czwartek, 28 lutego 2013

Żarłoczny makaron

Hokusai Katsushika (1760-1849), kolorowany drzeworyt, Mitsuke [1804]
Bardzo dawno przeczytałem i zapadł mi mocno w pamięć ten tkliwy obraz beznadziei, z parą kochanków łkających nad ranem w jakimś marnym hotelu. Zapomniałem skąd pochodzi i kilkadziesiąt lat anonimowo tkwiła we mnie ta metafora, jak wiele innych, które pozwalały szeptem nazywać świat.

Aż wczoraj otworzyłem na chybił trafił stary wybór poezji Herberta i spojrzałem na ostatnią strofę po prawej stronie, a tam:
to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków
w małym brudnym hotelu
kiedy świtają tapety
Tak, to nadal wzrusza, lecz zdziwiony stwierdzam, że czterdzieści parę lat temu poeta użył metafory jako przykładu negatywnego, dla zobrazowania daremności i banału sztuki: użalającej się nad sobą „duszy rozbitej”. Temu bebecharstwu przeciwstawia rzeczowość Starożytnych (wiersz ma tytuł „Dlaczego klasycy”), a konkretnie, pełną godności lakoniczną relację Tukidydesa z nieudanej wyprawy na odsiecz ateńskiej kolonii Amfipolis.
Tucydydes mówi tylko
że miał siedem okrętów
była zima
i płynął szybko
Jeszcze raz czytam cały wiersz i w zasadzie się zgadzam, zapewne podobnie myślałem wtedy. Tylko dlaczego tak bardzo zapomniałem o szlachetnym Ateńczyku, a moja podświadomość upodobała sobie ową dekadencką strofę?

Czy jedynie dlatego, że bezbożna dusza generalnie sprzyja nastrojom upadłym, spowitym dymem duchowego regresu i tajemniczą mgłą pokątnej miłości?

A może genialna metafora żyje własnym i samolubnym życiem, niezależnym od intencji autora? Już nie służy tezie, lecz staje się suwerennym tworem poetyckim (w tym wypadku mimowolnym haiku).

Skoro tak, dodam moje haiku:
Czytam stary wiersz
spamiętałem ostatnie słowa
makaron zjadł mistrzowi zupę

Cały wiersz Zbigniewa Herberta „Dlaczego klasycy” jest tutaj.

sobota, 23 lutego 2013

Imperatorka


Wydaje się, że imperatorka zawładnęła wszystkim: pokornie chylą grzbiet dumne kiedyś cisy, a stoliczek usłużnie nakrył się bezowym tortem. 

Jednak i w takiej chwili triumfu da się dostrzec zapowiedź klęski. Słynne „tiku – tuku” sikorki w tarninie i nieśmiały promień powiadają, że nadejdzie - nadejdzie na pewno - inna pani i jej zapanują tu bezwzględne rządy.

Myślę sobie smutno: co będzie to będzie, jak ma zniewolić, niech niewoli! Trudno, pójdziemy i w ten jasyr.

środa, 20 lutego 2013

Śnieżynka

Nauczyciele to wiedzą. Tego dnia ostatnie lekcje są daremne. Uczniowie dziwnie pobudzeni spoglądają w okno. Zwłaszcza chłopaki, bo pierwszy śnieg wyzwala w młodej płci męskiej niezrozumiałą euforię. Demonstrują ją w sposób niegodny, atakując swoje szkolne koleżanki. Oto stoi ich przed szkołą kilkudziesięciu i obrzuca wychodzące ze szkoły dziewczęta śnieżnymi kulami (nie „śnieżkami”, lecz „pigułami”). Być może biorą grupowy odwet za ich pilność, lepsze wyniki w nauce i dojrzałość. Pogranicze przemocy, ale wybaczcie im – to jedyny dzień w roku - obietnica radości.

Klimat był sroższy i miasto chłodniejsze (kilkadziesiąt razy mniej samochodów), więc naprawdę w mieście bywała zima. Na Muranowie, z powodu sztucznego ukształtowania terenu, tych skarp, górek i pagórków, były szczególne warunki do małej zimy małych dzieci – ubożuchnych łyżew i sanek i ślizgania się na butach.

Bo zimą także ciągnęliśmy korzyści z minionej wojny. Muranowskie podwórka są położone po parę metrów wyżej niż ulica, ponieważ przy odbudowie nie wywożono gruzów po zburzonym getcie. Rozepchano je tylko z ulic. Nieświadomi mrocznego pochodzenia górek, beztrosko zjeżdżaliśmy "na śledzia", "na koguta" i jeszcze jakoś, w zależności od ułożenia ciała. Wydawało się, że się jedzie i jedzie...

Byłem niedawno koło mojej pierwszej górki. Nie mogłem pojąć, że ta mikroskopijna skarpa wydawała mi się tak wielka. (Coraz bardziej upewniam się, że z biegiem czasu przestrzeń kurczy się jak winogrono w rodzynek i jak on staje się słodka.)

Ślizgawka? Najdziwniejszą widziałem koło kościoła ewangelickiego, którego podziemia wynajmowały Centralne Piwnice Win Importowanych. To było chyba w grudniu. Od strony Nowolipia podjechała pod kościół olbrzymia cysterna i coś się popsuło przy przetaczaniu wina, bo wzdłuż całego spadku, aż do okrągłego placyku z olbrzymią, socrealistyczną bramą, wyciekła i zamarzła wermutowa struga. Zdawaliśmy sobie sprawę z jedyności tej okazji i chichocząc jak złośliwe duszki zjeżdżaliśmy na złamanie karku pośród delikatnego zapachu piołunu i goździków.

Nieprawdopodobne, jak szybko można było współdziałaniem dziesiątków małych podeszew wypolerować ślizgawkę na zwyczajnym śniegu. Potem rozpędzałeś się i jechałeś kilkanaście metrów. Dziś to niemożliwe, bo dzieci nie chodzą już w butach na skórzanych zelówkach, ale wtedy nie była to żadna elegancja, lecz zwyczajność. Za to buty kupowało się rzadziej i często naprawiało („dawało się do podzelowania”).

Do dzisiejszych podeszew z tworzyw sztucznych lub gumowych nie dałoby się przymocować łyżew. Jak chociażby tej na zdjęciu – to łyżwa mojego brata, Снегурочка, czyli Śnieżynka, wyprodukowana przez moskiewski Артель „Мехштамп” (первый сорт) w drugiej połowie lat 50. Prawda, że ma w sobie XIX wieczny bajeczny, ale i imperialny urok?

