stacyjki. A tory? Jedne są wybłyszczone i napięte jak struna, inne zardzewiałe, nierówne, porośnięte, często ślepe. Jest jednak w tych ślepych torach jakaś mroczna tajemnica.
- Wokół zaniedbanie.(...). Z boku odpada na poły strupieszała zwrotnica z wybitym szkłem latarni, której nocą nie ma komu zapalić. Bo i po co? Tor to przecież zamknięty; nie ujedziesz nim dalej jak 100 m. Opodal na liniach wre ruch parowozów, tętni życie, pulsują kolejowe arterie. Tu wiecznie cicho. (...). Nad rudawą taśmą szyn pochyla zwichnięte ramiona popsuty semafor i błogosławi smętkowi ruiny...

Głos kolejarza załamał się. Profesor odczuł jego wzruszenie; liryzm opisu zdumiał go i przejął zarazem. Lecz skąd ta nuta rzewności?

- Odczułem - podjął po czasie - poezję ślepego toru, lecz nie umiem wytłumaczyć sobie, jak atmosfera jego może wywołać wspomniane objawy.

- Z poezji owej - objaśnił garbaty - wieje głęboki motyw tęsknoty - tęsknoty ku nieskończonym dalom, do których dostęp zamknięty kopcem granicznym, zagwożdżony drewnem rampy. Tuż obok pędzą pociągi, pomykają w szeroki, piękny świat maszyny - tu tępa granica trawiastego wzgórza. Tęsknota upośledzenia. - Czy rozumie pan? - Tęsknota bez nadziei ziszczeń rodzi pogardę i nasyca się sobą, aż przerośnie mocą pragnień szczęśliwą rzeczywistość... przywileju.
Fragment opowiadania "Ślepy tor" Stefana Grabińskiego ze zbioru "Demon ruchu" (1919).
O Stefanie Grabińskim (1887-1936) nie uczą na polonistyce (zwrócił mi kiedyś na niego uwagę pisujący tutaj señor Peatero). Nazywają go polskim Poe'm, choć tworzył kilkadziesiąt lat po Amerykaninie. Powiadają, że jest pionierem gatunku nazywanego dzisiaj thrillerem fantastycznym.

Nowele z tomu "Demon ruchu" (to największy sukces pisarza) oraz inne teksty można znaleźć w Wikiźródłach, natomiast, kto ma czas, polecam filmową inscenizację "Ślepego toru" w reżyserii Ryszarda Bera z roku 1967. Jeśli chodzi o tempo narracji i środki techniczne, to trochę ramota, ale co za klimat, a przede wszystkim znakomite aktorstwo!

Na czoło wybija się Jacek Woszczerowicz grający cytowanego wyżej dziwnego kolejarza (dróżnik Wawrzyniec Wiór). Film trwa niespełna pół godziny i w Youtubie podzielony jest na trzy części. Żeby ułatwić mniej sprawnym, zamieszczam wszystkie trzy.
------------------------
Ślepy tor ze zdjęcia to bocznica metra pod Lasem Kabackim. Fotografię wykonał mój syn Mikołaj.





czwartek, 18 lutego 2010

Płacząca żyrafa

Salvador Dalí, Płonąca żyrafa (1937), Muzeum Sztuki w Bazylei
To oczywiste, że każde dzieło sztuki jest bytem niezależnym i w każdym nowym czasie oraz z każdym odbiorcą nabiera nowego znaczenia, niekiedy wbrew intencji twórcy.

Salvador Dali mówił o swoim obrazie, że jest w nim "upiorny seksapil rozczłonkowanych kobiet", a ja znajduję klimat ze śnionych dwadzieścia lat później dziecięcych snów-koszmarów z grzybem atomowym nad Warszawą.

Samą żyrafę Dali nazywa "męskim kosmicznym potworem apokalipsy". Ziściło się; to jak kilka lat później płonący czołg lub działo.

