Zaprzyjaźniłem się z mewą. Od paru dni już jej nie widzę, a te zdjęcia są sprzed tygodnia. Pewno odleciała na południe i wróci wczesną wiosną, bo podobno wracają do swoich macierzystych miejsc lęgowych. Poznaliśmy się po koniec sierpnia, kiedy odwiedzili nas Krystyna z Krzysztofem (opiekunowie Wilejki). Poprowadziłem ich na groblę, żeby pokazać kaczki. Krzyżówki robiły co mogły. Jedna z nich nawet popisywała się łapaniem okruchów w powietrzu. I nagle znalazła się między nimi śmieszka (pokazywałem te mewy wcześniej, ale w szacie godowej, tu jest w tzw. spoczynkowej). Z początku skubała bułkę, ale kiedy zorientowała się, że od spodu to samo robią ryby, natychmiast nauczyła się je łowić na przynętę. Pływała wokół okrucha i co chwilę wyciągała spod niego srebrną rybkę.
Przed tygodniem najpierw kołowała, a potem znów wodowała między kaczkami. Wprawdzie jest zwrotniejsza od nich, bo potrafi w wodzie obrócić się w miejscu, ale ma słabsze nogi i w wyścigu do pokarmu posiłkuje się skrzydłami. A są potężne, ponad metr rozpiętości. Złożone, wystają ponad tułów krzyżując się jak nożyce.
Specjalnie rzucałem pokarm w jej stronę. Nieraz już zauważyłem, że ptaki lubią ludzką mowę. Z nimi nawiązuje się kontakt jak z kobietami: najważniejsze są słowa. Mówiłem do niej, że jest malutka (łgałem), że piękna (tak sobie) i żeby się nie bała (szczerze). Jest jeszcze trochę nieśmiała i podpływała bliżej tylko wtedy, kiedy oddzielały nas rzadkie zarośla. Byłem wzruszony i widziałem w tej jej życzliwości jakąś międzygatunkową przyjaźń. Dziś wiem, że prawdopodobnie to była cena, którą gotowa była zapłacić, żeby objeść się solidnie przed odlotem.
Gdybym wiedział, że widzimy się ostatni raz w tym roku, nadałbym jej jakieś imię, bo przecież "śmieszka" nie brzmi poważnie.
Kiedy wracałem drogą przez Mysiadło, zazdrosna Buba zwracała moją uwagę i w pędzie podgryzała oponę przedniego koła, co chwila łypiąc białkami, czy mi się to podoba. A ja mówiłem: "Podły, podły, zły pies. Co robisz? Jesteś niedobra!" Chyba jednak nie słowa są najważniejsze, bo wydawała się szczęśliwa.
poniedziałek, 4 października 2010
niedziela, 3 października 2010
Rzemieślnik boski
Pająk wątłą swą tkaninęDziś po raz pierwszy tej jesieni temperatura spadła poniżej zera i delikatny szron posiwił trawy oraz zarośla. Gdy pokazało się mocniejsze słońce, rosy było tyle, że wyglądało jakby przed chwilą padał deszcz.
Utkał z nudów i z nawyku
Dna pewnego, w październiku.
Jan Brzechwa, Baśń o stalowym jeżu.
Nie bacząc, że moczy aż osiem nóg, pracowity pająk natychmiast przystąpił do cerowania misternej tkaniny.
Piszę tu o nim nieraz, bo gdy powiększam zdjęcia widzę, że to naprawdę artysta jest, rzemieślnik boski. Chciałoby się zakrzyknąć jak Gałczyński o wróbelku: "Kochajcie pająka dziewczęta!".
Etykiety:
fauna,
fotografia
2 komentarze
piątek, 1 października 2010
Czule
Strobridge & Co. Lith, plakat reklamowy mydla Ivory, 1898
Pierwszy post datowany jest na 1 października - dokładnie rok temu - ale naprawdę rozpocząłem 13 października i żeby wejść z jakąś pulą, antydatując wpisałem 9 postów. Ten pierwszy to Czapeczka, poczciwa, poetyczna i krótka.
Czytam komentarze, wzruszają mnie niemal wszystkie. Który najbardziej? Chyba ten zupełnie anonimowy, napisany pod postem Trzech zwiadowców. On (Ona?) kończy "Nigdy nie mogę tych słów powiedzieć spokojnie.", a ja nigdy nie mogę tego spokojnie czytać.
Komentarze wniosły zupełnie niespodziewaną wartość dodaną. Uspołeczniły i zuniwersalizowały. Niektóre są samodzielnymi perełkami literackimi. Przede wszystkim myślę tu o pani GM i o niezawodnym eks-Kowarskim. Jego niedawny komentarz do postu w W Ogrodzie Saskim o kapitaliście Jerzym okradającym samego siebie to mistrzostwo świata humoru. Czytałem to nocą i śmiałem się głośno. W dodatku wszystko prawda, łącznie z tymi samostrajkami, wewnętrznymi barykadami i autopacyfikacją. To właśnie z ich powodu tak czasami milczę.
Przeglądam swoje posty. To był kawałek niezłej roboty. Wyznam w skrytości, że być może najlepsza rzecz, jaką zrobiłem. W innym miejscu piszę o Słowobrazie.
Z wpisów żartobliwych Pan Gon- Med nalewa łącznie z zabawnym qui pro quo w komentarzach.
Dziś jedna z czytelniczek, nie wiedząc, że to rocznica, przysłała mi mimowolny prezent, e-mail w którym napisała "Nie mam słabości do słodyczy, ale do Twojego słowa tak. Jakoś trzeba się zestarzeć."
No właśnie, jeżeli już naprawdę nie ma innego wyjścia, to przynajmniej starzejmy się czule. Nie opuszczajcie mnie, a ja będę uczulał.
Pierwszy post datowany jest na 1 października - dokładnie rok temu - ale naprawdę rozpocząłem 13 października i żeby wejść z jakąś pulą, antydatując wpisałem 9 postów. Ten pierwszy to Czapeczka, poczciwa, poetyczna i krótka.
Wróciłem właśnie ze spaceru, świeżo zaorane rżysko pachniało jak w dzieciństwie. Buba wesoło rozganiała myszkujące między bruzdami ptaszyska. Dziś rano lekka mgła szła od zalesień. Wczoraj wieczorem widziałem lecący wysoko klucz dzikich gęsi. Co robić, minął wrzesień.Bo tak chciałem, miały to być zwięzłe impresje inspirowane obrazem. Wszystko się po drodze zmieniło. Prawdę powiedziawszy wtedy liczyłem na jakiś spektakularny sukces, bo czytałem wcześniej notki najbardziej poczytnych blogerów i pomyślałem, że mogę robić to ciekawiej. W jakimś sensie zawiodłem, bo liczba odwiedzin w zasadzie od początku jest stabilna i w porównaniu z tamtymi niewielka. Nie zrobiłem kariery, ale nie żałuję, bo jestem bogatszy niż przed rokiem. Czuję się zaszczycony, że zawsze ktoś tu zagląda, nawet, kiedy długo milczę.
Czytam komentarze, wzruszają mnie niemal wszystkie. Który najbardziej? Chyba ten zupełnie anonimowy, napisany pod postem Trzech zwiadowców. On (Ona?) kończy "Nigdy nie mogę tych słów powiedzieć spokojnie.", a ja nigdy nie mogę tego spokojnie czytać.
Komentarze wniosły zupełnie niespodziewaną wartość dodaną. Uspołeczniły i zuniwersalizowały. Niektóre są samodzielnymi perełkami literackimi. Przede wszystkim myślę tu o pani GM i o niezawodnym eks-Kowarskim. Jego niedawny komentarz do postu w W Ogrodzie Saskim o kapitaliście Jerzym okradającym samego siebie to mistrzostwo świata humoru. Czytałem to nocą i śmiałem się głośno. W dodatku wszystko prawda, łącznie z tymi samostrajkami, wewnętrznymi barykadami i autopacyfikacją. To właśnie z ich powodu tak czasami milczę.
Przeglądam swoje posty. To był kawałek niezłej roboty. Wyznam w skrytości, że być może najlepsza rzecz, jaką zrobiłem. W innym miejscu piszę o Słowobrazie.
Jest jak zbiór pocztówek albo jak przyjazny labirynt. Zlinkowane, wciąż dopisywane strony (dziś jest ich 165), powstały z żartobliwej tęsknoty za przeszłością oraz z męskiej tkliwości wobec małej i dużej historii, przyrody oraz kobiet.Niektóre z postów zrobiły karierę (Dziewczyna z Karmelickiej, Gdy podejdą genetyczni, Trzech zwiadowców). Ja najbardziej lubię Anonimowy, Młodości stolicę, a przede wszystkim niedoceniany chyba trochę List (łącznie z muzyką), bo czytając go i słuchając płynę, płynę, płynę...
Z wpisów żartobliwych Pan Gon- Med nalewa łącznie z zabawnym qui pro quo w komentarzach.
Dziś jedna z czytelniczek, nie wiedząc, że to rocznica, przysłała mi mimowolny prezent, e-mail w którym napisała "Nie mam słabości do słodyczy, ale do Twojego słowa tak. Jakoś trzeba się zestarzeć."
No właśnie, jeżeli już naprawdę nie ma innego wyjścia, to przynajmniej starzejmy się czule. Nie opuszczajcie mnie, a ja będę uczulał.
Etykiety:
o blogu
5 komentarze
wtorek, 28 września 2010
Patrzenie
Wiedliśmy całkiem inne życie. On skupione, systematyczne i uporządkowane, można powiedzieć zacne, tą zacnością mądrą i wrażliwą. Ja życie raczej rozwichrzone, niekonsekwentne, pełne przygód i zakrętów. Znaliśmy się od ponad czterdziestu lat, ale prawie nie rozmawialiśmy ze sobą. On nie był bardzo otwarty, a ja go wcale nie szukałem, choć powinienem wiedzieć, że patrzy tak samo. Dziś bardzo żałuję tego zaniechania.
Nie mam Jego zdjęcia, daję swoje sprzed lat, bo ten wiersz opowiada o takim życiu jak tamto moje i to ja powinienem go napisać, ale napisał Tomek Wach, prawdziwy poeta, którego dzisiaj pochowano.
Dobę po ukazaniu się tego posta miła czytelniczka i korespondentka Lu przesłała mi link do strony Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Kolei, gdzie jest ciepłe wspomnienie o Tomku, o Jego kolejowych fascynacjach oraz prawdziwe zdjęcie.
Nie mam Jego zdjęcia, daję swoje sprzed lat, bo ten wiersz opowiada o takim życiu jak tamto moje i to ja powinienem go napisać, ale napisał Tomek Wach, prawdziwy poeta, którego dzisiaj pochowano.
ROK 1986----------------------------------------
A gdy Ci w chmurach z papierosów
wrzawa natrętna łeb skołuje
skrzących się śmiechów drwin i blasków
ziewań bełkotu i szafirów
serpentyn żartów niewybrednych
tak nasyconych hojnie winem
za poplamionym stołem
obok
tych sukien i zgiełkliwych kobiet
kieliszków brzęku
filiżanek
i mało frasujących rozmów
wzdragasz się tam niespodziewanie
i twarz tę widzisz
wśród firanek
i patrzysz
patrzysz
pijanemu
takie patrzenie wybaczone
Dobę po ukazaniu się tego posta miła czytelniczka i korespondentka Lu przesłała mi link do strony Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Kolei, gdzie jest ciepłe wspomnienie o Tomku, o Jego kolejowych fascynacjach oraz prawdziwe zdjęcie.