W tego typu łyżwach tył mocowało się za pomocą trzpienia, osadzanego w bucie (szewc wydrążał w obcasie otwór i przybijał blaszkę). Przód łyżwy miał szczęki, które przykręcane specjalnym kluczykiem lub korbką ściskały zelówkę. Z butem wiązał też łyżwę rzemienny pasek. Łyżwy z butami (figurowe i hokejowe) były bardzo drogie.

Lodowiska? Na naszym podwórku dozorca wylewał szlauchem wodę, lecz były też w ogródkach jordanowskich przy Nowolipkach – jedno koło kościoła św. Augustyna, a drugie w bezpośrednim sąsiedztwie Pałacu Mostowskich (ten ogródek w roku 1981 bohatersko i na zawsze odebrały muranowskim dzieciom milicja oraz SB). W ogródkach organizowano zawody. Mimo, że w innych sportach całkiem dobry, nie miałem wielkiego talentu do łyżwiarstwa, bo do dziś pamiętam hańbiąca klęskę, jaką poniosłem podczas takiego wyścigu z młodszym bratem, który biegł w tych śnieżynkach. Dużo później rodzice kupili Tadeuszowi tzw. hokeje i spod Pałacu Krasińskich jeździł z nimi trolejbusem nr 53 zadawać szyku na Torwarze, jedynym sztucznym lodowisku w Warszawie.

Najbardziej malowniczo było w Ogrodzie Saskim. Stoję na górce, gdzie świątynia Westy, u stóp pagórka ośnieżony ogród i łza zmarzłego stawu. Bliżej brzegu otoczona drewnianymi kozłami przerębel, a po środku ślizgają się szczęśliwi. Wiele lat później zobaczyłem taki pejzaż u Bruegela i zapłakałem za dzieciństwem, które nie wróci.

czwartek, 14 lutego 2013

Uczennica w białej bluzce


Władysław Teodor Benda, akwarela, węgiel i kredka [1923?]
Akademia ku czci trwała w najlepsze, chór śpiewał patriotycznego poloneza, a my staliśmy z Michałem możliwie najdalej od sceny i kpiliśmy. Ten czarny licealny dowcip powtórzył czterdzieści lat później w te dni przedostatnie, w szpitalu. Dla podtrzymania upadającego ducha zanuciliśmy „Ukochany kraj”, a on gestem zilustrował słowa "kiedy lotnik triumf nad przestrzenią", pikując wyprostowaną dłonią w dół.

Kiedy chór szkolny odśpiewał, na scenie pojawiła się drobna, piegowata dziewczynka. Rude włosy zaczesane w koński ogon, granatowa spódnica, biała bluzka. A więc znowu miały się zacząć te pseudo-poetyckie obrzędy, to rozdzieranie szat, ten bój ostatni i „do pracy rodacy!”.

Rzeczywiście, wiersz był o pracy, ale jakiś inny. Przekaz spokojny, prosty i logiczny o potrzebie wysiłku i nauki:
Jeżeli ciągle przybywa
szkół dookoła i fabryk,
to trzeba, trzeba budować,
pomnażać cegły i skarby.
Jeśli masz kiedyś się włączyć
w tę wielką, wezbraną rzekę,
to musisz pracować nad sobą,
by stać się prawdziwym człowiekiem.
Jerzy Kierst, Wiersz o pracy (fragment)
Niby racja, ale mieliśmy tego dość.
Niby mieliśmy tego dość, ale ona, Ona, ONA!
Mówiła cicho i im ciszej, tym ciszej się robiło wkoło. Bo niespotykany był, nieznany wśród szkolnych aktorów, sposób interpretacji. Naturalność, powściągliwość, ale wewnętrzna uroczystość. W jednej chwili poezja i dziewczyna w białej bluzce przebiły pancerz cynizmu i ironii. Jawnie, wobec całej szkoły Irenka przywróciła godność i cześć słowu „praca”. Ponadto zrehabilitowała białą bluzkę oraz granatową spódnicę, a nas trafiła w samo serce.

Od tej chwili chodziliśmy we trzech patrzeć na nią na przerwach. W niczym nie przypominała tych młodych wampów, naszych koleżanek, które mając naturalną przewagę biologiczną, budziły w nas pożądanie z niemałą domieszką trwogi. Była tak krucha, że Dariusz Biegalski, który miał lekko sardoniczne poczucie humoru, nazywał ją "rudym pajączkiem". Ponadto nie chichotała, lecz się uśmiechała i nie kroczyła jak modelka na wybiegu, ale spacerowała w fartuszku szkolnym (ach, jak pięknie!) z otwartą książką lub pod pachę z wyrośniętą koleżanką.

Michał zanotował w dzienniku:
12 III 66
Kochamy się w Irence wspólnie. Jest nas trzech. Rodzi się idea wspólnoty i kształtowania szlachetnego ducha.
U Marka Goneta, który miał enerdowski aparat Beirette i powiększalnik, zamówiliśmy jej zdjęcie. Zrobił je na boisku szkolnym podczas lekcji przysposobienia wojskowego. To oznaczona kółkiem po lewej drobna dziewczyna z końskim ogonem pochylająca się nad noszami. Jak opiekuńcza i piękna siostra - sanitariuszka z Powstania, na które nie mogliśmy odżałować naszego spóźnienia.

Złudzenie, że możliwa jest platoniczna miłosna wspólnota, nie przetrwało niestety nawet dwóch tygodni. Michał:
22 III 66
Biegalski zdrajca, podrzuca bez naszej wiedzy Irence liściki. Rozmawiał z nią - zdrajca. Rozważaliśmy tę sprawę z Jerzym chodząc po Warszawie, wiatr unosił wciąż w górę jakieś pyły i piaski, chrzęściło w zębach.
27 III 66
Byłem w kościele, do którego ma zwyczaj chodzić Irenka. Rozejrzałem się. Niedaleko znajome postacie Jerzego i Biegalskiego. Biegalskiemu pogroziłem pięścią. Irenka stała bliżej ołtarza. Piękne chwile. Potem znikła, my obrażeni na siebie rozeszliśmy się każdy w inną stronę.
Sam też przeszedł do czynu. Jednak niefortunnie, bo się upił i zapukał do jej drzwi. Ja nie odważyłem się ujawnić. Jedynie podrzucałem do kasety w jej ławce anonimowe wierszyki. Jak to było?
a ty nigdy nie jesteś sama
nawet o tym nie wiesz
nawet nie pomyślałaś
Uff! Całe szczęście wkrótce były wakacje. W tamtym wieku one potrafiły przemeblować całe życie uczuciowe, a my w dodatku opuszczaliśmy szkołę. Żaden z nas nigdy już jej nie zobaczył.