Stanisław Grochowiak pisał w wierszu "Płonąca żyrafa":
Tak
To jest coś
Biedna konstrukcja człowieczego lęku
Żyrafa kopcąca się pomaleńku
Tak
To jest coś
Rzeczywiście coś. Coś jest z tym żyrafim człowieczym lękiem. Kiedy na wiosnę zeszłego roku robiłem zdjęcia w ogrodzie zoologicznym, zwróciłem uwagę na subtelność kształtu żyrafiego pyska, jego ascetyczną skromność i tropikalny smutek spojrzenia zza długich rzęs (powiększ obrazek). Napisałem, że żyrafa "wysoko dźwiga swą dumę i delikatność".
Przed tygodniem przeczytałem w "Gazecie Stołecznej" wywiad z p. Rafałem Rakiem, opiekunem żyraf w warszawskim zoo. Mówił o nich:
Podoba mi się, jak zajmują się sobą nawzajem. Jedna nie może zostać sama, bo wariuje. Tak jak ludzie, żyrafy boją się samotności. Kiedy trzeba je wyprowadzić na czas czyszczenia boksów, wszystkie muszą wyjść prawie jednocześnie. Kiedyś jedna została i zaczęła niemal szlochać. Po prostu nie chciała być sama.
Bardzo wzruszył mnie ten opis płaczącej żyrafy. Zupełnie inna jest od tamtej, która płonąc jak przemokła pochodnia przepowiadała czas apokalipsy.

Może szlochająca żyrafa to "miś na miarę naszych możliwości" i naszych czasów, a może po prostu staję się melodramatyczny?

poniedziałek, 15 lutego 2010

Nieśmiałe

Zasypało, zasypało. Nie pamiętam takiego Lasu Kabackiego.

Jednak nie dam się tak łatwo zwieść. Te pogwizdy, nieśmiałe trele i kląskania mówią bardzo wiele. Nadchodzi pora, kiedy trzeba będzie piórko wygładzić, przyczesać czubek, a być może i pazurek przypiłować. Bo będzie trzeba się podobać. Ponieważ idzie, idzie czas miłości.
plakat M. Rózański, R. Wylcan (1935)
Dziś o 19.30 w Vancouver pobiegnie Justyna Kowalczyk. Naprzód Justyna!
--------------------------------------
Zbliżam się do setnego posta. Podsumowuję i trochę zmieniam blog. Odszedłem od kalendarza na rzecz przejrzystszego archiwum i etykiet (tematów). Ponadto zmniejszę częstotliwość wpisów, będzie ich jednak nie mniej niż trzy tygodniowo.
Nie odchodźcie jeszcze proszę.
-------------------------------------
P21 zacytował w komentarzu "Zimy żal". Bardzo lubię tę piosenkę. To najczystsza ilustracja nostalgii.
Może to mnie właśnie smuci,
że ta sama już nie wróci,
że z szelestem zdartych dat
upłynął życia szmat…

piątek, 12 lutego 2010

Post scriptum

Ten piękny plakat z przedstawienia na Broadway'u w 1964, fragment z przyszłej książki i piosenkę zespołu, który powstał 50 lat temu, łączy jedno post scriptum.
ona@net.pl
Nie wiedziałabym gdzie Cię szukać, gdybyś nie pokazał mi drogi. Powiedzmy, że tak miało być. Po Twoim liście odniosłam wrażenie, że gdzieś między słowami czai się jakiś cień, ale nocą wszystkie słowa są czarne.

on@net.pl
Powiedz, jaka jesteś. Nie mógłbym przecież przyjść z zaświatów. Śmiesznie to się zaczyna. W każdym razie już masz we mnie przyjaciela. Chcę zobaczyć jak się śmiejesz, jak obcinasz krzywo włosy, jak mrużysz oczy i jak je zdumiona otwierasz. Jest wiele rzeczy, które chciałbym o Tobie wiedzieć, ale boję się zapytać. Cień w istocie pada i, jak to bywa, z biegiem czasu dłuższy.
ona@net.pl
Nie przypisuj mi proszę zbyt wiele, nie wiem czy podołam, poza tym nie inwestuje się w wyobrażenia, przecież wiesz. Nawet nie wiem czym dla Ciebie jest kobiecość, tak do końca to nie wiem na czym polega moja. Myślę, że ogólnie pojęta 'kobiecość' mnie przerasta, w każdym razie inaczej się u mnie przejawia, jest jakaś nieuładzona. Za dużo musiałabym Ci tłumaczyć.

on@net.pl
Powiedz, jaka jesteś. Najpierw ja, co sobie wyobrażam. Najkrócej: i rozważną i romantyczną. Świadomą i poważną, ale i płochą niestety. Samotną wśród ludzi i spragnioną. Wyobrażam sobie jak idziesz codziennie do pracy. Często skupiona, a czasami smutna. Wtedy jest mi Ciebie straszliwie żal. Nic nie mogę poradzić.

ona@net.pl
Nie jestem romantyczna, chodzę z nosem przy ziemi jak gończy pies. Staram się być rozważna, w pewnym sensie czuję się za Ciebie odpowiedzialna. Nie odbieram jawnych oznak współczucia ze strony otoczenia, świetnie robię bałagan i nie lubię gotować, jeść zresztą też nie. Zajrzałeś w moja strefę cienia, a chcesz zobaczyć jak się śmieję?