Etykiety:
poezja
8 komentarze
piątek, 24 września 2010
Styl
Biorą mnie tam na stawie za jakiegoś doolittla, bo chociaż wczoraj po południu nie przybyły kaczki, to ryby w dużej ilości i gdyby mogły, jadłyby mi z ręki. Wbrew temu, co się mówi, ten narodek wcale nie jest cichy, bo mlaska i kotłuje się w wodzie bez żadnej dystynkcji. Całe szczęście nie było tej zmyślnej mewy, która kiedyś pływała tu wśród kaczek, ale nie brała pokarmu, lecz obserwowała go i co jakiś czas chwytała skubiącą go rybkę.
Kiedy wracałem, na orzechu który rośnie obok grobli zobaczyłem czarne ptaszyska. Połyskliwy gawron obrał właśnie owoc i uleciał dumnie ze zdobyczą. To był zupełnie inny styl niż rybia łapczywość. Zasłużył na całą sekwencję.


Kiedy wracałem, na orzechu który rośnie obok grobli zobaczyłem czarne ptaszyska. Połyskliwy gawron obrał właśnie owoc i uleciał dumnie ze zdobyczą. To był zupełnie inny styl niż rybia łapczywość. Zasłużył na całą sekwencję.


Etykiety:
fauna,
ptaki,
staw
4 komentarze
środa, 22 września 2010
Niezrozumiałe choć przewidywalne
Dziś umarł Tomek Wach. 5 stycznia 2009 w Rękopisorium (to takie zamknięte forum autorów i najbliższych czytelników „Rękopisu”) Tomek zamieścił swój ostatni wiersz. To było wydarzenie, bo od wielu lat już nie pisał poezji, chociaż był z nas najlepszym poetą. Gdy skończył z poezją, został doktorem psychologii i pracował na uczelni. Czułe miejsce zajęła kolej: Tomek był miłośnikiem kolei parowej. Galeria jego zdjęć znajduje się tutaj i z niej ściągnąłem zdjęcie tytułowe. Wykonał je w Nasielsku w roku 1980 i podpisał: Portret rozpędzającej się (i na dodatek z otwartym akurat odmulaczem) Pt47-84.
Przytaczam ten piękny wiersz i parę słów dyskusji na forum, w której wziął udział On, Janusz Kostynowicz i ja.
Nie miałem racji. Jest wprawdzie poezja, ale osobno jest rozpacz i smutek.
Przytaczam ten piękny wiersz i parę słów dyskusji na forum, w której wziął udział On, Janusz Kostynowicz i ja.
Na rok 2009------------------
Niezrozumiałe
choć przewidywalne
są wiatry porywiste i deszcze nawalne
świat rzeczy
bez ludzkiego sensu
i wiadomych znaczeń
narodziny i śmierć pojęte inaczej
naturalna i stała martwota kamienia
o której powiadamy
że to jest z milczenia
w niepotrzebnym wysiłku
wielkiej gorliwości
tworzenia wizerunku
z bezkresnej nicości.
JJ: Dobrze nam znane przesłanie o daremności w formie niedaremnej. Słyszę romantyczne nuty lozańskie i werońskie. Pewno nie chciał tego Tomek, ale wyszło pięknie.
JK: Obawiałem się, że gdy przekroczymy jakąś granicę rozpaczy, nasz głos zamilknie. Tomek pokazał, że po drugiej stronie też jest poezja, tylko nieludzka.
JJ: Co to za granica rozpaczy? Jaka poezja nieludzka? Jak zwykle dramat Pan układasz.
Tomasz: Im częściej Janusz mówi, że cierpi tym bardziej cierpieć będzie. To pokusa drapania się w miejsce, którego drapać nie należy o czym wie każdy młody absolwent akademii medycznej. Wie i nawet o tym rozpowiada, ale nadal się drapie. Nasz kolega nazywając rozpacz rozpaczą nie eliminuje rozpaczy ale ją niejako pobudza do wzrostu. To ciekawe w ogóle jest, bo tu w różnych wątkach Rękopisu przewijała się myśl, że to ja byłem pesymistą skrajnym a Janusz pożytecznym krasnalem. No ciekawe, ciekawe....
JK: Ale wiersz jest dobry!
JJ: Może to starcza podejrzliwość, ale ostatnio myślę, że ktoś mocno podkręca wieści i próbuje mną manipulować. Całe szczęście mam swój mały światek, w którym fakt, że sikorki przekonały się nareszcie do natłuszczonych płatków owsianych jest ważniejszy od NEP-u ogłoszonego właśnie przez znanego osobnika w podwójnej postaci. I Tobie Przyjacielu JK proponuje taki świat zrównoważony, w którym dobry wiersz stanowi pociechę pozwalającą wznieść się ponad smutki zgrzybiałego wieku.
Nie miałem racji. Jest wprawdzie poezja, ale osobno jest rozpacz i smutek.
Etykiety:
kolej,
poezja
2 komentarze
wtorek, 21 września 2010
Niełatwa jesień
Niełatwo, oj niełatwo wytrzymać z jesienią. Bo to wariatka jest. Od rana całe dnie trudni się ułudą.
Gdy zaczyna docierać do niej prawda, załamana popada w melancholię i potem leczy się poezją.
Póki złotawa, pół biedy, ale przecież opada liść i jasno widać rozpacz listopadowej egzystencji.
Co począć z taką jesienią? Jedynie chyba przysiąść i powspominać jak to było wiosną i latem.
-------------------------------
Dziś rano z Bubą wyjechaliśmy do lasu po Leśniczego (on naprawdę nie jest leśniczym, ale Bubie trudno to zrozumieć). Mam nowy telefon i nim właśnie robiłem te zdjęcia na odcinku kilkuset metrów przy drodze co się nazywa Aleja załogi samolotu Kościuszko (tu się rozbił w 1987 r., zginęły 183 osoby). Na samym końcu alei, tam gdzie kończy się perspektywa na zdjęciu drugim, jest na polanie mały pomnik i krzyż. Zawsze przechodziłem tamtędy z lekką trwogą, zwłaszcza po zmroku, a dziś spojrzałem na ten krzyż z czułością, bo zobaczyłem jaki skromny jest i cichy. Chrześcijański.
Gdy zaczyna docierać do niej prawda, załamana popada w melancholię i potem leczy się poezją.
Póki złotawa, pół biedy, ale przecież opada liść i jasno widać rozpacz listopadowej egzystencji.
Co począć z taką jesienią? Jedynie chyba przysiąść i powspominać jak to było wiosną i latem.
-------------------------------
Dziś rano z Bubą wyjechaliśmy do lasu po Leśniczego (on naprawdę nie jest leśniczym, ale Bubie trudno to zrozumieć). Mam nowy telefon i nim właśnie robiłem te zdjęcia na odcinku kilkuset metrów przy drodze co się nazywa Aleja załogi samolotu Kościuszko (tu się rozbił w 1987 r., zginęły 183 osoby). Na samym końcu alei, tam gdzie kończy się perspektywa na zdjęciu drugim, jest na polanie mały pomnik i krzyż. Zawsze przechodziłem tamtędy z lekką trwogą, zwłaszcza po zmroku, a dziś spojrzałem na ten krzyż z czułością, bo zobaczyłem jaki skromny jest i cichy. Chrześcijański.
Etykiety:
flora,
historia,
żart liryczny
7 komentarze
środa, 15 września 2010
W Ogrodzie Saskim
Hennessy Leroyle's famous success, Other people's money from Hoyt's Theatre New York : written by E.O. Towne. (1898)
Michale, ratuj! Mam dużo pracy, a blog leży. Mogę tu tylko pisać, kiedy umysł mam wolny i nie dręczą mnie za bardzo wyrzuty sumienia. Tymczasem w komentarzach wyczuwam leciutki niepokój i pan Kowarski wydzwania zatroskany. Gdy mówię mu, że jest robota, powiada - "No właśnie, mówię wszystkim, że nie piszesz, bo robisz pieniądze". To cały on. Sam zawsze na bezpiecznej posadzie pracownika oświatowego nazywa mnie biznesmenem, bo podjąłem daremne ryzyko pracy na własny rachunek i zwijam się w trąbkę, żeby zarobić na ZUS i spłatę raty kredytu. To jest niestety mentalna spuścizna powojennego socjalizmu, ale co tam, przecież nie zmienię gościa, co do szkoły chodził z Ludwikiem Waryńskim.
Michał też mnie trochę tak traktował. Pamiętam, gdy pod koniec lat 80. podjechałem po niego używanym Fiatem 125p, powiedział ni to z podziwem, ni z przyganą: "No, no, burżuazja!". Pisałem, po 1989 r. Michał zagubił się w sensie ekonomicznym i już nie odnalazł, a w swojej powieści "Warszawska Atlantyda" mocno drwił z pierwszych lat naszego dzikiego kapitalizmu.
Humoreskę, którą przytaczam, napisał w 2001. To szkic, którego nigdy nie zredagował. Widać, że wpadł na pomysł i pisał szybko, bo materiał miał liczne literówki i '"połknięcia". Poprawiłem i zamieszczam, bo ma klimat trochę z Mrożka, trochę z Szaniawskiego oraz krztynę autoironii. Przede wszystkim jest jednak kpiną z haseł wczesnego kapitalizmu i z ołtarza przedsiębiorczości.
Michale, ratuj! Mam dużo pracy, a blog leży. Mogę tu tylko pisać, kiedy umysł mam wolny i nie dręczą mnie za bardzo wyrzuty sumienia. Tymczasem w komentarzach wyczuwam leciutki niepokój i pan Kowarski wydzwania zatroskany. Gdy mówię mu, że jest robota, powiada - "No właśnie, mówię wszystkim, że nie piszesz, bo robisz pieniądze". To cały on. Sam zawsze na bezpiecznej posadzie pracownika oświatowego nazywa mnie biznesmenem, bo podjąłem daremne ryzyko pracy na własny rachunek i zwijam się w trąbkę, żeby zarobić na ZUS i spłatę raty kredytu. To jest niestety mentalna spuścizna powojennego socjalizmu, ale co tam, przecież nie zmienię gościa, co do szkoły chodził z Ludwikiem Waryńskim.
Michał też mnie trochę tak traktował. Pamiętam, gdy pod koniec lat 80. podjechałem po niego używanym Fiatem 125p, powiedział ni to z podziwem, ni z przyganą: "No, no, burżuazja!". Pisałem, po 1989 r. Michał zagubił się w sensie ekonomicznym i już nie odnalazł, a w swojej powieści "Warszawska Atlantyda" mocno drwił z pierwszych lat naszego dzikiego kapitalizmu.
Humoreskę, którą przytaczam, napisał w 2001. To szkic, którego nigdy nie zredagował. Widać, że wpadł na pomysł i pisał szybko, bo materiał miał liczne literówki i '"połknięcia". Poprawiłem i zamieszczam, bo ma klimat trochę z Mrożka, trochę z Szaniawskiego oraz krztynę autoironii. Przede wszystkim jest jednak kpiną z haseł wczesnego kapitalizmu i z ołtarza przedsiębiorczości.