Minęły lata. W komentarzach do dziennika Michał ocenił tę naszą szkolną miłość jako "wykreowany  spektakl, historię z pogranicza happeningu, teatru i eposu rycerskiego".

A ja? Jak latarnia morska przyświecały mi przez dziesięciolecia tamto zauroczenie i niewinność uczuć.

-------------------------------------------
W poscie tym wykorzystałem motywy z postu Irenka sprzed ponad trzech lat. Treść tamtego likwiduję, lecz żal mi było komentarzy. Są tutaj.

niedziela, 10 lutego 2013

Dama w tycjanowym prochowcu

Edward Penfield, okładka Colliers. Automobile Number [1903]
Jaś wije się piskorz, ale w końcu udaje mi się włożyć mu buty. Nie mogę go wypuścić, bo ucieknie urwipołeć, więc proszę żonę:
- Podaj skafander.
- Skafander? Ale wymyśliłeś.
- A jak to się nazywa?
- Kurtka przecież!
Jasiowe okrycie solidne i ocieplone (kiedyś powiedziałbym „watoliną”) nie wisi w mojej umysłowej szafie pod etykietą „kurtka”. Osobno skafander, osobno kurtka i wiatrówka. Jest nawet zapinana na patki z kołkami poczciwa budrysówka. Tam gdzie wnęka wyższa, pachną naftaliną jesionka, palto oraz wojskowy szynel, w którym maszerowałem na poligon Mnisztwo.

Współczesny język z jednej strony tworzy nowe słowa, a z drugiej zawęża zasób leksykalny. Już nie dzieli włosa na czworo, więc zanikają nazwy specyficzne i zostaje ogólna. Być może za dużo byłoby tych nazw jednostkowych, a być może dlatego, że język dziś jest mocno wspomagany obrazem. Po co wymyślać nazwy, wystarczy spojrzeć.

Zatęsknijmy na chwilę, za światem, który miał czas i opowiadał. Za damą w tycjanowym prochowcu.

czwartek, 7 lutego 2013

Romantyczna trauma


Ciemny pokój, w rogu niewielki stół, na nim radio. Ja pod tym stołem, zamknięty w podwójnej ciemności.

Nie uwierzycie, z jakim wzruszeniem przyjąłem ten radioodbiornik (Pionier U2), dar dla muzeum od Krzysztofa z Poznania. Tak jak w dzieciństwie gładziłem bakelitową skrzynkę, niespotykany dziś kształt - grę kantów i zaokrągleń. Zapamiętały palce, bo takie radio mieli moi Rodzice. Ach, ileż to razy podróżowałem samolotem wskaźnika po całej Europie, ostro wychylając skrzydła od Kaunas po Athinai (nie wiedziałem, że to Kowno i Ateny) i wsłuchiwałem się w dziwną mowę.

Telewizor pojawił się w domu dopiero około roku 1962, wcześnie królowało radio. Myli się ten, kto myśli, że Polskie Radio w tamtych czasach było propagandową szczekaczką. Oczywiście były nudne wiadomości i transmisje z manifestacji oraz nieznośny dla mnie surowy folklor. Przede wszystkim jednak było radio ostoją kultury wysokiej. Lata 50. - więc głównie w jej tradycyjnym wydaniu, zatem muzyka poważna i literatura romantyczna, w tym bardzo radiowy, bo świetnie zrytmizowany, Mickiewicz.

Więc siedziałem w tym ciemnym pokoju pod stołem i byłem przerażony, bo chór mocno zatroskanych kobiet zapowiadał rzeczy straszne. Potem starzec o chrapliwym i bardzo ponurym głosie kazał zamknąć drzwi, pogasić świece i stanąć wokół trumny. To było jeszcze gorsze od niedawnej audycji o kobiecie, która zabiła męża i zakopała ciało i nad nim posadziła lilie. I mało jej było, więc zwiodła na pokuszenie oraz zatratę braci denata.

Myślę, że moje jąkanie się i nieśmiałość wobec kobiet bierze swe źródło w romantycznej radiowej traumie. I wrażliwość pewnie stamtąd. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdybym zamiast mistrza Adama, słuchał hip-hopu albo disco polo. Na nieszczęście – szczęście urodziłem się odpowiednio wcześnie.

Trzy dni temu odnalazłem tamte „Dziady”. Okazały się poczciwą ramotą dość nudno i bardzo tradycyjnie zrealizowaną, ale z perełkami aktorstwa. Kto wie, czy nie najlepszego Guślarza gra mało dziś pamiętany Józef Maliszewski. Udostępniam ten 5-minutowy kapliczny kawałek. Posłuchajcie, ale, na miłość boską, chrońcie dzieci!
https://www.dropbox.com/s/g114ivs5klnxaam/dziady.ogv?dl=0


Jeśli ktoś nie widzi odtwarzacza powyżej, lub on nie działa (zwłaszcza w przeglądarkach Explorer), proszę odtworzyć plik na swoim komputerze, naciskając tutaj.

wtorek, 29 stycznia 2013

Złe miejsce


Niesamowite było zobaczyć w zbiorach Narodowego Archiwum Cyfrowego to zdjęcie. Musimy gdzieś tam być w tłumie we trzech, bo dokładnie pamiętam wypadek i ten cały przedziwny 20 marca, pierwszy dzień wiosny 1971 roku.

Staliśmy na rogu Żelaznej i Grzybowskiej gapiąc się bezmyślnie na wypadek. Właściwie to była banalna stłuczka, ale wszystko w tamtym czasie musiało mieć urzędową oprawę i stąd aż czterech milicjantów. Zupełnie niepotrzebnie, bo na pierwszy rzut oka wiadomo było, że winę ponosi kierowca warszawy. Nie przypuszczał, że jadący z Woli autobus linii 155 na tym odcinku nie skręca w Żelazną, lecz jedzie prosto Grzybowską. Zatrzymał auto pośrodku skrzyżowania, by przeczekać aż autobus skręci, a tamten wjechał na niego.