Pani AnnB i pan P21 przywołali w komentarzach Ludmiłę Jakubczak. "Szeptem" nie można zaimportować, więc "Alabama":

czwartek, 11 lutego 2010

Kółko olimpijskie

Proj. T. Lipski ;fot.  A. Krzeptowski, 1936 r.
Chciałoby się pociągnąć wątek trwającej od wczoraj dyskusji, bo pięknie idzie: od rozważań o grzechu w stronę miłości, a co bardziej zmęczeni wekslują ją w kierunku nieuchronnej śmierci.

Ja jednak muszę iść dalej. Piechota musi maszerować. Już i tak mam w tym tygodniu jedną nieobecność.

Jutro rozpoczyna się Olimpiada Zimowa.
- Jak byłem młody, to też byłem Murzynem i grałem w kosza.
Właściwie to jak byłem młody też byłem olimpijczykiem. To znaczy trochę.

Piękny był szkolny sport. Najwcześniejsze wspomnienie ze szkoły podstawowej to sprawdzian na 60 m wzdłuż nieistniejącego dziś, wschodniego muru Pawiaka. Za tym murem 15 lat wcześniej katowano ludzi, ale myśmy nie mieli do tego głowy i biegliśmy co sił w nogach po ubitym gruzie.

W liceum wychowanie fizyczne było moją ulubioną lekcją. Mieliśmy znakomitego nauczyciela, Mieczysława Pilipczuka. Mój syn, który w wolnej Polsce ukończył renomowane liceum i na pewno jest sprawniejszy niż ja wtedy, nie ma pojęcia ile skacze wzwyż, a kuli, dysku i oszczepu nie miał w ręku. Ja natomiast znam wszystkie swoje rekordy życiowe i wiem, jak układa się palce przy chwytaniu oszczepu oraz jak wykonać doślizg przy pchnięciu kulą.

Trzy lata przed olimpiadą w Meksyku Mieczysław Pilipczuk powiedział, że wypełniłem minimum na pierwsze kółko olimpijskie. Nie przybyło później tych kółek, ale być w 1/5 olimpijczykiem, to był dla mnie wielki honor.

Liceum Traugutta brało stały udział w lekkoatletycznej lidze szkół średnich. Ważne było obsadzenie każdej konkurencji i, mimo że nie miałem szans, wystawiano mnie w skoku wzwyż. Byłem za młody i jako samouk musiałem przegrywać z trenującymi w klubach. Na ogół odpadałem jako pierwszy.

Jeździłem na te zawody z pl. Krasińskich trolejbusem nr 56 na boisko przy Agrykoli w poczuciu obowiązku i dumnie blady. Bo sport to wtedy była szlachetna idea, a dla niektórych olimpijczyków liczył się tylko udział.

środa, 10 lutego 2010

Potem pod górę

Kiedyś zapukało do mnie dwóch panów. To byli jacyś ewangeliczni chrześcijanie, u których istnieje nakaz nawracania innych. Zwykle dziękuję w takich przypadkach, bo marny ze mnie katolik i co komu po takiej zdobyczy. Zanim jednak zdążyłem zamknąć drzwi, ten starszy użył argumentu z gatunku ostatecznych.
- Ale przecież pan nie zaprzeczy, że świat zmierza w złym kierunku.
Nie lubię katastrofizmu oraz demagogii i odpowiedziałem żywo.
- Zaprzeczę. Jest mniej niż kiedykolwiek wojen, zbrodniarze międzynarodowi są karani, a obszary głodu są coraz mniejsze. I ludzie są wrażliwsi na los innych.
- Ale nie wszędzie.
- To prawda, ale jesteśmy tutaj i tutaj tak jest. Ja zawsze myślałem, że chrześcijanie są od głoszenia dobrej nowiny, a nie od straszenia.
Młodszy słuchał mnie z rosnącym zaciekawieniem, lecz starszy odciągnął go i grzecznie podziękował.

Opowiadałem tę historyjkę z pewną dumą, ale kiedy wczoraj zobaczyłem ten naiwny plakat sprzed stu lat (warto go obejrzeć w powiększeniu), zastanowiłem się czy miałem rację. Postuluje on protestancką ascezę, która wymaga wstrzemięźliwości, samokontroli i skromności, a przede wszystkim pracowitości i wyrzeczenia się rozpasania.