W Saskim Ogrodzie
Leżący w centrum miasta Ogród Saski jest niewielkim i pozbawionym tajemniczych zakątków parkiem. Z każdego prawie miejsca, szczególnie zimą lub jesienią, kiedy brakuje liści, widać ruch samochodowy na ulicach Królewskiej i Marszałkowskiej, a także bliską perspektywę placu Piłsudskiego. Przed południem przychodzą do Ogrodu Saskiego babcie z dziećmi, po południu ludzie wracający z pracy i każdy komu po drodze.
Któregoś jesiennego dnia siedziałem na ławce w tej części parku skąd widać kielich nieczynnej już fontanny. Żwirowe alejki pokrywała gruba warstwa opadłych liści, prześwitujące pomiędzy konarami niebo miało wyblakłą niebieską barwę. Moją uwagę zwrócił głośny szelest liści. Odwróciłem się i zobaczyłem, że pomiędzy drzewami krąży powoli starszy pan ze staromodną laską, a za nim, w odległości kilku kroków, spora gromadka ludzi. Dzieci, chłopcy z tornistrami, jakaś kobieta z wózkiem, mężczyźni z teczkami i kilku bezrobotnych. Wszyscy wpatrywali się w ziemię i co pewien czas schylali rozrzucając rękoma liście. Kiedy pan z laską na chwilę przystawał, podnosili głowy i nieruchomieli. Za każdym razem wybuchał wtedy gwar zmieniający się powoli w szmer ściszonych głosów. Przyglądałem się ze zdziwieniem, nie rozumiejąc o co tym ludziom chodzi. Może to jakieś grzyby - pomyślałem - a może to radiesteta szukający żył wodnych? W końcu nie wytrzymałem i kiedy koło mojej ławki przechodził szybkim krokiem mężczyzna, który dopiero co odłączył od tamtej gromadki, zapytałem, czego tak szukają. Nic nie odpowiedział, popatrzył tylko złym wzrokiem i jeszcze bardziej przyspieszył kroku. Wstałem i zapytałem kogoś przyglądającego się tym poszukiwaniom. Czego właściwie szukają?
- Pieniędzy! - odpowiedział krótko. - Tutaj wszędzie są pieniądze!
Była to taka odpowiedź, że wolałem o nic więcej nie pytać. Ale oto starszy pan z laską przystanął nagle, pochylił się i wyciągnął spomiędzy liści nie uszkodzony i nawet nie pomięty niebieskawy banknot. Od tej chwili nie mogłem już od niego oderwać wzroku. Wyprostowany, z założonymi na piersi rękoma i swobodnie zawieszoną na łokciu laseczka, spacerował niespiesznie pomiędzy drzewami. Szli za nim dorośli i dzieci czekając aż znów się pochyli. Kiedy to robił, wokół aż szumiało od rozgarnianych energicznie liści. Ale na próżno! Starszy pan oglądał tymczasem znaleziony banknot, wzdychał i chował do kieszeni płaszcza. Potem znów ruszał, wracał jeszcze raz na zdeptane miejsca, przewracał liście końcem laski, a kiedy ktoś próbował go zagadnąć lub zastąpić drogę, milcząc kierował się w inną stronę. Przystawał, spoglądał pod nogi i znów coś podnosił. Ludzie ryli w stosach liści i ani przez moment nie spuszczali z niego oczu. Najbardziej zachwycone były dzieci, którym oddawał znalezione tu drobne dziesiątki i dwudziestki. Ja również zajrzałem pod kilka liści i szybko się wycofałem z głupią miną.
W niektórych ludziach wzbierała złość, czasem ktoś nagle odchodził, inni niestrudzenie krążyli za panem z bambusową laseczka. Kiedy laseczka podnosiła jakiś liść, wszystkim wydawało się, że jest tam co najmniej setka, ale starszy pan odwracał się i kilka kroków dalej podnosił z ziemi jeszcze bardziej okazały banknot. Pomimo że zabezpieczony materialnie, poczułem nagle złość na widok jego powolnych kroków i cienkiej laseczki. Dlaczego tylko on znajduje, a inni nie! Czy jest to sprawiedliwe i czy na pewno nie kryje się za tym jakieś oszustwo? To samo pytanie musiało widać trapić jeszcze kilka innych osób, bo najpierw szeptem, potem półgłosem, a w końcu bardzo głośno zaczęli się nad tym zastanawiać.
- Co to jest? - pytali jakiś równie nobliwie wyglądający pan, tyle że bez laseczki - co to jest? Ja nie wiem co to jest, ale tym się powinien rząd zainteresować. To jest złodziejstwo! A w miarę jak mówił oczy zaczynały się mu się zwężać i przestawał nimi bezradnie mrugać. To jest jawne złodziejstwo i rabunek grosza publicznego!
- To pewnie lipa, to dla filmu albo jeszcze czegoś. - Nie, nie! To są prawdziwe pieniądze - szeptał jakiś młody biznesmen z teczką. - Sam sprawdzałem u tych dzieci!
Bezrobotni i pijaczkowie milczeli z ponurą, niczym nie maskowaną zazdrością.
- Panie, jak ich szukać? - zachrypiał wreszcie jeden z nich, ale mężczyzna z laseczka jakby nie słyszał, trochę zmęczony, zamyślony i jakby nieobecny. A pieniądze były i wciąż leżały pod nogami.
Z daleka, brnąc przez zasłane liśćmi trawniki zbliżał się już policjant z urzędnikiem skarbowym. Sprowadził ich mężczyzna, który minął mnie, gdy siedziałem na ławce. - Pan pozwoli dowód! - rzekł policjant. Tłum czekał w milczeniu. Policjant długo oglądał dokument, podważał palcem solidnie przytwierdzone zdjęcie. Urzędnik zaś spytał:
- Co to za pieniądze?
- To są pieniądze, które leżą na ziemi - powiedział starszy pan.
- Jak to na ziemi? Jak można wciąż znajdywać pieniądze?
- Nie wiem czy umiem panu na to tak od razu odpowiedzieć - powiedział starszy pan - ale skoro one są wszędzie... - i pochylił się żeby wyjąć prawie spod obcasa urzędnika nowe dwieście złotych.
- Ile pan dzisiaj znalazł pieniędzy?- spytał z irytacją urzędnik
- Około dwudziestu pięciu tysięcy - rzekł pan z laską.
Wszyscy zamarli. Wiadomo było, że znalazł dużo, ale żeby aż tyle!
- Kłamie! - krzyknął ktoś rozpaczliwie. - Trzeba go zrewidować!
- Ale dlaczego? - zaprotestował starszy pan. - Gdyby pan się nie gapił to też by pan znalazł.
- Znalezione banknoty trzeba odnieść na komisariat - rzekł policjant.
- Ależ ja tak robię! - zapewnił starszy pan. - Dzisiaj jeszcze chciałem tutaj trochę pochodzić, a potem jak zawsze na komisariat. Trochę mi jeszcze brakuje do trzydziestu tysięcy, to jest do należnych mi trzech tysięcy znaleźnego.
- Ciszej, ciszej! - pouczył ludzi policjant.
- O, proszę, to są moje zaświadczenia - pan z laską sięgnął do portfela. - Tu z zeszłego miesiąca, tu z sierpnia, a z lipca już nie mam, bo byłem na wczasach nad morzem. Ja tylko znaleźne, nic więcej.
Poszedłem w swoją stronę. W nosie wiercił kurz z przewracanych przez dzieci liści. Usiadłem na ławce i patrzyłem co będzie dalej. Pan z laską wsiadł do radiowozu. Może było mu na rękę, że zamiast taksówką pojedzie oddać znalezione pieniądze za darmo. Tłum powoli się rozchodził, ale szeleszczenie liści słychać było tego dnia w Ogrodzie Saskim do zmroku. Pójdźcie tam kiedyś i wy. Może usłyszycie jak nieprzyzwoicie szeleszczą?
Etykiety:
Michał,
żart liryczny
7 komentarze
sobota, 4 września 2010
Pierwiosnek pod jesień
Naprawdę nie ma milszej chwili – pisałem o tym - niż ta, kiedy nawiązuje się kontakt. Ta mała ptaszynka zaświstała na mnie dziś o poranku w zaroślach nawłoci, tuż za płotem. Kiedy podszedłem z aparatem, ukryła się, żeby po chwili pokazać się znowu i łaskawie popozować. Choć zrobiłem ponad dziesięć zdjęć mam wątpliwości: piecuszek to, czy pierwiosnek? A może całkiem kto inny? Już raz dałem tu plamę nazywając osikę bukiem, więc muszę być ostrożny.
Oba pokrzewkowate nie różnią się niemal wyglądem, a w dodatku tzw. głos kontaktowy (przesłuchałem płytę z atlasu Kruszewicza) mają niemal identyczny. Podobno decyduje barwa nóg (prawidłowo: skoków), pierwiosnek ma ciemniejsze. Myślę, że to chyba jednak on. Dobrze jest pod jesień spotkać się z pierwiosnkiem.
Oba pokrzewkowate nie różnią się niemal wyglądem, a w dodatku tzw. głos kontaktowy (przesłuchałem płytę z atlasu Kruszewicza) mają niemal identyczny. Podobno decyduje barwa nóg (prawidłowo: skoków), pierwiosnek ma ciemniejsze. Myślę, że to chyba jednak on. Dobrze jest pod jesień spotkać się z pierwiosnkiem.
Etykiety:
fauna,
ptaki
33 komentarze
czwartek, 2 września 2010
Zapatrzony
Gdy miałem trzynaście lat rodzice kupili telewizor. Wcześniej żywiłem się książkami. Były ich tony, bez żadnej myśli i sensownego wyboru, dosłownie wybierane na węch i według grubości. Jak dla Zagłoby największym smutkiem był widok dna butelki, tak dla mnie gwałtowny koniec powieści i przebudzenie w świecie, który jest sielski, tylko z perspektywy dziesiątków lat.
Ten telewizor był produkcji rosyjskiej i psuł się tak często, że wreszcie zwrócili pieniądze. Nazywał się Temp. Niespodziewanie po latach powrócił do mnie koszmar tej nazwy, bo tymczasowe pliki o takim rozszerzeniu (od temporary) są dla mnie potwornym utrapieniem. Zamulają komputer i co jakiś czas muszę je tępić jak jakieś insekty.
Zmieniło się niemal wszystko. Kolorowy telewizor, który kupiliśmy pod koniec lat osiemdziesiątych nie chce się popsuć ani na chwilę i od dwudziestu kilku lat dręczy nas nasyconym barwami i ostrym obrazem. Jednak oddałbym wszystkie te kolorowe obrazki za tamten drgający, albo zjeżdżający jak winda, szary obraz, ale przede wszystkim za zapatrzonego siebie.
Z komputerem radzę sobie nie najgorzej, ale słoma to już zawsze będzie mi wystawała z butów. Z podziwem patrzę, jak Miki muska leciutko klawiaturę, gdy ja walę w klawisze jakbym grał Etiudę Rewolucyjną. To się zaczęło rzeczywiście od daremnej nauki gry na pianinie, a utrwaliło pisaniem na maszynie marki Łucznik. Oni tam w Radomiu produkowali głównie karabiny Kałasznikowa i te maszyny do pisania to był kamuflaż. Nosiły piętno techniki militarnej i grzmociło się w te klawisze wystrzeliwując pociski liter.