Zmarzliśmy trochę, ale tuż obok był bar. Dokładnie na parterze tego wieżowca, z którego ktoś wykonał zdjęcie. To najbardziej wysunięty na Dziki Zachód, pierwszy z kilkunastu mrowiskowców nowego osiedla "Za Żelazną Bramą”.

Jaki tam znów bar! Olbrzymia zaparowana garkuchnia z aluminiowymi kotłami, w których tężały mączne sosy i schła zbrylona kasza. Paskudny ten przybytek miał wszakże jedną zaletę: Tu było piwo. Zawsze! Zapewne z powodu bliskości Browarów Warszawskich. Żartowaliśmy, że w piwnicy, tuż za popękanymi kafelkami toalety, do której schodziło się ze środka sali, prowadzą podziemne korytarze składów przedwojennej firmy Haberbusch i Schiele. W naszych wyobrażeniach tymi korytarzami, na wagonetkach zwożono skrzynie ulubionego napoju. Bo nie było go nigdzie, a tu owszem. Jeszcze tylko na Dworcu Głównym oraz w Zjednoczonym Bufecie Kin "Przyjaźń" i "Młoda Gwardia". I nie żadne wodniste ani skwaśniałe, lecz z gęstymi pęcherzykami bielutkiej piany, jeszcze ciepłe.

Kiedy dzisiaj wspominam tamten dzień, wydaje mi się, że przyczyną niezwykłych wydarzeń mogło być szczególne nagromadzenie na niewielkim obszarze symboli ówczesnej kultury. Być może róg Żelaznej i Grzybowskiej to złe miejsce, magnetyczno – literackie pole, gdzie bierze w niewolę nieubłagana pani Fikcja. Pierwszą ofiarą mógł być ten kierowca warszawy, który zawierzył logice. Tego dnia miały być i następne ofiary.

Wyobraźmy sobie: osiem kondygnacji wyżej mieszkał filmowy Dzięcioł, erotycznie pobudzony Stefan Waldek. Tuż obok, na rogu Krochmalnej, postać z powieści "Zły", redaktor Edwin Kolanko widział w barze "Słodycz" (IV kategoria) uderzenie w oczy rozbitą szyjką od butelki. Pięćdziesiąt metrów w drugą stronę, przy Grzybowskiej 46 w obskurnej przedwojennej kamienicy, kręcono film „Poszukiwany, poszukiwana”, gdzie w mansardzie transwestyta Rechowicz spotykał się ze swoją żoną. Wszystko w najbliższej okolicy feralnego skrzyżowania i wszystko udziwnione.

Pierwsze trzy piwa postawił Staś. Ledwie przebiliśmy się przez gęsty kożuch, Łukasz odsunął butelkę i zdecydowanym truchtem zbiegł absurdalnymi schodami ze środka sali. Normalka, wiedzieliśmy, że ma szybkie nerki. Kiedy jednak wszedł na górę, nawet na nas nie spojrzał, lecz stanął w kolejce do baru. Wrócił radosny, przyciskając do piersi sześć pękatych butelek z białymi kapturkami gęstej piany. Postawił je obok trzech ledwo napoczętych.
- No a teraz, chłopaki, się n a p i j e m y.
Pociągnęliśmy w milczeniu parę łyków, a ten znów do toalety, schodami w dół, schodami w górę, ani spojrzenia w naszą stronę i prosto do kolejki. Wrócił radosny przytulając sześć butelek.
- No to się, chłopaki, n a p i j e m y.
Wydawał się mile zaskoczony, że na stole czeka już dziewięć krasnoludków, z czego sześć w przyklapniętych berecikach.
- Ty, Łukasz, tu już miejsca nie ma. Siadaj, pogadamy.
Był jakiś niespokojny, pewno dlatego, że musiał do WC. Schodził jeszcze raz czy dwa zahaczając o bar. Byliśmy bezradni. Zacięła, zacięła się ta płyta z nami.

Dopiero za dwadzieścia lat nakręcą „Dzień świstaka”, a my świętowaliśmy go dziś: oto na rogu Grzybowskiej i Żelaznej po raz piąty tego dnia zamiatają z ulicy szkło. Osiem pięter nad nami filmowy Dzięcioł, Stefan Waldek nie poszedł do pracy w Supersamie, lecz od rana obserwuje przez lunetę rozbieraną prywatkę w sąsiadującym mrowiskowcu. Opodal w mansardzie poszukiwany Rechowicz zdejmuje i zakłada sukienkę. Sto metrów w drugą stronę, w barze „Słodycz” Kubuś Wirus nie może oderwać wzroku od miejsca, gdzie rozchylał się fartuch barmanki nazywanej Hawajką, a Władkowi, który uderza tulipanem, zabrakło już butelek.

Wszyscy tkwią w dławiącej pętli czasu, póki Łukaszowi starczy pieniędzy.
Nie starczyło wreszcie.

niedziela, 27 stycznia 2013

Popielniczka


Jeszcze jeden z eksponatów muzeum rzeczy kiedyś użytecznych - kolejowa popielniczka. Lata temu kupiłem ją na Allegro. Sprzedawca starannie artefakt wytrawił i wyszlifował, aż całkowicie zatracił się niezapomniany zapach i znikła lepka patyna.

Zaliczała się do tych przedmiotów, które z powodu braku zaufania do społeczeństwa przytwierdzało się do podłoża (podobnie jak w automatach sprzedających wodę sodową szklanki na łańcuchach lub oprawione w stalowy grzbiet książki w budkach telefonicznych).

Oczyszczanie popielniczki polegało na uwolnieniu z uchwytów. Zawisała wtedy dnem do góry. Zdarzało się, że podczas długiej podróży trącona popielniczka wielokrotnie wypróżniała się na spodnie. Z tego powodu nigdy ich nie lubiłem. Ale to było kiedyś, a dziś wszystko jest mi drogie.

Na przykład ówczesne tekturowe bilety kolejowe. Na małych stacjach przechowywano je w szafie zamykanej drewnianą żaluzją. Stały na sztorc w metalowych przegródkach, a każda dla innej miejscowości. Kartoniki były zielone (1 klasa) i bure, a te na pociągi pośpieszne miały podłużny, chyba czerwony pasek. Zawsze było dla mnie tajemnicą, dlaczego po opuszczeniu stacji należało bilet zwrócić kolejarzowi siedzącemu w budce przy wąskim przejściu.