Pomyślałem, że choć rzeczywiście jest mniej wojen i chyba też głodu, to bardzo trudno dziś o taki etos. Praca przestała być sposobem wielbienia Boga i służy jedynie zdobywaniu pieniędzy. Wprawdzie często tylko po to, żeby żyć, ale i często służą one dostarczaniu przyjemności. Bo ludzie chcą więcej i więcej. Cały system ekonomiczny oparty jest na założeniu, że popyt rośnie. A środowisko? A ziemia? Co z nią? Co z nami?

Niestety, nie dysponujemy aktualnymi danymi i nie wiemy jaki odsetek jest po śmierci zbawiony, a jaki potępiony, a przede wszystkim czy wielbłąd przechodzi przez ucho igielne i czy pytają go ile nabrudził.

Nie jestem taki święty, jak można by sądzić po tym pisaniu. Jeśli chciałbym wskazać moje miejsce na obrazku to po prawej stronie niestety. Najchętniej przy stole, jeśli można, to obok pani w złocistej sukni. Pocieszam się, że niedaleko jest rozwidlenie dróg, że zawsze zdążę przeprosić towarzystwo, wstać od stołu i lekkim kłusem wziąć murek. A potem? Nie ma innej drogi. Potem pod górę!

poniedziałek, 8 lutego 2010

Dziewczyna z Karmelickiej

Zobaczyłem ją wiosną zeszłego roku. Od tamtego czasu myślę o niej prawie codziennie. Stała na przystanku, który - okazało się - jest naprzeciw okna mieszkania Rodziców na Karmelickiej 12. To znaczy stała w tym miejscu, ale dziesięć lat przed zbudowaniem domu w 1951 r. To było inne miasto.
Z ulicy została tylko nazwa. Karmelicka po wojnie senna i bez znaczenia, w tamtych czasach znaczyła bardzo wiele.
Karmelicka – komunikacyjny nerw getta, jedna z najbardziej zatłoczonych ulic, stanowiąca jedyne połączenie południowej i północnej części zamkniętej dzielnicy. Nazywana "Gibraltarem" lub "wąwozem śmierci", była jednym z najbardziej złowrogich miejsc w getcie. Riksze, tramwaje, wozy, tłumy przechodniów wypełniały wąską przestrzeń. W czeluść ulicy wjeżdżały codziennie niemieckie więźniarki i samochody, krążące między pobliskim Pawiakiem a siedzibą gestapo w Al. Szucha. Niemcy często zatrzymywali się, by maltretować przechodniów.
J. Leonciak o spotkaniu w Domu Spotkań z Historią p.t. Ulica Karmelicka w cyklu "Spojrzenia na warszawskie getto".
Zobaczyłem ją na tym zdjęciu. To nie może być później niż 1941. Wiosna, kwiecień lub maj 1941. Powiedzmy 15 maja.

Jest źle, ale będzie gorzej i gorzej. Jeszcze jest elegancka i zadbana. Wysoka, szczupła, w świetnie skrojonej garsonce, ze starannym manicure. Na serdecznym palcu prawej ręki pierścionek. Tylko co trzyma w ustach? Kwiat? Lizak? Chyba jednak brązową cygaretkę, bo zdaje się widać żarzący się tytoń. A może to jakaś dziwna skaza na zdjęciu? Może jakiś znak? Przyjrzyjcie się. Zapamiętajcie też słup trakcji tramwajowej na rogu ulicy.

Ulica poprzeczna w tle to Dzielna. W lewo, kilkadziesiąt metrów dalej zaczynają się mury Pawiaka. Tramwaj, który zaraz nadjedzie skręci w przeciwną stronę, by z Dzielnej skręcic w lewo, w Zamenhofa, dalej Gęsią (dziś Anielewicza) w prawo, potem Nalewki do Placu Muranowskiego.
Plan przyszłego getta, opublikowany w "Kurierze Warszawskim" z 15 października 1940 r. (ze zbiorów ŻIH, Archiwum Ringelbluma)
Jest źle. Pół roku temu, 16 listopada 1940 getto zostało zamknięte. Właśnie w zeszłym miesiącu osiągnęło rekordową liczbę 450 tysięcy mieszkańców. W tym miesiącu dwukrotnie wobec poprzedniego zwiększyła się liczba zgonów. Statystycznie umrą dzisiaj 122 osoby. Nikt jeszcze nie wie, że wyrok jest już wydany. W styczniu zapadła decyzja o ostatecznym rozwiązaniu (Endlősung) „kwestii żydowskiej”. Cały naród ma zostać wyniszczony fizycznie. Za półtora roku zamilkną gwarne ulice, a domy straszyć będą ciemnymi oknami.