Pierwszą pracę magisterską (z wersologii, nie ukończyłem) pisałem nocą. Wynajmowałem wtedy kawalerkę przy Żytniej. Znałem wszystkie nocne odgłosy bloku. Już nikt na schodach, coraz rzadszy szum spływającej wody i wreszcie absolutna cisza. Nad ranem zaczyna się od brzęczących butelek roznoszonego mleka, znowu szum wody i szybkie kroki po schodach. Nie mogłem znieść odgłosu blaszanych kubłów, którymi śmieciarze rzucali za ścianą i wychodziłem do sklepu. Przed nim skulone, drżące z zimna i udręki sylwetki chudych postaci o nabrzmiałych twarzach. Fioletowych jak napój, na który tak czekali.
W analizie wersyfikacyjnej wiersza nie wystarczy policzyć sylaby, ale trzeba jeszcze nanieść akcenty. Pomiędzy ostatnim spuszczeniem wody a mleczarzem wystukiwałem klawiszem myślnika leśmianowskie zgłoski. Aż trafiła się pośrodku nocy ta ballada.
"Dąb" jest bardzo dynamiczną opowieścią o koncercie, jaki niespodziewanie daje w kościele "krzepki upiór dębowy". Gdyby szukać muzycznego odpowiednika tego opisu mogłaby to być VI Symfonia Pastoralna Beethovena, a zwłaszcza jej cześć zatytułowana "Wesoła zabawa wieśniaków" (słuchaj Youtube poniżej). W balladzie powtarza się podobny refren z przytupem:
Dla dębu to w to mi graj, więc gra szeroko:
---------
Rok 1920 to nie tylko zwycięstwo nad bolszewikami. To również rok wydania zbioru "Łąka", z którego pochodzi ta ballada. Kiedy opadnie kurz bitewny, pomyślmy o łąkach.
---------
Ten obraz na górze to landszaft mojego dzieciństwa. Wisiał na honorowym miejscu w tzw. dużym pokoju. Ja z tego lasu jestem.
Ten telewizor był produkcji rosyjskiej i psuł się tak często, że wreszcie zwrócili pieniądze. Nazywał się Temp. Niespodziewanie po latach powrócił do mnie koszmar tej nazwy, bo tymczasowe pliki o takim rozszerzeniu (od temporary) są dla mnie potwornym utrapieniem. Zamulają komputer i co jakiś czas muszę je tępić jak jakieś insekty.
Zmieniło się niemal wszystko. Kolorowy telewizor, który kupiliśmy pod koniec lat osiemdziesiątych nie chce się popsuć ani na chwilę i od dwudziestu kilku lat dręczy nas nasyconym barwami i ostrym obrazem. Jednak oddałbym wszystkie te kolorowe obrazki za tamten drgający, albo zjeżdżający jak winda, szary obraz, ale przede wszystkim za zapatrzonego siebie.
Z komputerem radzę sobie nie najgorzej, ale słoma to już zawsze będzie mi wystawała z butów. Z podziwem patrzę, jak Miki muska leciutko klawiaturę, gdy ja walę w klawisze jakbym grał Etiudę Rewolucyjną. To się zaczęło rzeczywiście od daremnej nauki gry na pianinie, a utrwaliło pisaniem na maszynie marki Łucznik. Oni tam w Radomiu produkowali głównie karabiny Kałasznikowa i te maszyny do pisania to był kamuflaż. Nosiły piętno techniki militarnej i grzmociło się w te klawisze wystrzeliwując pociski liter.
Pierwszą pracę magisterską (z wersologii, nie ukończyłem) pisałem nocą. Wynajmowałem wtedy kawalerkę przy Żytniej. Znałem wszystkie nocne odgłosy bloku. Już nikt na schodach, coraz rzadszy szum spływającej wody i wreszcie absolutna cisza. Nad ranem zaczyna się od brzęczących butelek roznoszonego mleka, znowu szum wody i szybkie kroki po schodach. Nie mogłem znieść odgłosu blaszanych kubłów, którymi śmieciarze rzucali za ścianą i wychodziłem do sklepu. Przed nim skulone, drżące z zimna i udręki sylwetki chudych postaci o nabrzmiałych twarzach. Fioletowych jak napój, na który tak czekali.
W analizie wersyfikacyjnej wiersza nie wystarczy policzyć sylaby, ale trzeba jeszcze nanieść akcenty. Pomiędzy ostatnim spuszczeniem wody a mleczarzem wystukiwałem klawiszem myślnika leśmianowskie zgłoski. Aż trafiła się pośrodku nocy ta ballada.
"Dąb" jest bardzo dynamiczną opowieścią o koncercie, jaki niespodziewanie daje w kościele "krzepki upiór dębowy". Gdyby szukać muzycznego odpowiednika tego opisu mogłaby to być VI Symfonia Pastoralna Beethovena, a zwłaszcza jej cześć zatytułowana "Wesoła zabawa wieśniaków" (słuchaj Youtube poniżej). W balladzie powtarza się podobny refren z przytupem:
Grajże, graju, graj,Stukam, stukam, jestem znużony, ale przecież dociera do mnie, że tam, w tym kościele, dębowej grze przysłuchuje się Bóg. "niebywały w tej porze, niebywały, lecz cały zasłuchany! O Boże!"
Dopomóż ci Maj,
Dopomóż ci miech, duda
I wszelaka ułuda!
Dla dębu to w to mi graj, więc gra szeroko:
I rozwiawszy tłum dźwięków po pieśniowym rozłogu,Ja tu stukam, a tam organy udają basetle i Bóg słucha wzruszony.
Wygrzmiał z miechów to wszystko, co las myśli o Bogu.
I coś jeszcze miarkował i coś dumał na stronieTego już było za dużo. Tej ciemnej nocy płakało nas trzech.
I biegł żywcem do grajka i wyciągał swe dłonie
Święci, wiedząc, co czynią, w nagłej cudom podzięce
Poklękali radośnie, wziąwszy siebie za ręce,
Bo od kiedy świat światem, a śmierć jego obrębem,
Po raz pierwszy Bóg, płacząc, obejmował się z dębem!
---------
Rok 1920 to nie tylko zwycięstwo nad bolszewikami. To również rok wydania zbioru "Łąka", z którego pochodzi ta ballada. Kiedy opadnie kurz bitewny, pomyślmy o łąkach.
---------
Ten obraz na górze to landszaft mojego dzieciństwa. Wisiał na honorowym miejscu w tzw. dużym pokoju. Ja z tego lasu jestem.
Etykiety:
dzieciństwo,
Leśmian
3 komentarze
niedziela, 15 sierpnia 2010
Kurka wodna!
Kurka wodna, no przecież wiem, nie nazywam się Konrad Lorenz, ale tak jak on, w te późniejsze lata rozmawiałbym tylko z bydlątkami, ptakami i rybami. Dwa razy dziennie przychodzę na tę groblę i staje nad brzegiem stawu po lewej, tam gdzie czai się Buba.
Łyski (zwane tez kurką wodną) są znacznie bardziej nieufne i płochliwe niż na przykład poczciwe krzyżówki. W ogóle w przeciwieństwie do tamtych nie są specjalnie piękne, a im młodsze tym brzydsze. Musiałem je jednak czymś przekonać, zwłaszcza nieufność matki, bo gdy wołam, wypływają nagle z szuwarów, nieraz z drugiego końca stawu, i pędzą te brzydactwa po wodzie z bijącym niespokojnie serduszkiem czy starczy.
Nie daję tego zbyt wiele, żeby nie odzwyczaić od normalnego pokarmu i nie mogę sobie odmówić fotografowania. Małe się robią coraz bardziej samodzielne, a te najdzielniejsze nurkują w poszukiwaniu opadłych okruchów.
Po jakimś czasie podpływa matka, która obserwuje wszystko z boku i ostrym głosem ostrzega, gdy któreś zbliży się za bardzo do mnie. Teraz ona ściga się z co silniejszym potomstwem, żeby złowione okruszki dać też swoim niedorajdom.
Jest jeszcze staw prawy, prawie zupełnie cichy. To smutna sprawa i napisze o niej niedługo.
Łyski (zwane tez kurką wodną) są znacznie bardziej nieufne i płochliwe niż na przykład poczciwe krzyżówki. W ogóle w przeciwieństwie do tamtych nie są specjalnie piękne, a im młodsze tym brzydsze. Musiałem je jednak czymś przekonać, zwłaszcza nieufność matki, bo gdy wołam, wypływają nagle z szuwarów, nieraz z drugiego końca stawu, i pędzą te brzydactwa po wodzie z bijącym niespokojnie serduszkiem czy starczy.
Nie daję tego zbyt wiele, żeby nie odzwyczaić od normalnego pokarmu i nie mogę sobie odmówić fotografowania. Małe się robią coraz bardziej samodzielne, a te najdzielniejsze nurkują w poszukiwaniu opadłych okruchów.
Po jakimś czasie podpływa matka, która obserwuje wszystko z boku i ostrym głosem ostrzega, gdy któreś zbliży się za bardzo do mnie. Teraz ona ściga się z co silniejszym potomstwem, żeby złowione okruszki dać też swoim niedorajdom.
Jest jeszcze staw prawy, prawie zupełnie cichy. To smutna sprawa i napisze o niej niedługo.
Etykiety:
fauna,
staw
8 komentarze
niedziela, 8 sierpnia 2010
Księżniczka von Hovawart
Księżniczkę zobaczyłem pięć lat temu w nieistniejącym już serwisie ogłoszeniowym Aaaby.pl "Gazety Wyborczej". Czytałem wiadomości i nagle w rogu ekranu wyskoczyło okienko, a w okienku ona, malutka wprawdzie i puchata, lecz dystyngowana, melancholijnie wpatrzona w oddalony punkt.
Telefon kierunkowy zaczynał się na 74, a właśnie nazajutrz jechałem służbowo do Wałbrzycha. Zadzwoniłem, okazało się, że to 100 km na południe, pod Śnieżnikiem i opodal Międzygórza. Ucieszyłem się, bo znałem i lubiłem te okolice.
"Głośny potok" - niewielkie gospodarstwo agroturystyczne z jazdą konną, prowadzone przez dwoje ludzi z Warszawy. Gospodyni była malarką. Stylowy salon z pianinem; pasowała do niego ta gromadka psów wytwornych ras. Rozmawialiśmy przy stole, a malutka Evita (to jej metrykalne imię) podeszła do mnie i przytuliła się z tyłu pleców. Powiedziałem to, co zawsze mówię zagubionym istotkom:
Dałem jej dziecięcą tabletkę Aviomarinu na koniec języka, przytrzymałem arystokratyczną mordkę, żeby przełknęła i ruszyliśmy w długą drogę.
Nie uzgadniałem tego z żoną. Od roku mieliśmy dom z ogrodem, ale jakiś pusty, bo Miki kończył studia i przychodził tylko nocować. Czegoś brakowało pod ręką, co można by pielęgnować i najczulej kochać.
Nie będę pisał o szczegółach, ale na początku nie było łatwo. Żona nigdy nie miała psa. W zasadzie bała się ich i one o tym wiedziały. Wspomnę tylko że po kłótni, siedziałem z maleńką w łazience i naprawdę nie wiedziałem, dokąd pójdziemy.
Ułożyło się jednak szybko i dziś żona jest dla niej najczulszą panią. Na przykład całuje ją często, a ona znosi to z książęcą godnością.
Kiedy dwa lata temu Mikołaj się ożenił i odwiedził nas dopiero po tygodniu, Buba poukładała jakoś pyskiem w kosteczkę swój ulubiony kocyk i położyła mu na kolana. Taka psia wyprawka.