Teraz zastanawiam się, jakie rzeczy nieużyteczne za lat sześćdziesiąt będzie wspominał, za czym będzie tęsknił, Jasio (raczej nie Zizzi, bo zapatrzenie się w czas przeszły to męska sprawa). Może zatęskni za bilonem, który jego dziadkowi ciągle wysypywał się z kieszeni, albo za zapachem benzyny? A może wspomni papierowe książki, zwłaszcza te cienkie, z paroma linijkami tekstu na niemal pustej stronie?

Po zmroku przytulasz policzek do chłodnej szyby i widzisz swoją kometę -  w kłębach pary snop iskier z parowozu. Ten ekspres nazywa się Nostalgia, a pędzący w przeciwną stronę – Marzenie.

Mam pomysł:  jeśli po ostatecznym zakończeniu podróży staruszek w budce zażąda zwrotu burego kartonika, skłam, że go zgubiłeś. Może święty biurokrata każe ci zawrócić i będziesz mógł podróżować dalej. W którą stronę zechcesz.

środa, 23 stycznia 2013

Wędrowny kramarz

W 108 rocznicę urodzin Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

wtorek, 22 stycznia 2013

Nadskakujący snom manowiec


W 135 rocznicę urodzin Bolesława Leśmiana.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Kos Kusy

Sypie z nieba, to i ja ptakom podsypuje. Już i ponad kilogram dziennie słonecznika. A że łuskany jest, na krzywy dziób wprosiło się tu mnóstwo towarzystwa. Kiedyś tylko sikorki, mazurki i dzwońce. Teraz to samo w obfitości (poza kochanymi mazurkami), a jeszcze grubodzioby, sójki, nawet sroki i kilkanaście drozdowatych, które gardzą jabłkami i zażarcie dziobią śnieg w poszukiwaniu jasnych ziaren. Paszkoty, kwiczoły, a przede wszystkim kosy otoczyły mnie tej zimy

Czasem, gdy bliżej podejdę do okna, wzbija się w górę kilkadziesiąt ptaków. Kiedy nadleci siwoskrzydły krogulec, zapewne Wasyl, nagle robi się pusto, lecz po kwadransie żałobnej ciszy, znów ptasie radio nadaje.

Drozdowate lubią kryć się pod iglakami, więc udeptuję śnieg i sypię im pomiędzy daglezją a świerkiem. Kiedy robią sobie przerwę, siadają wyżej i wpatrują się we mnie zimno i nieruchomo. Nie jest to zbyt sprawiedliwe.
Jeden z nich, nazywam go Kusy, nie boi się wcale. Ma powyrywane pióra z ogona i dlatego inne ptaki go przeganiają. A jednak nie je mniej, bo, gdy towarzystwo pierzcha na byle gwałtowniejszy mój ruch, on sobie mnie lekceważy i je ile wlezie.

Zapewne te wyrwane pióra i zaufanie do człowieka łączą się. Może poturbowany przez kota, pielęgnowany był przez ludzi? A może to sam Hektor? Sprawiedliwie byłoby.

środa, 2 stycznia 2013

W stronę Jowisza

Halo księżyca i świecący krzyż obserwowane podczas lotu balonem Zenith pomiędzy Paryżem a Arcachon, w marcu 1875, Opublikowano: [między 1875 i 1880], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych

Ktoś przyziemny mógłby dziś o mnie napisać:
“Było ciemno. Z trudem podniósł się i usiadł na brzegu łóżka. Jego prawa stopa błądziła w poszukiwaniu pantofla.”
Przysięgam, że było inaczej:
„Obudził się za piętnaście szósta i postąpił w stronę Jowisza”.

Astralny sens mojemu życiu nadała aplikacja w smartphonie, która nazywa się Google Sky Map. W zależności od ułożenia telefonu pokazuje ona aktualne miejsce ciał niebieskich. Nie tylko tych na półkuli północnej, ale również południowej. Także linię horyzontu i to co poniżej

Sięgnąłem po telefon, odłączyłem ładowarkę i dotknąłem ikonki. Na ciemnogranatowym tle zabłysły jasne punkciki i linie. Upewniłem się, że dom i uliczka nadal leżą dokładnie na krzyżu kompasu. Ulica na linii północ - południe, dom: wschód - zachód. Obróciłem ekran i zadrżałem. W nadirze przeciągał się nieznany niebu północnemu Wąż wodny. “Więc spałem na gadzie!”

Poniżej wyciągniętych idealnie na wschód nóg, jeszcze pod horyzontem czaiły się Pluton wraz Merkurym, a niżej leciutko smaliło mi pięty Słońce. Miało wzejść dopiero za dwie godziny, ale ja już wstawać miałem.

Postąpiłem więc na północ i na linii horyzontu natrafiłem na kapeć. Był tuż nad Jowiszem (dużym palcem rozpoznałem jego charakterystyczną spłaszczoną elipsoidę).

Kiedy schodziłem w dół, spostrzegłem, że idealnie na linii skosu schodów – zapewne okiem nie uzbrojonym widziałbym go nad północnym Pacyfikiem - ze swoim absurdalnym pierścieniem kręcił się Saturn.
 - Tuś mi bąku. Kiedy żona znów wypomni, że nie odkurzyłem schodów, odpowiem uczenie: ” A czy wiesz, niewykształcona kobieto, że Saturn nie rządzi znakiem Ryb, lecz Wodnika? Schody to twoje przeznaczenie!”
Potem dwa kroki na wschód, trzy na południe i byłem w łazience.”Szczęśliwa planeta, gdzie wód nie więzią skorupy lodów ani tysiąckilometrowe powłoki gazów.”

Na ulicy wiatr rozwiewał leciutko różę wiatrów, a ja szedłem z Bubą nucąc z epicka “Tako rzecze Zaratustra” Richarda Straussa. Z “Odysei kosmicznej”, ma się rozumieć. Nie, nie wybierałem się daleko. Ot, paręset metrów na południe.

piątek, 21 grudnia 2012

Szczęśliwy


Edward Penfield, okładka Harper's Christmas [1897]

To już czwarty obrazek wigilijny (1, 2, 3):

Pociąg „Polonia” to był nasz socjalistyczny „Orient Express”. Mozolnie zbierał po Bałkanach wagony znad Adriatyku, znad Morza Czarnego i od Budapesztu w pełnym składzie gnał do Warszawy.

Pierwsza większa stacja w Polsce to Katowice. Tu wsiadałem. Był 24 grudnia i na ekspresy brakło już miejsc, ale ja i tak wolałem Polonię, bo mimo że brudniejsza niż Chemik lub Górnik, miała jakiś międzynarodowy szyk. Pasażerowie też różnili się od inżynierów w krawatach. Na ogół byli to barwni ludzie przygody, ni to turyści, ni pracownicy sezonowi, a z całą pewnością handlarze.