Musi tu gdzieś mieszkać. Przyjmuję, że w pobliżu przystanku, czyli na odcinku Karmelickiej między Nowolipkami a Dzielną. Mam już opracowaną metodę, bo szukaliśmy kiedyś Chila Goldberga. Wtedy jednak było łatwiej, bo znaliśmy imię, nazwisko i zawód. Teraz mam tylko jej zdjęcie.

Szukam w archiwum getta. Może to Ita Rypner spod numeru 24? Może Chana Geldadler spod 28, albo Tauba Gandi, co mieszka pod 29? Nie, chyba żadna z nich, bo te zalegają z płatnościami za gaz. Ironia, że tylko dzięki niedostatkowi, w który popadły, ocalą na zawsze swoje imiona. Jej chyba bieda nie doskwiera i dlatego świat zapamięta tylko jak wyglądała.
Kim jest? Może artystką? Projektantką? W dłoni trzyma zwinięty rulon. To grafika? Szkic projektu? Ma coś wspólnego ze sztuką, może z dekoratorstwem?

Szukam w warszawskiej książce telefonicznej z lat 1938-39. Spośród listy 500 branż typuję piętnaście: Antyki, Brązy, Dekoracje i urządzanie wnętrz, Druki, Grafiki, Grawerzy, Jubilerzy, Korale i dżety, Plakaty, Reklamy, Srebrne wyroby, Szyldy, Tapety, Witraże, Zabawki. Następnie przeglądam te branże w poszukiwaniu adresów, które leżą w pobliżu trasy tramwaju z sześciokątną gwiazdą. Są tylko trzy: Wytwórnia Papierów Wartościowych, Zakład grawerski B. Bermana i dwa adresy na Nalewkach w branży "Korale i dżety".

Szukam na mapie i nagle olśnienie. Nalewki 17 to dokładnie skwer na rogu Świętojerskiej i Andersa. Pamiętam, że wraz z innymi dziećmi z podwórka chodziliśmy tam wykopywać różnokolorowe koraliki. Było ich tam mnóstwo. Trochę to banalne jak na nią: Halbersztadt i Kirszbaum, Korale, sztuczna biżuteria, dżety, cekiny i nowości sezonu. Jednak ten dwukrotny splot przypadków...? Powinienem się cieszyć.
U dołu zdjęcia rozbita tabliczka z nazwą ulicy. Poznajecie po lewej stronie ten słup trakcji tramwajowej? Niedaleko od niego przed czterema laty stała dziewczyna z cygaretką. Za następne cztery po prawej stronie zaczną budować dom, a za sześć będę patrzył przez okno na morze gruzów.

piątek, 5 lutego 2010

Trudny klient

Dzisiaj niejaka Aneta z firmy "B and O cośtam koniecznie poangielsku"  przysłała mi niezamówioną ofertę szkoleń z zakresu obsługi trudnego klienta, czyli jak sobie radzić w trudnych sytuacjach.

Już się przyzwyczaiłem do przygnębiającej prawdy, że w e-mailach nie ma zamówień, lecz tylko oferty.

Co? Mnie? Mnie chcą uczyć o trudnym kliencie? To ja jestem klient trudny! Awanturny i najczęściej bez krawata. W dawnych czasach uznawałem, że to moja misja cywilizacyjna, nie godzić się na obowiązkowe pieczarki w każdym daniu drugim, albo na jajeczko częściowo nieświeże.

Dziś nie protestuję z takim patosem, ale zauważam, że sprzeciw mój pcha mnie w nastroje antykorporacyjne, a niekiedy alterglobalistyczne.

Mnie ten szalony pęd, w którym kiedyś uczestniczyłem, już nie odpowiada. "A dokąd, a dokąd tak gna?"
- Nie wiem, nie chcę wiedzieć, bo ja już nie jadę.
Zabieram psa i idę w śnieżną zamieć, albo siadam przy komputerze i klecę słowa do Was. Dziś chciałbym coś czule, ale boję się, że przytulą, więc dlatego krótko, ironicznie i drwiąco.

Za to w poniedziałek może najważniejszy tekst, który chodzi za mną od dawna. Jeszcze go nie ma, a już wzrusza. Będzie o kobiecie. Nie, żebym spotkał kogoś, nie. To nawet będzie bardzo, bardzo smutne. Dla odmiany.