Oboje z Natalią mieszkają po drugiej stronie Lasu Kabackiego. Najczęściej przyjeżdżają na rowerze, ale zdarza się, że przychodzą pieszo. Wtedy jadę z Bubą pod las samochodem i idziemy im na spotkanie. Trudno mi jej to wytłumaczyć i księżniczka myśli, że Miki jest leśniczym.
Z nikim nie byłem tak bez przerwy. Bardzo lubi ze mną pracować. Po śniadaniu zastyga w pozie wyczekiwania, wstępując przednimi łapami na stopień schodów, a kiedy wreszcie idę, z ulgą wbiega na górę i kładzie się trzy metry od biurka z pyskiem przy ziemi. Ja pracuje, a ona śpi, budzi się, patrzy brązowymi, dobrymi ślepiami, chwilę tak popracuje i potem śpi dalej. Zupełnie nie rozumie, kiedy Mikołaj mówi jej, że jest darmozjadem.
Na śniadanie zjada między innymi jogurt, często z ryżem. To nieprawdopodobne, że coś tak czarnego może żywić się czymś tak białym. Dziś, kiedy przyszła mi podziękować, zobaczyłem, że to jaśniejące pod brodą to wcale nie pozostałości jedzenia. W końcu minęło pięć lat.
Usiadłem na podłodze i przytuliłem siwą głowę do posrebrzonego, kochanego pyska.
Telefon kierunkowy zaczynał się na 74, a właśnie nazajutrz jechałem służbowo do Wałbrzycha. Zadzwoniłem, okazało się, że to 100 km na południe, pod Śnieżnikiem i opodal Międzygórza. Ucieszyłem się, bo znałem i lubiłem te okolice.
"Głośny potok" - niewielkie gospodarstwo agroturystyczne z jazdą konną, prowadzone przez dwoje ludzi z Warszawy. Gospodyni była malarką. Stylowy salon z pianinem; pasowała do niego ta gromadka psów wytwornych ras. Rozmawialiśmy przy stole, a malutka Evita (to jej metrykalne imię) podeszła do mnie i przytuliła się z tyłu pleców. Powiedziałem to, co zawsze mówię zagubionym istotkom:
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze.Potem załatwiliśmy formalności i okazało się, że mała jest pół-Czeszką, w dodatku księżniczką, bo w jej żyłach płynie krew championów Czech, Niemiec i Polski.
Dałem jej dziecięcą tabletkę Aviomarinu na koniec języka, przytrzymałem arystokratyczną mordkę, żeby przełknęła i ruszyliśmy w długą drogę.
Nie uzgadniałem tego z żoną. Od roku mieliśmy dom z ogrodem, ale jakiś pusty, bo Miki kończył studia i przychodził tylko nocować. Czegoś brakowało pod ręką, co można by pielęgnować i najczulej kochać.
Nie będę pisał o szczegółach, ale na początku nie było łatwo. Żona nigdy nie miała psa. W zasadzie bała się ich i one o tym wiedziały. Wspomnę tylko że po kłótni, siedziałem z maleńką w łazience i naprawdę nie wiedziałem, dokąd pójdziemy.
Ułożyło się jednak szybko i dziś żona jest dla niej najczulszą panią. Na przykład całuje ją często, a ona znosi to z książęcą godnością.
Kiedy dwa lata temu Mikołaj się ożenił i odwiedził nas dopiero po tygodniu, Buba poukładała jakoś pyskiem w kosteczkę swój ulubiony kocyk i położyła mu na kolana. Taka psia wyprawka.
Oboje z Natalią mieszkają po drugiej stronie Lasu Kabackiego. Najczęściej przyjeżdżają na rowerze, ale zdarza się, że przychodzą pieszo. Wtedy jadę z Bubą pod las samochodem i idziemy im na spotkanie. Trudno mi jej to wytłumaczyć i księżniczka myśli, że Miki jest leśniczym.
Z nikim nie byłem tak bez przerwy. Bardzo lubi ze mną pracować. Po śniadaniu zastyga w pozie wyczekiwania, wstępując przednimi łapami na stopień schodów, a kiedy wreszcie idę, z ulgą wbiega na górę i kładzie się trzy metry od biurka z pyskiem przy ziemi. Ja pracuje, a ona śpi, budzi się, patrzy brązowymi, dobrymi ślepiami, chwilę tak popracuje i potem śpi dalej. Zupełnie nie rozumie, kiedy Mikołaj mówi jej, że jest darmozjadem.
Na śniadanie zjada między innymi jogurt, często z ryżem. To nieprawdopodobne, że coś tak czarnego może żywić się czymś tak białym. Dziś, kiedy przyszła mi podziękować, zobaczyłem, że to jaśniejące pod brodą to wcale nie pozostałości jedzenia. W końcu minęło pięć lat.
Usiadłem na podłodze i przytuliłem siwą głowę do posrebrzonego, kochanego pyska.
Etykiety:
Buba
7 komentarze
wtorek, 3 sierpnia 2010
Wykluczony
Edward Penfield, Harper's, okładka z sierpnia 1898 r.
To było 15 miesięcy przed końcem. Od dłuższego czasu Michał nigdzie już nie drukował, zresztą specjalnie o to nie zabiegał. Jedynie może te teksty, jakie wyciągał od niego Janusz do naszego fanzinowego "Rękopisu", ale on, jako profesjonalista, nie traktował tego poważnie.
Wobec wcześniejszego zgiełku wrażeń i przygód, teraz w jego życiu nie działo się nic. Pewnie dlatego przestał prowadzić dziennik. Nawyk codziennego pisania jednak pozostał. Jeszcze nie było u nas mody na blogi, ale on zaczął coś takiego. To były rozwinięte e-maile, które wysyłał do dwóch, trzech osób, z którymi pozostawał w przyjaźni. Zastanawiał się jak je nazwać. Pamiętałem "Strzępy meldunków" Sławoja Składkowskiego i powiedziałem "meldunki". Spodobało się. Oto meldunek kierowany do mnie 10 stycznia 2005.
To było 15 miesięcy przed końcem. Od dłuższego czasu Michał nigdzie już nie drukował, zresztą specjalnie o to nie zabiegał. Jedynie może te teksty, jakie wyciągał od niego Janusz do naszego fanzinowego "Rękopisu", ale on, jako profesjonalista, nie traktował tego poważnie.
Wobec wcześniejszego zgiełku wrażeń i przygód, teraz w jego życiu nie działo się nic. Pewnie dlatego przestał prowadzić dziennik. Nawyk codziennego pisania jednak pozostał. Jeszcze nie było u nas mody na blogi, ale on zaczął coś takiego. To były rozwinięte e-maile, które wysyłał do dwóch, trzech osób, z którymi pozostawał w przyjaźni. Zastanawiał się jak je nazwać. Pamiętałem "Strzępy meldunków" Sławoja Składkowskiego i powiedziałem "meldunki". Spodobało się. Oto meldunek kierowany do mnie 10 stycznia 2005.
Odkąd mam internet przestałem pisać w dzienniku. Początkowo jeszcze coś tam skrobałem ale w końcu przestałem. Od czasu do czasu pojawia się potrzeba pisania, zapisania, przedstawienia myśli na kartce papieru. Najpierw pojawiają się myśli o wszystkim co nas otacza, potem o sobie na tle tego krajobrazu. Zwłaszcza podczas porannych wizyt w wannie. W ogóle w wannie myśli się dość intensywnie i wcale nie jest tak, że świat odpływa za granicę horyzontu jak twierdził Gałczyński. Metoda doktora Kneippa polegająca na leczeniu histerycznych pacjentek przez namaczanie może mieć także inne zastosowania. Drugą zmianą jest to, że pisze się teraz bez długopisu, używając od razu pulpitu.
W wannie czytałem wydrukowaną w sobotnio – niedzielnym dodatku do Gazety Wyborczej rozmowę z Ignacio Ramonetem na temat radykalnego islamizmu. Tytuł „Koran - Kapitał naszych czasów". Początek wydrukowany dużą czcionką brzmi tak:
Radykalny islamizm dociera tam, gdzie nie dociera nikt inny – do ludzi wykluczonych, żyjących poza cywilizacją. Oferuje im odpowiedź monstrualną, bo odwołującą się do terroryzmu i śmierci. Tylko on jednak nadaje tym zapomnianym ludziom jakąś tożsamość.
Zupełnie jak w moim przypadku. Tylko trzeba zamiast islamizm napisać alkoholizm. Ja też jestem człowiekiem wykluczonym, bezrobotnym, z kryzysem tożsamości, bo jeszcze nie znam tej roli społecznej i nie wiem jak w takim świecie żyć.
W czasie naszych sobotnich biesiad i tańców myślałem, że ja tu jestem bez żony czy choćby dziewczyny, no, niechby czterdziestoletniej dziewczyny. Czy się z żoną sypia, czy nie, czy się ma jej dość, czy nie, ja byłem nieparzysty. I tak jest od zawsze, wyłączając krótkie (kiedyś) pobyty Ewy w Polsce. Ewa rzuciła mnie z powodu mojego alkoholizmu, ale też wystarczy pomyśleć, żeby stwierdzić – wcale mnie nie rzucała, bo mieszka w Holandii i bywa w Polsce kilka razy do roku. Teraz gdy mój wrodzony alkoholizm pozostanie, ale pijaństwo będę plenić, myślę, że sens prawdziwy miały twoje słowa: „Łukasz, baby ci potrzeba!” choć wolałbym nie babę, a atrakcyjną przyjaciółkę. Ale jak tu bezrobotnemu taką znaleźć?
Pamiętam, spotkałem się z G. w piwiarence „Pod papugami” i cały czas drżałem, żeby nie poprosiła o jeszcze jedno piwo, bo miałem wszystkiego dwadzieścia złotych na dwa piwa po siedem. Brak pracy, a więc zwykłej pensji, eliminuje ze świata ludzi zwykłych, dla których siedem złotych nie jest problemem. Rodzi problemy kiedyś nieznane. Za co kupić pastę do zębów albo co jeść jutro będę jeśli nie pójdę na obiad do ciotki. W takiej sytuacji rzeczywiście tylko baba zbierająca puszki po piwie może być moją partnerką.
Jak wariat czekam na jakąś okazję, czyli na szansę, że z marginesu trafię „do pracy”. Śni mi się wciąż, że wyrzucamy z Nowych Książek Lidię Wójcik i mogę tam wrócić, zająć się tym, co umiem. Szkoła to tylko przechowalnia i właściwie od zawsze mnie tam przechowywano na pół etacie nie dając zginąć. Ja ich nie lubię, a oni całkiem są mi przyjaźni i robią to z łaski.
Wykluczenie rodzi agresję. Albo autoagresję. Pijaństwo jest autoagresją i to znakomitą, bo nie boli, a tylko ogłupia. Oferuje „odpowiedź monstrualną”, bo odwołuje się do śmierci i za życia jeszcze nią hojnie obdarza. Prosty lud się zwyczajnie i uczciwie zapija. Na terapii słyszałem wyznania ludzi, którzy szczerze popadli w alkoholizm i pili tak zajadle, jak ja nigdy nie miałem odwagi. Ja dna jakiegoś wyrazistego nigdy nie osiągnę. Za to – uświadamiam to sobie wyraźnie – mogę być już do końca w dryfie. Niczego już nowego wtedy nie zaznam i niczego naprawdę ciekawego nie napiszę, nie zrobię, nie wymyślę.