To nie byli klienci wagonów restauracyjnych i na wielogodzinną podróż zaopatrywali się w suchy prowiant znad południowych mórz. Właśnie z powodu egzotycznych pozostałości po podróżnych była „Polonia” wdzięcznym obiektem eksploracji dla dworcowych szperaczy. Wsiadali już podczas minutowego postoju na Zachodniej, by natychmiast po opróżnieniu pociągu na Centralnym (niemal wszyscy podróżni tam wysiadali) rozpocząć łowy. Jako jeden z niewielu jeździłem do Wschodniej i w czasie tych kilkunastu minut słyszałem jak poszukiwacze biegali po niemal pustych wagonach, nawoływali się głośno i trzaskali drzwiami.

Stałem w oknie i patrzyłem na peron. To był drobny mężczyzna, mocno ogorzały jak na tę porę roku i nieogolony. Pod rozpiętą kurtką widziałem buraczkowy garnitur, wydawało się satynowy, ale po chwili byłem już pewny, że tkanina musiała wziąć w siebie niemało i błyszczała z powodu spracowania. Szperacz mój przysiadł  i wykładał co znalazł na granitowy blat stolika.

Nie pamiętam jak to było, ale wtedy właśnie powinny zatrzymać się pociągi, a na pewno z głośników popłynąć anielska muzyka. Twarz mu się zmieniła, pojaśniała błogim uśmiechem. Siedział, ale nabożnie,  jakby klęczał przed swą wieczerzą: butelką Mirindy, pudełkiem papierosów BT i zupełnie nie otwartą cudowną konserwą. Pociąg szarpnął, dostrzegłem jak wydobywa czerwony scyzoryk z białym krzyżem.

Wchodziliśmy w mrok tunelu średnicowego, a z oddali długo jaśniał mi w Wigilię 1985 najszczęśliwszy z ludzi.
--------------------------------------------

Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom Życzę Szczęśliwych Polskich Świąt.

PS. Jestem winien sprawozdanie z Wieczoru Jednego Wiersza. Było kameralnie i miło. Napiszę o tym zaraz po Świętach, jak również podsumuję Fotografa (niech trwa jeszcze parę dni).

niedziela, 9 grudnia 2012

Wilk z bajki


O wilku mówiono w izbie,
A wilk tu siedział na przyzbie
A.Mickiewicz, Koza, kózka i wilk
Wyobrażam sobie jak widzą ją Dzieci. Pewno wydaje im się olbrzymim czarnym koniem. Cóż, konia znają tylko z książeczek. Taki jest los miejskich dzieci, że długi czas jedynym stworzeniem innym niż człowiek bywa pies.

Widzą ją wielką, kudłatą i opiekuńczą. Jaś ma dla niej więcej afektu, bo podchodzi blisko i przytula się, podczas gdy Zizzi tylko z daleka gładzi jedwabistą czarną sierść.

Czarna Buba przepada za białą zimą. Wciąż mam przed oczyma najczarowniejszy obraz, gdy bardzo młodziutka skacze i łapie klapiącą mordką skrzące się w świetle ulicznej latarni płatki śniegu.

Teraz też, gdy spadnie pierwszy śnieg, cieszy się jak dziecko. Podbiega, nabiera jak w szuflę śnieżnego puchu, pędem z powrotem, zatrzymuje się metr przede mną i uderza radosnym cielskiem w okolice moich biednych kolan.

Zdjęcie wykonałem dzisiaj (zobacz w powiększeniu): grimmowski wilk wychynął z lasu, gdyż właśnie zobaczył Czerwonego Kapturka (kto pamięta tę bajkę ze Słowobrazu?). Lecz nie bój się Czytelniczko i Ty nie drżyj, Czytelniczku - to tylko pośród badyli poczciwa Buba się skrada. Nieśmiało, bo nie może uwierzyć, że jej pan położył na śniegu kawałek słodkiego rogalika.

-----------------------------------------
Przypominam o kończącej się akcji "Fotografa przy tym nie było".

Przypominam też o Wieczorze Jednego Wiersza, który odbędzie się w najbliższą sobotę.

niedziela, 2 grudnia 2012

Szron

Powiedzmy, że to prawda i rzeczywiście 21 grudnia wszystko rymsnie. Nie, nie ma co od razu wywracać sobie życia, bo wiele wskazuje, że sprawa polega na nieporozumieniu. Niemniej, nie zaszkodzi w ciągu tych kilkunastu dni porozglądać się i docenić ten najlepszy ze światów.

Na przykład dziś rano rozglądałem się po ugorze. Za bażantem, który awanturował się wśród wysokich łanów nawłoci. Chciałem go sfotografować, kiedy podrywa się i ciężko leci miotając najgorsze z ptasich przekleństw (żyje tylko w pobliżu ludzkich siedlisk, więc zna niejedno obelżywe słowo).

Nie udało się, przycupnął gdzieś - przechera, a mnie tymczasem zachwycił szron. Skrzył się i marcepanił, nucąc jakąś świąteczną piosenkę.

Naprawdę, nie było źle w ten grudniowy poranek na ugorze.

piątek, 30 listopada 2012

Flirt

Leonetto Cappiello, plakat Absinthe extra-supérieure J. Édouard Pernot (1900 – 1905)
Chciałem ten wiersz zacytować i – nie mogłem uwierzyć - nie było go w internecie. Pomyślałem, że powinien się znaleźć, bo - chcemy tego czy nie - tu przenosi się wszystko.
Flirt
Kiedy Tomaszowi –
Spętanemu na wieży z powodu świętobliwości –
Bracia wprowadzili kobietę z dekoltem i pokusą,
Akwinata
Ujął głownię płonącą
I wymachiwał.
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .
Nie był to przecież stearynowy Stasio Kostka,
Którego nawet po śmierci można wąchać ufnie jak cynamon;
Ani też Wawrzyniec,
Ani inny dzieciuch.
Skoro więc chłop jak dzwon, z sercem jak niebieska artyleria,
Dopadł ognia i użył swych dwustu funtów wagi,
Musiało to być
Głęboko
Wysnute z rozumu.
Tak więc nie korzystaj, pani,
z ciemności w kinie.
Wyplącz rękę z mej dłoni,
Rozpamiętuj głownię.
Stanislaw Grochowiak, z tomu Nie było lata
Jak fraszka misterny jest i wdzięczny. Poeta nie cofa się przed, taktowną wprawdzie, ale kpiną ze świętych (w czasach zniewolenia luzu bywało więcej niż dziś). Mało tego, wprzęga ich we własną intrygę miłosną. (Właśnie przypomniałem sobie, dlaczego w młodości znałem ten wiersz na pamięć.) Stefan Melkowski napisał, że „niemal perwersyjnie splątana jest tu tematyka dobra, zła, ciała i ducha”*. Prawdę powiada: nikt jak Grochowiak nie potrafił z mozartowską lekkością grać na tej czterostrunnej lutni.