Tymczasem piosenka "Spotkałeś kogoś" z filmu "Gansterzy i filantropi" . Strasznie mi się to podobało - drobiazg - jakieś pół wieku temu. To nic, że śpiewa Santor, a girlsy nie są tak smukłe jak dziś. Jest za to nieśmiałe marzenie i naiwne wyobrażenie o wielkim świecie. A rzeczywistość? Miała głos Hanki Bielickej, psiakrew!
Cały fragment jest długi, ale piosenka trwa tylko do 3.30.

czwartek, 4 lutego 2010

Naukowo

W październiku, uwiedziony oznakami nieuchronnej jesieni, zaniedbałem się i nie przedstawiłem nagród IgNobel. Te pozornie zabawne nagrody przyznawane są prawdziwym naukowcom, ale także politykom i wynalazcom, którzy w oryginalny sposób przyczyniają się do postępu wiedzy. Oto przegląd co ciekawszych nagród z ostatnich dwóch lat, zubożony refleksją korespondenta.

W dziedzinie ekonomii nagrodę otrzymali Geoffrey Miller (wydany był u nas jego „Umysł w zalotach”) i inni naukowcy. Udowodnili oni, że tancerki egzotyczne zarabiają więcej (ściśle rzecz ujmując, dostają większe napiwki), gdy są w szczytowym okresie płodności.
Sprawa jest delikatna i niezbyt zręczny komentarz mógłby narazić korespondenta na zarzut seksizmu. Powiedzmy, że mamy do czynienia ze sprzężeniem: zwiększone prawdopodobieństwo prokreacji samoistnie zabezpiecza się ekonomicznie.
W dziedzinie weterynarii nagrodę przyznano naukowcom z Newcastle University, którzy dowiedli, iż krowy obdarzone imionami dają więcej mleka niż te bezimienne.
Myślę, że wnioskowanie nie jest precyzyjne. Fakt, iż krowy mają imię, dowodzi większej ogólnej dbałości i akceptacji i z nich ta zwiększona mleczność.
Farmacja. Profesor Dan Ariely z Massachusetts Institute of Technology udowodnił, że psychologiczna skuteczność nieskutecznych z natury lekarstw (placebo) zależna jest od ich ceny. Te droższe leczą lepiej.
To bardzo smutna konstatacja, która w daleką przyszłość odsuwa marzenia idealistów o zrównoważonym rozwoju i umiarze w konsumpcji. Zawsze będziemy chcieli mieć lepsze, to znaczy droższe i zawsze będą ci, którym się będzie opłacało zamotać nam w głowie.
W dziedzinie archeologii nagrodę przyznano Astolfo Gomes de Mello Araujo i Jose Carlos Marcelino. Stwierdzili oni ponad wszelką wątpliwość, że pancerniki mogą wypaczyć historię, mieszając zawartość archeologicznego wykopaliska.
Brakuje mi tu mądrego komentarza. Mogę tylko ubolewać
Pokojową nagrodę IgNobel otrzymali uczeni szwajcarscy, którzy próbowali znaleźć szczęście w nieszczęściu. Rozstrzygnęli, czy lepiej być uderzonym w głowę pustą czy pełną butelka piwa. Wykazali, że lepsze, bo o 25% procent słabsze, jest uderzenie butelką pełną.
Wydaje się, że w tym wypadku rozważania Szwajcarów są czysto teoretyczne, gdyż nie mamy wielkiego wpływu na wybór butelki, ale oczywiście mądrzejszej głowie jest łatwiej.

środa, 3 lutego 2010

Sójka pocieszycielka

Dziś niewesoła dla mnie wiadomość, że nie będzie dużego kontraktu, który dałby oddech na rok, więc szukam pocieszenia w ogrodzie. I jest, śliczna, zabawna i naiwna, choć uchodzi za najmądrzejszą z ptaków. Sójka.

Ukryła się na wysokości dwóch metrów i dwa metry od okna, w daglezji, co ją przywiozłem z Bieszczadów. To znaczy ukryła głowę. Brodzę w śniegu obok, żeby rzucić paszkotowi jabłko i udaję, że jej nie dostrzegam. Uśmiecham się, bo myślę, że udajemy oboje. Ona, że mi wierzy. Potem robię to zdjęcie z okna: tylko tyle widać. Oglądam w powiększeniu i wzruszają mnie delikatne i regularne włoski, niemal puch na piórkach. Co tam kontrakt!

Niektórzy pamiętają smutną wiosenną przygodę, kiedy napisałem:
Nic nie jest takie, jak się wydaje. Nieszczęśliwa Wilejka, bohaterka wczorajszego dnia przyniosła mi pół godziny temu upolowaną na polu sójkę. Miał być „Doktor Dolittle”, a jest „Park Jurajski.”
Potem zawiozłem ją do ptasiego azylu, a po drodze nadałem imię: Kirke. Okazało się, że w zoo pracuje jedna z Czytelniczek, Joanna. Pomagała nam potem, ale wkrótce okazało się, że mimo początkowo dobrych rokowań, ptaka nie dało się uratować.