Alkohol jak każdy narkotyk prowadzi do samozakłamania. Alkohol może najbardziej, bo nie działa szybko i można żyć z nim jak z jakimś mniej groźnym rakiem całe dziesięciolecia. To jest poddanie się i rezygnacja z hasła – pamiętasz druhu „Dżuma”, powtarzaliśmy je często jak byliśmy u Walterowców – „czeławiek eto gordo stoit!”. Ja z tego wielopiętrowego samozakłamania wyniosłem tylko tę korzysć, że chociaż własnego kłamstwa się nie pozbyłem, to wyraźnie widzę cudze. Wyobraź sobie: wszyscy nie tylko kradną, ale i kłamią! Wcale mi z tego powodu nie jest lżej. Raczej tak samo ciężko. Mógłbym niejednemu i niejednej prostować drogę. Ale do tego trzeba mieć powołanie.
Jakby szykując się do jakiejś nowej roli czekałem na samotnego Sylwestra, żeby leżąc jeszcze nieotrzeźwiały myśleć: Nie ma nikogo (tutaj i teraz) do kogo mógłbym przycisnąć moje stęsknione ciało i przed kim mógłbym otworzyć obolałą duszę. To właśnie myślałem także podczas naszego sobotniego karnawału.
Masz rację: po pierwsze nie pić, a potem się zobaczy. Niepicie to jednak nie kwestia wstydu czy bezwstydu, postanowień i męskiej siły. Tutaj męska siła na nic i jeszcze sama przeciw sobie się obraca. Tu potrzebna jest kupiecka trzeźwość: Co wolisz pijaku: wegetację roślinną nieomal, czy uczestnictwo?
Niektórzy właśnie uczestnictwa się boją. Ja się tyle lat bałem, że już się nie boję. Z fizycznego uzależnienia wychodzi się łatwo. Nigdy nie miałem z tym problemu i nie ciągnie mnie do alkoholu w tym sensie, że nie muszę wypić, żeby mi się ręce nie trzęsły albo żeby wstać z łóżka. To może na kacu tak jest, ale nie po parunastu dniach bez kropli piwa. W ostatnich czasach piłem rozważnie dając sobie wytrzeźwieć, żeby znów mieć siłę na picie i żeby nie zabazgrać do końca tej jedynej ćwierć pracy – szkoły. (Pomimo tego miałem takie dni trzeźwienia, gdy mogłem tylko leżeć i oglądać w kółko telewizję, bez odrobiny snu i bez kontaktu z samym sobą). Gorsze jest uzależnienie psychiczne. Przecież rzec mogę: ja to alkohol! Towarzyszy mi od kołyski, czyli od liceum im. Traugutta. Był mi pisany, bo się bałem społecznych związków, jak np. boi się ich teraz Paweł. Coś mi dał, coś wziął – nie, nie on, alkohol – raczej ten Łukaszewicz, co go pił.
Etykiety:
Michał
20 komentarze
sobota, 31 lipca 2010
Doniesienie o jesieni
Donoszę Drogi Czytelniku, że nieznaczne, ale już są. Zaczęło się wczoraj. To było na stałym szlaku moich spacerów. Zawsze brałem tę kępę drzew za brzozy podfruwajki. Tymczasem, gdy pod wieczór schroniłem się w tym zagajniku przed ulewą, zobaczyłem, że kora drzewek wcale nie jest biała, lecz ciemnozielona i gładka. Liście wprawdzie sercowate, ale krawędzie lekko postrzępione. To były buki. Kiedy to zrozumiałem, dopadła mnie jesienna tęsknota za górami. Bo tam buczyna jest najpiękniejsza.
Korkowiec, który ledwo co wypuścił liście, powoli je zaczyna zrzucać dezerter
i winorośl upojna pokątnie się czerwieni.
Wieczorem kaczki krzyżówki spływają w zarośla melancholijnie,
a z kaliny wypełza północnica, co w długie jesienne noce nie daje spać chłopakom.
Dobranoc
W górach jest wszystko co kochamDziś od rana tropiłem z nosem przy ziemi i znalazłem. Jeden z cisów skrywał przede mną mięsistą osnówkę, która zwykle dojrzewa we wrześniu lub w październiku.
Wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą mnie klony za wnuka
Jerzy Harasymowicz
Korkowiec, który ledwo co wypuścił liście, powoli je zaczyna zrzucać dezerter
i winorośl upojna pokątnie się czerwieni.
Wieczorem kaczki krzyżówki spływają w zarośla melancholijnie,
a z kaliny wypełza północnica, co w długie jesienne noce nie daje spać chłopakom.
Dobranoc
Etykiety:
flora,
Harasymowicz,
żart liryczny
5 komentarze
poniedziałek, 26 lipca 2010
W poszukiwaniu
Całą noc deszcz. Rusałka pawik, o której pisałem 11 kwietnia, nocowała dziś w pokoju. Przekładałem leżące na parapecie książki, a ona wyleciała zza którejś. Otworzyłem okno, ale nie chciała iść w niepogodę i przysiadła na kartce z recenzją książki Avery Gilberta Nauka o tym, co nam pachnie.
Jej mroczna sylwetka kontrastowała z bielą kartki, a w tle spływały krople deszczu. Patrzę na zdjęcie i na kartkę, szukam tekstu, gdzie siedziała.
Oczywiście miejsce swoje znam. Proust budował kolejne piętra psychologii, ja z piwnicy na parter nawet nie wychynę. Tam są piękne zdania, których rozmiar nieraz przekracza mój najdłuższy wpis (internet wymusza lakoniczność). Za zasłoną fikcji mógł pisać o wszystkim, ja tylko o tym co było, a o wielu zdarzeniach - choć bardzo chcę - nie mogę. No i te moje punkty pamięci nie połączy jak u niego ręka geniusza.
Każdy z nas nosi ze sobą te siedem tomów straconego czasu. Moja zasługa jedynie, że się nie wstydzę.
Jest u Prousta w drugim tomie (W cieniu zakwitających dziewcząt) opis jazdy pociągiem do Balbec i spotkanie o świcie z mleczarką.
Jej mroczna sylwetka kontrastowała z bielą kartki, a w tle spływały krople deszczu. Patrzę na zdjęcie i na kartkę, szukam tekstu, gdzie siedziała.
Na wątku wspomnienia aromatu zamoczonej w herbacie magdalenki Marcel Proust osnuł ponad 3000 stron siedmiotomowej powieści W poszukiwaniu straconego czasu.Tak - myślę sobie - nadobna rusałka łaskawa. Bo przecież i ja snuję tę postrzępioną opowieść z tęsknoty i w poszukiwaniu tego, co nie wróci.
Oczywiście miejsce swoje znam. Proust budował kolejne piętra psychologii, ja z piwnicy na parter nawet nie wychynę. Tam są piękne zdania, których rozmiar nieraz przekracza mój najdłuższy wpis (internet wymusza lakoniczność). Za zasłoną fikcji mógł pisać o wszystkim, ja tylko o tym co było, a o wielu zdarzeniach - choć bardzo chcę - nie mogę. No i te moje punkty pamięci nie połączy jak u niego ręka geniusza.
Każdy z nas nosi ze sobą te siedem tomów straconego czasu. Moja zasługa jedynie, że się nie wstydzę.
Jest u Prousta w drugim tomie (W cieniu zakwitających dziewcząt) opis jazdy pociągiem do Balbec i spotkanie o świcie z mleczarką.
Szła wzdłuż wagonów, częstując kawą z mlekiem paru zbudzonych podróżnych. Zaczerwieniona blaskiem poranku twarz jej była różowsza niż niebo. Uczułem wobec niej ową żądzę życia, jaka odradza się w nas za każdym razem, kiedy na nowo uświadamiamy sobie piękno i szczęście.Wszystkim zakwitającym Annom (wiem, że jest ich sporo pośród Czytelniczek) i każdej z osobna Ani życzę, by każdego ranka odradzała się w Nich ta piękna żądza życia. A potem to już będzie dobrze.
Etykiety:
lektury,
nostalgia
8 komentarze
sobota, 24 lipca 2010
Łagodne przeczyszczenie
Ta stojąca reklama apteczna jest sprzed wojny. Dostałem ją przed laty od córki producenta pigułek "z Zakonnikiem".
W Dwudziestoleciu, ale i wcześniej aptekami zawładnęły dwa popularne specyfiki: "Reformackie pigułki z Zakonnikiem" oraz "Proszki i tabletki z Kogutkiem". W zasadzie nie trzeba było innych, bo te miały leczyć najważniejsze dolegliwości.
Tabletki "Z Kogutkiem" polecano na przeziębienie, bóle zębów, ból głowy, a pigułki "Reformackie" na regulację żołądka, cierpienia wątroby, otyłość, artretyzm, uderzenie krwi do głowy, hemoroidy, ale przede wszystkim przy skłonnościach do obstrukcji i na przeczyszczenie.
To były czasy eleganckie, naturalne i całkiem nieplastikowe. Standy wykonane były z solidnej sklejki z metalowymi zawiasami, a postać ojca reformaty to osobna wystająca deseczka. U wejścia do apteki przybijano wypukłe emaliowane tabliczki reklamowe. Na kogutkowej była dodatkowo tajemniczo brzmiąca pierwotna nazwa produktu: "Migreno Nervosin". Tabliczka "Reformackich" opatrzona była sylwetką zakonnika oraz sloganem: "Łagodnie przeczyszczają".
Znani przedwojenni żartownisie, Tuwim i Słonimski, rozwinęli to hasło:"Łagodnie przeczyszczają, nie przerywając snu".
-----------------------
Czytam, słucham, kiwam głową, wzdycham i cały jestem migreno nervosin. Naprawdę nie wiem co zażyć.
Dlaczego? Już wielokrotnie pisałem: jestem niecierpliwy, bo wierzę, że spotkał nas cud, o którym marzyły i za który ginęły pokolenia. Bo kraj jest wolny i bezpieczny. I już nie najbiedniejszy. A tu ta ponura groteska z odwracaniem kota ogonem w sprawie smoleńskiej katastrofy. Teraz ci, którzy odegrali dwuznaczną rolę, przeczą oczywistym faktom, krzyczą "łapaj zbrodniarza" i buntują ludzi.
A krzyż sprzed pałacu? To od jakiegoś czasu nie jest Krzyż chrześcijański, bo nie jest znakiem męki i przebaczenia. To jest wyrób krzyżopodobny, złoty cielec, fetysz wyznawców św. Nienawiści.
Teraz tym wyznawcom zorganizują trzydniową narodową celebrację, zapewne żeby odczarować ten przedmiot (przypominam: mamy dziesiąty rok trzeciego tysiąclecia). A ja nie jestem pewien, czy wszystko się odczyni. Nie byłoby taniej i bezpieczniej zamówić u dobrego stolarza nowy chrześcijański krzyż i go zwyczajnie poświęcić?
Powinienem się z tego śmiać, ale nie umiem, bo nie jestem młody i nie mam czasu.
A może jednak Reformackie? Jakiś długi, łagodnie zakończony sen? I wszystko już za mną. To znaczy za Polską.
Co mi Reformackie, co mi Kogutek. Muza! Muzie nóżki całować, jak uczy Gałczyński! W tym wierszu jest o Kogutku i o endecji.
W Dwudziestoleciu, ale i wcześniej aptekami zawładnęły dwa popularne specyfiki: "Reformackie pigułki z Zakonnikiem" oraz "Proszki i tabletki z Kogutkiem". W zasadzie nie trzeba było innych, bo te miały leczyć najważniejsze dolegliwości.