Porozmawiamy o tym, bo Stowarzyszenie Umarłych Poetów „Warszawska Atlantyda” organizuje kolejny wieczór – tym razem jednego wiersza  (Grochowiaka „Sen II”).
Szczegóły w afiszu poniżej.

Czym jest Stowarzyszenie? Kto je powołał? Nic formalnego. Jest żartobliwym konceptem jak ten ”Flirt”. Spłynęło na nas tuż przed Zaduszkami, poprowadziło je dość sprawnie, a teraz idzie dalej. Wczoraj przejęło zasnutą pajęczyną redakcję „Rękopisu” i zamyśla wydać nowy numer. Kto jest jego członkiem? Wszyscy, którzy uczestniczą. Co ich skłania do uczestnictwa? Umiłowanie słowa.
Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
Że według bożego rozkazu,
Kto raz słowem trafił w sen ułudny,
Ten nie zazna szczęścia ni razu!
Julian Tuwim, Bagdad, czyli o przyszłym poecie
--------------------------------------------------------
Porządkując zaniedbane pomieszczenie „Rękopisu” natknęliśmy na korespondencję, na którą nie odpowiedział leniwy redaktor. Postanowiliśmy załatwić to za jednym zamachem (złe słowo!).

Odpowiedzi redakcji "Rękopisu".

Jarosław R.
Pański wiersz zaczynający się od słów
Spróchniałe zęby ruskiej piły
Zdradziecko się w relikwię wpiły...
wydaje nam się zbyt ekspresyjny. Gdyby jednak ogólna konwencja poetycka nagle się zmieniła, jak najbardziej sięgniemy po żarliwą lirykę patriotyczną.

Liza
Poemat „Głęboka zmiana” wstrząsający, ale w naszym odczuciu za bardzo naturalistyczny.
Nie, o ile nam wiadomo, dermatolog przyjmuje bez skierowania.

Wisia i Misia
Niestety, red. K jest przykładnym mężem, ponadto skromna redaktorska pensja nie daje mu możliwości pokrycia kosztów sylwestrowego wyjazdu z obiema Paniami oraz Ich znajomego Zenona K. „do przytulnego pensjonatu w Wiśle Malince”.

Patryk C.
Tak, mimo surowej oceny, co do istoty ma Pan rację: jesteśmy pismem polskojęzycznym. Niezbitym dowodem jest fakt, że nikt z redakcyjnego kolegium nie posiada biegłej znajomości obcych języków (z wyjątkiem red. W. – jidysz oraz red. K., który grypsuje w męskiej toalecie).

Ernestyna W.
W świetle poetyki, narzeczony nazywając Panią Synekdochą Kobiecości nie chciał Jej ubliżyć i natychmiastowa zdrada wydaje się odruchem przesadnie impulsywnym. Kolejne listy proszę pisać na „poste restante” pod adresem Urząd Pocztowy Warszawa 12.

Cierpliwy
Nadal nie mamy dla Pana dobrej wiadomości. Z kaligrafią wprawdzie lepiej, ale rymy typu: „odnóże Tuska – przedmurze muska” wciąż nie są paszportem do poetyckiego Parnasu. Prosimy próbować dalej.

---------------------------------------------------
* - Stefan Melkowski, Rówieśnicy i bracia starsi (szkice, 1980)

niedziela, 25 listopada 2012

Slapstick

Niespełna miesiąc temu Leśniczątka skończyły rok. Mówi się, że dzieci zasadniczo zmieniają życie człowieka. Poświadczam, moje życie to czas przed i po dziecku. Teraz przyszły wnuki i po roku mogę powiedzieć, że to też olbrzymia zmiana, chyba lepsza niż tamta – bo wyprana ze zmartwień najczystsza wartość dodana. Spija się samą słodycz płynącą z kontaktów, troski pozostawiając rodzicom.

Oto przykład tej nie mojej troski: syn nocował u nas z dziećmi z piątku na sobotę, bo synowa na jeden dzień wyjechała służbowo.

Wraca wczesnym popołudniem w sobotę. Czekamy w głębi przedpokoju trzymając dzieci za rączki. Podobną scenę każdy rodzic nosi w sercu: Natalia otwiera drzwi, postępuje dwa kroki, przykuca i wyciąga ramiona, a dzieci ruszają w jej stronę.

Od niedawna chodzą samodzielnie i każde robi to w innym stylu. Zizzi z uniesionymi rękoma przetacza się z nogi na nogę, jak marynarz, co zszedł na ląd po miesięcznym sztormie. Jaś idzie z rękoma wyprostowanymi wzdłuż nieruchomego tułowia. Nogi sztywne w kolanach przebierają jednak bardzo szybko. Stawiający drobniutkie kroki Jaś, to postać z filmów slapstickowych.
Uszli jeden metr, a spieszą się bardzo. Tereska nuci jednostajną, niską altową nutę, Jaś tupta głośno i uparcie zmierza do celu.

Zbliżają się. Marynarz nabrał wprawy i Zizzi o pół metra wyprzedziła brata. Wzruszona mama przytula ją prawym ramieniem, lewa ręka czeka na synka. Ten jednak unikiem torreadora wymija matczyną dłoń, wydłuża kroku i pokonuje próg domu, za którym czeka upragniona przygoda.

Śmiechu było co nie miara, jak mawiał Miś Uszatek. No właśnie, dla nas śmiech i temat do anegdot, a dla rodziców zmartwienie. Bo wprawdzie "matka jest tylko jedna", ale umiłowanie wolności to potężne uczucie.

środa, 7 listopada 2012

Zaduszki poetyckie

Pamiętam go doskonale. Był postacią bardzo wyrazistą, człowiekiem energicznym, ale lirycznym zarazem. Najbardziej liryczny miał chód. Zapewne z tego powodu, że był bardzo chudy, szedł tak lekko, jakby unosił się w powietrzu.