Mimo tego smutku było coś ładnego w tamtej historii. Poruszyła ona Czytelników. Nie wszystko jest bezduszne i świat nie jest taki zły.
Młody paszkot natomiast (a może kwiczoł, a może po prostu kos?) wcale nie przyleciał mnie pocieszać, lecz dziobie swoje kolejne jabłko.

Tak to jest. Ptaszkowie niebiescy nie sieją, nie orzą, a żyją. Nam się męczyć trzeba.

wtorek, 2 lutego 2010

Młodości stolica

Spędziłem tu dwa lata i chociaż później studiowałem na uniwersytetach Śląskim i Warszawskim, ten czas jest najpiękniejszy w moim życiu, a Cieszyn został stolicą mojej młodości.

Po maturze z wielkim hukiem porzuciłem studia w Wojskowej Akademii Technicznej, mocno popadłem w bohemę, a nawet dałem się aresztować w Marcu 1968. Zapętliło się młode życie i w ucieczce przed wojskiem wyjechałem do Cieszyna.

Pamiętam ten sierpniowy dzień, pełną książek, śmieszną zieloną walizkę i Ojca odprowadzającego mnie na dworzec (jeszcze nie było Centralnego i składy ruszały w samym centrum Warszawy z peronu w głębokim wykopie).

Pociąg z Bielska-Białej jechał zakolami i nagle ukazało się cudowne miasteczko, prawie jak z ulubionego "Salta", ale nie w dolinie, lecz na wzgórzach, z górującą nad miastem wieżą kościoła ewangelickiego.

1968 był rokiem niespokojnego słońca i wiele poruszył w świecie. Niespodziewanie też w Cieszynie, w Studium Nauczycielskim, znalazło się wiele dziwnych postaci, z bardzo odległych zakątków Polski. Byli także ludzie z okolic, z Podbeskidzia, Beskidu i Górnego Śląska. Wobec mojego warszawskiego środowiska, które było raczej artystowskie i mocno ludyczne, ujęli mnie naturalnością i bezpośredniością. To był prawie szok kulturowy, pod wpływem którego wyzbyłem się kabotyńskiej przybyszewszczyzny, że liczy się tylko sztuka i poezja i trzeba gardzić codziennością.

Tymczasem Michał pisał z Warszawy:
I ze mną jest ciekawie. Byłem u pewnej swojej przyjaciółki. Gdy rano myłem sobie zęby swoja szczoteczką, którą noszę za cholewą moich butów (bo mam jak obiecywałem, buty z cholewami) jej tata zarzucił mi na głowę koc a mama wiązała ręcznikiem nogi. Potem polecieli po milicję i po księdza. Ale ja rozwiązałem więzy zębami i ugryzłem mamę w rękę, gdy chcieli mnie zatrzymać na schodach.
A potem ciężko bijąc skrzydłami wzleciałem szarpany za nogawki. I tak przez całe miasto, bo wyżej nie mogłem.
Ech, wszystko to marność. Żyje wśród kurdypiełków rozmaitych, dawno już przestałem być normalny, wyobraźnia mi wyrodnieje i parszywieje. Co to będzie...?
Jeśli nie tak dokładnie, to mogło być jakoś podobnie, ale to już nie były moje sprawy. Ja byłem w Cieszynie i on mnie ocalił.

Samo miasto, jak na powszechną wtedy w Polsce zgrzebność, dość zadbane, miało niezwykłego ducha. Nadużywa się dziś słowa "magiczne", ale to były naprawdę czary. I dalej trwają.

Bywam w Cieszynie przynajmniej raz w roku i przywiodłem tu wiele osób. Przekazałem tę miłość Synowi, który też bywa tu często. Jego autorstwa, Mikołaja, jest to zdjęcie sprzed dwóch dni.
-------------------------
To miała być osobna strona z tekstem i śpiewaniem ale Anna B. w komentarzach uprzedziła mnie, więc dam tego Nohavicę tutaj. "Cieszyńska".



I po polsku, w wykonaniu Artura Andrusa
Gdybym się urodził przed stu laty
w moim grodzie
U Lariszów dla mej lubej rwałbym kwiaty
w ich ogrodzie.
Moja żona byłaby starszą córką szewca
Kamińskiego, co wcześniej we Lwowie mieszkał.
Kochałbym ją i pieścił
chyba lat dwieście.