Tabletki "Z Kogutkiem" polecano na przeziębienie, bóle zębów, ból głowy, a pigułki "Reformackie" na regulację żołądka, cierpienia wątroby, otyłość, artretyzm, uderzenie krwi do głowy, hemoroidy, ale przede wszystkim przy skłonnościach do obstrukcji i na przeczyszczenie.
To były czasy eleganckie, naturalne i całkiem nieplastikowe. Standy wykonane były z solidnej sklejki z metalowymi zawiasami, a postać ojca reformaty to osobna wystająca deseczka. U wejścia do apteki przybijano wypukłe emaliowane tabliczki reklamowe. Na kogutkowej była dodatkowo tajemniczo brzmiąca pierwotna nazwa produktu: "Migreno Nervosin". Tabliczka "Reformackich" opatrzona była sylwetką zakonnika oraz sloganem: "Łagodnie przeczyszczają".
Znani przedwojenni żartownisie, Tuwim i Słonimski, rozwinęli to hasło:"Łagodnie przeczyszczają, nie przerywając snu".
-----------------------
Czytam, słucham, kiwam głową, wzdycham i cały jestem migreno nervosin. Naprawdę nie wiem co zażyć.
Dlaczego? Już wielokrotnie pisałem: jestem niecierpliwy, bo wierzę, że spotkał nas cud, o którym marzyły i za który ginęły pokolenia. Bo kraj jest wolny i bezpieczny. I już nie najbiedniejszy. A tu ta ponura groteska z odwracaniem kota ogonem w sprawie smoleńskiej katastrofy. Teraz ci, którzy odegrali dwuznaczną rolę, przeczą oczywistym faktom, krzyczą "łapaj zbrodniarza" i buntują ludzi.
A krzyż sprzed pałacu? To od jakiegoś czasu nie jest Krzyż chrześcijański, bo nie jest znakiem męki i przebaczenia. To jest wyrób krzyżopodobny, złoty cielec, fetysz wyznawców św. Nienawiści.
Teraz tym wyznawcom zorganizują trzydniową narodową celebrację, zapewne żeby odczarować ten przedmiot (przypominam: mamy dziesiąty rok trzeciego tysiąclecia). A ja nie jestem pewien, czy wszystko się odczyni. Nie byłoby taniej i bezpieczniej zamówić u dobrego stolarza nowy chrześcijański krzyż i go zwyczajnie poświęcić?
Powinienem się z tego śmiać, ale nie umiem, bo nie jestem młody i nie mam czasu.
A może jednak Reformackie? Jakiś długi, łagodnie zakończony sen? I wszystko już za mną. To znaczy za Polską.
Co mi Reformackie, co mi Kogutek. Muza! Muzie nóżki całować, jak uczy Gałczyński! W tym wierszu jest o Kogutku i o endecji.
... "Kogutek" nie uleczy.
Przyjaciel nie pocieszy.
Uwierz mi.
Co pomoże? A ja wiem:
tu pomoże stary sen,
stara bajda;
Jeśliś jak garnek pęknął, ona cię sklei,
jeśliś nadzieję utracił, wpłyniesz na morze nadziei
na wszystkich żaglach.
"Nastawienia" społeczne? Dla karzełków,
Recenzje niedorzeczne? Dla zgiełku.
Poeto, pluń gdzie komuna, sanacja i endecja.
Tylko ona cię zbawi, przeklęta i jedyna -
i na gwiazdy wyprawi, rytm święty, mowa inna -
poezja.
Konstanty Ildefons Gałczyński, Muzie nóżki całuję (1936)
Etykiety:
Gałczyński,
historia,
poezja,
Tuwim
5 komentarze
czwartek, 15 lipca 2010
Na szezlongu
Nie mam czasu dla ogrodu, bo siedzę na górze i pracuję. Widzę z okna jak trawa gdzieniegdzie zrudziała albo porosła perzem. Widzę, że odbiły nieproszone odrośla tarniny.
Najgorzej jest z pająkami, bo gdy się zagląda rzadziej, biorą ogród we władanie i bezlitośnie wiążą go sznurami. Ten siedział pośrodku sieci, która dziwnie wydęta wyglądała jak hamak albo słoneczny żagiel. Odwłok i liczne odnóża skanował niedyskretny promień, ale mu to nie wadziło, bo ten pan właśnie lubił być bursztynowy.
Mały, ulotny światek ogrodowej dziatwy: ślimaków dziwnie skupionych na murze, kwiatów, co kwitną albo nie, drzew i drzewek, których dorosłości nie doczekam. Myślę czasem, po co mi wielki?
W świat całkiem duży zapędził się pasikonik. Ostrożnie stąpał po ramie michałowego fotela, zszedł miedzy płyty z włoskimi przebojami i chyba coś tam znalazł, bo wieczorem grał w pęcherznicy rolę toskańskiej cykady.
Zakradłem się z fleszem i jeszcze raz zdjąłem maestro w zielonym fraku. Posłuchajcie, on naprawdę gra.
W poniedziałek miałem położyć się do szpitala, ale skończyło się na doraźnym zabiegu. Czekałem tam trochę, ale czekaniem zaplanowanym, spokojnym. Czytałem wydaną w przed 30 laty książkę o haiku. Dotąd nie lubiłem tego rodzaju poezji, bo wydawała mi się daremna. Chyba z tego filozoficznego szpitalnego czekania coś mi zajaśniało w głowie. Zrozumiałem, że naiwność metafory to jej naturalność, że oczekując europejskiego suspensu i ironii, zachowuję się niestosownie. Bo haiku to jak kropla deszczu. Maleńka, ale widać w niej cały świat (coś kiedyś o tym pisał pan Paetero).
Mimo że zrozumiałem, nie zachwycały mnie te hermetyczne obrazki. Może jeden lub dwa. Ten, który przytaczam poniżej, wzruszył jednak. Wracałem do niego kilkakrotnie. Widziałem, że wiele lat wcześniej wzruszył też Michała, bo strona zaznaczona była pożółkłą zakładką. To obrazek japońskiego poety Busona z 1784 roku.
Najgorzej jest z pająkami, bo gdy się zagląda rzadziej, biorą ogród we władanie i bezlitośnie wiążą go sznurami. Ten siedział pośrodku sieci, która dziwnie wydęta wyglądała jak hamak albo słoneczny żagiel. Odwłok i liczne odnóża skanował niedyskretny promień, ale mu to nie wadziło, bo ten pan właśnie lubił być bursztynowy.
Mały, ulotny światek ogrodowej dziatwy: ślimaków dziwnie skupionych na murze, kwiatów, co kwitną albo nie, drzew i drzewek, których dorosłości nie doczekam. Myślę czasem, po co mi wielki?
W świat całkiem duży zapędził się pasikonik. Ostrożnie stąpał po ramie michałowego fotela, zszedł miedzy płyty z włoskimi przebojami i chyba coś tam znalazł, bo wieczorem grał w pęcherznicy rolę toskańskiej cykady.
Zakradłem się z fleszem i jeszcze raz zdjąłem maestro w zielonym fraku. Posłuchajcie, on naprawdę gra.
W poniedziałek miałem położyć się do szpitala, ale skończyło się na doraźnym zabiegu. Czekałem tam trochę, ale czekaniem zaplanowanym, spokojnym. Czytałem wydaną w przed 30 laty książkę o haiku. Dotąd nie lubiłem tego rodzaju poezji, bo wydawała mi się daremna. Chyba z tego filozoficznego szpitalnego czekania coś mi zajaśniało w głowie. Zrozumiałem, że naiwność metafory to jej naturalność, że oczekując europejskiego suspensu i ironii, zachowuję się niestosownie. Bo haiku to jak kropla deszczu. Maleńka, ale widać w niej cały świat (coś kiedyś o tym pisał pan Paetero).
Mimo że zrozumiałem, nie zachwycały mnie te hermetyczne obrazki. Może jeden lub dwa. Ten, który przytaczam poniżej, wzruszył jednak. Wracałem do niego kilkakrotnie. Widziałem, że wiele lat wcześniej wzruszył też Michała, bo strona zaznaczona była pożółkłą zakładką. To obrazek japońskiego poety Busona z 1784 roku.
Chłód mnie przenikaOperacja nazywała się tylko groźnie, a w dodatku operował mnie lekarz podobny do Eugeniusza Bodo. Leżałem dość wygodnie, prawie jak na szezlongu i przypomniało mi się, że ponad czterdzieści lat temu Michał przysłał mi do Cieszyna teksty, które miałem wykorzystać w kabarecie. Wśród nich jeden, który od biedy uszedłby za haiku.
żona umarła - w sypialni
nadepnąłem grzebień
Lubię spoglądaćByłem kiedyś w Sorrento. Naprawdę też lubiłbym.
- utrudzona śniadaniem
śpisz na szezlongu
Sorrento, kwiecień, maj, czerwiec 1969
Etykiety:
fauna,
poezja
15 komentarze
poniedziałek, 5 lipca 2010
Zapowiedź lepszych czasów
Kiedy zjechaliśmy z szosy na asfaltową drogę prowadzącą przez las, a potem miedzy polami, pokazała sie ta niezwykła mgła. Wiedziałem, że trzeba fotografować, bo mgła to dar.
Kiedyś kręciłem film reklamowy na łąkach nad Rzadzą. Nagle ukazał się podobny, niski przedwieczorny opar. Operator, powściągliwy, niemłody mężczyzna zaczął skakać do góry jak mały chłopiec i wrzeszczeć "Kurosawa".
Teraz ja zakrzyknąłem "Tess", bo z filmem Polańskiego skojarzył mi się ten pejzaż bukoliczny.
Krótkie trzy dni to nieustające rozmowy z Krzysztofem o polityce w miłym towarzystwie dwóch siostrzyczek.
Wilejka preferuje secesyjne klimaty,
podczas gdy jej siostra Buba impresjonizm.
Była jeszcze cudowna ważka. Zrobiłem jej chyba dwieście zdjęć nad Wartą. Rzeka była jeszcze mętna, a ślady na nabrzeżnych drzewach pokazywały, że niedawno woda płynęła kilka metrów nade mną. Wśród tej popowodziowej szarości ten opalizujący owad wydawał się przybyszem z lepszego świata i zapowiedzią dobrych czasów. Nadeszły.
Kiedyś kręciłem film reklamowy na łąkach nad Rzadzą. Nagle ukazał się podobny, niski przedwieczorny opar. Operator, powściągliwy, niemłody mężczyzna zaczął skakać do góry jak mały chłopiec i wrzeszczeć "Kurosawa".
Teraz ja zakrzyknąłem "Tess", bo z filmem Polańskiego skojarzył mi się ten pejzaż bukoliczny.
Krótkie trzy dni to nieustające rozmowy z Krzysztofem o polityce w miłym towarzystwie dwóch siostrzyczek.
Wilejka preferuje secesyjne klimaty,
podczas gdy jej siostra Buba impresjonizm.
Była jeszcze cudowna ważka. Zrobiłem jej chyba dwieście zdjęć nad Wartą. Rzeka była jeszcze mętna, a ślady na nabrzeżnych drzewach pokazywały, że niedawno woda płynęła kilka metrów nade mną. Wśród tej popowodziowej szarości ten opalizujący owad wydawał się przybyszem z lepszego świata i zapowiedzią dobrych czasów. Nadeszły.
czwartek, 1 lipca 2010
Jakoś się ułoży
Kupiłbyś używany samochód od tego człowieka?