Rok 1967, razem z Jurkiem Tomaszkiewiczem i Michałem spacerowaliśmy wokół Pałacu Kultury i rozmawialiśmy o poezji. Nigdy się nie dowiem, czy ona rzeczywiście była tak ważna wtedy, czy tylko dla nas najważniejsza. Chyba jednak musiała być ważna, jeżeli spore dość wiersze ukazywały się na pierwszych stronach tygodników kulturalnych i wszyscy je czytali.

Ten wiersz był doskonały, od razu znałem go na pamięć. Jurek też. Rozgarnialiśmy nogami suche liście i zaczął Tomaszkiewicz:
Nie było lata. Jesień szła od wiosny
Jak ziąb - od wody, jak od dzwonu kręgi.
Ja:
Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła,
Zaszedł nad morze, Zawrócił do karczmy. 
W karczmie odnalazł płomień, knot i łoju
Wysoką wieżę - u szczytu szczerbioną...
Stanisław Grochowiak, Nie było lata...
---------------------------------------------------
To fragment wspomnienia o Jerzym Tomaszkiewiczu, jednym ze zmarłych poetów, którym poświęcone będą „Zaduszki poetyckie”. Organizujemy je wspólnie z Januszem Kostynowiczem vel Kowarskim w nowo powstałym Stowarzyszeniu Umarłych Poetów „Warszawska Atlantyda”  w Warszawie, przy ul. Walecznych 61 (dawna „Literka”) w najbliższy piątek, 9 listopada o godzinie 19.

Serdecznie zapraszam stałych Czytelników (proszę o zapowiedź przybycia e-mailem pod adresem: slowobraz@gmail.com).
----------------------------------------
Zdjęcie pochodzi sprzed siedemnastu lat. Podczas wieczoru fizycznie obecni będą tylko: Kowarski (z gitarą, pierwszy od prawej) i ja (trzeci od prawej). Postaramy się jednak (w poetycki - nie spirytystyczny - sposób) przywołać pozostałych: Jerzego Tomaszkiewicza (pomiędzy nami w czarnej koszuli), Michała Łukaszewicza (przysiadł na poręczy fotela i opiera się moje ramię), Tomasza Wacha (w okularach, najbardziej z lewej), Krzysztofa Zaleskiego (najbliżej obiektywu, ale odwrócony). Jak ich znamy, przybędą na pewno.
----------------------------------------------------------------------

Zgasło światło i Wasz Guślarz odczytał fragment „Dziadów”, jakby specjalnie stworzony dla zmarłych poetów:
Naprzód wy z lekkimi duchy,
Coście śród tego padołu
Ciemnoty i zawieruchy,
Nędzy, płaczu i mozołu
Zabłysnęli i spłonęli
Jako ta garstka kądzieli.
Kto z was wietrznym błądzi szlakiem,
W niebieskie nie wzleciał bramy,
Tego lekkim, jasnym znakiem
Przyzywamy, zaklinamy.
Ten lekki, jasny znak to było zapalenie świecy przez Kowarskiego. Nie udało mu się za pierwszym razem, ale po chwili zrobiło się jaśniej. Najpierw był Ten, o którego śmierci dowiedzieliśmy się niedawno, i z którym nie mieliśmy kontaktu przez dziesięciolecia – Andrzej Pawlina. Potem już w kolejności odchodzenia: Jerzy Tomaszkiewicz, Michał Łukaszewicz, Tomasz Wach i Krzysztof Zaleski. Na początku jakiś fragment wspomnienia o każdym, potem krótkie credo literackie, a na koniec po trzy wiersze.

Niestosowne jest powiedzieć o Zaduszkach, że było miło, lecz przecież nie było podniośle. Nie próbowaliśmy wywołać Ich duchów, ale pewno przywołaliśmy nastrój tamtej przyjaźni i szacunku dla twórczości.

Nie przyszło zbyt wiele osób, ale może za rok...

niedziela, 14 października 2012

Fotografa przy tym nie było


fot. autor nieznany, członkowie White House News Photographers' Association, [pomiędzy 1922 a 1926], ze zbiorów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych.

Dziś wystarczy wyciągnąć telefon komórkowy i pstryk, a kiedyś zrobienie fotografii to był poważny problem. Dziś kwadryliony bitów ze zdjęciami zamulają dyski i karty pamięci. Daremnie, bo nigdy nie nabiorą wartości unikatu i jeżeli nie pokazują tzw. momentu decydującego, są bezwartościowe.

Opiszmy ów niesfotografowany moment szczególny, może Jej/Jego pierwsze spojrzenie, może, kiedy pierwszy raz zobaczyłeś/łaś swoje dziecko, może tamto „adieu” i czyjeś (Twoje?) zamglone oczy. Nie, to zbyt intymne.

Proponuję żebyśmy wzorem ubiegłorocznej zabawy Midsummer Holiday Number krótko opisali jakiś obraz, zdarzenie, którego byliśmy świadkiem i zapamiętaliśmy z powodu niezwykłości lub nieprawdopodobieństwa, lub piękna i w poczuciu żalu, że nie mieliśmy ze sobą aparatu fotograficznego.

Nie musimy się spieszyć, możemy pisać do połowy grudnia, póki miniaturka ze zdjęciem będzie ukazywała się z prawej strony wpisów. Piszemy oczywiście w komentarzach i ja napiszę pierwszy.

poniedziałek, 1 października 2012

Zdá se mi poněkud nešťastným...


Trzy lata mijają od pierwszego wpisu. Nazbierało się ich 294, ale najważniejsze było wokół. Wspaniale tu bywało. Bardzo brak mi tamtych rozmów, żartów, uwag, ale co robić? Takie rzeczy są kruche. Czas mija.
Tento způsob léta zdá se mi poněkud nešťastným...
To zdanie pochodzi z filmu Menzla „Kapryśne lato”, który miał premierę w najważniejszym dla mnie roku, 1968. Oglądałem w Cieszynie i nie wiem, dlaczego tak podobał się młodemu chłopakowi, skoro dopiero po dziesięcioleciach może identyfikować się z bohaterami i zrozumieć cały gorzkawy komizm wieku powiedzmydojrzałego.
Ten rodzaj lata wydaje mi się poniekąd niefortunny...
Nie opuszczaj mnie Czytelniku, Czytelniczko. Jeszcze będzie dobrze.

 
blogi