Mieszkalibyśmy na Sachsenbergu,
w kamienicy Żyda Kohna,
najpiękniejszą z wszystkich cieszyńską perłą
byłaby ona.
Mówiąc - mieszałaby czeski i polski,
szprechałaby czasem, a śmiech by miała boski.
Raz na sto lat cud by się dokonał,
cud się dokonał.

Gdybym sto lat temu się narodził
byłby ze mnie introligator
U Prochazki bym robił po dwanaście godzin
i siedem złotych brał za to
Miałbym śliczną żonę i już trzecie dziecię,
w zdrowiu żył trzydzieści lat na tym świecie
I całe długie życie przede mną,
całe piękne dwudzieste stulecie

Gdybym się urodził przed stu laty
i z tobą spotkał
W ogrodzie u Lariszów rwałbym kwiaty
dla ciebie, słodka.
Tramwaj by jeździł pod górę za rzekę,
słońce wznosiło szlabanu powiekę
A z okien snułby się zapach
świątecznych potraw.

Wiatr wieczorami niósłby po mieście
pieśni grane w dawnych wiekach.
Byłoby lato tysiąc dziewięćset dziesięć,
za domem by szumiała rzeka.
Widzę tam wszystkich nas - idących brzegiem,
mnie, żonę, dzieci pod cieszyńskim niebem.
Może i dobrze, że człowiek nie wie,
co go czeka.

poniedziałek, 1 lutego 2010

3 kg mrówek faraona

Kiedy władza ludowa ostatecznie wygrała w 1949 r. bitwę o handel, niewidzialną rękę rynku zastąpiła „Książka życzeń i zażaleń”. Polegało to na tym, że personel sklepu miał obowiązek na żądanie klienta wydać książkę, a ten wpisywał tam swoje uwagi w dwóch egzemplarzach (przez kalkę). Pod tym wpisem kierowniczka zamieszczała swoje wyjaśnienie i kopię wysyłała do władzy wyższej. Władza ustosunkowywała się do sprawy w piśmie do klienta, dołączając wyjaśnienia kierownictwa sklepu.

Ośrodek Karta i GW opublikowały co smaczniejsze fragmenty wyjęte z tej olbrzymiej korespondencji. Przytaczam trzy wpisy, z lat 1983-84. Poruszająca jest zwłaszcza historia druga, w której odpowiedź kierowniczki z talentem oddaje tragizm i komizm tamtych czasów. Właściwie to "Miś" niewiele przesadził.
Klient: Zamiast 3 kg cukru ekspedientka sprzedała mi 3 kg mrówek faraona. - (podpis nieczytelny)
Kierowniczka: Klient był w stanie nietrzeźwym.
-----------------------
Klientka: Nie chciano mi sprzedać szampana, choć pijanemu jegomościowi sprzedano w tym czasie wino. Dlaczego? Bożena.Z.
Kierowniczka: Zacznę od początku. O godzinie 14 przywieziono do naszego sklepu cukier, który miał być sprzedawany bez kartek. Wieść szybko rozeszła się po mieście i spowodowała szturm. Do godziny 18 sprzedaliśmy 4 tony. Na moich oczach rozgrywała się prawdziwa bitwa. Jednocześnie musiałam policzyć utarg. W tym kotle wywiesiłam kartkę jakąkolwiek, nie patrząc nawet, co tam napisane, że przerwa albo remanent, i uciekłam na tyły na zaplecze. Była godzina 18:50, kiedy do mojego pokoju wszedł pijany olbrzym. Domagał się wina. Nie targowałam się, bo na biurku miałam rozłożone 13 milionów. Podałam mu butelkę. Zobaczyła to klientka, której obsłużyć już nie mogłam, i wpisała się.
-----------------------
Klient: Zakupiłem napój Orsi i w smaku poczułem, że był sfermentowany. Data produkcji na etykiecie wskazywała wrzesień, a więc trzy miesiące temu! Przy trwałości 8 dni! Jednak kierowniczka i ekspedientka stwierdziły, że jeśli napój mi nie smakuje, to widocznie nie chciało mi się pić. Uprzejmie proszę o pilną odpowiedź, abym mógł ją umieścić w najbliższym numerze prasy konsumenckiej. - Stanisław Sz.
Kierowniczka: Wydaje mi się, że klientowi po prostu nie odpowiada smakowo napój Orsi. a co do daty ważności - producent nie etykietuje butelek na bieżąco, gdyż ma trudności z etykietami, i daje stare, ze starą datą, choć napój jest świeży. Klient nie pozwolił sobie tego wytłumaczyć, zaczynając od słów "pani psi obowiązek", i złośliwie się wpisał.
 
blogi