To plakat z lat 60. Przedstawia późniejszego prezydenta Richarda Nixona, a autorem powiedzenia jest znany komik amerykański Mort Sahl.
Chyba bym nie kupił, ale boję się, że będę musiał i pióro mi z ręki wypada od tej trwogi. Byle do niedzieli. Niech już będzie wiadomo.
Tymczasem jadę na trzy dni w wielkopolskie lasy, gdzie znów podejmiemy daremną próbę odkopania pozostałości po leśnej karczmie. Tam, gdzie pan Twardowski:
Tym, którzy się martwią, że będą musieli kupować, albo wręcz przeciwnie, powiem tylko (bo mam swoje lata i wiem to dobrze): Wszystko się jakoś ułoży.
To plakat z lat 60. Przedstawia późniejszego prezydenta Richarda Nixona, a autorem powiedzenia jest znany komik amerykański Mort Sahl.
Chyba bym nie kupił, ale boję się, że będę musiał i pióro mi z ręki wypada od tej trwogi. Byle do niedzieli. Niech już będzie wiadomo.
Tymczasem jadę na trzy dni w wielkopolskie lasy, gdzie znów podejmiemy daremną próbę odkopania pozostałości po leśnej karczmie. Tam, gdzie pan Twardowski:
Za wsią Neklą tuż pod lasemI zobaczę też magiczną kotkę Wilejkę. Obiecuję, że tak czy owak w poniedziałek wracam do blogu.
Zobaczył chatę ubogą
Tam każe stanąć popasem
Była to karczma Wygoda
Tym, którzy się martwią, że będą musieli kupować, albo wręcz przeciwnie, powiem tylko (bo mam swoje lata i wiem to dobrze): Wszystko się jakoś ułoży.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Nieustające uwielbienie
A lato przyszło pieszo -Nie przyszło, lecz przyszła. Dzisiaj, dokładnie o 13.28. Bo słusznie Alfons Mucha przedstawia je jako damę. Ona u niego trwa, poniekąd w leniwym oczekiwaniu.
Już łąki nim się cieszą
I stoją całe w kwiatach
Na powitanie lata.
Ja jestem z dobrej szkoły Greka Zorby, który uważał, że kobietom należy dawać wszystko co chcą. Nie można więc latu odmówić pocałunków, skoro ich oczekuje. Kto nie lubi, niech przynajmniej przytuli ją serdecznie. Choćby brzozę.
Pomyślałem dziś o innej kobiecie. Widziałem ich oboje z dziesięć lat temu u fryzjera. On mężczyzna sędziwy, wysoki i trzymający się prosto, ona w podobnym wieku, drobna. Wpatrzona w jeden punkt i jak dziecko trzymająca go za rękę.
Dowiedziałem się, że przyprowadza ją co tydzień. To był chyba Alzheimer. Nie mogło to czesanie jej uzdrowić, ale pozwalało zachować kobiecą godność. Kiedy wychodzili, troskliwie pochylał się nad nią, a ona drobiła nieobecna. Zrozumiałem, że oboje są ponad chorobę.
Moje poetyckie doświadczenia pochodzą jeszcze sprzed epoki poezji śpiewanej. Poznawałem "na sucho" wiersze, które dziś brzmią tylko muzyką. Nie zawsze dobrze im zrobiła, bo może szlachetniej wzruszać się bez wspomagania. Bywa jednak, że muzyka i interpretacja dorównują poezji i powstaje dzieło genialne. Tak jest z "Pieśniami" Gałczyńskiego z muzyką i w wykonaniu Marka Grechuty.
Z trzech dostępnych w Youtubie wykonań, wybieram najpóźniejsze, z recitalu w Teatrze STU w 1990 r. Nie śpiewa już doskonale. Widać po nim, że jest chory i musi włożyć w śpiew wiele wysiłku. On zawsze był autentyczny aż do bólu (dosłownie) i tu to widać. Tym bardziej to wykonanie pasuje do obrazu, który widziałem u fryzjera. Bo jest o nieustającym uwielbieniu.
Poniżej cały tekst pieśni pierwszej. Grechuta śpiewa z niej tylko dwie ostatnie strofy. Najpiękniejsze.
Gdy próg domu przestępujesz,
to tak jakby noc sierpniowa
zaszumiała wśród listowia,
a ty przodem postępujesz.
A za tobą cienie ptasie,
szczygieł, gil i inne ptaki.
Świecisz światłem wielorakim
od sierpniowej nocy jaśniej.
Bo ty jesteś ornamentem
w gmachu nocy, jej księżycem.
Przesypujesz światła w ręku
z namaszczeniem jak pszenicę.
U twych ramion płaszcz powisa
krzykliwy, z leśnego ptactwa
długi przez cały korytarz
przez podwórze, aż gdzie gwiazda
Venus. A tyś lot i górność
chmur, blask wody i kamienia.
Chciałbym oczu twoich chmurność
ocalić od zapomnienia.
Etykiety:
Gałczyński,
poezja,
sztuka
10 komentarze
piątek, 18 czerwca 2010
Koromysło
plakat teatralny, Shober i Carqueville (Chicago, 1890)
Dlaczego milczę? Bo to jest milczenie zmysłowe. Głodzę się specjalnie, żeby nabrać większej chęci. Każdego dnia odkładam na dzień następny, żeby pisać czulej.
Nieprawda, to smutek, o którym wspominałem, a przede wszystkim niepokój wywołany polityką. Będzie lepiej: na pierwsze muszę machnąć ręką, a drugie niedługo się wyjaśni.
Wiem, gdyby nawet nastąpił ten komiczny wybór, nie będzie tragedii, ale ja jestem niecierpliwy i szkoda mi czasu, który zmarnuje Polska. Boję się też, że gdzieś zgubimy złoty róg.
----------------------------
Leżałem na kanapie, zachodzące słońce prześwitywało przez liście tarniny. Żeby usnąć czytam czasem coś bez akcji. Na przykład słowniki.
To był trzeci z XI tomów "Słownika języka polskiego" pod redakcją Doroszewskiego. Prace nad nim rozpoczęto, w roku moich urodzin, a ostatni tom - Suplement - ukazał się, kiedy miałem dwadzieścia lat. Gigantyczne dzieło, które rekonstruowało zasób leksykalny języka w bardzo dynamicznej, historycznej fazie (w Słowniku jest dwadzieścia parę tysięcy neologizmów).
W uczciwym muzeum PRL-u, obok kartek na cukier i fotografii z manifestacji powinny też stać te grube tomy, jako jeden z wielu przykładów wspaniałej pracy porządnych ludzi.
Ja szukam tam, tego co zapomniane. Słów, które wyszły z użycia, zastosowanych w nieznanych mi utworach (każde ze znaczeń hasła jest jest ilustrowane literackim przykładem).
Czytam: koromysło - inaczej sądy, jarzemka, kluki. Przyrząd do noszenia wiader z wodą: rodzaj deski z wycięciem na szyję, kładzionej na ramiona, o dwu bocznych prostopadłych prętach z hakami, na które wiesza się wiadra; nosidła.
Poczułem miły zapach. To nie były kwiaty ani perfumy. Coś bardzo odległego, ale dobrze znanego. Słońce przestało pieścić zmartwiony łeb i przeniosło się na otwarty gruby tom, który jak dusiołek przygniatał pierś. To z ogrzanego słownika parowało.
Znałem to kadzidło z wczesnych szkolnych lat, kiedy myszkowałem w szkolnej bibliotece. Wybierałem wtedy książki według grubości, tytułu i zapachu. Na autora wcale nie patrzyłem.
Dziś kleje introligatorskie to chemia - najczęściej ostry zapach nitro, ale wtedy najczystsza natura. Zdaje się, że robiono je z gotowanych kości czy kazeiny. Świeży klej bywał nieprzyjemny, ale wyschnięty, połączony z zapachem starego papieru zapachniał mi po ponad pół wieku wszystkimi tamtymi literackimi przygodami.
A może była to sandałowa woń koromysła?
Dlaczego milczę? Bo to jest milczenie zmysłowe. Głodzę się specjalnie, żeby nabrać większej chęci. Każdego dnia odkładam na dzień następny, żeby pisać czulej.
Nieprawda, to smutek, o którym wspominałem, a przede wszystkim niepokój wywołany polityką. Będzie lepiej: na pierwsze muszę machnąć ręką, a drugie niedługo się wyjaśni.
Wiem, gdyby nawet nastąpił ten komiczny wybór, nie będzie tragedii, ale ja jestem niecierpliwy i szkoda mi czasu, który zmarnuje Polska. Boję się też, że gdzieś zgubimy złoty róg.
----------------------------
Leżałem na kanapie, zachodzące słońce prześwitywało przez liście tarniny. Żeby usnąć czytam czasem coś bez akcji. Na przykład słowniki.
To był trzeci z XI tomów "Słownika języka polskiego" pod redakcją Doroszewskiego. Prace nad nim rozpoczęto, w roku moich urodzin, a ostatni tom - Suplement - ukazał się, kiedy miałem dwadzieścia lat. Gigantyczne dzieło, które rekonstruowało zasób leksykalny języka w bardzo dynamicznej, historycznej fazie (w Słowniku jest dwadzieścia parę tysięcy neologizmów).
W uczciwym muzeum PRL-u, obok kartek na cukier i fotografii z manifestacji powinny też stać te grube tomy, jako jeden z wielu przykładów wspaniałej pracy porządnych ludzi.
Ja szukam tam, tego co zapomniane. Słów, które wyszły z użycia, zastosowanych w nieznanych mi utworach (każde ze znaczeń hasła jest jest ilustrowane literackim przykładem).
Czytam: koromysło - inaczej sądy, jarzemka, kluki. Przyrząd do noszenia wiader z wodą: rodzaj deski z wycięciem na szyję, kładzionej na ramiona, o dwu bocznych prostopadłych prętach z hakami, na które wiesza się wiadra; nosidła.
Powoli zarzuciła koromysło na plecy, pobrała wiadra i powiedziała: - Chodźcie no ze mną do chatyPołożyłem ciężki tom na piersi i zamknąłem oczy. Wyobraziłem sobie, jak mogła wyglądać. Z warkoczami? Nie, one się nazywają kosy, są płowe i zaplecione w wieniec jak u pięknej Julki T. Tylko po co chciała do tej chaty?
(Kraszewski, Latarnia czarnoksięska. Obrazy naszych czasów, Lwów 1872.)
Poczułem miły zapach. To nie były kwiaty ani perfumy. Coś bardzo odległego, ale dobrze znanego. Słońce przestało pieścić zmartwiony łeb i przeniosło się na otwarty gruby tom, który jak dusiołek przygniatał pierś. To z ogrzanego słownika parowało.
Znałem to kadzidło z wczesnych szkolnych lat, kiedy myszkowałem w szkolnej bibliotece. Wybierałem wtedy książki według grubości, tytułu i zapachu. Na autora wcale nie patrzyłem.
Dziś kleje introligatorskie to chemia - najczęściej ostry zapach nitro, ale wtedy najczystsza natura. Zdaje się, że robiono je z gotowanych kości czy kazeiny. Świeży klej bywał nieprzyjemny, ale wyschnięty, połączony z zapachem starego papieru zapachniał mi po ponad pół wieku wszystkimi tamtymi literackimi przygodami.
A może była to sandałowa woń koromysła?
Etykiety:
lektury,
nostalgia,
żart liryczny
6 komentarze
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































